SEZON 2017/2018

2018, kwiecień

FABULARNY PRZEWODNIK PO SPĘDZANIU WOLNEGO POPOŁUDNIA

Michał Sufin, Błażej Staryszak

reż. Michał Sufin

premiera 15 kwietnia 2018

Nie wiem, czy autorzy coś biorą, czy też to wiosenna wena, ale dawno się tak nie uniosłem w Klubie, jak na tym najnowszym Przewodniku. Uniosłem – nie w sensie, że nakrzyczałem, ale dałem się porwać hm, poezji. Michał i Błażej cudownie bawią się stylami, język im służy niczym wierny pies, a aktorzy fantastycznie w tej konwencji się odnajdują. Jak zawsze zresztą. Spektakl jest nieprawdopodobnie zabawny, ale i nie brakuje liryzmu, tak dla złamania smaku, dla pomieszania wesołego i smutnego, wreszcie – by zadumać się ździebko nad życiem i całą resztą (i wolnym czasem) choćby przy cudownie zaśpiewanych przez Matyldę i Weronikę piosenkach czy też songach. 

Rzecz tylko z pozoru zabawna – oto nasi bohaterowie dysponują niespodziewanie wolnym popołudniem. I fakt ten powoduje rozmaite konsekwencje, przed najpoważniejszymi uratuje babcia, ale istotną rolę odegrają też wuj i ciotka, czarnym charakterem natomiast będzie pańcia z HR-u. A zabawna jest jedynie z pozoru, gdyż współpracując przez 15 lat z pewną amerykańską korporacją zaświadczyć mogę, że moim koledzy tamże pracujący odnajdą spektakl Klubu nie jako cudownie zwiewną fikcję literacką, a – jako nieledwie dokument.

Aktorzy są świetni, wszyscy. Matylda jako wujek wymiata, Maciej jako ciotka (sic!) – też. Karolina Bacia bardzo do Klubu pasuje, ze swoją nieprawdopodobną vis comica, Agata Sasinowska w świetnej formie po krótkiej przerwie, Katarzyna Kołeczek – natomiast jak uzna, że czas zmienić zawód, to z tą aparycją, zatrudni ją każdy dział kadr (pardon, HR) na świecie.

Zobaczcie koniecznie, najlepiej któregoś wolnego popołudnia.

 

Teatr Dramatyczny

SINOBRODY – NADZIEJA KOBIET

Dea Loher

reż. Marek Kalita

premiera 13 kwietnia 2018

Nie bardzo rozumiem, dlaczego teatry tak chętnie sięgają po teksty Dei Loher. Obejrzawszy w ostatnim czasie dwa jej spektakle (w Ateneum i tenże) odniosłem wrażenie, że autorka chce swojego widza zakatrupić nudą. Może pozostałe, których nie znam, są wciągające, że hej, ale chyba już nie będę tego sprawdzał.

Cóż z tego, że zagrane dobrze (z jednym może wyjątkiem), że Małgorzata Rożniatowska jak zawsze do zjedzenia, że bardzo dobra Małgorzata Niemirska, że Henryk Niebudek tym razem nie w roli samorządowca, skoro zupełnie mnie nie obeszło, dlaczego on owe damy morduje, czy istotnie jest współczesnym ucieleśnieniem Sinobrodego i czy miało tam miejsce „uśmiercanie pragnienia miłości”. Może za mało romantyczny jestem, żeby móc tę układankę zrozumieć? No, najwyraźniej.

Poza tym – no cóż – przydałyby się jeszcze przed premiera ze dwie próby, 

a czekanie na spóźnialskich widzów nie jest specjalnie grzecznym gestem wobec tych, którzy przyszli punktualnie. Ja na przykład wiedząc, że jest piątek i są korki, wyszedłem wcześniej z pracy. I bez problemu zdążyłem. 

Proste. 

 

Teatr Współczesny

ZBRODNIE SERCA

Beth Henley

reż. Jarosław Tumidajski

premiera 7 kwietnia 2018

Lata 70-te, amerykańska prowincja, gdzieś w Missisipi, Lenny kończy 40 lat, niestety, prawie nikt o jej urodzinach nie pamięta, nawet siostry. No cóż, one mają swoje problemy – Meg musi zrezygnować z marzeń o show-businessie, a Babe próbowała… zabić męża, bo „nie podobał jej się jego wygląd”, choć może powodów tegoż desperackiego kroku było więcej.  No i mamy uchwycony moment, kiedy siostry się spotykają. Do czego to spotkanie doprowadzi?

Tekst nagrodzonej Pulitzerem Beth Henley został sfilmowany w 1986 roku, trzy nominacje do Oscara i Diane Keaton w roli Lenny, trzeba będzie obejrzeć. Na scenie w Baraku w roli Lenny – Monika Krzywkowska, dawno już nie widziałem tej aktorki w roli jakby dla niej uszytej. Świetne również Monika Kwiatkowska i Katarzyna Dąbrowska, po raz kolejny swoją vis comica cudownie popisuje się – w roli kuzynki jędzy - Agnieszka Suchora. Panowie tym razem na drugim planie, ale też z tarczą – Szymon Roszak i Mikołaj Chroboczek. Spędziłem we Współczesnym bardzo przyjemne dwie godziny, naprawdę fajne przedstawienie, szczególnie spodoba się paniom jak sądzę.  

Bardzo proszę o więcej, i – jeśli to możliwe - o zamontowanie klimatyzacji na Scenie w Baraku.

 

Nowy Teatr w Warszawie

2118. KARASIŃSKA

reż. Anna Karasińska

premiera 27 marca 2018

Słodkie, szczególnie Dobromir Dymecki w pełnej poświęcenia roli ośmiornicy - ale ździebko rozczarowujące. 

Spodziewałem się bowiem wizji teatru, może jakichś eksperymentów formalnych, a dostałem kilka obrazków z życia w 2118 roku, niespecjalnie nawet wyrafinowanych, acz dość efektownych i momentami całkiem zabawnych. Tzn. widownia się bawiła, ja zaś byłem w nastroju pasyjnym, choć doceniam wyzwanie zagrania rozłożonych zwłok, którego się podjęła (i z tarczą z próby wyszła) – Magdalena Cielecka.

No więc obejrzeć warto, bo jest w Nowym dość miło, są hipsterskie okoliczności przyrody (na moim spektaklu był cały Internet. Cały. Może dlatego, że wielki piątek), poza tym - reżyserka za kilkanaście lat z pewnością będzie w czołówce, a już dziś jest wymieniana jako ta, której oddech czuje się na plecach.

No więc jaki teatr będzie za sto lat? Tego wciąż nie wiem, ufam jednak, że dowiem się z kolejnych spektakli cyklu.

 

Teatr Collegium Nobilium

REWIZOR. BĘDZIE WOJNA!

Artur Pałyga

reż. Anna Augustynowicz

premiera 12 kwietnia 2018

Czwarty, ostatni już dyplom studentów IV roku WA, jeszcze tylko praca, obrona i trzeba będzie kasować w autobusach normalne bilety. Ze swoich studiów właśnie ten moment pamiętam najbardziej, nie dlatego, że nie było mnie stać na pełne bilety, ale dlatego, że w pewnym sensie skończyła się taryfa ulgowa. I że teraz na zniżki od świata trzeba czekać do… W każdym razie – JM prof. Malajkatowi, opiekunowi tegoż roku i całej grupie dziękuję za świetny sezon w TCN i za wszystkich trzymam kciuki, życząc angaży w wymarzonych teatrach.

A jeśli idzie o Rewizora - nie będę ściemniał – niespecjalnie mi się ten tekst podobał. Wydaje mi się, że efektowniej byłoby robić prawdziwego Gogola, ale… Anna Augustynowicz, którą wprost uwielbiam, wie co robi, i jestem pewien, że spektakl znajdzie swoich widzów. Tym bardziej, że – jakkolwiek to brzmi – rzecz jest przemyślana i zagrana bardzo dobrze, aliści – jako się rzekło – nie do końca w bliskiej memu światu narracji, w której na oniryczność miejsca brak.

Horodniczego gra – i przez cały spektakl jest na scenie – Maciej Babicz, ale tekst jest tak skonstruowany, że najwięcej do grania ma Chlestakow. 

I w tej roli Marcin Bubółka wywołał na widowni prawdziwy lęk nie tylko przed przyjazdem rewizora, ale też przed nieobliczalnością naszej rzeczywistości, tak bardzo od Gogola przecież odległej i jednocześnie - tak niewesoło bliskiej.

 
 

Teatr Powszechny w Warszawie

NERON

Jolanta Janiczak

reż. Wiktor Rubin

premiera 23 marca 2018

Gdyby to mnie wyciągnięto z widowni, i umieszczono na stole do masażu, a następnie położyłby się na mnie nagi aktor, to popełniłbym daleko idącą impertynencję, mimo że uważam Juliana Świeżewskiego za świetnego aktora (i za przystojnego mężczyznę). To nie jest przesunięcie granicy teatru – jak chcieliby twórcy -ale nieuprawnione naruszenie strefy komfortu. A co jeśli któryś z widzów zechce tę scenę zdekonstruować i przekształcić w realny akt erotyczny? Z pewnością i taki scenariusz twórcy przewidzieli i zapewne można byłoby skonstatować, że właśnie o tym jest ten spektakl. No można. I ochrona by zainterweniowała i znów byłby szum.

A gdyby – no przepraszam – mówimy o fizjologii, przecież nie zawsze od nas zależnej – no gdyby Michał Czachor istotnie doznał erekcji, której brak u Nerona jest jedną z lepszych zresztą scen w tym spektaklu. Cóż – pewnie i to twórcy przewidzieli, choć nie wiem, czy ochrona by zainterweniowała.

A gdyby… Itepe itede… Tam był materiał na poruszające przedstawienie, choćby w relacji Nerona z Agrypiną. Niestety, wyszedłem z Powszechnego z pewnością, że Mefisto nie pomógł, że wciąż przeżywa się tu klątwę Klątwy i u Rubina aktorzy nie grają Nerona, Messaliny, itd., lecz – siebie, jakby upewniając niedowiarków, że są w stanie zagrać wszystko. WSZYSTKO.

I dlatego nie uwierzyłem w ani jedno słowo, które padło ze sceny. Ta zabawa czy też nieudana prowokacja skończy się, gdy widownię zacznie wypełniać publiczność zainteresowana oglądaniem (i dotykaniem) nagich ciał aktorów, a nie słuchaniem tego, co mają do powiedzenia.

Wzburzony byłem jedną sceną, nie, nie tą z jajkami. Otóż trzeba było znaleźć chętnych chrześcijan do zawiśnięcia na krzyżu. Na premierze zainteresowanie publiczności taką formą uczestnictwa w przedstawieniu nie było zbyt wielkie, więc aktorzy dopuścili się szantażu. Nie jestem przesadnie zdewociały, ale nie życzę sobie tego rodzaju prowokacji. Niemniej doniesiono mi, że na kolejnych spektaklach były kolejki chętnych.

Najwyraźniej klątwa premiery.

 

Nowy Teatr w Warszawie

BIBLIA RDZ.37-50

reż. Michał Zadara

premiera 23 marca 2018

Trzecia część Biblii jest historią Józefa, w którego wciela się świetna jak zawsze Maja Amsterdamska, znana już widzom poprzednich inscenizacji. Tym razem spektakl zrealizowany z nieco większym rozmachem niż poprzednio, ale mniejszym niż część pierwsza. Jest dość krwawo (jak to w Biblii), na wyobraźnię widzów działa wyjątkowo skutecznie teatrzyk cieni, ale i nie zabrakło też bardzo teatralnej umowności, sam bym wszystkich imion brai Józefa nie spamiętał, jest też puszczenie oka do świata dorosłych, jak choćby wykorzystanie w spektaklu piosenki The Bangles, którą znają raczej widzowie około czterdziestki.

Młodzi teatromani dowiedzieli się, co mamy na myśli, mówiąc o siedmiu krowach tłustych i siedmiu chudych, ja z kolei przypomniałem sobie, dlaczego najmłodszy to Beniaminek, ale mimo tych wartości edukacyjnych ostatnia część tryptyku wydała mi się nieco chaotyczna w sensie teatralnym, jakby ździebko za dużo się działo, i – jednak - najmniej przekonująca. Nie byłem bowiem w stanie zrozumieć, dlaczego Józef przebaczył braciom po tym wszystkim, co mu zrobili.

Ale może motywacje te były jakoś do pojęcia przez młodszych widzów, oraz przez tych nieco większej wiary, więc upierać się nie będę.

 

Teatr Studio

KARTOTEKA ROZRZUCONA

Tadeusz Różewicz

reż. Radosław Rychcik

premiera 16 marca 2017

Jest w Kartotece jedna scena, która wywołała we mnie nieledwie furię. Otóż aktorzy w którymś momencie zaczynają czytać stenogramy sejmowe i scena tego czytania trwa dobre dziesięć minut, choć ciągnie się w nieskończoność. Za miesiąc nikt nie będzie wiedział, o co w tych bzdurach chodzi – to po pierwsze. Po drugie zaś – nie toleruję odniesień do bieżącej polityki na scenie, bo do teatru chodzę po sztukę, nie publicystykę.

Dominika Ostałowska w roli - rolach właściwie - tym razem komediowych, bardzo dobry znów Tomasz Nosiński, Bartosz Porczyk jako Bohater wzbudzał natomiast na popremierowym bankiecie kontrowersje, jakkolwiek to banalnie brzmi – można było jego rolę „kupić” albo – nie. Ba, mówiło się też (i trochę się z tym zgadzam), że gdyby to Tomasz Nosiński zagrał główną rolę, to ten spektakl byłby trochę o czymś innym.

Jest w tym spektaklu pewna szlachetność, staranna reżyseria, dobre aktorstwo. Ale… 

Scena finałowa powinna wciskać w fotel, mnie jednak nie wcisnęła, bo wciąż dochodziłem do siebie po czytaniu stenogramów. Ale widziałem również widzów poruszonych. Konstatacja niezbyt oryginalna – nie dla każdego. Jak to z Różewiczem bywa. 

 

Teatr Narodowy

UŁANI

Jarosław M. Rymkiewicz

reż. Piotr Cieplak

premiera 10 marca 2018

Zosia, kobieta świadoma swoich potrzeb, faworyzuje Grafa. Ponieważ jednak ma przyjść na świat Dzieciątko (wielka litera celowo), będzie jej pisany - nie cudzoziemiec, więc wróg – lecz POLSKI ułan, Lubomir. Niestety, rzeczony jest nie tylko niezrozumianym przez świat poetą, ale również jakby ma się ku wspomnianemu Grafowi. No a żeby Zosia się skłoniła ku ułanowi, próbują zadbać Ciotunia z Majorem, który zresztą do Ciotuni ma jakby słabość. (Scena pogoni Majora za ciotuniną spódnicą – po prostu słodka). Co z tego wyniknie? I jaką rolę odegra w tej komedii Widmo? I czy na pewno – komedii?

Cudowna zabawa konwencją, możliwościami teatru, poezją, po prostu – emanacja radości bycia na scenie. Fantastyczna rola Anny Seniuk (Ciotunia), świetna jak zawsze Dominika Kluźniak (Zosia), wsobny nieco acz zwiewnie liryczny (jak to poeta) Hubert Paszkiewicz w roli Lubomira, znakomite role Jerzego Radziwiłowicza, Mariusza Benoit, Arkadiusza Janiczka i Piotra Grabowskiego. Wszystkich. Proszę zatem bez dyskusji iść do teatru, choć – dalibóg – nie wiem, jak zdobędziecie bilety, na widowni jest zaledwie kilkadziesiąt miejsc. 

W najwyższym stopniu jest to zachwycający spektakl, wyszedłem z teatru jednocześnie rozentuzjazmowany, wzruszony, zadumany, rozchichotany i przeszczęśliwy.

Oraz – last but not least - najedzony.

 

Teatr Żydowski w koprodukcji Teatrem Polskim w Warszawie

KILKA OBCYCH SŁÓW PO POLSKU

Michał Buszewicz

reż. Anna Smolar

premiera 10 marca 2018

Myślę, że z rożnych powodów Teatr Polski był idealnym miejscem do wystawienia tego spektaklu. Choćby dlatego, że powstał we współpracy ŻYDOWSKIEGO i POLSKIEGO, że oboje patroni tych teatrów byli polskimi Żydami, że tuż obok, pod bramą Uniwersytetu, doszło do gorszących scen w marcu tegoż 1968 roku, w konsekwencji których to wydarzeń wiele tysięcy ludzi musiało wyjechać z naszego kraju na zawsze.

Michał Buszewicz napisał tekst m.in. na podstawie wywiadów przeprowadzonych z marcowymi emigrantami w Izraelu, w Stanach i w Szwecji, ale przedstawienie nie jest dokumentem. Widziałem w każdym razie na widowni ludzi głęboko poruszonych tym spektaklem, głównie starszych, mogących tamte czasy pamiętać, którzy zgotowali aktorom owacje na stojąco.

Poruszających było kilka scen - szukania dokumentów w ścianie, dybuka Idy Kamińskiej w jednej z aktorek, opowieść o Esterze i Robercie, ale… skróciłbym całość o pół godziny.

Przyznaję także, że poczucia winy spektakl we mnie nie wywołał (nie wiem, czy miał), jedynie – nie po raz pierwszy - smutną nieco refleksję o historii i jej kaprysach. I podobała mi się robota Pawła Sakowicza, którego choreografia – może nieco paradoksalnie – do tego przedstawienia bardzo pasuje.

 

Teatr Osterwy

TRZY SIOSTRY

Antoni Czechow

reż. Jędrzej Piaskowski

premiera 9 marca 2018

Droga jest w głębokiej przebudowie, a tory – złe (trochę się jedzie pociągiem, a trochę autobusem), Lublin więc jest jednym z najbardziej oddalonych od Warszawy miast, choć to zaledwie 150 km z niewielkim okładem. Ale spotkałem w na Ułanach Tomka Domagałę i Tomasz nie mówił o niczym innym, jak tylko o lubelskich Trzech Siostrach. Weekend był piękny, stwierdziłem – „sprawdzam” i się do Lublina wybrałem. I dobrze, bo ostatni raz miałem okazję być tutaj na wycieczce szkolnej w głębokim XX wieku, pamiętam tylko tyle, że pantografy spadały z trolejbusów. A dziś … starówka wymuskana, wieloma językami mówiąca, knajpy z lokalnym jedzeniem jedna na drugiej (cebularze!), a jak przyjadę następnym razem – to wejdę też do lodziarni na Krakowskim Przedmieściu, gdyż jej wyroby muszą – po długości kolejki sądząc – mieć doprawdy super moce. Trzy Siostry obejrzałem z niedowierzaniem i zachwytem, i śmiejąc się i będąc momentami na granicy silnego poruszenia, zapatrzony i w szaloną scenografię i fenomenalnie przez Jędrka prowadzony zespół aktorski, a szczególnie w Jolantę Rychłowską, która gra szwagierkę i - kogoś na podobieństwo Krystyny Loski. 

Ergo, Jędrzej Piaskowski zrealizował z lubelskim zespołem jeden z najlepszych spektakli tego sezonu, w którym obok niemożności życia, niewypowiedzianych czechowowskich oczekiwań oraz niewyjechania do Moskwy, jest także cudowna zabawa teatralną umownością.

Komu wyobraźnia służy – może i tak!

 

Teatr Żydowski

SPAKOWANI, CZYLI SKRÓCONA HISTORIA O TYM, KTO CZEGO NIE ZABRAŁ

Agata Duda Gracz

reż. Agata Duda Gracz

wydarzenie jednorazowe 8 marca 2018

Mamy oto Dworzec Gdański 50 lat temu. I już spakowani czekają na pociąg, z jednym tobołkiem, z jedną rzeczą, niekiedy dywanem, ławką, ze zdjęciami. Wyjeżdżają, ale jakby słowa „na zawsze” do nich nie docierały, cieszą się, że gdzieś tam w świecie wyjdą za mąż, że gdzieś powieszą pamiątkowe firanki, część chce zajmować miejsca w pociągu, gdzieś na peronie bryka niesforny chłopaczek, nie można znaleźć zagubionej babci.

Zatrzymana na scenie chwila tuż przed, z siedzącymi na walizkach ludźmi, którzy zostawili tu po sobie więcej niż mieli. Nie tylko mieszkania, których adresy padają na początku tego poruszającego spektaklu. Fantastyczna robota reżyserki, która w niełatwych plenerowych warunkach opanowała pracę kilkudziesięciu występujących w spektaklu aktorów, oraz akustyka, bo – co mnie zdziwiło – wszystko było idealnie niemal słyszalne.

O uroczystości poprzedzającej spektakl może lepiej nie napiszę nic. Następnym razem upewnię się, o której godzinie kończą się oficjałki i przyjdę od razu na spektakl. 

 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

MĘŻCZYZNA

Gabriela Zapolska

reż. Anna Gryszkówna

premiera 5 marca 2018

116 lat temu ten kameralny dramat Zapolskiej był przebojem (i skandalem) na scenach polskich ziem. Jeden mężczyzna – Karol (Krzysztof Ogłoza) i one trzy – Nina, Julka i Elka (Małgorzata Klara, Agata Wątróbska i Karolina Charkiewicz). On zostawia żonę dla młodszej, ale nie może się z nią ożenić, bo żona rozwodu dać nie chce. Elka zachodzi w ciążę, Karol się Julką zaczyna nudzić, zwraca za to coraz większą uwagę na Elkę, starszą, niedostępną siostrę swojej kochanki.

A współcześnie… obyczajowo Mężczyzna wywołuje tylko uśmieszek, w przeciętnym mieszkaniu jest dziś znacznie więcej materiału na soczyste przedstawienie dramatyczne. O czym więc dziś mówi nam Zapolska? I co było motywacją sięgnięcia po ten zakurzony jednak tekst? 

To jest pytanie, na które do dziś odpowiedzi nie znalazłem, choć od premiery minął ponad tydzień.

Szukał będę dalej.

 

Teatr Syrena

CZAROWNICE Z EASTWICK

John Updike, adaptacja John Dempsey, tłum. Jacek Mikołajczyk

reż. Jacek Mikołajczyk

premiera 3 marca 2018

Nie znam się na musicalach ani – zdaje się - nie umiem o nich pisać. Więc tylko - jak to mówią, z kronikarskiego obowiązku…

Na ile spektakl w Syrenie jest inspirowany książką, na ile filmem, a na ile innymi wystawieniami – nie wiem, dla mnie, zwykłego widza to zupełnie nieważne. Ważne to, że spędziłem bardzo miło sobotni wieczór, że ten świat z nieistniejącego Eastwick (ale istniejącego Massachuttes!) mnie wciągnął, także dzięki temu, że kreska, jaką reżyser go narysował, była – no cóż – odpowiedniej grubości. I to ważne, bo w kilku miejscach można było przedobrzyć. Sądzę zatem, że Jacek Mikołajczyk brawurowo rozpoczął dyrektorowanie w Syrenie, Czarownice są świetnie zagrane i zatańczone, ani przez chwilę nie byłem znużony. Widać talent, zapał i uczciwą ciężką robotę całego zespołu.

Tekst został przez Mikołajczyk przetłumaczony z szacunkiem dla takiego widza jak ja (to znaczy – słuchającego, co aktor ma do powiedzenia na scenie), z pewną taką szlachetnością, współcześnie, trochę pieprznie, może momentami nawet ździebko wulgarnie, ale nie prostacko, poza tym świetna scenografia i kostiumy.

Trzymam więc kciuki za kolejne musicalowe premiery w Syrenie (kolejna we wrześniu) i wyglądam ich w pełnym napięciu.

 

Teatr Ochoty

Roz/CZAROWANIE

Grzegorz Staszak

reż. Anna Wieczur-Bluszcz

premiera 23 lutego 2018

Zaskakujące i momentami całkiem zabawne – choć jakby o baśniach w naszym życiu, ich roli, spustoszeniu jakie sieją i bogactwie jakie wnoszą – roz/CZAROWANIE - jest spektaklem dla widzów dorosłych. Nawet nie dlatego, że grane bez kostiumu czy jakoś tam wulgarne – po prostu nastoletni widz raczej nie zrozumie.

Mamy oto królewicza i królewnę, on z przeszłością, ona po przejściach (choć oboje młodzi), mamy jej służkę zapatrzoną w niego, i - jego sługę, z którego lojalnością nie jest za dobrze. I jeszcze królowa, która miesza nieco sacrum z profanum, sugerując, że królewicz niezbyt dba o higienę, mówiąc w pewnym uproszczeniu.

Rzecz możliwa do czytania na kilku płaszczyznach, a która z nich najważniejsza – to już każdy sobie sam odpowie. Tytuł jest także niejednoznaczny i nie tylko odnosi się do jednej ze scen w spektaklu, w której… No nie, właśnie niespecjalnie można o tym pisać, żeby nie zepsuć tej zabawy. Tak, zabawy.  

Bo autor z reżyserką wodzą nas trochę za nos, zostawiają fałszywe tropy, i jak już fragment bajki się naszej głowie ułoży, wydarza się COŚ i musimy tę misterną konstrukcję w głowach naszych budować na nowo. Bardzo mi się ta zabawa w kotka i myszkę podobała.

 

Teatr Kwadrat

NIE TYLKO STARSI PANOWIE, CZYLI WASOWSKI DO KWADRATU

z tekstami piosenek różnych autorów, scen. Monika i Grzegorz Wasowscy

reż. Jacek Bończyk

premiera 18 lutego 2018

Trochę spektakl, trochę koncert czy też recital, ale przede wszystkim - pełen ciepła, subtelnego humoru i poezji - hołd złożony talentowi i osobie Jerzego Wasowskiego. Proszę się jednak nie spodziewać patosu, wielkich słów itepe; Grzegorz, syn p. Jerzego, prowadzi nas przez jego twórczość (i życie) lekko, nieledwie z przymrużeniem oka, a opowieści te przeplatane są pięknymi piosenkami autorstwa NieTylkoStarszegoPana, piosenkami zdecydowanie mniej znanymi, w fantastycznej interpretacji Klementyny Umer. Dodajmy, że z towarzyszeniem akordeonu, kontrabasu i instrumentu klawiszowego i w pięknej scenografii Wojciecha Stefaniaka. 

No cóż, jestem nieco staromodny, więc owe dwie godziny spędzone na kameralnej scenie Kwadratu, były jak cudowne przeniesienie się w czasie, jak podróż do przestrzeni, w której słowa łączą się w tylko piękne frazeologizmy, w której muzyka sama się do tych słów układa, w której świat rozumie, co to przenośnia, co to niedomówienie, czy anafora. 

Wśród anegdot opowiadanych przez Grzegorza o swoim ojcu, było kilka, które chciałbym zapamiętać w całości, a niestety z tej o radiu zapamiętałem tylko tylko,

że Wasowski z Przyborą (obaj radiowcy) uknuli bonmot, że z radia powstałeś i w radio się obrócisz. Zapomniałem niestety, co było w środku... Następnym razem wezmę zeszycik.

PS. Pani Klementyno, dziękuję!

 

Pożar w Burdelu

DUCHY. MUSICAL SPIRYTYSTYCZNY

Michał Walczak

reż. Michał Walczak

premiera 17 lutego 2018

Zabrakło co prawda żartów ze wzrostu Zdzisia - bardzo mi jednak tego brakuje - ale za to na scenie pojawili się w mniej więcej własnych osobach Boy, Krzywicka, Marszałek, Szyfman czy Witkacy. Było wywoływanie duchów (w roli medium Grażyna Barszczewska) i w ogóle – jak to w Burdelu – panowała atmosfera nieco opozycyjna. Może nawet bardziej niż nieco.

I właściwie chciałem napisać, że fajna scenografia Aleksandry Wasilkowskiej, że aktorzy Polskiego świetnie pasują do tej burdelowej estetyki, że Julia Wyszyńska powinna być Skłodowską-Curie pierwszego wyboru przy kolejnych produkcjach, i w ogóle ciepłych słów nie powinno zabraknąć w tej niewielkiej recenzji, gdyby nie…

Otóż bardzo fajnie jest, gdy słychać, co aktorzy mają nam do powiedzenia. Szczególnie jest to istotne przy kabarecie, a już niezbędne – przy kabarecie literackim. 

Niestety, po piątym utworze dałem sobie spokój z wsłuchiwaniem się, o czym aktorzy śpiewają, gdyż okropnie męczy to słuch i – najnormalniej w świecie - pozbawia przyjemności oglądania spektaklu, w powstanie którego (to akurat widać) włożono mnóstwo ciężkiej pracy. 

Czy możemy coś z tym zrobić? Ja, fan Burdelu, bardzo ładnie o to proszę. Proszę, żebyście byli słyszalni.

 

Teatr Ateneum

TRANS-ATLANTYK

Witold Gombrowicz

reż. Artur Tyszkiewicz

premiera 17 lutego 2018

Przemysław Bluszcz jako Gombrowicz - świetny (jak zawsze zresztą), ale najlepszą rolę w Trans-Atlantyku zagrał Krzysztof Dracz. Z zachwytem patrzyłem na jego Gonzala, którego przecież aż prosiło się, żeby bardziej zmanierować, żeby naświetlić tę kliszę mocniej. A tymczasem – nic z tego, to najmisterniej utkana postać w tym mądrym, niejednoznacznym i wymykającym się łatwym ocenom - przedstawieniu.

O patriotyzmie, tym nowoczesnym i staro-czesnym, o ojczyźnie i o synczyźnie, ale najbardziej o tym, czy można od Polski i od polskości uciec? No można albo i nie można, jak powiedziałby Ciciszowski (bardzo dobry Tomasz Schuchardt). Czy przede wszystkim jesteśmy najpierw Polakami, a potem ludźmi, czy może jednak odwrotnie? I co z tego wynika? Czy da się uodpornić na polskość z cepelii, na piękne i niczym nieograniczone słowa o wielkości naszego narodu? (znakomity Artur Barciś w roli konsula).

Bardzo dobre, świetnie zagrane, bolesne, ale jednak i tkliwe przedstawienie. Nie wiem, dlaczego po wyjściu z teatru głowa moja nie mogła się opędzić od Nie pytaj o Polskę Obywatela GC. No może właśnie dlatego.

 

Och-Teatr

CASA VALENTINA

Harvey Fierstein

reż. Maciej Kowalewski

premiera 16 lutego 2018

Początek lat 60-tych, Stany Zjednoczone i pensjonat prowadzony przez Ritę i George’a, do którego przyjeżdżają transwestyci z całego kraju. No cóż, wszystko się musi odbywać przy zachowaniu daleko idącej dyskrecji, przypomnę – całość się działa ponad pół wieku temu w niesłychanie purytańskich wówczas Stanach. Z rożnych powodów dochodzi do sytuacji, że goście tego pensjonatu prawdopodobnie będą musieli się przed władzami ujawnić, żeby zalegalizować swoją organizację. Czy się na to zdecydują?

Do któregoś momentu spektakl Macieja Kowalewskiego jest bardzo zabawny, wręcz komediowy, potem – już trochę mniej. Bo rzecz nie tylko o tym, że cena, jaka płacimy za to, żeby móc być sobą - choć przez chwilę, przez weekend – bywa wysoka. Ale także – o tym, co definiuje kobiecość, co męskość, co nam wolno, a czego – na pewno nie. Naprawdę dobrze napisana rzecz.

Kostiumy Doroty Roqueplo są jakby jedenastym aktorem w tym spektaklu. Aktorzy wyglądają w kieckach autorstwa p. Doroty po prostu szałowo, słyszałem nawet w foyer głosy, że jeden z aktorów - nawet lepiej niż w spodniach. 

Ale nawet jeśli ktoś nie lubi tego typu „opowieści z morałem” i tak warto się wybrać dla Cezarego Żaka, który kradnie kolegom (i koleżankom) show nie tylko absurdalną kiecką, ale i najlepiej w tym przedstawieniu skrojoną i zagraną rolą.

 

Klub Komediowy

KOMEDIA ROMANTYCZNA

Przemysław Nowakowski

reż. Przemysław Nowakowski

premiera 14 lutego 2018

Wszystko właściwie, co napisano o tym spektaklu na stronie Klubu, jest jedną wielką prowokacją. Bo widzowie zachwyceni lekkością i inteligencją opisu, przyjdą na Pl. Zbawiciela przekonani, że dostaną coś dokładnie odwrotnego, tymczasem Komedia Romantyczna jest w istocie „skomplikowanym, przygnębiającym, nieznośnie psychologizującym i zupełnie nieśmiesznym utworem o…”. Cóż, to istotnie inny spektakl od tych, do których nas Klub przyzwyczaił. Inny, a jednak bardzo tu pasujący. Faktycznie - nie aż tak nieodparcie zabawny, może momentami nawet refleksyjny czy wręcz gorzki - bo o samotności w wielkim mieście - ale świetnie, z odpowiednim (bo nie za dużym, w sam raźnym) dystansem przez Matyldę Damięcką i Macieja Nawrockiego zagrany i zaśpiewany. Mądry i jakimś taki kurczę życiowy.

Czy zatem taki utwór w ogóle tu pasuje? Czy do klubowej publiczności ten rodzaj liryzmu trafi? Otóż do jednego rosyjskojęzycznego widza nie trafił, gdyż cudowną scenę w Moskwie widz ówże potraktował nieledwie jak zerwanie traktatów polsko-rosyjskich, wstał, rozbił szkło, a w foyer, używając wyrazów powszechnie znanych jako nieprzyzwoite, wygrażał zrzuceniem bomby atomowej na Plac Zbawiciela. Niezła heca.

Jestem na „tak”, ale jeśli jesteście, proszę pana, na zakręcie, uprzedzam, że ten plaster poharatanego serca nie sklei. I że w ogóle to rzecz o tym, że nie jest łatwo. Ale że próbować trzeba.

 

Nowy Teatr

UCZTA

Platon, dram. i tłum. A. Serafin

reż. Krzysztof Garbaczewski

premiera 8 lutego 2018

Wyszedłem z Nowego, a właściwie wyleciałem, nieledwie na skrzydłach, gdyż zrozumiałem, co się do mnie ze sceny mówi. Pewnie także dlatego, że aktorzy podają nowo przetłumaczoną frazę Platona z pewną taką szlachetnością, i zapewne dzięki świetnej akustyce w Nowym. No dobrze, trochę pożartowaliśmy, a teraz do rzeczy.

Przedstawienie jest momentami manieryczne, momentami bardzo zabawne, przede wszystkim jednak – wspaniale zagrane. Jaśmina Polak i Bartosz Bielenia – choć nowi w Nowym – wydaje się, jakby grali tu od dawna i bardzo tu pasują (jakkolwiek to brzmi), cudowna scena miłosna Deotymy i Sokratesa (znakomici Magdalena Cielecka i Paweł Smagała), ale najważniejszą rolę w tym spektaklu zagrał Jacek Poniedziałek i nie zawaham się napisać, że rolę wielką. Jego Sokrates oskarżony jest o demoralizację młodzieży (ale halo halo, przecież to Alcybiades uwiódł Sokratesa, a nie odwrotnie), oraz – o brak szacunku do bóstw. Broniąc się przed tymi zarzutami, mówi jednak Sokrates o czymś znacznie ważniejszym, o sprawach pierwszych i o ostatnich, i wtedy, i dziś.

Dziwny nieco kostium Piotra Polaka, nie wiem, czy nie zbyt wyrafinowana (no dobrze, wydumana) tym razem scenografia Aleksandry Wasilkowskiej, ale w całości – zacytuję Antoniego Słonimskiego – utwór daje zadowolenie artystyczne.

 

Teatr Polski w Warszawie

MINY POLSKIE

M. Grabowski/T.Nyczek na podst. S. Wyspiańskiego, J. Kitowicza, H. Rzewuskiego, W. Bogusławskiego i W. Gombrowicza

reż. Mikołaj Grabowski

premiera 29 stycznia 2018

Pomyślałem sobie, że gdyby Miny przenieść bez najmniejszej nawet ingerencji do Powszechnego, rozpętała by się kolejna burza o szerzenie nihilizmu, antypatriotyzmu i o Bóg wie czego jeszcze. Ale proszę się nie lękać. Twórcy tego bardzo udanego spektaklu właściwie tylko przystawiają nam na scenie lusterko i pozwalają nam się w nim dokładnie obejrzeć, przypominają, że nic się nie zmienia, miny stroimy i dziś, codziennie i od święta, że z min, gestów, słów (wielu, zbyt wielu nawet) jesteśmy zbudowani i się za nimi chowamy i nimi atakujemy, i nimi się bronimy. Przyglądał się tym naszym rytuałom Gombrowicz i przecież właśnie o tym napisał swoje arcydzieła. Gombrowicz obecny jest zresztą na scenie, bez jakoś drastycznie dorobionej gęby, ale za to w znakomitej kreacji Grzegorza Mielczarka.

Jacy jesteśmy naprawdę? Och, oczywiście ani autorzy ani wybrane teksty źródłowe na to pytanie nie dają oczywiście jednoznacznej odpowiedzi, bo jej nie ma, ale… spróbować można. I jest to próba udana, szczególnie, że - choć nasze wady narodowe w tekstach Min są wyraźnie widoczne - to jednak twórcy podchodzą do polskiej kompleksji jednak z wyrozumiałością, a może nawet z czułością.

Spektakl jest brawurowo zagrany, wciągający, momentami cudownie zabawny, z kilkoma poruszającymi, świetnymi scenami (finał!). Jan Peszek jako Bogusławski naprawdę, no…

naprawdę, ale i towarzyszący mu Anna Cieślak i Paweł Krucz także znakomici, do tego w odważnych (jak na Teatr Polski) rolach. Bardzo dobra, z dystansem zagrana rola Konrada (Krystian Modzelewski), wreszcie – świetna Joanna Halinowska w roli muzy, która ten spektakl rozpoczyna i - w zupełnej ciszy na widowni - kończy.

 

Teatr Ateneum

NAD CZARNYM JEZIOREM

Dea Loher

reż. Iwona Kempa

premiera 28 stycznia 2018

Spotkanie dwóch małżeństw w kilka lat po tajemniczej śmierci ich nastoletnich dzieci – to jest punkt wyjścia znanej (i chętnie wystawianej) w Polsce dramaturżki do rozważań o żałobie, utracie, życiu, śmierci – oraz sensie i bezsensie tych pojęć.

Wyszedłem ze spektaklu udręczony. Cóż z tego, że mamy na scenie dobrych aktorów, skoro tekst jest boleśnie przewidywalny, wiadomo od razu, że dojdzie podczas „szczerej” rozmowy do quasi-psychoterapii. Nie wiadomo z kolei, dlaczego na ów tekst jest na początku porozrywany i bohaterowie nie używają w wypowiadanych przez siebie kwestiach różnych dość niezbędnych części zdań. Nie wiadomo wreszcie – dlaczego aktorzy na siebie krzyczą, to zarówno w małżeństwie jak i na scenie wyraz bezradności.  W każdym razie - chciałem stamtąd uciec. Niestety Scena 61 to uniemożliwia, jesteśmy wraz z aktorami jak zamknięci nieledwie w klatce. Ale myślę sobie, że lepiej, że z takimi emocjami wyszedłem z Jeziora niż z obojętnością i ze wzruszeniem ramion. 

Nie mam pewności, czy nie jest jednak duży atut tego przedstawienia.

 

Teatr Jaracza w Łodzi

Z MIŁOŚCI

Peter Turrini

reż. Waldemar Zawodziński

premiera 27 stycznia 2018

To jest najbardziej przygnębiające przedstawienie, jakie widziałem w życiu.

Dobry Bóg (wspaniała Bogusława Pawelec) zjawia się na ziemi, mówiąc ściślej – w Wiedniu, i patrzy na to, co się dzieje z Jego stadem, a stado owo pogubiwszy się nieco, robi rzeczy zaiste smutne. No, może z wyjątkiem małej skrzypaczki Flory, która jeszcze nie zdążyła pomieszać i zwyrodnić znaczeń najważniejszych słów rządzących naszym życiem.

Źle się dzieje w małżeństwie Michaela i Elfriede, Ella nie umie poradzić sobie z samotnością po śmierci męża, Hilde odebrano dzieci, do tego mamy wiedeńskich policjantów różnych szczebli skonfliktowanych z rzeczywistością, mamy bezdomnego, który jakby trafił los na loterii oraz - będącą w wieku balzakowskim prostytutkę, której pracę zabierają młodsze koleżanki ze wschodniej Europy. Co ich wszystkich połączy?

Mówiąc najkrócej - rzecz o tym, co robimy, a czego nie robimy „z miłości”. Poruszający, świetnie zagrany spektakl, szczególna uwagę zwracam na nastoletnią Oliwię Leńko (Florę), która zagrała dużą, dorosłą nieledwie rolę bez cienia zmanierowania, bez piereżywania, prosto i celnie, w dziesiątkę. W przypadku aktorów w wieku Oliwii to się właściwie nie zdarza, tym większe brawa.

 

Teatr Studio

BIESY

Fiodor Dostojewski, adaptacja N. Korczakowska i A. Radecki

reż. Natalia Korczakowska

premiera 26 stycznia 2018

O czym spektakl Natalii Korczakowskiej jest, a o czym nie jest i ile tam Dostojewskiego – mógłbym jednoznacznie napisać jedynie dokładnie pamiętając powieść, a ja czytałem ją w liceum, w ubiegłym wieku. Więc nie będę się wymądrzał, napiszę jedynie, że niepotrzebnie w adaptacji pojawiają się wulgaryzmy, że z faktu zagrania Szygalewa przez Halinę Rasiakównę w moim odczuciu niewiele niestety wynikło, nie zrozumiałem także po co Bartosz Porczyk pojawił się na scenie w negliżu, acz zdecydowanie bardziej adekwatny był tenże kostium u Roberta Wasiewicza. Ekscentrycznym także wydał mi się pomysł bogato reprezentowanej na scenie obsługi technicznej teatru.

Jest jednak coś w tym spektaklu wciągającego i uzależniającego. Nie umiem jednak tego czegoś nazwać, ale wiem, że Biesy są świetnie zagrane, sądzę, że najlepszy jest Tomasz Nosiński, jakby żywcem z Dostojewskiego wyjęty.

Irenie Jun i Stanisławowi Brudnemu zazdroszczę natomiast formy, i fizycznej, i artystycznej.  

 

Teatr Polonia

ŻEBY NIE BYŁO ŚLADÓW

Cezary Łazarewicz, adaptacja Piotr Rowicki

reż. Piotr Ratajczak

premiera 25 stycznia 2018

W inscenizacji Piotra Ratajczaka Grzegorz Przemyk (świetny Adrian Brząkała) był paradoksalnie postacią drugoplanową, rolę główną - ale nie najważniejszą - grała Agnieszka Przepiórska (Barbara Sadowska, matka Grzegorza). Bowiem najważniejszym bohaterem tego przedstawienia jest państwo polskie, które rękoma jednej czy drugiej swołoczy w mundurze, pobiło chłopaka na śmierć. A następnie skazało za tę śmierć niewinnych ludzi, korzystając z całego aparatu, jakim dysponuje.

Dwiema scenami byłem poruszony – monologiem Grzegorza o swojej przyszłości, gdzie rozwodził się, kim byłby dziś, jak potoczyłyby się jego losy gdyby żył, i – rozprawą w sądzie, ze świetną Jolantą Olszewską w roli prokurator.  

To spektakl „ważny” i „potrzebny”. Wkładam w cudzysłowy nie po to, żeby wyśmiać, tylko właśnie takich słów użyto i w pierwszych recenzjach i na popremierowym bankiecie w foyer. Pełna zgoda – ważny i potrzebny. Tylko zawsze mam lęki, że przydawki takie zamykają rozmowę o samym dziele - spektaklu, filmie, książce itd., 

że to, co ew. nie wyszło, przykrywane jest rangą wydarzenia czy też tematem, z jakim się twórca mierzył.

 

2018, luty

KŁAMSTWO O MIŁOŚCI

Florian Zeller

reż. Henryk Jacek Schoen

premiera 18 stycznia 2018

Laurence widzi z okna taksówki Jean-Claude’a, najlepszego przyjaciela swojego męża, który całuje się z obcą kobietą. Jego żona jest z kolei jej najlepszą przyjaciółką. Powiedzieć o tym Sophie - czy też zachować ten sekret dla siebie? To ważne, bo oboje mają za moment przyjść na kolację.

W pewnym uproszczeniu to jest punkt wyjścia do wcale nie aż tak bardzo zabawnych rozważań o naturze kłamstwa i prawdy, o tym, czym jest miłość, czym przyjaźń, a czym – dyskrecja. No więc faktycznie w tym spektaklu są momenty całkiem śmieszne, ale nie znalazłbym w sobie odwagi nazwania go komedią. Autor wodzi nas za nos, jakby sprawdza naszą czujność, inteligencję, intuicję, fantastyczna przygoda intelektualna, jak to u Zellera bywa. Pomyślałem - bardzo lubię taki teatr, w którym nic nie jest oczywiste. Aż tu nagle…

Sugeruję minutę przed końcem spektaklu wyjść, tuż po scenie z Paulem i Laurence wznoszącymi za siebie toast. Finał jest nie tylko obrazą i kpiną z inteligencji widza, ale też rujnuje ten naprawdę niezły, misternie utkany spektakl.

Wyszedłem wściekły.

 

Teatr Soho

OŚCI

na podstawie powieści Ignacego Karpowicza

reż. Paweł Miśkiewicz

premiera 12 stycznia 2018

Ninel jest naukowcem z piękną kartą kombatancką. Jej syn, Franek, jest kochankiem Mai, której mąż poznaje na grancie w Berlinie inną kobietę, ale życie we czworo (jak chciałaby Maja) raczej im nie wyjdzie. Kochankiem Ninel jest z kolei Norbert, który nienawidzi gejów, ale ma żonatego (z kobietą, i dzieciatego) kochanka Kima Lee, Wietnamczyka, który występuje jako drag-queen. No i są jeszcze Krzyś i Andrzej, para gejów, zaprzyjaźniona z nimi wszystkimi, a Norbert to zdaje się, że coś kiedyś z Krzysiem więcej. Skomplikowane?

Na podstawie świetnej powieści Ignacego Karpowicza Paweł Miśkiewicz zrealizował spektakl olśniewający, momentami - bardzo zabawny, momentami wyciskający łzy, wciągający bez litości. Rzecz o naszej przeraźliwej samotności i maskach, jakie zakładamy, żeby nikt tego stanu nie poznał, i o przedziwnych niekiedy sieciach socjologicznych, jakie zapuszczamy na innych ludzi, by ta samotność mniej doskwierała. O neurastenii, o nerwicach i o chorobliwej potrzebie nazywania wszystkiego i wszystkich. 

Rewelacyjna Roma Gąsiorowska w popisowej roli Mai, zagubionej, rozchwianej nieco matki nastolatka i żony wiarołomnego naukowca, wspaniała Iwona Bielska jako Ninel, po przerwie wraca do Warszawy (oby na częściej) Szymon Czacki, ale najtrudniejszą rolę miał – i moim zdaniem w tym spektaklu najlepszą – fantastyczny Michał Wanio (Krzyś). 

Koniecznie.

 

Teatr Powszechny w Łodzi

WSZYSTKO W RODZINIE

Ray Cooney

reż. Giovanny Castellanos

premiera 31 grudnia 2017

Doktor Mortimor ma wystąpić z prezentacją przed zgromadzonymi w Londynie kolegami lekarzami z całego świata. Niestety, przygotowania do jego występu zostają – delikatnie mówiąc – zakłócone. Ostatnie przymiarki do wystawienia przedstawienia świątecznego w jego szpitalu także nie ułatwiają niezbędnego przecież skupienia. I jak to w farsie, powiedzieć – że nastąpi katastrofa – to tak, jakby nic nie powiedzieć.

Uśmiałem się serdecznie, kilka gagów jest naprawdę zabawnych, choć powiedzmy sobie szczerze, że w którymś momencie nagromadzenie nieporozumień i hec wymyka się nieco prawdopodobieństwu i logice. Niemniej – taka właśnie jest poetyka farsy, przyznać trzeba Cooneyowi, że z matematyczną precyzją doprowadza wątek każdego kłamstewka do końca, nawet, kiedy już widz zdążył zapomnieć, jaką to brednię zdołał Mortimer wymyślić, by tylko uratować swoją skórę.

Wiadomo, że Powszechny zaprawia aktorów w bojach farsowych, to jest wymagający gatunek sceniczny, także dlatego, że trzeba bardzo uważać, żeby kreska, którą autor namalował ów świat, w żadnej sekundzie nie była na scenie ZBYT gruba.

I dlatego przekonacie się, że najtrudniejsze zadanie miał Artur Zawadzki, który znakomicie, z zegarmistrzowskim wyczuciem wcielił się w biednego doktora Bonneya, wrobionego w ździebko późnawe ojcostwo.

 

Teatr Sewruka w Elblągu

‘ALLO, ‘ALLO

Jeremy Lloyd, David Croft

reż. Jan Tomaszewicz

premiera 30 grudnia 2017

Skąd się wziął tytuł kultowego serialu? Ano stąd, że tymi słowami kawiarnię Rene’go wywoływał przez radio Londyn. Niestety, kto nie widział serialu, ze sceny się nie dowie, słowa te po prostu nie padają. Bohaterowie pozdrawiają się znanym gestem oraz… zwrotem „hello”, czyżby dlatego, że „Heil Hitler” nie przeszłoby przez usta aktorom? To zaiste było uroczo nieporadne. W serialu wymyślili parodyjkę hitlerowskiego pozdrowienia, może trzeba było pójść tą drogą? Bo owo „hello” naprawdę wali po uszach jak dzwon na sumę.  Edith śpiewała zdecydowanie za dobrze, Gruber zalecał się do Rene zbyt na serio, a francuszczyzna Crabtree’go – choć w serialu jest najcudowniejszym dowodem brytyjskiego poczucia humoru, w Elblągu była jakby kilofem wyciosana. Lost in translation… Piosenki były śpiewane z playbacku, znacznie głośniej niż kwestie mówione, co dość trudno było wytrzymać. Także same teksty owych piosenek spolszczone były strasznie, wszystko to jednak małe smutki, bowiem popełniono w Elblągu grzech pierworodny, zabrakło mianowicie twórcom dystansu.

‘Allo ‘Allo śmieszy właśnie dlatego, że bohaterowie narysowani są bardzo grubą kreską, jeszcze grubszą… Puszcza się oko do widza właściwie w każdym kadrze, tymczasem elbląskie przedstawienie jest z niezrozumiałych powodów zrobione „na poważnie”. 

Dlatego też widownia, reagując w zupełności poprawnie na to, co widzi na scenie, śmiała się w dawkach – ujmując delikatnie – homeopatycznych.

Dla tak zabawnego tekstu to katastrofa.

 

Teatr Powszechny w Warszawie

STRACH ZŻERAĆ DUSZĘ

na podst. filmu Rainera Wernera Fassbindera

reż. Agnieszka Jakimiak

premiera 19 grudnia 2017

Aktorzy bawią się rolami, doprowadzając swoje postaci do granic przerysowania, może nawet niekiedy je przekraczając (granice oczywiście, nie postaci), ale to nie szkodzi. Zagrane bowiem brawurowo, nieodparcie śmieszne, pomysłowo i niesłychanie starannie wyreżyserowane.

O czym ten spektakl jest a o czym nie jest, to kwestia moim zdaniem drugorzędna, gdyż „Strach zżerać duszę” jest cudownym zwycięstwem formy nad treścią, co mi tym razem zupełnie nie przeszkadzało, gdyż forma owa – jako się już rzekło – jest w dechę.

No ale mówiąc najkrócej - rzecz o tym, że (jakkolwiek to brzmi) nie wszyscy jesteśmy tacy sami i że nie każdy daje sobie z sobie radę z tą oczywistością, tak, jak nie radziły sobie sąsiadki Emmi z faktem istnienia jej młodego arabskiego kochanka. 

O źle mówiącym po niemiecku sprzedawcy w pobliskim sklepiku już nie wspominając. Byczy spektakl!

 

Dzika strona Wisły

ST. NICOLAS

Connor McPherson

reż. Weronika Kuśmider

premiera 19 grudnia 2017

O krytyku teatralnym i o wampirach. O prawdzie i nieprawdzie. O tym, co jest na pewno, a co nam się wydaje. O nadziejach i o beznadziei. O pożądaniu. I o tym, że najbliżsi mogą być zupełnie obcy i to z całkowicie naszej winy. Wreszcie – o dobrym i złym teatrze.

Fantastyczny tekst irlandzkiego (całkowicie rudego dodajmy) autora, będącego w swoich middle-fourties, ale McPherson napisał Mikołaja dawno temu, mając lat nieco ponad dwadzieścia pięć. Nie wiem, kto mu wówczas udzielał rad z tzw. życiowej mądrości, zblazowania i rozczarowań - tata czy starszy kumpel, ale zaiste to nieprawdopodobne, że tak coś tak dobrego (i dość gorzkiego - zauważmy) mógł napisać człowiek tak młody. A jednak.

Od razu mówię – rzecz raczej tylko dla facetów, nie dlatego, że jakoś specjalnie wulgarny, ale kobiety mogą nie zrozumieć wyborów i motywacji naszego bohatera. Za mną siedziała widzka, która co chwilę nerwowo zaśmiewała się w zupełnie niezabawnych momentach, co doprowadzało mnie do białej gorączki i bliski byłem popełnienia impertynencji. Ale na szczęście wampiry mnie powstrzymały.

Kameralna, idealna do takiego przedstawienia scena DSW i znakomity Szymon Kuśmider, któremu na kolejne 25 lat pracy w teatrze życzę równie dobrych tekstów.

 

Teatr Collegium Nobilium

ODYS WRACAJ DO DOMU

Marcin Bartnikowski

reż. Marcin Bikowski

premiera 19 grudnia 2017 roku

(Tym razem – dla odświeżenia stylu i w ogóle łamów – tekst mojego przyjaciela Witka Koroblewskiego. Z którym to tekstem w jakichś 83% się zgadzam.)

Przez pierwsze pół godziny siedziałem spięty, szepcząc do siebie „O Boże, jakie to jest słabe” - fragmenty „Powrotu Odysa” Wyspiańskiego przeplecione zostały modnymi ostatnio wtrętami o złej Polsce i ksenofobicznym suwerenie. Potem jakoś się to „rozeszło”, pojawiły się za to bardzo zabawne dialogi o tym „co kogo wkurwia”, znowu na chwilę wrócił Wyspiański, by ustąpić miejsca układom choreograficznym i, na końcu, pełnym refleksji piosenkom oraz występowi lalkarskiemu. Były próby aktywnego angażowania publiczności, ale zareagował na nie jeden tylko widz, co nadało tej scenie niezamierzonego wydźwięku komicznego. Ze spektaklu wyszedłem jednak dość poszeptując - „O Boże, ale to było fajne”. No więc minusy nie przysłoniły plusów.

Oglądając Odysa często miałem wrażenie, że twórcy mieli tak wiele pomysłów, że z największym trudem „wcisnęli” je wszystkie w 90 minut spektaklu. A ponieważ byli do nich bardzo przywiązani (do pomysłów, nie minut), nie chcieli niczego usunąć, co sprawiło, że miejscami spektakl sprawiał wrażenie dopchanego kolanem. Zwróciłem uwagę na dość otwarte inspirowanie się Klątwą Frljicia: i tu, i tu mamy Wyspiańskiego poprzetykanego wstawkami politycznymi oraz osobistymi manifestami aktorów. Jednak „Odys wracaj do domu” nie posuwa się tak daleko, nikt nikomu fellatio nie robi. Jest - powiedzmy - Klątwą Light albo nawet Klątwą 0%, taką Klątewką, która może troszkę stroszy piórka, ale którą tak naprawdę nikt się nie oburzy. W tych momentach spektakl najbardziej zbliża się do przedstawienia szkolnego, którym… zresztą jest. Na szczęście gdzieś w połowie owa Klątewka się kończy, a dalej jest już tylko lepiej.

Aktorzy grali z ogromnym zaangażowaniem, szczególnie Anna Złomańczuk i Karolina Martin, ale brawa należą się całemu zespołowi. Na osobną pochwałę zasługuje scenografia – gigantyczny magiel, który poza oczywistymi skojarzeniami, dzięki różnym pomysłowym patentom był niczym dodatkowy aktor na scenie. 

Podsumowując – bardzo lubię przedstawienia, które potrafią zamknąć się w dwóch godzinach. „Odysowi…” się udało. Mamy 90 minut niezłej jazdy w towarzystwie pełnych pasji i zaangażowania aktorów, która być może (jazda, nie pasja) nie zmieni niczyjego życia, za to jest przyjemnym zwieńczeniem zimowego wieczoru.

 

Teatr Jaracza w Łodzi

PLAC BOHATERÓW

Thomas Bernhard

reż. Grzegorz Wiśniewski

premiera 17 grudnia 2017

Właściwie to bez przerwy porównywałem, bo znam ten spektakl w reżyserii Krystiana Lupy. Ale Pani Profesor mnie zapewniła, że to zupełnie normalne, że się porównuje i że Grzegorzowi Wiśniewskiemu należy się uznanie już za sam fakt rzucenia rękawicy.

Łódzki Plac Bohaterów jest i krótszy (sic!) od wileńskiego i chyba trochę o czym innym. Tutaj bohaterowie – choć także złamani i przegrani, mają jednak w sobie jeszcze jakąś siłę, może resztki złudzeń czy nadziei, jeszcze jakieś emocje. No, może poza Profesorową. Wszyscy noszą żałobę, ale Olga i Łukasz raczej na pokaz. Najbardziej przywiązana do pana domu była Pani Zittel (wspaniała rola Barbary Marszałek), jej wspomnienie Profesora z każdym słowem boli, ta elegia o poukładanym życiu, które minęło, jest jednak pełna strachu przed tym, które nadejdzie. Bo to przecież ostatnie posiłki, które pani Zittel przygotuje dla Schusterów. No a Herta? Kim ona była w poukładanym pedantycznym życiu Profesora?

Fantastyczna także Urszula Gryczewska (Anna), świetny Marek Nędza (Łukasz), który wie, że ze zmarłym ojcem łączy go tylko numer buta. Dodajmy, że porządni ludzie mają rozmiar 45.

Jest zatem Łukasz porządny, mimo romansu z aktorką z okładki z kolorowego czasopisma i mimo koronkowej koszuli, do której paradoksalnie czerwone szelki bardzo pasują.  

 

Teatr Żeromskiego w Kielcach

1946

Tomasz Śpiewak

reż. Remigiusz Brzyk

premiera 16 grudnia 2017

Jestem trochę w kropce, bo zupełnie nie lubię publicystyki w teatrze oraz nie mam żadnych złudzeń, że jeszcze zdarzy się w kraju naszym sytuacja jak z Dziadami Dejmka, że po wystawieniu tego czy innego spektaklu dojdzie do CZEGOŚ. Nie dojdzie, o tym jest zresztą Proces Lupy. No więc w 1946 sceny z najwyraźniejszymi odniesieniami do współczesności po prostu mnie rozeźliły.

Ale uniesiony byłem i porażony jednocześnie sceną w szpitalu, w którym próbowano zidentyfikować ciała zabitych, nieprawdopodobnie mocno zabrzmiał - beznamiętnie, jakby urzędowo recytowany - list kieleckiej aktorki, Elżbiety Kowalewskiej, która musiała z Kielc uciekać przed antysemityzmem, wreszcie – poruszający finał z bzdurami ks. Skargi (pomysł z audiobookiem fantastyczny). Choć samo zakończenie z wierszem zbyt łopatologiczne, początek zaś – jakkolwiek rozumiem intencje autorów – ździebko nużący.

Czytam opinie, że to spektakl „trudny” ale „ważny”. No nie wiem, nic trudnego tam moim zdaniem nie ma, świetnie zagrane, ale pół godziny za długie. Krótsze znacznie mocniej walnęłoby obuchem. 

Jeśli w ogóle walnęłoby, bo to już kwestia indywidualnej wrażliwości i na teatr i - na historię. 

 

Teatr Polski w Warszawie

WUJASZEK WANIA

Antoni Czechow

reż. Iwan Wyrypajew

premiera 9 grudnia 2017

Tydzień musiał minąć od obejrzenia spektaklu do przelania na papier kilku myśli z nim związanych. Gdyż od razu po wyjściu z Polskiego byłem nieco zdruzgotany faktem, że Wujaszka nie zrozumiałem, pomyślałem więc – minie czas, ułoży się. Poczytałem sobie pierwsze opinie i poczułem się, jakbym oglądał zupełnie inne przedstawienie niż rozentuzjazmowani recenzenci. Wreszcie – to uczucie rozczarowania było tym głębsze, że Wyrypajewa wprost uwielbiam i uważam, że jest wielkim reżyserem, założyłem zatem z góry, że wszystko, co działo się na scenie Polskiego było zamierzone i wyćwiczone. I ciekawe, czy było.

Aktorzy grają każdy sobie, w ogóle nie ma między nimi chemii. Niektórzy swoje kwestie wygłaszają, czy też – podają (jakby nieco dworując sobie z konieczności „przeżywania” Czechowa), inni z kolei -  grają, bardzo dobry w roli Doktora Maciej Stuhr, trochę gra a trochę jakby puszcza oko do widza z tej swojej gry i mówi ze słyszalnym zaśpiewem. Tak miało być czy to efekt miesięcy przebywania z rosyjskojęzycznym reżyserem? W ogóle ten Wujaszek jest właśnie o Astrowie, kłopot tylko, że najmocniej w głowie zostają jego dylematy związane z wycinką drzew, co jakoś zupełnie bez sensu przenosi Wujaszka do tu i teraz, a mówiąc ściślej – do Białowieży.

Najmocniej zatem przepraszam, ale w ogóle mnie to wszystko nie obeszło, mimo pięknej scenografii i nieziemskiego światła.

 

Teatr Collegium Nobilium

MARAT/SADE

Peter Weiss

opr. i reż. Wawrzyniec Kostrzewski

premiera 8 grudnia 2017

Zlękniony wybierałem się na Miodową, mając w pamięci Marata z Narodowego sprzed kilku lat i moją nim udrękę. Obejrzałem i zaświadczam – proszę się nie lękać, gdyż reżyser ze studentami IV roku Wydziału Aktorstwa stworzyli przedstawienie po prostu olśniewające.

Marata można „zrobić” i o współczesności i o historii i o rewolucji i o wariatach. Oraz – o tym wszystkim na raz. W Collegium Nobilium chyba najgłośniej pada pytanie – jak daleko można pójść w obronie różnych wartości, oraz – co to znaczy – za daleko, oczywiście mówiąc w pewnym uproszczeniu. Całe szczęście bez bezpośrednich odniesień do tu i teraz (a można byłoby), no może z wyjątkiem sceny w Zgromadzeniu Narodowym, cudownej, zupełnie jakbyśmy oglądali audycję publicystyczną w jednej czy drugiej telewizji. 

Fantastyczna rola Agaty Różyckiej (Wywoływacz), świetny Maciej Babicz (Sade), w ogóle cała jedenastka gra koncertowo, z utęsknieniem wyglądam kolejnego dyplomu.

 

Teatr IMKA

POLOWANIE NA ŁOSIA

Michał Walczak

reżyser nieznany, powiedziano mi, że „reżyseria zbiorowa”

premiera 8 grudnia 2017

Za grubą kreską narysowane i za grubymi nićmi uszyte.

Ani to kryminał, ani komedia, ani moralitet historyczny (sic!), choć może akurat odniesienia do najnowszej historii najbardziej miały sens w tym potoku słów. Brak reżysera jest dojmująco widoczny, bardzo dobrzy skądinąd aktorzy w ogóle nie zostali poprowadzeni, niepotrzebnie szarżują, a tam gdzie nie szarżują, to w popłochu szukają, no nie wiem czego, chyba tzw. prawdy psychologicznej swoich bohaterów i niestety jej nie znajdują; poza Myszką może, każda postać robi z siebie kompletnego idiotę, a  kolejne odwołanie do Eliadego byłoby po prostu nieznośne.

Mówiąc delikatnie – wpadka.

 

Teatr Narodowy w Warszawie

ELEMENTARZ

Barbara Klicka

reż. Piotr Cieplak

premiera 7 grudnia 2017

Przez pierwszą połowę spektaklu zastanawiałem się, dlaczego jest Elementarz polecany widzom od 16 roku życia. No ale później to się dojmująco wyjaśnia, choć – jak słusznie zauważyła widzka obok mnie – owo słowo pisze się przez c, a nie przez h. Rzecz jednak nie tylko o tym, że z 32 liter alfabetu możemy ułożyć najpiękniejsze oraz najohydniejsze słowa. Że piękne - uwznioślają i dodają skrzydeł, że brzydkie – zabijają. Bo to również przypomnienie, że na którymś etapie naszego życia z liter budują się tylko dobre rzeczy, ale potem… abecadło spada z pieca i robi się chaos. Autorzy więc dorosłą Alę przenoszą z powrotem do świata Falskiego (genialny pomysł z Marianem Falskim i Falskim Marianem), żeby sprawdzić, co tam się - i z tymi literkami, i z Alą i z jej tatą -  po drodze stało. Brak litery P w tym przedstawieniu – tak jak oznajmia to ze sceny Dominika Kluźniak – jest właśnie jej obecnością i - czy tego autorzy chcą czy nie – daleko idącą manifestacją i polityczną i patriotyczną.

Nie od razu Elementarz mi się ułożył, potrzeba było chwili na „umoszczenie”, chwili na zastanowienie, na nadejście kilku skojarzeń. 

Autorka - Barbara Klicka jest poetką i to przedstawienie jest poezją napisane, warto o tym wiedzieć, zanim zabierzemy nasze epickie osobowości na ten piękny spektakl, tak, żeby nie było rozczarowań.

 

Nowy Teatr

BIBLIA RDZ. 12-25

reż. Michał Zadara

premiera 7 grudnia 2017

To jest właściwie słuchowisko, a nie spektakl. Co prawda słuchowisko jest również spektaklem, ale druga część tryptyku na podstawie Księgi Rodzaju istotnie dzieje się w wyobraźni. Ci zatem, którzy spodziewali się atrakcji jak w części pierwszej, mogli się ździebko rozczarować. Bo się siada i się słucha głosu Michała Zadary, który opowiada o Abrahamie, Sarze i ich potomstwu. O tym, że Bóg zażądał od Abrahama najwyższej ofiary, a ten był skłonny ją złożyć. I nie wiadomo właściwie, dlaczego Abraham dyskutował z Bogiem o liczbie sprawiedliwych w Sodomie i Gomorze, a o tym, że miał zabić swojego syna – nie. No cóż, starotestamentowy Bóg jest okrutny, myślę, że później w domach młodych widzów mogło padać dużo pytań rozmaite sprawy, np. o Hagar, o dwa zepsute miasta, czy też może nawet – o istotę wiary. 

Może o to chodziło, jeśli tak – osiągnięto efekt za pomocą naprawdę skromnych środków. Nie mam tylko pewności, czy nie za skromnych. 

 

Teatr Żydowski

GOLEM

reż. Maja Kleczewska

premiera 2 grudnia 2017

Zobaczyłem na Golemie spacerującą po przestrzeni Magdę Koleśnik, chciałem się wylewnie przywitać, gdyż ją uwielbiam, a Magda jakoś chłodno zareagowała, bo – jak się okazało – była zajęta, bo grała, a mówiąc ściślej - była w tej przestrzeni cytatem z Dybuka, nieobecnym jednak w obsadzie (jak to z cytatami bywa). Byli też Sandra Korzeniak i Jan Dravnel z córką, a doniesiono mi, że dnia poprzedniego też byli i też z córką. Wydaje mi się, że i oni byli cytatem z Mojej Walki Michała Borczucha.

Z tego spektaklu część widzów wyszła niesłychanie poruszona, część wyszła po prostu, po zakończeniu albo w trakcie, a jeszcze inni zostawali całe sześć godzin, żeby im nie umknęło nic z wielopłaszczyznowej opowieści. Niektórzy robili zdjęcia i selfies a inni w skupieniu słuchali, wszystkie te zachowania i są dopuszczalne, i są jakby częścią tego przedstawienia. 

Zastanawiam się jednak, czy przejście obok tego spektaklu z obojętnością także było wpisane w jego byt.

Mam nadzieję, że tak, bo w ogóle mnie to nie ruszyło.  

 

Teatr Żydowski

WIERA GRAN

Weronika Murek

reż. Jędrzej Piaskowski

premiera 24 listopada 2017

Faktycznie, życie Wiery Gran jest materiałem na niejeden film czy spektakl, traktujący nie tylko i niekoniecznie o naszej nicości wobec kaprysów historii. Ale żeby intencje twórców Wiery w Żydowskim pojąć, trzeba się najpierw ździebko przygotować. Ktoś, kto o artystce wie zgoła nic, może wyjść z teatru skonsternowany. Albo – zachwycony, jak mój, hm, Social Media Manager.

Bardzo zabawna jest scena, kiedy Wierze trochę się miesza i zapomina, że Mickiewicz pisał o kawie, nie o kakao. Pomysł i wykonanie zaiste świetne. A że scena owa stanowiła jedną z wielu niezupełnie ze sobą związanych, innymi słowy – dramaturgicznie jest to jakby teatr 2.0 – to inna sprawa.

Zupełnie nie moja to filiżanka herbaty, wolę mieszczańską Wierę w Kamienicy, acz zwróćmy uwagę, że piszący te słowa jest w wieku co najmniej wuja twórców. Niemniej wieczór dość udany - na premierze był tout le mond, wino i przekąski, a przy okazji dowiedziałem się, jak cudowną działalność prowadzi Klub Garnizonowy (który udziela gościny bezdomnemu Żydowskiemu), 

zaś szczególną mą uwagę zwrócił cykl „Żołnierze z pasją”. Mam blisko, będę wpadał, jeśli tylko czas pozwoli. 

 

Teatr Studio

ORIANA FALLACI. CHWILA, W KTÓREJ UMARŁAM.

Remigiusz Grzela na podst. Oriany Fallaci

reż. Ewa Błaszczyk/Zbigniew Brzoza

premiera 24 listopada 2017

Ten sam element jest i siłą, i słabością tego przedstawienia, mianowicie – tekst. Część widzów będzie zachwycona, że i o wielkiej miłości i o przywiązaniu do matki i o nienarodzonych dzieciach i o ataku na WTC, ale inni (w tym piszący te słowa), że – skoro trochę o wszystkim, a więc -  i trochę o niczym.

Pierwsza część spektaklu jest poświęcona Alekosowi Panagoulisowi, greckiemu rewolucjoniście, bohaterowi najważniejszego wywiadu w życiu Oriany i – jej wielkiej miłości. Z nim miała dziecko, które straciła, po tej tragedii napisała poruszający List do nienarodzonego dziecka. Alekos – już jako poseł - zginie w tajemniczym wypadku. Z nikim więcej Oriana się już nie zwiąże, ta miłość była silniejsza niż śmierć.

Gdyby tylko na tym wątku się skupić – to wstrząsający opis tortur, jakim Alekosa poddawano, jakoś by się tłumaczył. Niestety, ten wtręt do całej narracji nie pasował, zważywszy, że za chwilę Oriana wspomina rozmowę z Goldą Meir. A po kolejnej chwili – już bardzo chora - przywraca Europejczykom wiarę w ich wartości, głośno przypominając, że nie muszą się przed nikim tłumaczyć ze swojej kultury i swoich korzeni. 

Niemniej - Ewa Błaszczyk fantastyczna, i czekam na kolejne teksty godne jej charyzmy i talentu. 

 

Teatr Scena

BAL NA WULKANIE

Kamil M. Banasiak

premiera 18 listopada 2017

Jedziemy sobie samochodem przez nieznaną krainę i – nagle uderzamy w… pomnik. Ta stłuczka będzie miała poważne konsekwencje, tym bardziej, że jesteśmy w kraju, w którym prawo, zwyczaje i rytuały są doprawdy osobliwe, nie wspominając o nieprawdopodobnie rozdętym ego obywateli tego jakby nam znanego państwa…

Lękałem się, że Kamil Banasiak zdecyduje się na mocno publicystyczny komentarz do tego, co dzieje się tu i teraz, i faktycznie – Bal na wulkanie jest takim komentarzem. Ale lęk okazał się niepotrzebny. Napisane lekką ręką, momentami dość złośliwe, a oprócz tego – zwiewnie liryczne, choć i ocierające się o wulgarność, co mnie akurat śmieszyło, gdyż autor wie na szczęście, gdzie granica.

Na niewielkiej scenie Sceny tym razem zespół ździebko większy, oprócz samego autora występują Joanna Halinowską i Szymon Roszak, znani już widzom Dodo, a także debiutujący - Weronika Humaj, Filip Kosiora, Mateusz Weber i Adam Serowaniec.

Zagrane i zaśpiewane świetnie (do muzyki Jerzego Derfla), może tylko początkowi nadałbym większej ździebko dynamiki, ale to jedyna uwaga do tego naprawdę zabawnego – i szanującego inteligencję widza -  przedstawienia.

 

Nowy Teatr we współpracy z Teatrem PowszechnymTeatrem Studio i TR Warszawa

PROCES

Franz Kafka

reż. Krystian Lupa

premiera 15 listopada 2017

I publicystyka i przestroga i moralitet i sen. 

Improwizowany drugi akt poruszył mnie najbardziej, rzecz o byciu w teatrze, na scenie, o graniu. Było to mocniejsze niż jednak kluczowa rozmowa K. z księdzem. Chyba właśnie o tym jest ten spektakl najbardziej – o wywoływaniu w nas winy. O tym, że łatwiej rządzić i manipulować kimś, kto ma wyrzuty, kto czuje się winny. Czuje się, a - niekoniecznie jest, właśnie tak jak K. Trzeci akt, kończący się o 2 w nocy wysysa siły, część widzów wychodziła, ale i tak spektakl jest niedokończony, z niby-sprytnym zakończeniem „wszyscy wiecie, co było dalej”. Czy na pewno?  Wielka rola Andrzeja Kłaka, fantastyczne video (Bartosz Nalazek), zawiodą się jednak ci, którzy oczekiwali, że ten spektakl wywoła jakąś rewolucję (w sensie dosłownym). 

Nic z tych rzeczy.  Ale to wielkie przedstawienie jest także właśnie o nieznośnej niemożności.

I o wielkim zmęczeniu. 

 

Teatr Powszechny w Warszawie

SUPERSPEKTAKL

Justyna Lipko-Konieczna

reż. Justyna Sobczyk i Jakub Skrzywanek

premiera 11 listopada 2017

Mam kłopot z tym spektaklem, bo z jednej strony adresowany jest do widzów jakoś tam dojrzałych, a z drugiej strony – myślę, że najbardziej „złapią fazę” ci młodsi, w sensie niekoniecznie wieku, a - pewnego braku przykrych doświadczeń, niezaznania podłości, niesprawiedliwości, hipokryzji. Rzecz o naszym codziennym superbohaterstwie, które jest czymś innym u zdrowych, a innym - u ludzi z zespołem Downa, którzy np. muszą zmagać się z usankcjonowanymi prawem upokorzeniami. Ale czy aż tak bardzo innym? Czy mamy inne marzenia? Czy co innego zrobilibyśmy dla świata mając supermoce?

Aktorzy Teatru 21, prowadzonego przez Justynę Sobczyk, momentami kradną scenę również fantastycznym aktorom Powszechnego, a w każdym razie - są ich równorzędnymi partnerami, nie rysują niczego ani grubszą ani bardziej kolorową kreską, jest w nich taka dziecięca niemal emanacja radości bycia na scenie.  I choć ten spektakl dla każdego będzie trochę o czym innym, to jednak kończący go monolog Jacka Belera odziera widzów ze złudzeń. Świat nie jest miejscem dobrym, ale – na szczęście – jest teatr. I w roli superbohatera możemy naprawdę wszystko. Co jednak jest jakoś choć troszkę pocieszające.

Jedną z najbardziej poruszających scen tego spektaklu jest odczytanie listu od korporacji zajmującej się ochroną marki jednego z superbohaterów, która odmawia twórcom prawa do użycia na scenie logo. Takich bzdur i Himalajów hipokryzji w życiu nie słyszałem.

 

Teatr Polonia we współpracy z Teatrem Montownia

DZIEŁA WSZYSTKIE SZEKSPIRA (W NIECO SKRÓCONEJ WERSJI)

Adam Long, Daniel Singer, Jess Winfield

reż. John Weisgerber

premiera 10 listopada 2017

Ten spektakl jest jednocześnie hołdem oddanym największemu dramatopisarzowi świata, jest żartem zeń, i – przede wszystkim – pewnego rodzaju obnażeniem króla. W sensie - nagim królem jesteśmy my wszyscy, którym się zdaje, że Szekspir jadł nam z ręki, że wiemy o nim wszystko, podczas gdy – owszem, „Być albo nie być” w większości poprawnie kojarzymy z Hamletem, ale reszta jest jakby milczeniem.

No i właśnie do Hamleta mam uwagę, że ta część ździebko przydługa, podczas gdy zabrakło mi np. Snu nocy letniej, choćby we wspomnieniu. Cudownie zabawne były fragmenty przekładów Szekspira, pokazujące, jak wszyscy jesteśmy zbudowani ze starutkiego Paszkowskiego, podczas gdy w oryginale autor pozwalał sobie na świntuszenie znacznie wulgarniejsze niż u Barańczaka, o google translate już nie wspominając. Trochę też niepotrzebnie pojawia się w spektaklu Fredro i ilustrujące go mazury, to odniesienie – choć efektowne – wydało mi się w tym spektaklu nieczytelne. 

Jednocześnie dziękuję P., że zechciał się ze mną zamienić na miejsca, i że to jego osoba – a nie moja – wyszła na scenę i zagrała Ofelię. Nie byłem akurat w nastroju na występ i – wbrew woli wyciągnięty z fotela widowni - spowodowałbym zapewne jakąś dekonstrukcję.

Jestem jednak pewien, że miał Rafał Rutkowski przygotowany algorytm i na takiego gnuśniejszego nieco widza.

 

Teatr Polski w Poznaniu

K.

Paweł Demirski

reż. Monika Strzępka

premiera 4 listopada 2017

Nie spodziewałem się, że zobaczę coś aż tak naiwnego. To, że obaj potrzebni są sobie nawzajem i bez siebie nie są w stanie funkcjonować, że są jak plus i minus, jak czarne i białe, że jeden bez drugiego nie ma punktu odniesienia, to chyba wie każdy dorosły i względnie świadomy człowiek. Że motywacje polskich polityków wynikają z osobistych animozji i że wszyscy są do tego przyzwyczajeni – też wiedziałem i to od dawna. Że nasze bagienko zaczęło się od okrągłego stołu – również nie jest żadnym odkryciem. I że winni tego bagna są kolejno wszyscy rządzący – też.

Ani to political fiction ani przestroga, rzecz chyba najbardziej o zgorzknieniu, wściekłości, bezradności naszą polityką i elitami. Ale gdyby polityką i politykami się aż tak przejmować, to zostawałoby tylko się powiesić. Świetna co prawda rola Marcina Czarnika, ale coś nie tak było z Donaldem Jacka Poniedziałka, w ogóle coś było nie tak, bo opozycyjna, rebeliancka nieledwie atmosfera przed przedstawieniem przerodziła się w atmosferę jednak rozczarowania.

Chociaż… na twarzach niektórych łódzkich polityków wychodzących z Powszechnego, widać było wściekłość.

Chociaż tyle dobrego.

 

Pożar w Burdelu

ŚMIERĆ WROGIEM OJCZYZNY

Maciej Łubieński, Michał Walczak

reż. Michał Walczak

premiera 28 października 2017

W tym odcinku Pożaru zobaczymy debiutującego w trupie (i świetnie się w niej odnajdującego) Leszka Bzdyla, który gra Dionizosa, ale pojawią się także i odegrają ważną rolę: Nina Terentiew, Edward Miszczak i… Jan Pietrzak. Będziemy świadkami walki Instytutu Żałoby Narodowej, założonej przez Zgliszczaka z Frontem Rozrywki Narodowej, który powstał z kolei z inspiracji Burdeltaty. Jakie tym razem zadanie stanie przed Viki Krystyną Halik-Malinowską? (ponownie świetna w tej roli Katarzyna Kwiatkowska)

Tyle pokrótce o dziejstwie. Brakowało mi żartów ze wzrostu Zdzisława aka Dariusza Karłowicza, tylko cichutkie napomknienie było, za mało, żebym znów się z tego sucharka roześmiał. I w ogóle wydał mi się ten odcinek jakby bardziej publicystyczny, jakby mniej liryczny, i może mniej absurdalny niż poprzednie. 

A może po prostu rzeczywistość już nie śmieszy aż tak bardzo?

 

Teatr Polski w Warszawie

MARLENA. OSTATNI KONCERT

Janusz Majcherek

reż. Józef Opalski

premiera 27 października 2017

Czy można wierzyć wspomnieniom? Co w naszym życiu wydarzyło się naprawdę? Co jest faktem, a co – legendą? A jeśli legendą – to wykreowaną przez nas, czy też przez otaczających nas ludzi, którzy widzieli nas takimi, jakimi chcieli nas widzieć, a niekoniecznie – takimi, jakimi rzeczywiście byliśmy?

Na scenie widzimy dwie Marleny – tę z trudem poruszającą się nieledwie staruszkę, uzależnioną od leków i alkoholu, spisującą ręką swojej asystentki wspomnienia ze swego niezwykłego życia, i – Marlenę u szczytu sławy, występującą w filmach, przed żołnierzami na froncie, udzielającą wywiadów. W roli gwiazdy u zmierzchu życia – wspaniała Grażyna Barszczewska, w roli jej młodszej alter-ego - olśniewająca Izabella Bukowska-Chądzyńska. Choć może minimalnie zbyt sentymentalny, to jednak spektakl obejrzałem z nieukrywaną przyjemnością (jestem wielkim fanem Grażyny Barszczewskiej), 

całość została sprawnie zrealizowana, w dwóch planach, wymagających od aktorów żelaznej dyscypliny, szczególnie w garderobie. 

 

Klub Komediowy

POD SENNYM SZERSZENIEM

Michał Sufin

reż. A. Groszyńska, M. Sufin

premiera 23 października 2017

Mamy oto leśny pensjonat, do którego zjeżdżają dziwni ździebko goście, profesor merkantologii porównawczej z żoną aktorką zbyt dramatyczną, lajfstajlerka fauny i flory, geniusz programowania, przyszła CEO ze Szczuczyna czy przypominający Sherlocka Holmesa leśnik badający tajemnicze zaginięcia. I to właściwie tyle. I uwierzcie – tyle wystarczy. Reszta – w absurdalnych dialogach, fantastycznych piosenkach czy też songach (Radek Łukasiewicz – Pustki, ostatnio często piszący dla teatru), w świetnym aktorstwie i - w łączniku świata impro ze światem teatru dramatycznego, którym jest szalony grzybiarz, w tej roli Bartek Młynarski.

Oprócz Weroniki Nockowskiej, Mateusza Lewandowskiego i wspomnianego Bartka, na scenie w Szerszeniu pojawili się aktorzy debiutujący w Klubie - Hanna Konarowska, a także Grzegorz Kwiecień i Kacper Matula z Teatru Narodowego oraz świetna Angelika Kurowska, współpracująca z krakowską Bagatelą. I wszyscy oni, choć ze zgoła innych światów wzięci, pasują do Klubu Komediowego tak, jakby grali tu od zawsze.

A teraz słowo o autorze recenzji, gdyż byłaby ona niepełna bez choć akapitu autopsychoterapii. Może jestem nieco nienormalny bądź niedorozwinięty, ale z Klubu Komediowego wyszedłem w nastroju jesiennym. Nie, nie, bez obaw, powód wszystek we mnie, a nie w znakomitym spektaklu. Bo pomyślałem sobie w którymś momencie, chyba słuchając songu Hani Konarowskiej, że ten świat inteligentnego lirycznego teatru bawiącego się konwencją, niedomówieniem, metaforą, synekdochą, alegorią, eufemizmem, aliteracją, paralelą, anaforą itd. Itp., no więc – ten świat mija. 

I to jakoś tak mija na moich oczach, i mi smutno. Ale Weronika powiedziała mi, że wcale nie mija, i żebym się nie martwił, bo oni w Klubie wierzą, że publiczność chcąca właśnie takiego teatru będzie zawsze. 

Nie mam wyjścia zatem - ufam, że tak będzie w istocie.

 

Teatr Narodowy w Warszawie

NIKT

Hanoch Levin

reż. Artur Tyszkiewicz

premiera 21 października 2017

Taki Nikt zawsze jest potrzebny, żeby było się z kim porównywać i żeby poczuć się przy nim lepiej. Więc właściwie jest zawsze, w każdym kosmosie. To, że i on może mieć jakieś potrzeby, np. szacunku, uwagi, współczucia, może dla otoczenia wydawać się dość egzotyczne, wszak Nikt winien za sam fakt swojego istnienia jedynie przepraszać. I właściwie o tym jest to przedstawienie. Oraz – jak to u Levina – o bezbrzeżnej samotności, z którą niepodobna sobie poradzić mimo pragnień (zwróćcie uwagę na scenę zrywania zaręczyn Chany i Adasia przez Chefeca).

Wszystko dobrze, tylko niezbyt mnie to obeszło. Co prawda Mariusz Benoit świetny, Ewa Konstancja Bułhak do zjedzenia, Anna Ułas wreszcie w większej roli, znakomity Jacek Mikołajczyk, dobre debiuty Lidii Pronobis i Huberta Paszkiewicza, a jednak - jakoś letnio, jakoś za mało, za słabo, czegoś trochę brak. 

Coś nie zagrało również z muzyką, która przeszkadzała w odbiorze, wydawało mi się przez cały niemal spektakl, że dwa piętra wyżej jest próba zespołu rockowego albo grany jest beatowy wariant Fortepianu pijanego. Zagadkę stanowiła także scenografia – za nic nie mogę rozgryźć, co też symbolizowała w tym przedstawieniu plaża na fototapecie.

 

Burgtheater Wien

PANNA BEZ POSAGU (SCHLECHTE PARTIE)

Aleksander Ostrowski

reż. Alvis Hermanis

premiera 21 października 2017

Do Burgteatru wybrałem się, żeby zobaczyć, jak wygląda premiera na najważniejszej austriackiej scenie, oraz – jak wyszedł spektakl reżyserowi, z którego Płatonowa wyszedłem w połowie (a nie zwykłem tak paskudnie czynić), nie mogąc zdzierżyć nudy ziejącej ze sceny Teatru Narodowego, do którego ówże spektakl był jakiś czas temu zaproszony. 

Otóż spektakl udany, a premiera wygląda zupełnie zwyczajnie, tym bardziej, że można było na nią kupić bilety, więc spektakl widzieli także „zwykli” widzowie, a nie jedynie ci z zaproszeniami. Aktorzy znali tekst, bardzo starali się ładnie wymawiać rosyjskie wtręty, szczególnie otczestwa, wpadek technicznych nie było, a tekst – choć ziejący naftaliną – był jakoś zdumiewająco współczesny, co odczułem i ja, mało po niemiecku mówiący, a także mój dwujęzyczny tłumacz, choć obaj pewnie co innego na tej scenie widząc. 

Charita Ignatjewna próbuje bogato wydać za mąż swoją ostatnią córkę Larysę Dmitriewnę. Niestety, to się nie udaje. Wielka miłość i tęsknota za dobrym (innym?) życiem nie są ważne w świecie, gdzie wszystko można kupić. Banalne i łzawe? Może. Ale za to – jak zrobione! I nie tylko Larysy, ale i Robinsona jakoś tak po ludzku żal. Uwagę zwracają przepiękne kostiumy i nieziemska scenografia oraz obrotowa scena, dzięki której możemy śledzić losy bohaterów w kilkunastu różnych planach. Nie wiem jednak, czy te plany nie zmieniały się za często, wyszedłem jednak z wrażeniem, że owa obrotowa scena jest równorzędnym bohaterem dramatu Ostrowskiego. Może jednak tak miało być.

I jeszcze jedno – otóż w komunikacie wygłoszonym przed rozpoczęciem spektaklu, oprócz próśb o nienagrywanie itd., znalazło się też takie zdanie – „Prosimy o wyłączenie telefonów komórkowych, bo światło z monitorów nie tylko irytuje widzów, ale i rozprasza aktorów” (przepraszam za niezdarne tłumaczenie).

Wreszcie ktoś powiedział to głośno. 

 

Teatr Studio

DOBRA TERRORYSTKA

Agnieszka Olsten, Sławomir Rumiak na podst. Doris Lessing

reż. Agnieszka Olsten

premiera 20 października 2017

Niezupełnie rozumiem, dlaczego spektakl ten został dość chłodno przyjęty. Argument, że jest niezrozumiały, jest niezrozumiały. Tam nie ma nic do rozumienia – jak mawiała moja pani od matematyki - albo się w ten świat wchodzi, albo – nie. Mnie wciągnęło i naprawdę dobrze się bawiłem, chociaż może nie jest to do końca ani farsa, ani komedia. I też nie wiem, dlaczego publiczność śmiała się z Alice (Agnieszka Kwietniewska), która właściwie cały spektakl, ze szmatą albo myjką próbowała w tym domu wprowadzić jakiś ład. Bardzo się bowiem z postawą Alice identyfikuję. Faktycznie zabawna była próba coachowania Marcina Pempusia przez Bartosza Porczyka, czy też słodko freudowskie nieporozumienie związane z oderwaniem metki do majtek, a następnie próba wytłumaczenia tegoż zamieszania. Rzecz w sumie o tym, dlaczego zdarza nam się pewne rzeczy robić, choć nie ma dlań żadnego wytłumaczenia, nie powstały żadne sprzyjające okoliczności ani – nie ma żadnych powodów. No, w pewnym uproszczeniu naturalnie.  

A poza tym siedziała obok mnie p. Ewa Kasprzyk i zgodziła się, że siedzenia okropnie twarde, bo się trochę wierciłem, a ona myślała, że to z powodu torebki, którą położyła między naszymi krzesłami, ale nie. 

Abstrahując od siedzisk – czy przypadkiem Agnieszka Kwietniewska nie ma wciąż w głowie Komedianta z Jaracza?

A może to we mnie za tym spektaklem tak wielka tęsknota?

 

Teatr Współczesny w Warszawie

PSIE SERCE

Michaił Bułhakow

reż. Maciej Englert

premiera 14 października 2017

Przez cały spektakl zastanawiałem się, czy Psie Serce jest opowieścią o Związku Sowieckim lat 20-tych czy też - o jakiejś bliższej nam rzeczywistości. Czy pies Szarik, a następnie Szarikow – to wyłącznie postaci z Bułhakowa, czy też mają oni twarze znane nam z politycznej polskiej codzienności. Ba, nawet w Wiaziemskiej odnalazłem kogoś mocno istniejącego (nie wiem, czy nie za mocno) w naszych czasach. No tak teraz jest, czytamy czasem coś, co nie jest napisane… 

Profesor Preobrażeński (Krzysztof Wakuliński) w ramach eksperymentu przeszczepia psu przybłędzie (Borys Szyc) przysadkę, a ten – staje się człowiekiem. Niestety, z najgorszymi możliwymi cechami. Oczywiście, przestroga. Przed czym? Chwała Bogu – Maciej Englert nie uwspółcześnił (nomen omen) tego znakomitego tekstu i każdy na to pytanie odpowie sobie sam, a jeśli nie – to z pewnością po prostu da się wciągnąć w ten bajkowy jednak świat Bułhakowa z padającym moskiewskim śniegiem i z orkiestrami dętymi grającymi na podwórkach.

Jak to we Współczesnym – świetnie zagrane. Borys Szyc w roli psa naprawdę wiarygodny, fantastyczna rola, świetny Krzysztof Wakuliński jako zagubiony nieco w młodziutkim komunizmie profesor i bardzo dobry debiut na deskach przy Mokotowskiej Szymona Mysłakowskiego, który gra Bormentala.

 

Teatr Collegium Nobilium

OTELLO

Feridun Zaimoglu i Gunter Senkel na podst. Williama Szekspira

reż. Grażyna Kania

premiera 6 października 2017

Otello na deskach TCN jest spektaklem momentami nieprawdopodobnie wulgarnym, momentami - dojmująco pięknym, a w całości –  jednym z najlepszych, jakie można teraz oglądać na stołecznych deskach.  Aktorzy grają świetnie, wszyscy. To, że z poświęceniem i technicznie znakomicie – zabrzmi jak banał, ale wsłuchajcie się w jedenastozgłoskowiec, którym się posługują, przecież tam wcale nie słychać wiersza. A jednak – jest poezją! Wciągnięty w ten brudny ale i liryczny szekspirowski świat słuchałem i patrzyłem na scenę z niedowierzaniem i z zachwytem, przez dwie i pół godziny, które mijają niepostrzeżenie, bo nie ma tam ani jednego zbędnego słowa, pauzy czy – gestu.

O czym jest ten Otello? No właśnie chyba najbardziej o słowach, które zabijają, z czego dziś dojmująco zdajemy sobie sprawę, ale jak to u Szekspira – jest tam także i zawiść, i zazdrość, i krew, i okrucieństwo i bezbrzeżna, ogromna samotność, z najsmutniejszą sceną świata, wciskającą w fotel -  pożegnalną rozmową Jaga z Emilią. 

Gratuluję świetnego spektaklu Grażynie Kani, aktorom i twórcom oraz Jego Magnificencji – opiekunowi IV roku Wydziału Aktorskiego AT, zauważając jednocześnie, że poprzeczka przed kolejnymi dyplomami została niniejszym ustawiona niesłychanie wysoko. 

 

TR Warszawa

MOJA WALKA

Karl Ove Knausgard; opr. i adaptacja Tomasz Śpiewak

reż. Michał Borczuch

premiera 6 października 2017

Po obejrzeniu spektaklu zdania nie zmieniłem. Ta książka to jest hucpa, bełkot. Co prawda byłem w stanie dojść jedynie do połowy drugiego tomu, bo troszkę mi szkoda życia na opisy wybierania środków czyszczących, ale im dalej w ten las – tym jest on ciemniejszy, nie moja bajka.

Mimo mizerii materiału literackiego przedstawienie Michała Borczucha wciąga i jest momentami bardzo zabawne. Fantastyczna scena seksu Justyny Wasilewskiej i Jana Dravnela, rozmowa o ipsacji wewnątrz (nomen omen) ptaka z Pawłem Smagałą, czy też rozmowa rzeczonego z Sebastianem Pawlakiem – są bardzo dowcipne, szacunek dla twórców, że w tej okropnie nudnej książce znaleźli tak dobre momenty. Ale kilka scen, szczególnie w akcie drugim, można było skrócić bądź nawet usunąć, np. wątek Breivika nie wydał mi się w tej narracji potrzebny, poza tym moja XIX-wieczna mentalność sprzeciwia się używaniu aż tak rozbudowanych projekcji filmowych, bez względu na sensowność ich wykorzystania tudzież artyzm. 

Całość jest chyba najbardziej o niemożności napisania książki o swoim życiu, a zatem i o niemożności wystawienia spektaklu o książce próbującej obiektywnie opisać świat. 

I dowodem tej niemożności – były przepiękne – nie do powtórzenia właściwie – momenty, z zagubionym motylem latającym po widowni i z dziewczynką (córką P. Smagały?), która i skradła aktorom scenę i chyba nieco zmieniła sens zakończenia.

Przy tym jednak się nie upieram, może właśnie tak miało być.

 

Teatr Ateneum

SPOWIEDŹ MOTYLA

na podstawie pamiętnika Janusza Korczaka oraz tekstów Julii Kijowskiej i Wojciecha Farugi

reż. J. Kijowska/W. Faruga

premiera 5 października 2017

To było najdłuższych 100 minut mojego życia - wszystko przez aktorstwo dziewczynek biorących udział w tym spektaklu i fatalną akustykę, przez którą i tak hermetyczny tekst był jeszcze mniej zrozumiały. Fajna scenografia i jak zawsze dobra muzyka Radka Łukasiewicza nie były w stanie obronić tego przedstawienia. 

 

Teatr Powszechny w Warszawie

MEFISTO

na podstawie Mefista K. Manna, filmu I. Szabo i przedstawienia Teatru Powszechnego z 1983r.  – dramaturgia – Joanna Wichowska

reż. Agnieszka Błońska

premiera 30 września 2017

Momentami poruszający, fantastycznie zagrany i – niestety – dość hermetyczny spektakl.

Wyszedłem zły, bo interesuję się teatrem, Klątwę widziałem, Mefista właśnie przeczytałem, film pamiętam, sytuacją w Teatrze Polskim we Wrocławiu się martwię (w Starym – też), a jednak – niestety nie wszystko na deskach Powszechnego było dla mnie zrozumiałe. Na widowni pojawiały się histeryczne niemal salwy śmiechu, ja nie wiedziałem, z czego widzowie się śmiali, a przecież też chciałbym się dobrze pośmiać, a akurat na scenie było dojmująco i duszoszczypatiel’no, poczułem się więc wyrzucony poza nawias, zaś takie odrzucenie rozeźla.  Wybitnie branżowe odniesienia można było sobie darować, kto nie widział Klątwy – nie zrozumie. Tak, wiem, że to były komentarze (i mocne, i dojmujące) nie do samego spektaklu, a do jego niezdrowej zaiste percepcji, ale tym bardziej brnięcie w Frljcia niestety się nie tłumaczyło. Podobnie jak płomienny monolog Grzegorza Artmana, nawiązujący do rozmowy znanej reżyserki z pewnym prezesem. Jak ktoś nie wie – będzie skonsternowany. Natomiast dyskusja o istocie faszyzmu  – trafiona w punkt, cytaty ze spotkania ludzi teatru z PAD, hymn w wykonaniu wiadomo-kogo, zakończenie -> wbijają w fotel. Powracający kankan również. 

Była szansa, żeby powiedzieć coś naprawdę ważnego nie tylko o stanie duszy i umysłu teatru, artystów i widzów, ale też mówiąc szerzej – o miejscu i czasie, w którym wszyscy żyjemy. Niestety – niewykorzystana, pomyślałem w którymś momencie, że Mefisto powstał, żeby zakleić poharatane dusze aktorów Klątwy. Nie mam pewności, czy to zadziałało.

 

Teatr Collegium Nobilium

MĘDROLE

wg. Józefa Tischnera Filozofii życia po góralsku

reż. Małgorzata Flegel

premiera 23 września 2017

Nie chciałbym, żeby zabrzmiało protekcjonalnie, ale młodzież zdolna, a spektakl – sympatyczny. Oczywiście - jak ktoś nie lubi poczucia humoru ks. Tischnera albo góralskiej gwary, niech się lepiej od Mędroli trzyma z daleka, ale każdy przyzna, że studenci prof. Flegel wykonali gigantyczną pracę przy opanowaniu (i wygłoszeniu) tekstu w bardzo trudnej gwarze, ufam więc, że egzamin z techniki mowy zdany koncertowo, a całość zaśpiewana i zatańczona z wdziękiem, jak na studentów wydziału Aktorstwa Teatru Muzycznego przystało. Generalnie - dziewczyny czuły się na scenie swobodniej niż chłopcy, a spośród dziesięciorga aktorów zwróciłem szczególną uwagę na dwoje, ich scenki solowe były zachwycające, warto nazwiska Magdy Howorskiej i Błażeja Stencla zapamiętać.

Do tego miodu też łyżka dziegciu – otóż sala im. J. Kreczmara w budynku AT niespecjalnie nadaje się na taki spektakl. Jest tam niedobra akustyka, słowa aktorów odbijają się od pustych ścian i trzeba się bardzo skupiać, żeby zrozumieć i tak podawany gwarą tekst. 

Niestety – jeszcze gorzej było przy śpiewie. Prosimy TCN o interwencję przed kolejnymi przedstawieniami. Ale niech ten ujemny minus nie przesłoni faktu, że Mędrole zobaczyć warto. 

 

Teatr Dramatyczny

POCIĄGI POD SPECJALNYM NADZOREM

Bohumil Hrabal

reż. Jakub Krofta

premiera 22 września 2017

Jedyna scena spektaklu, która pozostała mi w pamięci i była jakoś po hrabalowsku zabawna, to rozmowa Miłosza (Otar Saralidze) z Zawiadowczynią (Małgorzata Niemirska). Miłosz w mężczyznę się nie przemienił jako dzieciak wrócił do pracy na stacji po próbie samobójczej i również dziecinne motywacje popchnęły go do wysadzenia pociągu. Żarty z kłopotów z erekcją tudzież porównania do lilii, bardzo hrabalowskie przecież, bawiły tylko za pierwszym razem.  Szkoda talentu Otara, rola Miłosza niedopracowana, trochę przeszarżował Henryk Niebudek jako Zawiadowca, za mało z kolei wyrafinowany był Całusek (Robert Majewski), legendarną scenę z pieczątkami można było bardziej ograć i to przecież ona powinna zostać w pamięci. 

Dobre natomiast role pań - Martyny Kowalik (Telegrafistka), świetna Agata Wątróbska jako Wiktoria. Dopracowana scenografia, fajna muzyka na żywo, ale to wszystko za mało, za mało, za mało.

 

Teatr Narodowy w Warszawie

TWÓRCY OBRAZÓW

Per Olov Enquist

reż. Artur Urbański

Premiera 17 września 2017

Mamy oto atelier, w którym powstaje film na podstawie powieści Selmy Lagerlof (wspaniała Anna Seniuk). Przed obejrzeniem fragmentów filmu uznana pisarka i noblistka poznaje młodą, bezczelną, nieco wulgarną aktorkę Torę Teje (świetny debiut Marty Wągrockiej w TN), z którą wdaje się w niewinną na początku rozmowę. Do czego to spotkanie dwóch kobiet doprowadzi?

Może nie będę pisał, o czym jest to przedstawienie, bo dla każdego ono będzie trochę o czym innym. Najbardziej jednak chyba o tym, że dzieciństwo zostaje z nami na całe życie i że wspominamy je takim, jakim być powinno, a nie – takim jak było. Ale też o tym, że mamy prawo nie wybaczać. I o rażącej niesprawiedliwości, jaka dotknęła małego Judasza. 

Poruszający, mądry i świetnie zagrany spektakl, siedziałem wpatrzony i wsłuchany w Annę Seniuk, która w Twórcach Obrazów zagrała rolę po prostu - wielką.

Znakomity początek sezonu w Narodowym i bardzo wysoko postawiona poprzeczka przed kolejnymi premierami. 

 

Teatr Soho

ANONIM

Alicja Kobielarz

reż. Karolina Kowalczyk

premiera 16 września 2017

Ich troje. Ona – rysowniczka komiksów, On – jej ojciec, profesor fizyki oraz – Anonim. Kim on jest? Czy w ogóle jest? Dlaczego odszedł? Jak na jego odejście zareaguje ojciec, a jak córka?

Wykorzystanie estetyki rysunkowej wyglądało na scenie ciekawie, ale - komiksu było jednak za dużo, podczas gdy chemii między bohaterami „z krwi i kości” - ździebko za mało. Może też dlatego, że profesorowie fizyki są jednak nieco inni niż ten, którego poznajemy na scenie, a wiem, co piszę, gdyż Teść mój był profesorem fizyki. Owszem, opowieść jest z granicy jawy i snu, a nie z rzeczywistości, w której można nas uszczypnąć, ale… chłód między nimi Profesorem a Córką i przywiązanie, jakie miał do Anonima, istotnie mogły wskazywać na to, że panowie mają romans. A może faktycznie tak było? 

Rzecz oczywiście wcale nie o tym, a o stracie i jej przeżywaniu,  jednak coś w tej narracji nie chwyciło.

 

Och-Teatr

POMOC DOMOWA

Marc Camoletti

reżyseria Krystyna Janda

premiera 9 września 2017

To nie do końca moje klimaty, grube kreski, którymi się i tę i każdą inną farsę rysuje, ździebko mię mięszały, ale kilka razy aktorzy rozbawili niemal do łez, szczególnie w akcie drugim. Uprzedzam jednak, że zakończenie jest dość przewidywalne i naiwniutkie. Rzecz traktuje o nadużywającej alkoholu sprytnej pomocy domowej i jej chlebodawcach, którzy spotykają się ze swoimi kochankami podczas (jak sądzą) nieobecności drugiego – mówiąc w pewnym skrócie, a o to, żeby nie doszło do kompletnej katastrofy dba tytułowa gosposia. Tłumaczenie Bartosza Wierzbięty jest całkiem pieprzne i zabawne, niepotrzebnie tylko moim zdaniem całość została przeniesiona w polskie realia.  Nie mam też pewności czy znakomita skądinąd Katarzyna Gniewkowska nie przeszarżowała w swojej tygrysicowatości. Mimo tych małych tęsknot warto Pomoc Domową zobaczyć choćby dla grającej główną rolę aktorki, bo właściwie każda scena z jej udziałem wywoływała na widowni salwy śmiechu. 

Prośba więc do dyrektor artystycznej i reżyserki Krystyny Jandy, żeby nie zapominała, że ma w zespole aktorkę obdarzoną vis comica, jakiej może pozazdrościć każda komediowa scena miasta i świata, mianowicie – Krystynę Jandę.

 

Stowarzyszenie Sztuka Nowa

TURYŚCI

Patrycja Dołowy

reż. Dawid Żakowski

premiera 2 września 2017

Od razu mówię, że na pytanie, kim są dzisiejsi tytułowi turyści jednoznacznej spektakl oczywiście nie daje. Bo tu chodzi bardziej o podróż w głąb siebie, pod warunkiem jednak, że widz będzie wystarczająco otwarty na taką peregrynację, i – co tu dużo mówić – przynajmniej z grubsza wyedukowany.

Ciekaw jestem, jaki będzie odbiór tego performansu wśród młodzieży – bo plan gry zakłada pokazywanie Turystów młodszej widowni. Bo choć mniej więcej Elektrę pamiętam i choć starałem się dość uważnie tekstu Sartre’a słuchać, to nie wszystkie asocjacje były dla mnie zupełnie jasne. Ale – ponieważ to poniekąd teatr 2.0, więc nie jestem za bardzo docelowym odbiorcą tej sztuki. Nie wiem, czy do końca potrzebne było nawiązanie do Sarah Kane, ta estetyka jednak jest dość mocno anachroniczna. Choć – może znów przychodzi na nią czas? 

Bardzo dobry Maciej Tomaszewski, ciekawa gra świateł, jednak pokręcony nieco tekst, a i ja – także jako turysta,

patrzę na zwiedzany świat zupełnie inaczej niż bohaterowie, czy ci na scenie, czy - Orestes z Elektrą. 

Kwestia wieku.

Nowy Teatr

Biblia, Rdz 1-11

reż. Michał Zadara

premiera 1 września 2017

Na stworzeniu świata trochę się wierciłem, ale zabójstwa Abla, potop i jego konsekwencje czy wieża Babel były tak pokazane, że patrzyłem (z przeproszeniem) rozdziawiony zupełnie jak mój pięcioletni sąsiad. No cóż, polski Kościół jest zaczytany w katechizmie, nie w Biblii, nic więc dziwnego, że dla części z nas jest niespodzianką, że wiele kodów którymi się na co dzień posługujemy, pochodzi właśnie z Niej. I że olśniewającym przypomnieniem było choćby to, że że męki porodowe są karą za zjedzenie owocu zakazanego. Mimo, że to była węża wina.

Bogiem u Michała Zadary jest roszczeniowa, nieco rozwrzeszczana nastolatka (bardzo dobra Julia Leszkiewicz), w roli Adama – zdecydowanie za rzadko goszczący na scenie Robert Koszucki, Paulina Holtz jako Ewa, plus Barbara Wysocka i świetne dzieciaki, role „dorosłe” zagrane doprawdy z poświęceniem, dziecięce – z wdziękiem. Do zabawy wciągnięta jest także publiczność. I chociaż niespecjalnie lubię jak się mnie wyciąga z fotela (w tym wypadku z ławki), to tutaj z niemal dziecięcą radością i malowałem ze wszystkim i dałem się nawet obrysowywać. Efektem naszej pracy była rajska przestrzeń, bajecznie kolorowa, tak, jakby stworzył ją scenograf, a nie przypadkowa przecież publiczność.

Bez względu na wyznanie czy też jego brak – idźcie z dzieciakami do teatru. Biblia w Nowym Teatrze naprawdę nie jest katechezą, ale i piękną i dowcipną i mądrą opowieścią o najważniejszej książce świata, przy okazji – także fenomenalną zabawą teatrem, jego możliwościami i umownością.

 

Pożar w burdelu

TRAUMA TRAVEL

Maciej Łubieński, Michał Walczak

reż. Michał Walczak

premiera 28 lipca 2017

Ponieważ wakacje, to i w Burdelu o Polaków podróżowaniu i wypoczynku, naturalnie nie bez rozmaitych odniesień. Paula i Zdzisław – warszawskie (warszawscy?) lemingi - płyną w rejs po Wiśle, a tu niespodzianka – na statku trwa telewizyjne show, w którym – chcąc nie chcąc – biorą udział. Prowadząca to show (Katarzyna Kwiatkowska) do złudzenia przypomina mi pewną postać rzeczywistą, także dziennikarkę… Ale to może jakieś niezdrowe podświadome asocjacje. Towarzyszą naszej parze na wczasach różne ciekawe postacie, które przejdą zdumiewające metamorfozy, ważną rolę odegra też wspólne oglądanie telewizji, relacjonującej… Wszystkiego napisać nie można, żeby nie zepsuć zabawy.

Zagrane i zaśpiewane świetnie, jak to w Burdelu, Tomasz Drabek w fantastycznej formie, Katarzyna Kwiatkowska cudownie zabawna, może tylko szkoda, że tak mało do grania mieli Karolina Bacia i Filip Kosior.

Uwagi dwie. Jedną taka do świata – mianowicie niespecjalnie dało się wytrzymać ponad dwie godziny w nieklimatyzowanym wnętrzu Teatru Warsawy, podczas premiery lało jak z cebra, więc pewnie i okien się nie dało otworzyć, więc – choć z jednej strony zachwycałem się spektaklem, z drugiej jednak – trochę też wierciłem i wachlowałem programem.  

A konstatacja druga – po jednym ze skeczy na widowni zapadła – no cóż – kłopotliwa cisza, jakby konsternacja. Nie wiem, czy autorzy nie poszli o (nomen omen) – jeden most za daleko. Ściśle mówiąc – o jedną tamę. 

 

Komuna Warszawa

CEZARY IDZIE NA WOJNĘ

Cezary Tomaszewski

reż. Cezary Tomaszewski

premiera 8 lipca 2017

Wyszedłem z Komuny Warszawa nieco zdezorientowany, gdyż z tak ekscentryczną formą popularyzacji pieśni Moniuszki jeszcze się nie spotkałem. Mam w ogóle wrażenie, że nie do końca nie zrozumiałem, co Artysta miał na myśli (Tomaszewski, nie Moniuszko), niemniej ów spektakl, performans czy jakkolwiek nazwać tę opowieść – dosyć mi się podobał, gdyż było to dziwne, a ja lubię dziwny teatr. 

Idzie mniej więcej o to, że bohater sztuki - Cezary Tomaszewski - dostał wiele lat temu na komisji wojskowej kategorię E, czyli uznano go za niezdolnego do służby wojskowej, a on po latach chce się z różnych powodów od tej niesprawiedliwej decyzji odwołać. Michał Dembiński – jeden z aktorów i także świetny bas – czytał wykaz chorób, które kwalifikowały poborowych do poszczególnych kategorii zdrowia i lista owych chorób wzbudzała w publiczności lawiny śmiechu, czego również nie zrozumiałem, może dlatego, że większość widowni nie pamiętała wojskowych komisji lekarskich z tamtych czasów, a ja owszem, i może dlatego nie uznawałem tego za śmieszne, gdyż śmieszne to nie było. 

Więcej niuansów, nadpisań, metafor i asocjacji nie odnalazłem, ale to na pewno dlatego, że późno przyszedłem i miałem miejsce za pianinem. 

2017, wrzesień

KINKY BOOTS

libretto: H.Fierstein; muzyka: C.Lauper

na podst. scenariusza G.Deana i T.Firtha do filmu Kinky Boots

reż. Ewelina Pietrowiak

premiera 7 lipca 2017

Sensem tego spektaklu jest Krzysztof Szczepaniak (Lola/Simon). Pierwszych 20 minut, do momentu pojawienia się Loli – ździebko nuży, widownia nieco się wierciła i oczekiwała jakiegoś trzęsienia ziemi. No i nadeszło, faktycznie Lola ze swoimi aniołkami wzbudzała furorę za każdym razem, gdy pojawiali (pojawiały?) się na scenie, Największe brawa zebrał jednak Łukasz Wójcik (Don, jakieś 200 cm wzrostu), który w finale z wdziękiem tańczył w piekielnie wysokich szpilkach, szacunek.

Jak na musical było zdecydowanie za mało było kolorów, glamour, cekinów, złota i „tego wszystkiego”. Każdy z lolinych aniołków dysponował jednym tylko kostiumem, szanująca się drag-queen nigdy by sobie na to nie pozwoliła.  Poza tym można było odnieść wrażenie, że nie wszyscy aktorzy czuli się na scenie dobrze, nie wszyscy bezwarunkowo polubili swoje postacie. W libretcie łopatologicznie podane przesłania równościowe wyprowadzały nieco z równowagi, muzyka Cindy Lapuer i liryczna, i przebojowa, jak to u Cindy, niestety polskie tłumaczenie było niedopracowane, nie zawsze dobrze się tego słuchało. 

Parter i oba balkony były pełne, owacje na stojąco itepe itede, ale coś mi tu (nomen omen) po prostu nie zagrało. Ale mimo wszystko – dla Krzysztofa Szczepaniaka i dla Cindy Lauper – warto.