SEZON 2017/2018

Teatr Polski w Warszawie

WUJASZEK WANIA

Antoni Czechow

reż. Iwan Wyrypajew

premiera 9 grudnia 2017

Tydzień musiał minąć od obejrzenia spektaklu do przelania na papier kilku myśli z nim związanych. Gdyż od razu po wyjściu z Polskiego byłem nieco zdruzgotany faktem, że Wujaszka nie zrozumiałem, pomyślałem więc – minie czas, ułoży się. Poczytałem sobie pierwsze opinie i poczułem się, jakbym oglądał zupełnie inne przedstawienie niż rozentuzjazmowani recenzenci. Wreszcie – to uczucie rozczarowania było tym głębsze, że Wyrypajewa wprost uwielbiam i uważam, że jest wielkim reżyserem, założyłem zatem z góry, że wszystko, co działo się na scenie Polskiego było zamierzone i wyćwiczone. I ciekawe, czy było.

Aktorzy grają każdy sobie, w ogóle nie ma między nimi chemii. Niektórzy swoje kwestie wygłaszają, czy też – podają (jakby nieco dworując sobie z konieczności „przeżywania” Czechowa), inni z kolei -  grają, bardzo dobry w roli Doktora Maciej Stuhr, trochę gra a trochę jakby puszcza oko do widza z tej swojej gry i mówi ze słyszalnym zaśpiewem. Tak miało być czy to efekt miesięcy przebywania z rosyjskojęzycznym reżyserem? W ogóle ten Wujaszek jest właśnie o Astrowie, kłopot tylko, że najmocniej w głowie zostają jego dylematy związane z wycinką drzew, co jakoś zupełnie bez sensu przenosi Wujaszka do tu i teraz, a mówiąc ściślej – do Białowieży.

Najmocniej zatem przepraszam, ale w ogóle mnie to wszystko nie obeszło, mimo pięknej scenografii i nieziemskiego światła.

 

Teatr Collegium Nobilium

MARAT/SADE

Peter Weiss

opr. i reż. Wawrzyniec Kostrzewski

premiera 8 grudnia 2017

Zlękniony wybierałem się na Miodową, mając w pamięci Marata z Narodowego sprzed kilku lat i moją nim udrękę. Obejrzałem i zaświadczam – proszę się nie lękać, gdyż reżyser ze studentami IV roku Wydziału Aktorstwa stworzyli przedstawienie po prostu olśniewające.

Marata można „zrobić” i o współczesności i o historii i o rewolucji i o wariatach. Oraz – o tym wszystkim na raz. W Collegium Nobilium chyba najgłośniej pada pytanie – jak daleko można pójść w obronie różnych wartości, oraz – co to znaczy – za daleko, oczywiście mówiąc w pewnym uproszczeniu. Całe szczęście bez bezpośrednich odniesień do tu i teraz (a można byłoby), no może z wyjątkiem sceny w Zgromadzeniu Narodowym, cudownej, zupełnie jakbyśmy oglądali audycję publicystyczną w jednej czy drugiej telewizji. 

Fantastyczna rola Agaty Różyckiej (Wywoływacz), świetny Maciej Babicz (Sade), w ogóle cała jedenastka gra koncertowo, z utęsknieniem wyglądam kolejnego dyplomu.

 

Teatr IMKA

POLOWANIE NA ŁOSIA

Michał Walczak

reżyser nieznany, powiedziano mi, że „reżyseria zbiorowa”

premiera 8 grudnia 2017

Za grubą kreską narysowane i za grubymi nićmi uszyte.

Ani to kryminał, ani komedia, ani moralitet historyczny (sic!), choć może akurat odniesienia do najnowszej historii najbardziej miały sens w tym potoku słów. Brak reżysera jest dojmująco widoczny, bardzo dobrzy skądinąd aktorzy w ogóle nie zostali poprowadzeni, niepotrzebnie szarżują, a tam gdzie nie szarżują, to w popłochu szukają, no nie wiem czego, chyba tzw. prawdy psychologicznej swoich bohaterów i niestety jej nie znajdują; poza Myszką może, każda postać robi z siebie kompletnego idiotę, a  kolejne odwołanie do Eliadego byłoby po prostu nieznośne.

Mówiąc delikatnie – wpadka.

 

Teatr Narodowy w Warszawie

ELEMENTARZ

Barbara Klicka

reż. Piotr Cieplak

premiera 7 grudnia 2017

Przez pierwszą połowę spektaklu zastanawiałem się, dlaczego jest Elementarz polecany widzom od 16 roku życia. No ale później to się dojmująco wyjaśnia, choć – jak słusznie zauważyła widzka obok mnie – owo słowo pisze się przez c, a nie przez h. Rzecz jednak nie tylko o tym, że z 32 liter alfabetu możemy ułożyć najpiękniejsze oraz najohydniejsze słowa. Że piękne - uwznioślają i dodają skrzydeł, że brzydkie – zabijają. Bo to również przypomnienie, że na którymś etapie naszego życia z liter budują się tylko dobre rzeczy, ale potem… abecadło spada z pieca i robi się chaos. Autorzy więc dorosłą Alę przenoszą z powrotem do świata Falskiego (genialny pomysł z Marianem Falskim i Falskim Marianem), żeby sprawdzić, co tam się - i z tymi literkami, i z Alą i z jej tatą -  po drodze stało. Brak litery P w tym przedstawieniu – tak jak oznajmia to ze sceny Dominika Kluźniak – jest właśnie jej obecnością i - czy tego autorzy chcą czy nie – daleko idącą manifestacją i polityczną i patriotyczną.

Nie od razu Elementarz mi się ułożył, potrzeba było chwili na „umoszczenie”, chwili na zastanowienie, na nadejście kilku skojarzeń. 

Autorka - Barbara Klicka jest poetką i to przedstawienie jest poezją napisane, warto o tym wiedzieć, zanim zabierzemy nasze epickie osobowości na ten piękny spektakl, tak, żeby nie było rozczarowań.

 

Nowy Teatr

BIBLIA RDZ. 12-25

reż. Michał Zadara

premiera 7 grudnia 2017

To jest właściwie słuchowisko, a nie spektakl. Co prawda słuchowisko jest również spektaklem, ale druga część tryptyku na podstawie Księgi Rodzaju istotnie dzieje się w wyobraźni. Ci zatem, którzy spodziewali się atrakcji jak w części pierwszej, mogli się ździebko rozczarować. Bo się siada i się słucha głosu Michała Zadary, który opowiada o Abrahamie, Sarze i ich potomstwu. O tym, że Bóg zażądał od Abrahama najwyższej ofiary, a ten był skłonny ją złożyć. I nie wiadomo właściwie, dlaczego Abraham dyskutował z Bogiem o liczbie sprawiedliwych w Sodomie i Gomorze, a o tym, że miał zabić swojego syna – nie. No cóż, starotestamentowy Bóg jest okrutny, myślę, że później w domach młodych widzów mogło padać dużo pytań rozmaite sprawy, np. o Hagar, o dwa zepsute miasta, czy też może nawet – o istotę wiary. 

Może o to chodziło, jeśli tak – osiągnięto efekt za pomocą naprawdę skromnych środków. Nie mam tylko pewności, czy nie za skromnych. 

 

Teatr Żydowski

GOLEM

reż. Maja Kleczewska

premiera 2 grudnia 2017

Zobaczyłem na Golemie spacerującą po przestrzeni Magdę Koleśnik, chciałem się wylewnie przywitać, gdyż ją uwielbiam, a Magda jakoś chłodno zareagowała, bo – jak się okazało – była zajęta, bo grała, a mówiąc ściślej - była w tej przestrzeni cytatem z Dybuka, nieobecnym jednak w obsadzie (jak to z cytatami bywa). Byli też Sandra Korzeniak i Jan Dravnel z córką, a doniesiono mi, że dnia poprzedniego też byli i też z córką. Wydaje mi się, że i oni byli cytatem z Mojej Walki Michała Borczucha.

Z tego spektaklu część widzów wyszła niesłychanie poruszona, część wyszła po prostu, po zakończeniu albo w trakcie, a jeszcze inni zostawali całe sześć godzin, żeby im nie umknęło nic z wielopłaszczyznowej opowieści. Niektórzy robili zdjęcia i selfies a inni w skupieniu słuchali, wszystkie te zachowania i są dopuszczalne, i są jakby częścią tego przedstawienia. 

Zastanawiam się jednak, czy przejście obok tego spektaklu z obojętnością także było wpisane w jego byt.

Mam nadzieję, że tak, bo w ogóle mnie to nie ruszyło.  

 

Teatr Żydowski

WIERA GRAN

Weronika Murek

reż. Jędrzej Piaskowski

premiera 24 listopada 2017

Faktycznie, życie Wiery Gran jest materiałem na niejeden film czy spektakl, traktujący nie tylko i niekoniecznie o naszej nicości wobec kaprysów historii. Ale żeby intencje twórców Wiery w Żydowskim pojąć, trzeba się najpierw ździebko przygotować. Ktoś, kto o artystce wie zgoła nic, może wyjść z teatru skonsternowany. Albo – zachwycony, jak mój, hm, Social Media Manager.

Bardzo zabawna jest scena, kiedy Wierze trochę się miesza i zapomina, że Mickiewicz pisał o kawie, nie o kakao. Pomysł i wykonanie zaiste świetne. A że scena owa stanowiła jedną z wielu niezupełnie ze sobą związanych, innymi słowy – dramaturgicznie jest to jakby teatr 2.0 – to inna sprawa.

Zupełnie nie moja to filiżanka herbaty, wolę mieszczańską Wierę w Kamienicy, acz zwróćmy uwagę, że piszący te słowa jest w wieku co najmniej wuja twórców. Niemniej wieczór dość udany - na premierze był tout le mond, wino i przekąski, a przy okazji dowiedziałem się, jak cudowną działalność prowadzi Klub Garnizonowy (który udziela gościny bezdomnemu Żydowskiemu), 

zaś szczególną mą uwagę zwrócił cykl „Żołnierze z pasją”. Mam blisko, będę wpadał, jeśli tylko czas pozwoli. 

 

Teatr Studio

ORIANA FALLACI. CHWILA, W KTÓREJ UMARŁAM.

Remigiusz Grzela na podst. Oriany Fallaci

reż. Ewa Błaszczyk/Zbigniew Brzoza

premiera 24 listopada 2017

Ten sam element jest i siłą, i słabością tego przedstawienia, mianowicie – tekst. Część widzów będzie zachwycona, że i o wielkiej miłości i o przywiązaniu do matki i o nienarodzonych dzieciach i o ataku na WTC, ale inni (w tym piszący te słowa), że – skoro trochę o wszystkim, a więc -  i trochę o niczym.

Pierwsza część spektaklu jest poświęcona Alekosowi Panagoulisowi, greckiemu rewolucjoniście, bohaterowi najważniejszego wywiadu w życiu Oriany i – jej wielkiej miłości. Z nim miała dziecko, które straciła, po tej tragedii napisała poruszający List do nienarodzonego dziecka. Alekos – już jako poseł - zginie w tajemniczym wypadku. Z nikim więcej Oriana się już nie zwiąże, ta miłość była silniejsza niż śmierć.

Gdyby tylko na tym wątku się skupić – to wstrząsający opis tortur, jakim Alekosa poddawano, jakoś by się tłumaczył. Niestety, ten wtręt do całej narracji nie pasował, zważywszy, że za chwilę Oriana wspomina rozmowę z Goldą Meir. A po kolejnej chwili – już bardzo chora - przywraca Europejczykom wiarę w ich wartości, głośno przypominając, że nie muszą się przed nikim tłumaczyć ze swojej kultury i swoich korzeni. 

Niemniej - Ewa Błaszczyk fantastyczna, i czekam na kolejne teksty godne jej charyzmy i talentu. 

 

Teatr Scena

BAL NA WULKANIE

Kamil M. Banasiak

premiera 18 listopada 2017

Jedziemy sobie samochodem przez nieznaną krainę i – nagle uderzamy w… pomnik. Ta stłuczka będzie miała poważne konsekwencje, tym bardziej, że jesteśmy w kraju, w którym prawo, zwyczaje i rytuały są doprawdy osobliwe, nie wspominając o nieprawdopodobnie rozdętym ego obywateli tego jakby nam znanego państwa…

Lękałem się, że Kamil Banasiak zdecyduje się na mocno publicystyczny komentarz do tego, co dzieje się tu i teraz, i faktycznie – Bal na wulkanie jest takim komentarzem. Ale lęk okazał się niepotrzebny. Napisane lekką ręką, momentami dość złośliwe, a oprócz tego – zwiewnie liryczne, choć i ocierające się o wulgarność, co mnie akurat śmieszyło, gdyż autor wie na szczęście, gdzie granica.

Na niewielkiej scenie Sceny tym razem zespół ździebko większy, oprócz samego autora występują Joanna Halinowską i Szymon Roszak, znani już widzom Dodo, a także debiutujący - Weronika Humaj, Filip Kosiora, Mateusz Weber i Adam Serowaniec.

Zagrane i zaśpiewane świetnie (do muzyki Jerzego Derfla), może tylko początkowi nadałbym większej ździebko dynamiki, ale to jedyna uwaga do tego naprawdę zabawnego – i szanującego inteligencję widza -  przedstawienia.

 

Nowy Teatr we współpracy z Teatrem PowszechnymTeatrem Studio i TR Warszawa

PROCES

Franz Kafka

reż. Krystian Lupa

premiera 15 listopada 2017

I publicystyka i przestroga i moralitet i sen. 

Improwizowany drugi akt poruszył mnie najbardziej, rzecz o byciu w teatrze, na scenie, o graniu. Było to mocniejsze niż jednak kluczowa rozmowa K. z księdzem. Chyba właśnie o tym jest ten spektakl najbardziej – o wywoływaniu w nas winy. O tym, że łatwiej rządzić i manipulować kimś, kto ma wyrzuty, kto czuje się winny. Czuje się, a - niekoniecznie jest, właśnie tak jak K. Trzeci akt, kończący się o 2 w nocy wysysa siły, część widzów wychodziła, ale i tak spektakl jest niedokończony, z niby-sprytnym zakończeniem „wszyscy wiecie, co było dalej”. Czy na pewno?  Wielka rola Andrzeja Kłaka, fantastyczne video (Bartosz Nalazek), zawiodą się jednak ci, którzy oczekiwali, że ten spektakl wywoła jakąś rewolucję (w sensie dosłownym). 

Nic z tych rzeczy.  Ale to wielkie przedstawienie jest także właśnie o nieznośnej niemożności.

I o wielkim zmęczeniu. 

 

Teatr Powszechny w Warszawie

SUPERSPEKTAKL

Justyna Lipko-Konieczna

reż. Justyna Sobczyk i Jakub Skrzywanek

premiera 11 listopada 2017

Mam kłopot z tym spektaklem, bo z jednej strony adresowany jest do widzów jakoś tam dojrzałych, a z drugiej strony – myślę, że najbardziej „złapią fazę” ci młodsi, w sensie niekoniecznie wieku, a - pewnego braku przykrych doświadczeń, niezaznania podłości, niesprawiedliwości, hipokryzji. Rzecz o naszym codziennym superbohaterstwie, które jest czymś innym u zdrowych, a innym - u ludzi z zespołem Downa, którzy np. muszą zmagać się z usankcjonowanymi prawem upokorzeniami. Ale czy aż tak bardzo innym? Czy mamy inne marzenia? Czy co innego zrobilibyśmy dla świata mając supermoce?

Aktorzy Teatru 21, prowadzonego przez Justynę Sobczyk, momentami kradną scenę również fantastycznym aktorom Powszechnego, a w każdym razie - są ich równorzędnymi partnerami, nie rysują niczego ani grubszą ani bardziej kolorową kreską, jest w nich taka dziecięca niemal emanacja radości bycia na scenie.  I choć ten spektakl dla każdego będzie trochę o czym innym, to jednak kończący go monolog Jacka Belera odziera widzów ze złudzeń. Świat nie jest miejscem dobrym, ale – na szczęście – jest teatr. I w roli superbohatera możemy naprawdę wszystko. Co jednak jest jakoś choć troszkę pocieszające.

Jedną z najbardziej poruszających scen tego spektaklu jest odczytanie listu od korporacji zajmującej się ochroną marki jednego z superbohaterów, która odmawia twórcom prawa do użycia na scenie logo. Takich bzdur i Himalajów hipokryzji w życiu nie słyszałem.

 

Teatr Polonia we współpracy z Teatrem Montownia

DZIEŁA WSZYSTKIE SZEKSPIRA (W NIECO SKRÓCONEJ WERSJI)

Adam Long, Daniel Singer, Jess Winfield

reż. John Weisgerber

premiera 10 listopada 2017

Ten spektakl jest jednocześnie hołdem oddanym największemu dramatopisarzowi świata, jest żartem zeń, i – przede wszystkim – pewnego rodzaju obnażeniem króla. W sensie - nagim królem jesteśmy my wszyscy, którym się zdaje, że Szekspir jadł nam z ręki, że wiemy o nim wszystko, podczas gdy – owszem, „Być albo nie być” w większości poprawnie kojarzymy z Hamletem, ale reszta jest jakby milczeniem.

No i właśnie do Hamleta mam uwagę, że ta część ździebko przydługa, podczas gdy zabrakło mi np. Snu nocy letniej, choćby we wspomnieniu. Cudownie zabawne były fragmenty przekładów Szekspira, pokazujące, jak wszyscy jesteśmy zbudowani ze starutkiego Paszkowskiego, podczas gdy w oryginale autor pozwalał sobie na świntuszenie znacznie wulgarniejsze niż u Barańczaka, o google translate już nie wspominając. Trochę też niepotrzebnie pojawia się w spektaklu Fredro i ilustrujące go mazury, to odniesienie – choć efektowne – wydało mi się w tym spektaklu nieczytelne. 

Jednocześnie dziękuję P., że zechciał się ze mną zamienić na miejsca, i że to jego osoba – a nie moja – wyszła na scenę i zagrała Ofelię. Nie byłem akurat w nastroju na występ i – wbrew woli wyciągnięty z fotela widowni - spowodowałbym zapewne jakąś dekonstrukcję.

Jestem jednak pewien, że miał Rafał Rutkowski przygotowany algorytm i na takiego gnuśniejszego nieco widza.

 

Pożar w Burdelu

ŚMIERĆ WROGIEM OJCZYZNY

Maciej Łubieński, Michał Walczak

reż. Michał Walczak

premiera 28 października 2017

W tym odcinku Pożaru zobaczymy debiutującego w trupie (i świetnie się w niej odnajdującego) Leszka Bzdyla, który gra Dionizosa, ale pojawią się także i odegrają ważną rolę: Nina Terentiew, Edward Miszczak i… Jan Pietrzak. Będziemy świadkami walki Instytutu Żałoby Narodowej, założonej przez Zgliszczaka z Frontem Rozrywki Narodowej, który powstał z kolei z inspiracji Burdeltaty. Jakie tym razem zadanie stanie przed Viki Krystyną Halik-Malinowską? (ponownie świetna w tej roli Katarzyna Kwiatkowska)

Tyle pokrótce o dziejstwie. Brakowało mi żartów ze wzrostu Zdzisława aka Dariusza Karłowicza, tylko cichutkie napomknienie było, za mało, żebym znów się z tego sucharka roześmiał. I w ogóle wydał mi się ten odcinek jakby bardziej publicystyczny, jakby mniej liryczny, i może mniej absurdalny niż poprzednie. 

A może po prostu rzeczywistość już nie śmieszy aż tak bardzo?

 

Teatr Polski w Warszawie

MARLENA. OSTATNI KONCERT

Janusz Majcherek

reż. Józef Opalski

premiera 27 października 2017

Czy można wierzyć wspomnieniom? Co w naszym życiu wydarzyło się naprawdę? Co jest faktem, a co – legendą? A jeśli legendą – to wykreowaną przez nas, czy też przez otaczających nas ludzi, którzy widzieli nas takimi, jakimi chcieli nas widzieć, a niekoniecznie – takimi, jakimi rzeczywiście byliśmy?

Na scenie widzimy dwie Marleny – tę z trudem poruszającą się nieledwie staruszkę, uzależnioną od leków i alkoholu, spisującą ręką swojej asystentki wspomnienia ze swego niezwykłego życia, i – Marlenę u szczytu sławy, występującą w filmach, przed żołnierzami na froncie, udzielającą wywiadów. W roli gwiazdy u zmierzchu życia – wspaniała Grażyna Barszczewska, w roli jej młodszej alter-ego - olśniewająca Izabella Bukowska-Chądzyńska. Choć może minimalnie zbyt sentymentalny, to jednak spektakl obejrzałem z nieukrywaną przyjemnością (jestem wielkim fanem Grażyny Barszczewskiej), 

całość została sprawnie zrealizowana, w dwóch planach, wymagających od aktorów żelaznej dyscypliny, szczególnie w garderobie. 

 

Klub Komediowy

POD SENNYM SZERSZENIEM

Michał Sufin

reż. A. Groszyńska, M. Sufin

premiera 23 października 2017

Mamy oto leśny pensjonat, do którego zjeżdżają dziwni ździebko goście, profesor merkantologii porównawczej z żoną aktorką zbyt dramatyczną, lajfstajlerka fauny i flory, geniusz programowania, przyszła CEO ze Szczuczyna czy przypominający Sherlocka Holmesa leśnik badający tajemnicze zaginięcia. I to właściwie tyle. I uwierzcie – tyle wystarczy. Reszta – w absurdalnych dialogach, fantastycznych piosenkach czy też songach (Radek Łukasiewicz – Pustki, ostatnio często piszący dla teatru), w świetnym aktorstwie i - w łączniku świata impro ze światem teatru dramatycznego, którym jest szalony grzybiarz, w tej roli Bartek Młynarski.

Oprócz Weroniki Nockowskiej, Mateusza Lewandowskiego i wspomnianego Bartka, na scenie w Szerszeniu pojawili się aktorzy debiutujący w Klubie - Hanna Konarowska, a także Grzegorz Kwiecień i Kacper Matula z Teatru Narodowego oraz świetna Angelika Kurowska, współpracująca z krakowską Bagatelą. I wszyscy oni, choć ze zgoła innych światów wzięci, pasują do Klubu Komediowego tak, jakby grali tu od zawsze.

A teraz słowo o autorze recenzji, gdyż byłaby ona niepełna bez choć akapitu autopsychoterapii. Może jestem nieco nienormalny bądź niedorozwinięty, ale z Klubu Komediowego wyszedłem w nastroju jesiennym. Nie, nie, bez obaw, powód wszystek we mnie, a nie w znakomitym spektaklu. Bo pomyślałem sobie w którymś momencie, chyba słuchając songu Hani Konarowskiej, że ten świat inteligentnego lirycznego teatru bawiącego się konwencją, niedomówieniem, metaforą, synekdochą, alegorią, eufemizmem, aliteracją, paralelą, anaforą itd. Itp., no więc – ten świat mija. 

I to jakoś tak mija na moich oczach, i mi smutno. Ale Weronika powiedziała mi, że wcale nie mija, i żebym się nie martwił, bo oni w Klubie wierzą, że publiczność chcąca właśnie takiego teatru będzie zawsze. 

Nie mam wyjścia zatem - ufam, że tak będzie w istocie.

 

Teatr Narodowy w Warszawie

NIKT

Hanoch Levin

reż. Artur Tyszkiewicz

premiera 21 października 2017

Taki Nikt zawsze jest potrzebny, żeby było się z kim porównywać i żeby poczuć się przy nim lepiej. Więc właściwie jest zawsze, w każdym kosmosie. To, że i on może mieć jakieś potrzeby, np. szacunku, uwagi, współczucia, może dla otoczenia wydawać się dość egzotyczne, wszak Nikt winien za sam fakt swojego istnienia jedynie przepraszać. I właściwie o tym jest to przedstawienie. Oraz – jak to u Levina – o bezbrzeżnej samotności, z którą niepodobna sobie poradzić mimo pragnień (zwróćcie uwagę na scenę zrywania zaręczyn Chany i Adasia przez Chefeca).

Wszystko dobrze, tylko niezbyt mnie to obeszło. Co prawda Mariusz Benoit świetny, Ewa Konstancja Bułhak do zjedzenia, Anna Ułas wreszcie w większej roli, znakomity Jacek Mikołajczyk, dobre debiuty Lidii Pronobis i Huberta Paszkiewicza, a jednak - jakoś letnio, jakoś za mało, za słabo, czegoś trochę brak. 

Coś nie zagrało również z muzyką, która przeszkadzała w odbiorze, wydawało mi się przez cały niemal spektakl, że dwa piętra wyżej jest próba zespołu rockowego albo grany jest beatowy wariant Fortepianu pijanego. Zagadkę stanowiła także scenografia – za nic nie mogę rozgryźć, co też symbolizowała w tym przedstawieniu plaża na fototapecie.

 

Burgtheater Wien

PANNA BEZ POSAGU (SCHLECHTE PARTIE)

Aleksander Ostrowski

reż. Alvis Hermanis

premiera 21 października 2017

Do Burgteatru wybrałem się, żeby zobaczyć, jak wygląda premiera na najważniejszej austriackiej scenie, oraz – jak wyszedł spektakl reżyserowi, z którego Płatonowa wyszedłem w połowie (a nie zwykłem tak paskudnie czynić), nie mogąc zdzierżyć nudy ziejącej ze sceny Teatru Narodowego, do którego ówże spektakl był jakiś czas temu zaproszony. 

Otóż spektakl udany, a premiera wygląda zupełnie zwyczajnie, tym bardziej, że można było na nią kupić bilety, więc spektakl widzieli także „zwykli” widzowie, a nie jedynie ci z zaproszeniami. Aktorzy znali tekst, bardzo starali się ładnie wymawiać rosyjskie wtręty, szczególnie otczestwa, wpadek technicznych nie było, a tekst – choć ziejący naftaliną – był jakoś zdumiewająco współczesny, co odczułem i ja, mało po niemiecku mówiący, a także mój dwujęzyczny tłumacz, choć obaj pewnie co innego na tej scenie widząc. 

Charita Ignatjewna próbuje bogato wydać za mąż swoją ostatnią córkę Larysę Dmitriewnę. Niestety, to się nie udaje. Wielka miłość i tęsknota za dobrym (innym?) życiem nie są ważne w świecie, gdzie wszystko można kupić. Banalne i łzawe? Może. Ale za to – jak zrobione! I nie tylko Larysy, ale i Robinsona jakoś tak po ludzku żal. Uwagę zwracają przepiękne kostiumy i nieziemska scenografia oraz obrotowa scena, dzięki której możemy śledzić losy bohaterów w kilkunastu różnych planach. Nie wiem jednak, czy te plany nie zmieniały się za często, wyszedłem jednak z wrażeniem, że owa obrotowa scena jest równorzędnym bohaterem dramatu Ostrowskiego. Może jednak tak miało być.

I jeszcze jedno – otóż w komunikacie wygłoszonym przed rozpoczęciem spektaklu, oprócz próśb o nienagrywanie itd., znalazło się też takie zdanie – „Prosimy o wyłączenie telefonów komórkowych, bo światło z monitorów nie tylko irytuje widzów, ale i rozprasza aktorów” (przepraszam za niezdarne tłumaczenie).

Wreszcie ktoś powiedział to głośno. 

 

Teatr Studio

DOBRA TERRORYSTKA

Agnieszka Olsten, Sławomir Rumiak na podst. Doris Lessing

reż. Agnieszka Olsten

premiera 20 października 2017

Niezupełnie rozumiem, dlaczego spektakl ten został dość chłodno przyjęty. Argument, że jest niezrozumiały, jest niezrozumiały. Tam nie ma nic do rozumienia – jak mawiała moja pani od matematyki - albo się w ten świat wchodzi, albo – nie. Mnie wciągnęło i naprawdę dobrze się bawiłem, chociaż może nie jest to do końca ani farsa, ani komedia. I też nie wiem, dlaczego publiczność śmiała się z Alice (Agnieszka Kwietniewska), która właściwie cały spektakl, ze szmatą albo myjką próbowała w tym domu wprowadzić jakiś ład. Bardzo się bowiem z postawą Alice identyfikuję. Faktycznie zabawna była próba coachowania Marcina Pempusia przez Bartosza Porczyka, czy też słodko freudowskie nieporozumienie związane z oderwaniem metki do majtek, a następnie próba wytłumaczenia tegoż zamieszania. Rzecz w sumie o tym, dlaczego zdarza nam się pewne rzeczy robić, choć nie ma dlań żadnego wytłumaczenia, nie powstały żadne sprzyjające okoliczności ani – nie ma żadnych powodów. No, w pewnym uproszczeniu naturalnie.  

A poza tym siedziała obok mnie p. Ewa Kasprzyk i zgodziła się, że siedzenia okropnie twarde, bo się trochę wierciłem, a ona myślała, że to z powodu torebki, którą położyła między naszymi krzesłami, ale nie. 

Abstrahując od siedzisk – czy przypadkiem Agnieszka Kwietniewska nie ma wciąż w głowie Komedianta z Jaracza?

A może to we mnie za tym spektaklem tak wielka tęsknota?

 

Teatr Współczesny w Warszawie

PSIE SERCE

Michaił Bułhakow

reż. Maciej Englert

premiera 14 października 2017

Przez cały spektakl zastanawiałem się, czy Psie Serce jest opowieścią o Związku Sowieckim lat 20-tych czy też - o jakiejś bliższej nam rzeczywistości. Czy pies Szarik, a następnie Szarikow – to wyłącznie postaci z Bułhakowa, czy też mają oni twarze znane nam z politycznej polskiej codzienności. Ba, nawet w Wiaziemskiej odnalazłem kogoś mocno istniejącego (nie wiem, czy nie za mocno) w naszych czasach. No tak teraz jest, czytamy czasem coś, co nie jest napisane… 

Profesor Preobrażeński (Krzysztof Wakuliński) w ramach eksperymentu przeszczepia psu przybłędzie (Borys Szyc) przysadkę, a ten – staje się człowiekiem. Niestety, z najgorszymi możliwymi cechami. Oczywiście, przestroga. Przed czym? Chwała Bogu – Maciej Englert nie uwspółcześnił (nomen omen) tego znakomitego tekstu i każdy na to pytanie odpowie sobie sam, a jeśli nie – to z pewnością po prostu da się wciągnąć w ten bajkowy jednak świat Bułhakowa z padającym moskiewskim śniegiem i z orkiestrami dętymi grającymi na podwórkach.

Jak to we Współczesnym – świetnie zagrane. Borys Szyc w roli psa naprawdę wiarygodny, fantastyczna rola, świetny Krzysztof Wakuliński jako zagubiony nieco w młodziutkim komunizmie profesor i bardzo dobry debiut na deskach przy Mokotowskiej Szymona Mysłakowskiego, który gra Bormentala.

 

Teatr Collegium Nobilium

OTELLO

Feridun Zaimoglu i Gunter Senkel na podst. Williama Szekspira

reż. Grażyna Kania

premiera 6 października 2017

Otello na deskach TCN jest spektaklem momentami nieprawdopodobnie wulgarnym, momentami - dojmująco pięknym, a w całości –  jednym z najlepszych, jakie można teraz oglądać na stołecznych deskach.  Aktorzy grają świetnie, wszyscy. To, że z poświęceniem i technicznie znakomicie – zabrzmi jak banał, ale wsłuchajcie się w jedenastozgłoskowiec, którym się posługują, przecież tam wcale nie słychać wiersza. A jednak – jest poezją! Wciągnięty w ten brudny ale i liryczny szekspirowski świat słuchałem i patrzyłem na scenę z niedowierzaniem i z zachwytem, przez dwie i pół godziny, które mijają niepostrzeżenie, bo nie ma tam ani jednego zbędnego słowa, pauzy czy – gestu.

O czym jest ten Otello? No właśnie chyba najbardziej o słowach, które zabijają, z czego dziś dojmująco zdajemy sobie sprawę, ale jak to u Szekspira – jest tam także i zawiść, i zazdrość, i krew, i okrucieństwo i bezbrzeżna, ogromna samotność, z najsmutniejszą sceną świata, wciskającą w fotel -  pożegnalną rozmową Jaga z Emilią. 

Gratuluję świetnego spektaklu Grażynie Kani, aktorom i twórcom oraz Jego Magnificencji – opiekunowi IV roku Wydziału Aktorskiego AT, zauważając jednocześnie, że poprzeczka przed kolejnymi dyplomami została niniejszym ustawiona niesłychanie wysoko. 

 

TR Warszawa

MOJA WALKA

Karl Ove Knausgard; opr. i adaptacja Tomasz Śpiewak

reż. Michał Borczuch

premiera 6 października 2017

Po obejrzeniu spektaklu zdania nie zmieniłem. Ta książka to jest hucpa, bełkot. Co prawda byłem w stanie dojść jedynie do połowy drugiego tomu, bo troszkę mi szkoda życia na opisy wybierania środków czyszczących, ale im dalej w ten las – tym jest on ciemniejszy, nie moja bajka.

Mimo mizerii materiału literackiego przedstawienie Michała Borczucha wciąga i jest momentami bardzo zabawne. Fantastyczna scena seksu Justyny Wasilewskiej i Jana Dravnela, rozmowa o ipsacji wewnątrz (nomen omen) ptaka z Pawłem Smagałą, czy też rozmowa rzeczonego z Sebastianem Pawlakiem – są bardzo dowcipne, szacunek dla twórców, że w tej okropnie nudnej książce znaleźli tak dobre momenty. Ale kilka scen, szczególnie w akcie drugim, można było skrócić bądź nawet usunąć, np. wątek Breivika nie wydał mi się w tej narracji potrzebny, poza tym moja XIX-wieczna mentalność sprzeciwia się używaniu aż tak rozbudowanych projekcji filmowych, bez względu na sensowność ich wykorzystania tudzież artyzm. 

Całość jest chyba najbardziej o niemożności napisania książki o swoim życiu, a zatem i o niemożności wystawienia spektaklu o książce próbującej obiektywnie opisać świat. 

I dowodem tej niemożności – były przepiękne – nie do powtórzenia właściwie – momenty, z zagubionym motylem latającym po widowni i z dziewczynką (córką P. Smagały?), która i skradła aktorom scenę i chyba nieco zmieniła sens zakończenia.

Przy tym jednak się nie upieram, może właśnie tak miało być.

 

Teatr Ateneum

SPOWIEDŹ MOTYLA

na podstawie pamiętnika Janusza Korczaka oraz tekstów Julii Kijowskiej i Wojciecha Farugi

reż. J. Kijowska/W. Faruga

premiera 5 października 2017

To było najdłuższych 100 minut mojego życia - wszystko przez aktorstwo dziewczynek biorących udział w tym spektaklu i fatalną akustykę, przez którą i tak hermetyczny tekst był jeszcze mniej zrozumiały. Fajna scenografia i jak zawsze dobra muzyka Radka Łukasiewicza nie były w stanie obronić tego przedstawienia. 

 

Teatr Powszechny w Warszawie

MEFISTO

na podstawie Mefista K. Manna, filmu I. Szabo i przedstawienia Teatru Powszechnego z 1983r.  – dramaturgia – Joanna Wichowska

reż. Agnieszka Błońska

premiera 30 września 2017

Momentami poruszający, fantastycznie zagrany i – niestety – dość hermetyczny spektakl.

Wyszedłem zły, bo interesuję się teatrem, Klątwę widziałem, Mefista właśnie przeczytałem, film pamiętam, sytuacją w Teatrze Polskim we Wrocławiu się martwię (w Starym – też), a jednak – niestety nie wszystko na deskach Powszechnego było dla mnie zrozumiałe. Na widowni pojawiały się histeryczne niemal salwy śmiechu, ja nie wiedziałem, z czego widzowie się śmiali, a przecież też chciałbym się dobrze pośmiać, a akurat na scenie było dojmująco i duszoszczypatiel’no, poczułem się więc wyrzucony poza nawias, zaś takie odrzucenie rozeźla.  Wybitnie branżowe odniesienia można było sobie darować, kto nie widział Klątwy – nie zrozumie. Tak, wiem, że to były komentarze (i mocne, i dojmujące) nie do samego spektaklu, a do jego niezdrowej zaiste percepcji, ale tym bardziej brnięcie w Frljcia niestety się nie tłumaczyło. Podobnie jak płomienny monolog Grzegorza Artmana, nawiązujący do rozmowy znanej reżyserki z pewnym prezesem. Jak ktoś nie wie – będzie skonsternowany. Natomiast dyskusja o istocie faszyzmu  – trafiona w punkt, cytaty ze spotkania ludzi teatru z PAD, hymn w wykonaniu wiadomo-kogo, zakończenie -> wbijają w fotel. Powracający kankan również. 

Była szansa, żeby powiedzieć coś naprawdę ważnego nie tylko o stanie duszy i umysłu teatru, artystów i widzów, ale też mówiąc szerzej – o miejscu i czasie, w którym wszyscy żyjemy. Niestety – niewykorzystana, pomyślałem w którymś momencie, że Mefisto powstał, żeby zakleić poharatane dusze aktorów Klątwy. Nie mam pewności, czy to zadziałało.

 

Teatr Collegium Nobilium

MĘDROLE

wg. Józefa Tischnera Filozofii życia po góralsku

reż. Małgorzata Flegel

premiera 23 września 2017

Nie chciałbym, żeby zabrzmiało protekcjonalnie, ale młodzież zdolna, a spektakl – sympatyczny. Oczywiście - jak ktoś nie lubi poczucia humoru ks. Tischnera albo góralskiej gwary, niech się lepiej od Mędroli trzyma z daleka, ale każdy przyzna, że studenci prof. Flegel wykonali gigantyczną pracę przy opanowaniu (i wygłoszeniu) tekstu w bardzo trudnej gwarze, ufam więc, że egzamin z techniki mowy zdany koncertowo, a całość zaśpiewana i zatańczona z wdziękiem, jak na studentów wydziału Aktorstwa Teatru Muzycznego przystało. Generalnie - dziewczyny czuły się na scenie swobodniej niż chłopcy, a spośród dziesięciorga aktorów zwróciłem szczególną uwagę na dwoje, ich scenki solowe były zachwycające, warto nazwiska Magdy Howorskiej i Błażeja Stencla zapamiętać.

Do tego miodu też łyżka dziegciu – otóż sala im. J. Kreczmara w budynku AT niespecjalnie nadaje się na taki spektakl. Jest tam niedobra akustyka, słowa aktorów odbijają się od pustych ścian i trzeba się bardzo skupiać, żeby zrozumieć i tak podawany gwarą tekst. 

Niestety – jeszcze gorzej było przy śpiewie. Prosimy TCN o interwencję przed kolejnymi przedstawieniami. Ale niech ten ujemny minus nie przesłoni faktu, że Mędrole zobaczyć warto. 

 

Teatr Dramatyczny

POCIĄGI POD SPECJALNYM NADZOREM

Bohumil Hrabal

reż. Jakub Krofta

premiera 22 września 2017

Jedyna scena spektaklu, która pozostała mi w pamięci i była jakoś po hrabalowsku zabawna, to rozmowa Miłosza (Otar Saralidze) z Zawiadowczynią (Małgorzata Niemirska). Miłosz w mężczyznę się nie przemienił jako dzieciak wrócił do pracy na stacji po próbie samobójczej i również dziecinne motywacje popchnęły go do wysadzenia pociągu. Żarty z kłopotów z erekcją tudzież porównania do lilii, bardzo hrabalowskie przecież, bawiły tylko za pierwszym razem.  Szkoda talentu Otara, rola Miłosza niedopracowana, trochę przeszarżował Henryk Niebudek jako Zawiadowca, za mało z kolei wyrafinowany był Całusek (Robert Majewski), legendarną scenę z pieczątkami można było bardziej ograć i to przecież ona powinna zostać w pamięci. 

Dobre natomiast role pań - Martyny Kowalik (Telegrafistka), świetna Agata Wątróbska jako Wiktoria. Dopracowana scenografia, fajna muzyka na żywo, ale to wszystko za mało, za mało, za mało.

 

Teatr Narodowy w Warszawie

TWÓRCY OBRAZÓW

Per Olov Enquist

reż. Artur Urbański

Premiera 17 września 2017

Mamy oto atelier, w którym powstaje film na podstawie powieści Selmy Lagerlof (wspaniała Anna Seniuk). Przed obejrzeniem fragmentów filmu uznana pisarka i noblistka poznaje młodą, bezczelną, nieco wulgarną aktorkę Torę Teje (świetny debiut Marty Wągrockiej w TN), z którą wdaje się w niewinną na początku rozmowę. Do czego to spotkanie dwóch kobiet doprowadzi?

Może nie będę pisał, o czym jest to przedstawienie, bo dla każdego ono będzie trochę o czym innym. Najbardziej jednak chyba o tym, że dzieciństwo zostaje z nami na całe życie i że wspominamy je takim, jakim być powinno, a nie – takim jak było. Ale też o tym, że mamy prawo nie wybaczać. I o rażącej niesprawiedliwości, jaka dotknęła małego Judasza. 

Poruszający, mądry i świetnie zagrany spektakl, siedziałem wpatrzony i wsłuchany w Annę Seniuk, która w Twórcach Obrazów zagrała rolę po prostu - wielką.

Znakomity początek sezonu w Narodowym i bardzo wysoko postawiona poprzeczka przed kolejnymi premierami. 

 

Teatr Soho

ANONIM

Alicja Kobielarz

reż. Karolina Kowalczyk

premiera 16 września 2017

Ich troje. Ona – rysowniczka komiksów, On – jej ojciec, profesor fizyki oraz – Anonim. Kim on jest? Czy w ogóle jest? Dlaczego odszedł? Jak na jego odejście zareaguje ojciec, a jak córka?

Wykorzystanie estetyki rysunkowej wyglądało na scenie ciekawie, ale - komiksu było jednak za dużo, podczas gdy chemii między bohaterami „z krwi i kości” - ździebko za mało. Może też dlatego, że profesorowie fizyki są jednak nieco inni niż ten, którego poznajemy na scenie, a wiem, co piszę, gdyż Teść mój był profesorem fizyki. Owszem, opowieść jest z granicy jawy i snu, a nie z rzeczywistości, w której można nas uszczypnąć, ale… chłód między nimi Profesorem a Córką i przywiązanie, jakie miał do Anonima, istotnie mogły wskazywać na to, że panowie mają romans. A może faktycznie tak było? 

Rzecz oczywiście wcale nie o tym, a o stracie i jej przeżywaniu,  jednak coś w tej narracji nie chwyciło.

 

Och-Teatr

POMOC DOMOWA

Marc Camoletti

reżyseria Krystyna Janda

premiera 9 września 2017

To nie do końca moje klimaty, grube kreski, którymi się i tę i każdą inną farsę rysuje, ździebko mię mięszały, ale kilka razy aktorzy rozbawili niemal do łez, szczególnie w akcie drugim. Uprzedzam jednak, że zakończenie jest dość przewidywalne i naiwniutkie. Rzecz traktuje o nadużywającej alkoholu sprytnej pomocy domowej i jej chlebodawcach, którzy spotykają się ze swoimi kochankami podczas (jak sądzą) nieobecności drugiego – mówiąc w pewnym skrócie, a o to, żeby nie doszło do kompletnej katastrofy dba tytułowa gosposia. Tłumaczenie Bartosza Wierzbięty jest całkiem pieprzne i zabawne, niepotrzebnie tylko moim zdaniem całość została przeniesiona w polskie realia.  Nie mam też pewności czy znakomita skądinąd Katarzyna Gniewkowska nie przeszarżowała w swojej tygrysicowatości. Mimo tych małych tęsknot warto Pomoc Domową zobaczyć choćby dla grającej główną rolę aktorki, bo właściwie każda scena z jej udziałem wywoływała na widowni salwy śmiechu. 

Prośba więc do dyrektor artystycznej i reżyserki Krystyny Jandy, żeby nie zapominała, że ma w zespole aktorkę obdarzoną vis comica, jakiej może pozazdrościć każda komediowa scena miasta i świata, mianowicie – Krystynę Jandę.

 

Stowarzyszenie Sztuka Nowa

TURYŚCI

Patrycja Dołowy

reż. Dawid Żakowski

premiera 2 września 2017

Od razu mówię, że na pytanie, kim są dzisiejsi tytułowi turyści jednoznacznej spektakl oczywiście nie daje. Bo tu chodzi bardziej o podróż w głąb siebie, pod warunkiem jednak, że widz będzie wystarczająco otwarty na taką peregrynację, i – co tu dużo mówić – przynajmniej z grubsza wyedukowany.

Ciekaw jestem, jaki będzie odbiór tego performansu wśród młodzieży – bo plan gry zakłada pokazywanie Turystów młodszej widowni. Bo choć mniej więcej Elektrę pamiętam i choć starałem się dość uważnie tekstu Sartre’a słuchać, to nie wszystkie asocjacje były dla mnie zupełnie jasne. Ale – ponieważ to poniekąd teatr 2.0, więc nie jestem za bardzo docelowym odbiorcą tej sztuki. Nie wiem, czy do końca potrzebne było nawiązanie do Sarah Kane, ta estetyka jednak jest dość mocno anachroniczna. Choć – może znów przychodzi na nią czas? 

Bardzo dobry Maciej Tomaszewski, ciekawa gra świateł, jednak pokręcony nieco tekst, a i ja – także jako turysta,

patrzę na zwiedzany świat zupełnie inaczej niż bohaterowie, czy ci na scenie, czy - Orestes z Elektrą. 

Kwestia wieku.

Nowy Teatr

Biblia, Rdz 1-11

reż. Michał Zadara

premiera 1 września 2017

Na stworzeniu świata trochę się wierciłem, ale zabójstwa Abla, potop i jego konsekwencje czy wieża Babel były tak pokazane, że patrzyłem (z przeproszeniem) rozdziawiony zupełnie jak mój pięcioletni sąsiad. No cóż, polski Kościół jest zaczytany w katechizmie, nie w Biblii, nic więc dziwnego, że dla części z nas jest niespodzianką, że wiele kodów którymi się na co dzień posługujemy, pochodzi właśnie z Niej. I że olśniewającym przypomnieniem było choćby to, że że męki porodowe są karą za zjedzenie owocu zakazanego. Mimo, że to była węża wina.

Bogiem u Michała Zadary jest roszczeniowa, nieco rozwrzeszczana nastolatka (bardzo dobra Julia Leszkiewicz), w roli Adama – zdecydowanie za rzadko goszczący na scenie Robert Koszucki, Paulina Holtz jako Ewa, plus Barbara Wysocka i świetne dzieciaki, role „dorosłe” zagrane doprawdy z poświęceniem, dziecięce – z wdziękiem. Do zabawy wciągnięta jest także publiczność. I chociaż niespecjalnie lubię jak się mnie wyciąga z fotela (w tym wypadku z ławki), to tutaj z niemal dziecięcą radością i malowałem ze wszystkim i dałem się nawet obrysowywać. Efektem naszej pracy była rajska przestrzeń, bajecznie kolorowa, tak, jakby stworzył ją scenograf, a nie przypadkowa przecież publiczność.

Bez względu na wyznanie czy też jego brak – idźcie z dzieciakami do teatru. Biblia w Nowym Teatrze naprawdę nie jest katechezą, ale i piękną i dowcipną i mądrą opowieścią o najważniejszej książce świata, przy okazji – także fenomenalną zabawą teatrem, jego możliwościami i umownością.

 

Pożar w burdelu

TRAUMA TRAVEL

Maciej Łubieński, Michał Walczak

reż. Michał Walczak

premiera 28 lipca 2017

Ponieważ wakacje, to i w Burdelu o Polaków podróżowaniu i wypoczynku, naturalnie nie bez rozmaitych odniesień. Paula i Zdzisław – warszawskie (warszawscy?) lemingi - płyną w rejs po Wiśle, a tu niespodzianka – na statku trwa telewizyjne show, w którym – chcąc nie chcąc – biorą udział. Prowadząca to show (Katarzyna Kwiatkowska) do złudzenia przypomina mi pewną postać rzeczywistą, także dziennikarkę… Ale to może jakieś niezdrowe podświadome asocjacje. Towarzyszą naszej parze na wczasach różne ciekawe postacie, które przejdą zdumiewające metamorfozy, ważną rolę odegra też wspólne oglądanie telewizji, relacjonującej… Wszystkiego napisać nie można, żeby nie zepsuć zabawy.

Zagrane i zaśpiewane świetnie, jak to w Burdelu, Tomasz Drabek w fantastycznej formie, Katarzyna Kwiatkowska cudownie zabawna, może tylko szkoda, że tak mało do grania mieli Karolina Bacia i Filip Kosior.

Uwagi dwie. Jedną taka do świata – mianowicie niespecjalnie dało się wytrzymać ponad dwie godziny w nieklimatyzowanym wnętrzu Teatru Warsawy, podczas premiery lało jak z cebra, więc pewnie i okien się nie dało otworzyć, więc – choć z jednej strony zachwycałem się spektaklem, z drugiej jednak – trochę też wierciłem i wachlowałem programem.  

A konstatacja druga – po jednym ze skeczy na widowni zapadła – no cóż – kłopotliwa cisza, jakby konsternacja. Nie wiem, czy autorzy nie poszli o (nomen omen) – jeden most za daleko. Ściśle mówiąc – o jedną tamę. 

 

Komuna Warszawa

CEZARY IDZIE NA WOJNĘ

Cezary Tomaszewski

reż. Cezary Tomaszewski

premiera 8 lipca 2017

Wyszedłem z Komuny Warszawa nieco zdezorientowany, gdyż z tak ekscentryczną formą popularyzacji pieśni Moniuszki jeszcze się nie spotkałem. Mam w ogóle wrażenie, że nie do końca nie zrozumiałem, co Artysta miał na myśli (Tomaszewski, nie Moniuszko), niemniej ów spektakl, performans czy jakkolwiek nazwać tę opowieść – dosyć mi się podobał, gdyż było to dziwne, a ja lubię dziwny teatr. 

Idzie mniej więcej o to, że bohater sztuki - Cezary Tomaszewski - dostał wiele lat temu na komisji wojskowej kategorię E, czyli uznano go za niezdolnego do służby wojskowej, a on po latach chce się z różnych powodów od tej niesprawiedliwej decyzji odwołać. Michał Dembiński – jeden z aktorów i także świetny bas – czytał wykaz chorób, które kwalifikowały poborowych do poszczególnych kategorii zdrowia i lista owych chorób wzbudzała w publiczności lawiny śmiechu, czego również nie zrozumiałem, może dlatego, że większość widowni nie pamiętała wojskowych komisji lekarskich z tamtych czasów, a ja owszem, i może dlatego nie uznawałem tego za śmieszne, gdyż śmieszne to nie było. 

Więcej niuansów, nadpisań, metafor i asocjacji nie odnalazłem, ale to na pewno dlatego, że późno przyszedłem i miałem miejsce za pianinem. 

2017, wrzesień

KINKY BOOTS

libretto: H.Fierstein; muzyka: C.Lauper

na podst. scenariusza G.Deana i T.Firtha do filmu Kinky Boots

reż. Ewelina Pietrowiak

premiera 7 lipca 2017

Sensem tego spektaklu jest Krzysztof Szczepaniak (Lola/Simon). Pierwszych 20 minut, do momentu pojawienia się Loli – ździebko nuży, widownia nieco się wierciła i oczekiwała jakiegoś trzęsienia ziemi. No i nadeszło, faktycznie Lola ze swoimi aniołkami wzbudzała furorę za każdym razem, gdy pojawiali (pojawiały?) się na scenie, Największe brawa zebrał jednak Łukasz Wójcik (Don, jakieś 200 cm wzrostu), który w finale z wdziękiem tańczył w piekielnie wysokich szpilkach, szacunek.

Jak na musical było zdecydowanie za mało było kolorów, glamour, cekinów, złota i „tego wszystkiego”. Każdy z lolinych aniołków dysponował jednym tylko kostiumem, szanująca się drag-queen nigdy by sobie na to nie pozwoliła.  Poza tym można było odnieść wrażenie, że nie wszyscy aktorzy czuli się na scenie dobrze, nie wszyscy bezwarunkowo polubili swoje postacie. W libretcie łopatologicznie podane przesłania równościowe wyprowadzały nieco z równowagi, muzyka Cindy Lapuer i liryczna, i przebojowa, jak to u Cindy, niestety polskie tłumaczenie było niedopracowane, nie zawsze dobrze się tego słuchało. 

Parter i oba balkony były pełne, owacje na stojąco itepe itede, ale coś mi tu (nomen omen) po prostu nie zagrało. Ale mimo wszystko – dla Krzysztofa Szczepaniaka i dla Cindy Lauper – warto.