SEZON 2017/2018

podsumowanie sezonu znajdziesz tutaj

TR Warszawa

CHINKA

dram. D.Kubisiak

reż. Klaudia Hartung-Wójciak

premiera 29 czerwca 2018

Szedłem jak na ścięcie, bo miały być pytania o „dziedzictwo lewicy”, które może i padły, ale debiut p. Klaudii był tak słodko przemyślanym formalnie drobiazgiem, że nie zwróciłem wystarczająco dużo uwagi na treść. Nie mam pewności, czy właśnie o taką reakcję teatrowi i reżyserce chodziło, ale co mi tam. 

Mamy oto Jeana Luca Godarda (Paweł Smagała) i wariacje na temat jego filmów, w tym – tytułowego, czyli Chinki (Monique, która chce zostać Chinką - olśniewająca Monika Frajczyk). No i w salonie Godarda, używając cytatów z jego dzieł, rozmawia się o wspomnianym „dziedzictwie lewicy”. Spektakl jest momentami śmieszny, aktorzy cudnie bawią się swoimi rolami, całość została starannie przemyślana i takoż wyreżyserowana. 

Choć nie wszystkie aluzje i asocjacje w Chince wyłapałem to dobrze mi się spektakl oglądało, wyszedłem z teatru pogodny i nie znudzony.

A to już coś.
 

Teatr Powszechny

LAWRENCE Z ARABII

dram. P. Wawer Jr

reż. Weronika Szczawińska

premiera 22 czerwca 2018

Spektakl dojmująco nie dla widza pokroju mojej osoby, okropnie mnie Melpomena tego wieczoru wykończyła. Wiktor z nagim torsem biegał po scenie z piłką, Maria Robaszkiewicz czytała coś po arabsku, ktoś mówił strasznie po rosyjsku, a wszystko miało być o uchodźcach, którzy do projektu się nie zgłosili, choć teatr zapraszał. Może nie trzeba było jednak tego mówić ze sceny tak otwarcie?

No więc powstało przedstawienie o – mówiąc w skrócie - naszym postrzeganiu innych. O Ukraince – oczywiście - sprzątaczce, a Saudyjczyku, który ubolewa nad trudnościami w umizgach w swojej kulturze, o Kanadyjce chińskiego pochodzenia itp. Itd. Zgodnie z zapowiedzią na stronie TP spodziewałem się farsy, czy też „komediowego charakteru” tego przedsięwzięcia, niestety, najprawdopodobniej nie mam poczucia humoru, gdyż w ogóle to nie było zabawne, a wyszedłem wręcz przygnębiony. 

Na konferencji prasowej przed premierą reżyserka powiedziała o swoim przedstawieniu: „Jest żenadnie, farsowo i niezgrabnie” (cyt. za PAP).  Pełna zgoda. 

 

Komuna Warszawa

SPEKTAKL DLA TURYSTÓW

Wojciech Ziemilski

dram. Sodja Zupanc Lotker

reż. Wojciech Ziemilski

premiera 21 czerwca 2018

Chodzi o turystów zagranicznych, którzy przyjeżdżają do Polski i chcą się przed przyjazdem czegoś o naszym kraju dowiedzieć. I faktycznie, w ciągu godziny otrzymują dawkę solidnej wiedzy… Dawno nie widziałem tak uroczego i inteligentnego spektaklu, publiczność Boskiej Komedii była również wniebowzięta, szkoda, że pokazywano w Krakowie ten spektakl tylko raz, z powodu zainteresowania (i nikczemnej pojemności sceny kameralnej w Słowackim) przyszło mi obejrzeć ten spektakl nieledwie z perspektywy żyrandola, bo innych miejsc brakło. Jednak warto było.

Główną bohaterką – jak się na początku wydaje – jest Maria Stokłosa, bardzo utalentowana choreografka i tancerka. Choreografia przez nią stworzona jest punktem wyjścia do hm… narracji (modne słowo ostatnio), jakby właśnie takiej przewodnikowej pogawędki o tym, co Maria akurat robi na scenie, ale też – o tym, skąd pochodzi, kim jest, gdzie się uczyła, gdzie mieszka itd. I opowiadają nam o tym – po angielsku - aktorzy słoweńscy, czy to w tym wypadku ważne?

A czy istotne to, że Maria jest polską Żydówką? A ile w nas tego, co się zdarzyło przed laty w naszych rodzinach? Czy można uciec od historii? Czy trzeba? Czy wolno? Wreszcie - czy można przystępnie opisać choreografię? W ogóle – sztukę współczesną? Prawda, że o wszystkim? Ale z wdziękiem i - szczęśliwie – bez egzaltacji.

Wyobrażam sobie, że zebranie w jednym miejscu i czasie obojga aktorów z Ljubljany i niezwykle zapracowanej Marii Stokłosy, jest zaiste dużym wyzwaniem. Polujcie zatem.



 

Teatr Żydowski

PROSZĘ BARDZO

na podst. A. Rottenberg – Jolanta Janiczak

reż. Wiktor Rubin

premiera 21 czerwca 2018

Zacznę od drobiazgu – było niedobrze słychać. To wina pustej ogromnej sali ekspozycyjnej Zachęty, która jest przeznaczona do oglądania artefaktów, a nie do bycia sceną teatralną. W którymś momencie odbijające się od pustych ścian słowa zaczęły męczyć, mimo że aktorzy mieli mikroporty. A może właśnie dlatego. Akustyka w teatrze to mój konik.

Tenże spektakl, czy też „wydarzenie teatralne” – jak napisano na stronie teatru – opiera się na pomyśle zagrania głównej bohaterki przez znakomitego aktora Teatru Studio - Tomasza Nosinskiego. To jednak nieco za mało na dwugodzinne przedstawienie. Choć życiorysem bohaterka mogła by obdzielić kilka osób, choć jest kobietą NAPRAWDĘ niezwykłą, charyzmatyczną, mądrą i dowcipną (jak wnioskuję z jej wypowiedzi), to spektakl odnalazłem momentami dość nużącym. Oczywiście, mało kto oczekuje linearności w opowieści teatralnej powstałej w XXI wieku, niemniej nie wiem, czy ta narracja nie była jednak zbyt pogmatwana, choć z uwagą (i – jak już wiemy - z trudem) starałem się słuchać co się do mnie mówi, to chwilami gubiłem się w identyfikowaniu poszczególnych postaci, przodków i bliskich naszej bohaterki, tudzież – jej samej. 

PS. Bigos już w tym sezonie był, kilka miesięcy wcześniej, 200 metrów dalej, na małej scenie Narodowego, w Ułanach. Cytat czy koincydencja?

 

Teatr Słowackiego w Krakowie

CZARNE PAPUGI

Alejandro Moreno Jashes, dram.Tomasz Śpiewak

reż. Michał Borczuch

premiera 16 czerwca 2018

Rzecz o schizofrenii, czy też mówiąc ściślej – o związku aktorstwa czy też w ogóle teatru z ową chorobą duszy – w każdym razie tak to też można odczytać, częściowo zrealizowana w krakowskim szpitalu psychiatrycznym, na projekcjach widzimy jedną z aktorek, która chce być do tego szpitala przyjęta, w ramach pracy nad ty projektem oczywiście, inna – wspomina swój tamże pobyt. Rzecz o mroku – mówił reżyser. Istotnie, mrok spowodował, że wyszedłem z MOS-iu wykończony, fizycznie i psychicznie. Ale jednak nie obojętny.

PS. Pod werdyktem Jury przyznającym Michałowi Grand Prix za reżyserię podpisuję się obiema rękami. Mam nadzieję, że to nie jest żaden niepokojący objaw…

 

Teatr Powszechny w Warszawie

1984

George Orwell

reż. Barbara Wysocka

premiera 16 czerwca 2018

Dreszcz po mnie przeszedł raz i drugi, bo choć książkę Orwella oczywiście znam, to jednak te najbardziej dojmujące fragmenty wyparłem z pamięci, a spektakl w Powszechnym je przypomina nieledwie bez znieczulenia. I na całe szczęście – robi to bez bezpośrednich odwołań do tu i teraz, choć mógłby, bo przecież się wtrąca. Jednak Orwell dostarczył tekstu wystarczająco pobudzającego publicystyczne zdolności widza i każdy wyszedł ze swoją tezą o tym, czy było to o współczesnych nam czasach, o minionych czy też Barbara Wysocka wystawiła przestrogę albo moralitet. W każdym razie pytania o to co/kto nas kontroluje, ile jesteśmy w stanie zapłacić za niezależność myśli, i – czy to w ogóle ważne – dudnią w uszach, choć przecież ani razu ze sceny nie padają. No, może raz, kiedy bohaterowie zgłaszają się do hm, partyzantki.

Nie było specjalnych dekonstrukcji Orwella, spektakl jest całkiem wierny źródłu, mam co prawda problem ze sceną kończącą przedstawienie, wolałbym na końcu wielokropek zamiast wykrzyknika, ale szanuję decyzję Barbary Wysockiej, nawet rozumiejąc jej intencje. 

Aktorzy Powszechnego jak zawsze świetni, reżyserka także na chwilę pojawiła się też na scenie, podobnie jak inspicjent ze skryptem. I tak sobie pomyślałem w tym momencie – abstrahując od Orwella nieco, a może i nie – że niezwykłym hipsterstwem ze strony dyrekcji TP byłoby zbudowanie takiej staromodnej budki dla suflera oraz – naturalnie – korzystanie zeń.

No cóż, w teatrze nie zawsze ma się władzę nad swoimi myślami, szczególnie tymi niesfornymi. 

 

Teatr Narodowy

ŚLUB

Witold Gombrowicz

reż. Eimundas Nekrosius

premiera 15 czerwca 2018

Brakuje mi narzędzi do teatrologicznej analizy tego spektaklu, bom widziałem przedtem jeden jedynie Ślub (rewelacyjna inscenizacja A Augustynowicz), nie jestem ani teatrologiem, ani literaturoznawcą, jedynie – widzem. Więc z punktu widzenia przeciętnego widza, kilka słów na temat tego już głośnego spektaklu.

Szedłem na spotkanie z absolutem nieledwie, bo przecież to najważniejszy polski dramat XX wieku, no może drugi, po Weselu. I dlatego, że Nekrosius, który jest jednym z najwybitniejszych europejskich reżyserów. Jak Litwin przeczytał tak bardzo polski tekst? Pojawiły się już głosy, że najzwyczajniej Gombrowicza nie zrozumiał. Cóż, mało kto w Polsce ten diablo trudny tekst rozumie, niestety, po tej inscenizacji ten stan rzeczy nie ulegnie - jak sądzę – większej zmianie.

Zadałem sobie bowiem w którymś momencie spektaklu pytanie – o czym Nekrosius zrobił ten Ślub, i nie umiem na nie odpowiedzieć. Tak trochę jakby… o niemożności wystawienia Gombrowicza, ale też nie. Jakby o daremności naszych działań, ale też nie do końca. I tak oglądam to przedstawienie, pełne jakichś dziwnych gestów, pełne pomysłów reżyserskich, których nie rozumiałem, i tak myślę i myślę… 

A z drugiej strony – przecież wszystko się dzieje we śnie Henryka. A we śnie wszystko się może zdarzyć i wszystkie chwyty są dozwolone, czyż nie?

Wymęczył mnie jednak ten Ślub. I może właśnie o tym to było?
 

Nowy Teatr

WYJEŻDŻAMY

Hanoch Levin i in.; dram. P. Gruszczyński

reż. Krzysztof Warlikowski

premiera 14 czerwca 2018

To jest rzecz o tym, że wszyscy umrzemy i właśnie dlatego trzeba żyć. Tu czy tam, w sumie - bez znaczenia, bo to nieprawda, że lepsze życie jest gdzie indziej. No owszem, niekiedy się tak dusimy, że mamy do wyboru – śmierć albo ucieczkę -  i wtedy zwykle wyjeżdżamy. A razem z nami zawsze do samolotu wsiądą nasze lęki, nadziei, śmieszne miłości, popełnione głupstwa i niepopełnione szaleństwa. Zawsze je starannie pakujemy w walizce, bo – choć właśnie od nich uciekamy, to i nie umiemy bez nich żyć. Zabieramy też toksyczną miłość matczyną, tęsknotę za nią i za pamięcią tych, którzy przed nami odeszli. Zresztą, w końcu wszyscy wracamy… Może i to ździebko naiwne, ale przecież wszystko, co Levin napisał, właśnie o tym jest - o banalności, codzienności, nudzie, braku, nadmiarze, seksie i jego braku, czy – o śmierci, i o jej nieuchronności i strachu przed nią. I czekaniem na nią też. 

Piękny, fantastycznie wyreżyserowany i wspaniale zagrany spektakl, aktorzy grają fenomenalnie, wszyscy, bez wyjątku. Dziękuję Teatrowi Nowemu, bo już kończył się sezon, a tu, rzutem na taśmę…

Obecność obowiązkowa.
 

Pożar w Burdelu

ZWIERZOCZŁEKOPIORY

Michał Walczak

reż. Michał Walczak

premiera 9 czerwca 2018

Mój rocznik podlegał programowi eksperymentalnemu, więc w spisie lektur mieliśmy książki, których nawet pani polonistka nie znała. Wśród nich był Zwierzoczłekoupiór. I wtedy to, po jej przeczytaniu stałem się fanem Konwickiego. Owszem, nie wszystkie jego książki mi się podobały, ale do kilku wracam – jak choćby do Kalendarza i klepsydry. Mówiąc zatem w skrócie – Konwickiego znam i w związku z powyższym byłem docelowym targetem tego przedstawienia. Ergo, wydaje mi się, że ktoś, kto nie wie o Konwickim zgoła nic, spektaklu może po prostu nie zrozumieć. Ale chyba Michał tym razem nie chciał zrobić Burdelu „dla wszystkich”, a właśnie dla miłośników talentu tego niezwykłego, pięknego człowieka. 

Z podstawowego składu Burdelu na scenie naliczyłem czworo aktorów, ale zatrudniona przy projekcie załoga Studia nie tylko się sprawdziła, ale i – miałem wrażenie – wręcz bawiła swoimi rolami (np. cudowna Irena Jun, czy grający Iwana – kocura Konwickiego – Bartosz Porczyk, również zwiewna Dominika Ostałowska). 

Widziałem ten spektakl w jeden z upalnych wiosennych jeszcze wieczorów, kto w taki czas chce chodzić do teatru, prawda? 

No niestety, pod koniec tego sezonu to właśnie pogoda była największym wrogiem Melpomeny, widok wielu pustych foteli na widowni był dojmująco smutny i w Studiu i w większości stołecznych teatrów. Może sezon w maju kończyć? No, ale jeśli będzie tak upalny jak tegoroczny? To co? W kwietniu? Ale też było gorąco…

 

Teatr Ateneum

MOSKWA-PIETUSZKI

Wieniedikt Jerofiejew

reż. i wyk. Marian Opania

premiera 3 czerwca 2018

W mojej recenzji Ojca w reż. Iwony Kempy pozwoliłem sobie wyrazić uwagę, że tekstów godnych Mariana Opani jest niewiele. Niestety Moskwa-Pietuszki się do tego zbioru nie zalicza. Owszem, wszystko jest zrobione dobrze, Marian Opania świetny, no bo cóż to dla niego zagrać bohatera Jerofiejewa? Bawi się swoją rolą, każdy jego gest ma swoje uzasadnienie, itepe itede. 

Zastanawiam się tylko – dlaczego wybrano akurat Jerofiejewa? Czy naprawdę nie można było znaleźć tekstu znacznie bardziej adekwatnego i dla tego wielkiego aktora i dla uczczenia okrągłych urodzin teatru? Dziś Jerofiejew ani nie mówi nic o współczesnej Rosji, ani o „kondycji człowieka”, a i jako dokument pewnej epoki jest mało interesujący.  

Przepisy na efektowne „drinki”, ani scenografia ani – jako się rzekło - nawet znakomite aktorstwo nie ratują niestety tego dojmująco anachronicznego tekstu. 

 

Teatr Polski w Warszawie

KRÓL

Szczepan Twardoch

reż. Monika Strzępka

adapt. Paweł Demirski

premiera 18 maja 2018

O Królu Twardocha pisałem tu, spektakl jest o tym samym, więc nie będę redundantny i skupię się nie na historii, a na tym, jak została ona pokazana.

Została pokazana z rozmachem. Oczywiście, teatr (a na pewno Polski) nie pokaże wszystkich okropieństw, o których Twardoch pisze, przedsmak - jeśli można użyć tego słowa - widzowie mieli przy okazji odcinania kończyny przez sadystę Radziwiłka (znakomity Marcin Bosak). Na scenie mamy dwa auta, niezupełnie co prawda z epoki, ale nie szkodzi, mamy strzelaniny, z pompą zrobione sceny zbiorowe, soczyste dialogi, obrotową scenę i niepozostawiające widowni w obojętności odniesienia do tu i teraz. A ponieważ materiał literacki świetny, ponieważ rzecz lokalna, i - bo zagrane świetnie, więc o frekwencję jestem zupełnie spokojny. Tak, niewątpliwie Król jest jednym z ważniejszych wydarzeń mijającego sezonu, i wydaje mi się, że oczekiwania społeczeństwa wobec tego przedstawienia zostały przez twórców zaspokojone. (Kiedy poszła plotka o tej premierze, mówiono: „Strzępka u Seweryna? Niemożliwe”. A jednak.)

W warszawskim Polskim debiutuje przeszedłszy z wrocławskiego znakomity Adam Cywka w roli Jakuba, świetny Krzysztof Dracz w roli Kuma, zwracam uwagę na sceny w Berezie, Paweł Tomaszewski zapada w pamięć jako homoseksualny redaktor dość bezpośrednio wyrażający swoje erotyczne oczekiwania wobec Jakuba (nieco może efekciarska scenka, ale zgodna z powieścią i jednak cudownie zabawna), zwracam też uwagę na Alana Al-Murtathę, który gra Mojsze Bernsztajna i brata Szapiry.

No więc ogląda się to niczym kryminał i film gangsterski w jednym, ale ci, którzy znają książkę (jak piszący te słowa) mogą się momentami wiercić w fotelach, bo – jako się rzekło – inscenizacja jest dość wierna źródłu. Spodziewałem się więc jakiejś „strzępkowej” dekonstrukcji, ale jej nie było. 

 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

PIJANI

Iwan Wyrypajew

reż. Wojciech Urbański

premiera 11 maja 2018

Znów o słowach, tym razem wypowiadanych przez pijanych, wszak – jak głosi ludowa mądrość - przez nich przemawia Pan Bóg. I cóż takiego ma nam Stwórca do powiedzenia? A w ogóle - może upojenie jest jedynym stanem, w którym prawdziwe znaczenie słów do nas dociera? Stanem, w którym za to, co mówimy, jesteśmy gotowi ponieść pełną odpowiedzialność?

Zaiste wulgarny, nieprawdopodobnie piękny i poetycki, oraz – co by tu nie mówić – głęboko religijny spektakl Wojtka Urbańskiego jest jednym z najmocniejszych przedstawień mijającego sezonu. Najlepsze role mają w Pijanych: debiutująca w TD Martyna Byczkowska (która była główną bohaterką pogawędek przy winku na bankiecie) oraz Otar Saralidze, który grając młodego prawie żonkosia, rewelacyjnie zagrał dorosłego faceta, który powoli, może i w upojeniu, ale za to z wegetariańską zakąską, zaczyna rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Świetny również w roli brata księdza niewielkiej acz efektownej roli - Sebastian Skoczeń. 

A propos efektowności – Iwan Wyrypajew istotnie napisał tekst efektowny, słyszałem też opinie, że efekciarski, a w każdym razie dający możliwość szarżowania,

zwróćmy uwagę choćby na płomienny monolog Roberta Majewskiego, przerywany na premierze owacjami publiczności czy - na zagraną pomyłkę Sławomira Grzymkowskiego, który „niechcący” zwraca się do pana z obsługi sceny. No dobrze, może było to tanie, ale o ile u kogoś innego te prawie farsowe elementy wyprowadzałyby z równowagi, o tyle u Wyrypajewa zadziałało to bez cienia fałszu.

 

Teatr Studio

ŻABY

Tomasz Śpiewak, wg Arystofanesa, K. Niemczyka, T. Zarzeckiego

reż. Michał Borczuch

premiera 6 maja 2018

Raczej sugeruję nie traktować Żab jako ściągawki z Arystofanesa, gdyż egzamin z dramatu klasycznego będzie dojmująco oblany. Rzecz jest bowiem – jak się powszechnie uważa - o homoseksualizmie.

Gejów grali (no właśnie, grali?) aktorzy dość otwarcie homoseksualni, heteroseksualnych – heteroseksualni. Przyjaciółkę gejów – Dominika Biernat, nie znam jej statusu w tej sprawie. I dlatego w pewnym sensie Żaby były przekroczeniem granicy teatru, nie mam bowiem pewności, czy jeden z aktorów miał w istocie 500 partnerów, czy - miał tak napisane w tekście i zagrał. Nie interesuje mnie to specjalnie w sensie obyczajowym, ale w teatralnym – tak. Było to bowiem dość ryzykowne - niektórzy twierdzą, że niesmaczne - bynajmniej nie wenerologicznie (piękna scena o prep swoją drogą, i pouczające, i poruszające), ale dlatego, że chyba nie cała publiczność jest gotowa na tego typu wyznania, nie mając pewności, że są one licentia poetica. Podobnie scena rozmowy Roberta Wasiewicza i Dominiki Biernat, również początek – o córkach i synach aktorów, ale szczególnie – scena z kurtyzaną i wspaniałą Moniką Niemczyk grającą fragment tekstu swojego brata.

Na premierze zjawili się WSZYSCY. Potem nieco się towarzystwo wykruszało, a to ktoś wyszedł trzasnąwszy drzwiami (ze Studia wyjść po cichu trudno), ktoś w antrakcie narzekał, że nudnawo, ktoś szeptał, że skandal, kontrowersja, a jedna redaktorka - że przeseksualizowane. (Ciekawe, bo nie mam pewności, czy ktokolwiek na scenie pokazał choć nagi łokieć.)

Po pierwszym akcie pomyślałem, że jak ktoś tak strasznie cierpi, to lepiej niech się powiesi. A obejrzawszy drugi -  jestem pewien, że to jedno z najlepszych przedstawień Michała Borczucha i zdecydowanie najlepszy spektakl tego sezonu w Studiu.  Bo – na szczęście – właśnie nie o gejach. 

A o czym? Bo to zawsze ludzie się pytają, o czym było. Otóż o Beatrycze – bo tylko ona jest – i właśnie jej nie ma. (Lechoń. Gej.)

 

Teatr Polski w Poznaniu

WIELKI FRYDERYK

Adolf Nowaczyński

reż. Jan Klata

premiera 5 maja 2018

Nie umiem dać sobie rady z faktem, że coraz częściej pojawiają się w teatrach telebimy z tekstem, niekiedy są one ukryte przed publicznością, a czasami ogrywane – jak w Poznaniu. Jestem jednak nieco konserwatywny, mam więc nadzieję, że zainteresowani się nie obrażą, że nazwę Fryderyka czytaniem performatywnym. Doktor Tomasz uspokoił mnie, że w którymś momencie eksploatacji tekst zostanie opanowany i owe telebimy znikną. W każdym razie na premierze ździebko szyto.  Śledzenie zgodności tekstu pisanego z mówionym było jednak czymś ekstraordynaryjnym, choć nie mam pewności, czy nie wolałbym się skupić tylko na artyzmie słowa mówionego.

Wielki Fryderyk jest spektaklem kontrowersyjnym, o czym przekonałem się podsłuchując komentarze, które wygłaszano w antraktach. Ba, byli nawet tacy, który oburzeni wyszli. Mnie się podobało, z kilku powodów. Po pierwsze – byłem chyba jedyny na widowni, który poznał wykonawcę przerywników muzycznych w spektaklu – to Red Box, mam wszystkie płyty. Nie bardzo rozumiem, dlaczego Jan Klata wybrał akurat ich, ale bardzo mi się ten wybór podobał. Po wtóre – Jan Peszek jest do zjedzenia i można nań patrzeć i go słuchać znacznie dłużej niż 4,5h, także bardzo dobra rola Michała Kalety (bp Krasicki).

Po trzecie – rzecz jest naprawdę dowcipna i nieprzyzwoicie współczesna - aż nie chce się wierzyć, że tekst powstał ponad 100 lat temu. Całość można byłoby skrócić o jakieś małe pół godziny, ale Jan Klata wie, co robi, więc skoro było 4,5 - to miało być 4,5. I nieprawdą jest, że scena pogrzebu psa była za długa, była bowiem w tym spektaklu kluczowa.

Bo to oczywiście kot był. 
 

Teatr Ateneum

GRA O ŻYCIE

Max Frisch

reż. Aleksander Kaniewski

premiera 27 kwietnia 2018

Pierwsze recenzje tego spektaklu są dość chłodne. Nie najlepiej zatem nastawiony zasiadłem w fotelu nie spodziewając się fontann i wodotrysków. Tymczasem - nie tylko mnie wciągnęło, ale i dało do myślenia o życiu i całej reszcie, pewnie także dlatego, że zbliżam nieuchronnie do wieku bohatera.

Zacznę od tego, co mi się podobało. Otóż przede wszystkim podobał mi się Grzegorz Damięcki, w Grze o życie przypomina, że jest niesłychanie utalentowanym aktorem i żadna komedia romantyczna tego nie zmieni. Bardzo dobry drugi plan (jeśli tak można napisać) – Ewa Telega w kilku drobnych rolach o komediowym charakterze, gra fantastycznie, bardzo dobry także Nikodem Kasprowicz, również wciela się w kilka postaci, mniej jednak zabawnych. Również z nieukrywaną przyjemnością patrzy się i się słucha Krzysztofa Tyńca.

Nie wymieniłem Magdaleny Schejbal, bo jej rola Antoinette wydała mi się nie tyle niedopracowana, co jakby skopiowana. Cały spektakl zastanawiałem się – z kogo/z czego. Tomek D. podpowiada, że z Audrey H. Otóż to! W którymś momencie ta jednorodna tonacja sprawiła, że było mi dość obojętne, czy Antoinette jest na scenie, czy też jej nie ma. Ponadto - odniesienia do Czechowa jednak były dość nieczytelne, a całość bym ździebko skrócił. Po całym dniu intensywnych emocji (zebranie w redakcji np.) 160 minut spektaklu, w którym właściwie każde słowo jest ważne, jednak było wyzwaniem zbyt ambitnym.

Więc – podobnie jak część widzów (mam brzydki zwyczaj podsłuchiwania rozmów podczas antraktu), najnormalniej w którymś momencie straciłem pewność, którą część swojego życia Hannes chce poprawić, a z którego fragmentu jest zadowolony.

 

Och-Teatr

BAL MANEKINÓW

Bruno Jasieński

reż. Jerzy Stuhr

premiera 27 kwietnia 2018

Wydaje mi się, że czas Jasieńskiego albo już minął, albo – jeszcze nie wrócił. Ten klasyczny tekst polskiego futuryzmu dziś - niestety dość mocno nuży i razi jednak naiwnością. Całe szczęście reżyser bardzo subtelnie puszcza oko, aluzje do współczesności trzeba wychwytywać, a przy tych nieco mniej zawoalowanych publiczność śmieje się niczym na farsie. No w sumie czasy straszne, więc przynajmniej w teatrze pośmiać się można.

W spektaklu biorą udział studenci Jerzego Stuhra z Wydziału Tańca AST w Bytomiu, z którymi zrealizował Bal Manekinów jako dyplom, i żeby pokazać ich talent i „roztańczenie” ten tekst wybrano ambitnie i – jak sądzę - trafnie. Niestety, odniosłem również wrażenie, że o ile ten dyplom przed dwóch lat miał dobre recenzje, to już w przeniesieniu na scenę profesjonalną, czy też raczej – komercyjną - i przy obsadzeniu części ról aktorami zawodowymi (w głównej - Maciej Stuhr), spektakl ów coś traci, a może czegoś ma za mało, czy też – jest jakoś nieadekwatny.

Bo o ile z przyjemnością patrzyłem choreografię, o tyle cała reszta i troszkę znudziła i jakoś mało obeszła. Nuż w bżuch co prawda we mnie wbity nie został, ale tym razem jestem na „nie”. (Och, jakie piękne zakończenie, i a propos i z puszczeniem oka

 

Teatr Łaźnia Nowa

KONFORMISTA 2029

Alberto Moravia, adapt. M. Pakuła

reż. Bartosz Szydłowski

premiera 20 kwietnia 2018

Mamy rok 2029 i świat, którego dziś się boimy (jak sądzę), świat całkowicie opanowany przez ideologię, co się przyjmuje z dobrodziejstwem inwentarza, bez najmniejszych protestów. I w tym świecie Marcel Klerykoski (fantastyczna rola Szymona Czackiego) próbuje normalnie funkcjonować, chce – jak każdy - być potrzebny. Nie jest jakoś do owej ideologii przywiązany, no ale skoro właśnie ona nadaje ton życiu, więc tak trzeba żyć. Zabić profesora? No problem, zabije. Misja w Paryżu? No jasne, to przy okazji weźmie romantyczny ślub (świetna w roli żony Anna Paruszyńska). Słowem – Marcel taki facet, który nie wiadomo, co myśli, któremu wszystko jedno, który – przekręcając trochę Kisiela – nawet nie wie, że jest w dupie, ale próbuje się tam urządzać.

Świetny, rewelacyjnie zagrany i – trafny niestety – spektakl polityczny, może utopia, może wizja, a z pewnością – próba pokazania tego, że chcemy tego czy nie – wszystko jest polityką i że od polityki ucieczki nie ma, co oczywiście ma swoją cenę. Konformista zahacza o groteskę, np. cudownie zabawne są sceny Marcela z Orlandem, jego oficerem prowadzącym z Chicago, ale śmiech ten w którymś momencie grzęźnie, robi się zupełnie niewesoło, ta wizja jednak wywołuje strach…

Czy jest zatem ratunek? Quadri ustami Krzysztofa Globisza daje Barańczakiem jakąś nadzieję. Nikłą, ale jednak.

Zdecydowanie zasłużone Grand Prix dla Szymona Czackiego za najlepszą rolę męską Festiwalu.

 

2018, kwiecień

FABULARNY PRZEWODNIK PO SPĘDZANIU WOLNEGO POPOŁUDNIA

Michał Sufin, Błażej Staryszak

reż. Michał Sufin

premiera 15 kwietnia 2018

Nie wiem, czy autorzy coś biorą, czy też to wiosenna wena, ale dawno się tak nie uniosłem w Klubie, jak na tym najnowszym Przewodniku. Uniosłem – nie w sensie, że nakrzyczałem, ale dałem się porwać hm, poezji. Michał i Błażej cudownie bawią się stylami, język im służy niczym wierny pies, a aktorzy fantastycznie w tej konwencji się odnajdują. Jak zawsze zresztą. Spektakl jest nieprawdopodobnie zabawny, ale i nie brakuje liryzmu, tak dla złamania smaku, dla pomieszania wesołego i smutnego, wreszcie – by zadumać się ździebko nad życiem i całą resztą (i wolnym czasem) choćby przy cudownie zaśpiewanych przez Matyldę i Weronikę piosenkach czy też songach. 

Rzecz tylko z pozoru zabawna – oto nasi bohaterowie dysponują niespodziewanie wolnym popołudniem. I fakt ten powoduje rozmaite konsekwencje, przed najpoważniejszymi uratuje babcia, ale istotną rolę odegrają też wuj i ciotka, czarnym charakterem natomiast będzie pańcia z HR-u. A zabawna jest jedynie z pozoru, gdyż współpracując przez 15 lat z pewną amerykańską korporacją zaświadczyć mogę, że moim koledzy tamże pracujący odnajdą spektakl Klubu nie jako cudownie zwiewną fikcję literacką, a – jako nieledwie dokument.

Aktorzy są świetni, wszyscy. Matylda jako wujek wymiata, Maciej jako ciotka (sic!) – też. Karolina Bacia bardzo do Klubu pasuje, ze swoją nieprawdopodobną vis comica, Agata Sasinowska w świetnej formie po krótkiej przerwie, Katarzyna Kołeczek – natomiast jak uzna, że czas zmienić zawód, to z tą aparycją, zatrudni ją każdy dział kadr (pardon, HR) na świecie.

Zobaczcie koniecznie, najlepiej któregoś wolnego popołudnia.

 

Teatr Nowy w Poznaniu

BENIOWSKI. BALLADA BEZ BOHATERA

Juliusz Słowacki

reż. Małgorzata Warsicka

premiera 14 kwietnia 2018

To właśnie JEST żywa klasyka, ten Słowacki jest bardziej „współczesny” niż Mickiewicz z Fredrą razem wzięci, co przecież nie jest wcale kontrowersyjną konstatacją. Spektakl ma formę koncertu, jest bardzo głośno i bardzo rockowo, zdarzają się i momenty liryczne, znakomitą muzykę napisał Karol Nepelski. Słyszałem utyskiwania z innych wystawień, że coś nie tak bywało z dźwiękiem, w tym wypadku akustyka ma naprawdę kolosalne znaczenie, więc ucieszyłem się, że w Opolu słychać było świetnie, wprost żyleta. Aktorki fantastycznie i śpiewają i grają, w obu sensach, nie aż tak łatwy przecież tekst Słowackiego w ich interpretacji NAPRAWDĘ pasuje do takiej estetyki, słucha się tego świetnie, ponosi. A bohatera w tych pieśniach nie ma w istocie, bo raz - że Beniowski, choć dzielny i nieznający zahamowań, jednak na bohatera się ze swoim intelektem niespecjalnie nadaje, a dwa – bo żadna z aktorek nie jest przypisana do jednej tylko postaci czy wątku. No więc – istotnie, bohatera dojmująco brak.

Mimo to wyszedłem ze spektaklu oczarowany i rozentuzjazmowany, opolskie jury – jak jednoznacznie wynika z werdyktu - najwyraźniej też!
 

Teatr Dramatyczny

SINOBRODY – NADZIEJA KOBIET

Dea Loher

reż. Marek Kalita

premiera 13 kwietnia 2018

Nie bardzo rozumiem, dlaczego teatry tak chętnie sięgają po teksty Dei Loher. Obejrzawszy w ostatnim czasie dwa jej spektakle (w Ateneum i tenże) odniosłem wrażenie, że autorka chce swojego widza zakatrupić nudą. Może pozostałe, których nie znam, są wciągające, że hej, ale chyba już nie będę tego sprawdzał.

Cóż z tego, że zagrane dobrze (z jednym może wyjątkiem), że Małgorzata Rożniatowska jak zawsze do zjedzenia, że bardzo dobra Małgorzata Niemirska, że Henryk Niebudek tym razem nie w roli samorządowca, skoro zupełnie mnie nie obeszło, dlaczego on owe damy morduje, czy istotnie jest współczesnym ucieleśnieniem Sinobrodego i czy miało tam miejsce „uśmiercanie pragnienia miłości”. Może za mało romantyczny jestem, żeby móc tę układankę zrozumieć? No, najwyraźniej.

Poza tym – no cóż – przydałyby się jeszcze przed premiera ze dwie próby, 

a czekanie na spóźnialskich widzów nie jest specjalnie grzecznym gestem wobec tych, którzy przyszli punktualnie. Ja na przykład wiedząc, że jest piątek i są korki, wyszedłem wcześniej z pracy. I bez problemu zdążyłem. 

Proste. 

 

Teatr Współczesny

ZBRODNIE SERCA

Beth Henley

reż. Jarosław Tumidajski

premiera 7 kwietnia 2018

Lata 70-te, amerykańska prowincja, gdzieś w Missisipi, Lenny kończy 40 lat, niestety, prawie nikt o jej urodzinach nie pamięta, nawet siostry. No cóż, one mają swoje problemy – Meg musi zrezygnować z marzeń o show-businessie, a Babe próbowała… zabić męża, bo „nie podobał jej się jego wygląd”, choć może powodów tegoż desperackiego kroku było więcej.  No i mamy uchwycony moment, kiedy siostry się spotykają. Do czego to spotkanie doprowadzi?

Tekst nagrodzonej Pulitzerem Beth Henley został sfilmowany w 1986 roku, trzy nominacje do Oscara i Diane Keaton w roli Lenny, trzeba będzie obejrzeć. Na scenie w Baraku w roli Lenny – Monika Krzywkowska, dawno już nie widziałem tej aktorki w roli jakby dla niej uszytej. Świetne również Monika Kwiatkowska i Katarzyna Dąbrowska, po raz kolejny swoją vis comica cudownie popisuje się – w roli kuzynki jędzy - Agnieszka Suchora. Panowie tym razem na drugim planie, ale też z tarczą – Szymon Roszak i Mikołaj Chroboczek. Spędziłem we Współczesnym bardzo przyjemne dwie godziny, naprawdę fajne przedstawienie, szczególnie spodoba się paniom jak sądzę.  

Bardzo proszę o więcej, i – jeśli to możliwe - o zamontowanie klimatyzacji na Scenie w Baraku.

 

Teatr Jaracza w Łodzi

OTCHŁAŃ

Jennifer Haley

reż. Mariusz Grzegorzek 

premiera 6 kwietnia 2018

Przestroga? Baśń? Moralitet? Kryminał?

Tytułowa otchłań to miejsce, w którym spędzamy całe swoje życie bądź jego część, nakładamy maski i przybieramy obce twarze. Czasem tamże jesteśmy kimś innym, kimś z kogo niespecjalnie jesteśmy, A czasami – także sobą. A może nasze życie poza ową otchłanią jest mało ciekawe, może dopiero w niej jesteśmy naprawdę szczęśliwi? Tak, rzecz o Internecie. Ale czy tylko?

Mamy oto wiktoriańską posiadłość, z pięknym ogrodem, ubranymi we fraki dżentelmenami i w falbanki – dziewczynkami. Mamy również umiejscowiony w dość dalekiej przyszłości komisariat czy też pokój przesłuchań, w którym pani detektyw próbuje otrzymać o tejże posiadłości pewne ważne informacje. Czego i w jaki sposób się dowie?

Spektakl Mariusza Grzegorzka jest nie tylko piękny wizualnie, mówię i o scenografii i o kostiumach, ale również wspaniale zagrany. Na deskach kameralnych u Jaracza zobaczymy w gościnnej roli Krzysztofa Zawadzkiego z krakowskiego Starego, Andrzej Wichrowski świetny w roli papy, a Marek Nędza – w roli Woodnuta.

Ale scenę kradnie wszystkim starszym kolegom Paulina Walendziak (Iris), studentka IV roku PWSFTviT w Łodzi, patrzyłem na jej grę najpierw z niedowierzaniem, a potem - z głębokim poruszeniem.

Sensacyjny debiut, wielkie gratulacje, mocno trzymam za Panią Paulinę kciuki.
 

Teatr Soho

KYŚ

Igor Gorzkowski na podst. T.Tołstoj

reż. Igor Gorzkowski

premiera 27 kwietnia 2018

Kameralny, bardzo „gorzkowski” i bardzo do Soho pasujący spektakl powstały na podstawie jedynej powieści Tatiany Tołstoj, wnuczki Aleksego, więc zbieżność nazwisk nieprzypadkowa. Mamy oto świat po wielkim bum! i mieszkańców osady, która kilkaset lat temu była Moskwą. Cóż, mieszkańcy prawie podobni do nas, może z wyjątkiem dodatkowych, jak się okazuje zbędnych organów, które można bezkarnie odciąć. Naszym przewodnikiem po tym świecie, po tej ubożuchnej wioseczce, jest franciszkańsko pogodny Bieniedikt, znakomity debiut Igora Kowalunasa, któremu towarzyszą m.in. Janusz R.Nowicki, Bartłomiej Bobrowski czy fantastyczna Anna Smołowik, której postać - i z tego i pewnie z każdego innego świata, a także z powodu swojej bezsensownej długowieczności -  ucieka do książek. 

Bohaterowie Kysią są - jakby dziś modnie powiedzieć - gorszym sortem, w sumie – najgorszym, są nikim, nic nie znaczą i do niczego nie dojdą, ale jest w nich jakiś horyzont czegoś wielkiego, nieogarnionego, mocarstwowego, i choć nie znają pojęcia czasu, to jednak część z nich żyła przed wielkim wybuchem. 

Ale go nie może pamiętać. Mimo to żyją „jak kiedyś”, czcząc i świętych i tyranów na ikonach i obrazach, oddając każdej władzy hołd, pokornie stosując się do mniej lub bardziej upokarzających ukazów. 

Rosja jest stanem umysłu – zdaje się nam mówić autorka. I nie ma od niej ucieczki.

 

Teatr Nowy w Poznaniu

BENIOWSKI. BALLADA BEZ BOHATERA

Juliusz Słowacki

reż. Małgorzata Warsicka

premiera 14 kwietnia 2018

To właśnie JEST żywa klasyka, ten Słowacki jest bardziej „współczesny” niż Mickiewicz z Fredrą razem wzięci, co przecież nie jest wcale kontrowersyjną konstatacją. Spektakl ma formę koncertu, jest bardzo głośno i bardzo rockowo, zdarzają się i momenty liryczne, znakomitą muzykę napisał Karol Nepelski. Słyszałem utyskiwania z innych wystawień, że coś nie tak bywało z dźwiękiem, w tym wypadku akustyka ma naprawdę kolosalne znaczenie, więc ucieszyłem się, że w Opolu słychać było świetnie, wprost żyleta. Aktorki fantastycznie i śpiewają i grają, w obu sensach, nie aż tak łatwy przecież tekst Słowackiego w ich interpretacji NAPRAWDĘ pasuje do takiej estetyki, słucha się tego świetnie, ponosi. A bohatera w tych pieśniach nie ma w istocie, bo raz - że Beniowski, choć dzielny i nieznający zahamowań, jednak na bohatera się ze swoim intelektem niespecjalnie nadaje, a dwa – bo żadna z aktorek nie jest przypisana do jednej tylko postaci czy wątku. No więc – istotnie, bohatera dojmująco brak.

Mimo to wyszedłem ze spektaklu oczarowany i rozentuzjazmowany, opolskie jury – jak jednoznacznie wynika z werdyktu - najwyraźniej też!
 

Nowy Teatr w Warszawie

2118. KARASIŃSKA

reż. Anna Karasińska

premiera 27 marca 2018

Słodkie, szczególnie Dobromir Dymecki w pełnej poświęcenia roli ośmiornicy - ale ździebko rozczarowujące. 

Spodziewałem się bowiem wizji teatru, może jakichś eksperymentów formalnych, a dostałem kilka obrazków z życia w 2118 roku, niespecjalnie nawet wyrafinowanych, acz dość efektownych i momentami całkiem zabawnych. Tzn. widownia się bawiła, ja zaś byłem w nastroju pasyjnym, choć doceniam wyzwanie zagrania rozłożonych zwłok, którego się podjęła (i z tarczą z próby wyszła) – Magdalena Cielecka.

No więc obejrzeć warto, bo jest w Nowym dość miło, są hipsterskie okoliczności przyrody (na moim spektaklu był cały Internet. Cały. Może dlatego, że wielki piątek), poza tym - reżyserka za kilkanaście lat z pewnością będzie w czołówce, a już dziś jest wymieniana jako ta, której oddech czuje się na plecach.

No więc jaki teatr będzie za sto lat? Tego wciąż nie wiem, ufam jednak, że dowiem się z kolejnych spektakli cyklu.

 

Teatr Collegium Nobilium

REWIZOR. BĘDZIE WOJNA!

Artur Pałyga

reż. Anna Augustynowicz

premiera 12 kwietnia 2018

Czwarty, ostatni już dyplom studentów IV roku WA, jeszcze tylko praca, obrona i trzeba będzie kasować w autobusach normalne bilety. Ze swoich studiów właśnie ten moment pamiętam najbardziej, nie dlatego, że nie było mnie stać na pełne bilety, ale dlatego, że w pewnym sensie skończyła się taryfa ulgowa. I że teraz na zniżki od świata trzeba czekać do… W każdym razie – JM prof. Malajkatowi, opiekunowi tegoż roku i całej grupie dziękuję za świetny sezon w TCN i za wszystkich trzymam kciuki, życząc angaży w wymarzonych teatrach.

A jeśli idzie o Rewizora - nie będę ściemniał – niespecjalnie mi się ten tekst podobał. Wydaje mi się, że efektowniej byłoby robić prawdziwego Gogola, ale… Anna Augustynowicz, którą wprost uwielbiam, wie co robi, i jestem pewien, że spektakl znajdzie swoich widzów. Tym bardziej, że – jakkolwiek to brzmi – rzecz jest przemyślana i zagrana bardzo dobrze, aliści – jako się rzekło – nie do końca w bliskiej memu światu narracji, w której na oniryczność miejsca brak.

Horodniczego gra – i przez cały spektakl jest na scenie – Maciej Babicz, ale tekst jest tak skonstruowany, że najwięcej do grania ma Chlestakow. 

I w tej roli Marcin Bubółka wywołał na widowni prawdziwy lęk nie tylko przed przyjazdem rewizora, ale też przed nieobliczalnością naszej rzeczywistości, tak bardzo od Gogola przecież odległej i jednocześnie - tak niewesoło bliskiej.

 

Teatr Śląski

POD PRESJĄ

Łukasz Chotkowski, Maja Kleczewska na podst. filmu J. Cassavetesa

reż. Maja Kleczewska

premiera 23 marca 2018

Faworyt do Grand Prix i laureat tejże nagrody na tegorocznej Boskiej Komedii i – zdecydowanie zasłużona nagroda dla najlepszej aktorki (Sandra Korzeniak), spektakl Mai Kleczewskiej podium podzielił – równie zasłużenie - z przedstawieniem Magdy Umer z warszawskiej Polonii, o którym pisałem tu.

No cóż, o presji właśnie. O tym, czego się oczekuje od kobiety, ściślej – czego „społeczeństwo” odeń oczekuje, i co – jeśli ta kobieta, matka, żona itd. – owych oczekiwań nie spełnia. Ale także poruszająca próba zdefiniowania tego, co „normalne” a co nie. I jaka jest cena bycia „normalnym”. Przedstawienie przemyślane w każdym calu, dojmujące nieoczywiste, z faktycznie wielką rolą Sandy Korzeniak, ale i z dopracowanym drugim planem, bardzo dobry Piotr Bułka jako Nick, rewelacyjny epizod Antoniego Gryzika (ojciec Mabel). Wypełniona po brzegi krakowska sala ICE oglądała to przedstawienie jak zahipnotyzowana, widziałem łzy w oczach, długie owacje itd.

Jednak… No cóż, nie umiem niestety ani tego choć z grubsza nazwać, i ani wskazać gdzie i jak, ale wyczułem w tym spektaklu cień maleńki ale jednak – jakiejś… manipulacji, coś mi się tam nie zgadzało, jakaś nuta zagrała mi fałszywie, nie wiem co to, wciąż szukam i próbuję to nazwać, ale owo „coś” nie pozwoliło mi w pełni podzielić zachwytów nad tym – podkreślam – ważnym i przejmującym spektaklem.

 

Teatr Powszechny w Warszawie

NERON

Jolanta Janiczak

reż. Wiktor Rubin

premiera 23 marca 2018

Gdyby to mnie wyciągnięto z widowni, i umieszczono na stole do masażu, a następnie położyłby się na mnie nagi aktor, to popełniłbym daleko idącą impertynencję, mimo że uważam Juliana Świeżewskiego za świetnego aktora (i za przystojnego mężczyznę). To nie jest przesunięcie granicy teatru – jak chcieliby twórcy -ale nieuprawnione naruszenie strefy komfortu. A co jeśli któryś z widzów zechce tę scenę zdekonstruować i przekształcić w realny akt erotyczny? Z pewnością i taki scenariusz twórcy przewidzieli i zapewne można byłoby skonstatować, że właśnie o tym jest ten spektakl. No można. I ochrona by zainterweniowała i znów byłby szum.

A gdyby – no przepraszam – mówimy o fizjologii, przecież nie zawsze od nas zależnej – no gdyby Michał Czachor istotnie doznał erekcji, której brak u Nerona jest jedną z lepszych zresztą scen w tym spektaklu. Cóż – pewnie i to twórcy przewidzieli, choć nie wiem, czy ochrona by zainterweniowała.

A gdyby… Itepe itede… Tam był materiał na poruszające przedstawienie, choćby w relacji Nerona z Agrypiną. Niestety, wyszedłem z Powszechnego z pewnością, że Mefisto nie pomógł, że wciąż przeżywa się tu klątwę Klątwy i u Rubina aktorzy nie grają Nerona, Messaliny, itd., lecz – siebie, jakby upewniając niedowiarków, że są w stanie zagrać wszystko. WSZYSTKO.

I dlatego nie uwierzyłem w ani jedno słowo, które padło ze sceny. Ta zabawa czy też nieudana prowokacja skończy się, gdy widownię zacznie wypełniać publiczność zainteresowana oglądaniem (i dotykaniem) nagich ciał aktorów, a nie słuchaniem tego, co mają do powiedzenia.

Wzburzony byłem jedną sceną, nie, nie tą z jajkami. Otóż trzeba było znaleźć chętnych chrześcijan do zawiśnięcia na krzyżu. Na premierze zainteresowanie publiczności taką formą uczestnictwa w przedstawieniu nie było zbyt wielkie, więc aktorzy dopuścili się szantażu. Nie jestem przesadnie zdewociały, ale nie życzę sobie tego rodzaju prowokacji. Niemniej doniesiono mi, że na kolejnych spektaklach były kolejki chętnych.

Najwyraźniej klątwa premiery.

 

Nowy Teatr w Warszawie

BIBLIA RDZ.37-50

reż. Michał Zadara

premiera 23 marca 2018

Trzecia część Biblii jest historią Józefa, w którego wciela się świetna jak zawsze Maja Amsterdamska, znana już widzom poprzednich inscenizacji. Tym razem spektakl zrealizowany z nieco większym rozmachem niż poprzednio, ale mniejszym niż część pierwsza. Jest dość krwawo (jak to w Biblii), na wyobraźnię widzów działa wyjątkowo skutecznie teatrzyk cieni, ale i nie zabrakło też bardzo teatralnej umowności, sam bym wszystkich imion brai Józefa nie spamiętał, jest też puszczenie oka do świata dorosłych, jak choćby wykorzystanie w spektaklu piosenki The Bangles, którą znają raczej widzowie około czterdziestki.

Młodzi teatromani dowiedzieli się, co mamy na myśli, mówiąc o siedmiu krowach tłustych i siedmiu chudych, ja z kolei przypomniałem sobie, dlaczego najmłodszy to Beniaminek, ale mimo tych wartości edukacyjnych ostatnia część tryptyku wydała mi się nieco chaotyczna w sensie teatralnym, jakby ździebko za dużo się działo, i – jednak - najmniej przekonująca. Nie byłem bowiem w stanie zrozumieć, dlaczego Józef przebaczył braciom po tym wszystkim, co mu zrobili.

Ale może motywacje te były jakoś do pojęcia przez młodszych widzów, oraz przez tych nieco większej wiary, więc upierać się nie będę.

 

Teatr Studio

KARTOTEKA ROZRZUCONA

Tadeusz Różewicz

reż. Radosław Rychcik

premiera 16 marca 2017

Jest w Kartotece jedna scena, która wywołała we mnie nieledwie furię. Otóż aktorzy w którymś momencie zaczynają czytać stenogramy sejmowe i scena tego czytania trwa dobre dziesięć minut, choć ciągnie się w nieskończoność. Za miesiąc nikt nie będzie wiedział, o co w tych bzdurach chodzi – to po pierwsze. Po drugie zaś – nie toleruję odniesień do bieżącej polityki na scenie, bo do teatru chodzę po sztukę, nie publicystykę.

Dominika Ostałowska w roli - rolach właściwie - tym razem komediowych, bardzo dobry znów Tomasz Nosiński, Bartosz Porczyk jako Bohater wzbudzał natomiast na popremierowym bankiecie kontrowersje, jakkolwiek to banalnie brzmi – można było jego rolę „kupić” albo – nie. Ba, mówiło się też (i trochę się z tym zgadzam), że gdyby to Tomasz Nosiński zagrał główną rolę, to ten spektakl byłby trochę o czymś innym.

Jest w tym spektaklu pewna szlachetność, staranna reżyseria, dobre aktorstwo. Ale… 

Scena finałowa powinna wciskać w fotel, mnie jednak nie wcisnęła, bo wciąż dochodziłem do siebie po czytaniu stenogramów. Ale widziałem również widzów poruszonych. Konstatacja niezbyt oryginalna – nie dla każdego. Jak to z Różewiczem bywa. 

 

Teatr Narodowy

UŁANI

Jarosław M. Rymkiewicz

reż. Piotr Cieplak

premiera 10 marca 2018

Zosia, kobieta świadoma swoich potrzeb, faworyzuje Grafa. Ponieważ jednak ma przyjść na świat Dzieciątko (wielka litera celowo), będzie jej pisany - nie cudzoziemiec, więc wróg – lecz POLSKI ułan, Lubomir. Niestety, rzeczony jest nie tylko niezrozumianym przez świat poetą, ale również jakby ma się ku wspomnianemu Grafowi. No a żeby Zosia się skłoniła ku ułanowi, próbują zadbać Ciotunia z Majorem, który zresztą do Ciotuni ma jakby słabość. (Scena pogoni Majora za ciotuniną spódnicą – po prostu słodka). Co z tego wyniknie? I jaką rolę odegra w tej komedii Widmo? I czy na pewno – komedii?

Cudowna zabawa konwencją, możliwościami teatru, poezją, po prostu – emanacja radości bycia na scenie. Fantastyczna rola Anny Seniuk (Ciotunia), świetna jak zawsze Dominika Kluźniak (Zosia), wsobny nieco acz zwiewnie liryczny (jak to poeta) Hubert Paszkiewicz w roli Lubomira, znakomite role Jerzego Radziwiłowicza, Mariusza Benoit, Arkadiusza Janiczka i Piotra Grabowskiego. Wszystkich. Proszę zatem bez dyskusji iść do teatru, choć – dalibóg – nie wiem, jak zdobędziecie bilety, na widowni jest zaledwie kilkadziesiąt miejsc. 

W najwyższym stopniu jest to zachwycający spektakl, wyszedłem z teatru jednocześnie rozentuzjazmowany, wzruszony, zadumany, rozchichotany i przeszczęśliwy.

Oraz – last but not least - najedzony.

 

Teatr Żydowski w koprodukcji Teatrem Polskim w Warszawie

KILKA OBCYCH SŁÓW PO POLSKU

Michał Buszewicz

reż. Anna Smolar

premiera 10 marca 2018

Myślę, że z rożnych powodów Teatr Polski był idealnym miejscem do wystawienia tego spektaklu. Choćby dlatego, że powstał we współpracy ŻYDOWSKIEGO i POLSKIEGO, że oboje patroni tych teatrów byli polskimi Żydami, że tuż obok, pod bramą Uniwersytetu, doszło do gorszących scen w marcu tegoż 1968 roku, w konsekwencji których to wydarzeń wiele tysięcy ludzi musiało wyjechać z naszego kraju na zawsze.

Michał Buszewicz napisał tekst m.in. na podstawie wywiadów przeprowadzonych z marcowymi emigrantami w Izraelu, w Stanach i w Szwecji, ale przedstawienie nie jest dokumentem. Widziałem w każdym razie na widowni ludzi głęboko poruszonych tym spektaklem, głównie starszych, mogących tamte czasy pamiętać, którzy zgotowali aktorom owacje na stojąco.

Poruszających było kilka scen - szukania dokumentów w ścianie, dybuka Idy Kamińskiej w jednej z aktorek, opowieść o Esterze i Robercie, ale… skróciłbym całość o pół godziny.

Przyznaję także, że poczucia winy spektakl we mnie nie wywołał (nie wiem, czy miał), jedynie – nie po raz pierwszy - smutną nieco refleksję o historii i jej kaprysach. I podobała mi się robota Pawła Sakowicza, którego choreografia – może nieco paradoksalnie – do tego przedstawienia bardzo pasuje.

 

Teatr Polonia

ZAPISKI Z WYGNANIA

Sabina Baral

reż. Magda Umer

premiera 9 marca 2018

Monodram Krystyny Jandy na podstawie wspomnień Sabiny Baral, która jako dwudziestolatka wyjechała z Polski w 1968 roku.

Rzecz nawet nie tyle o upokorzeniach, jakie wyrzucająca ich ojczyzna jeszcze na granicy jej rodzinie zgotowała, czy -  nawet nie o tych z nas, którzy będą musieli sobie poradzić antysemityzmem i z poczuciem winy za wydarzenia z tamtych strasznych czasów, choć byli niewinni. Dla mnie bowiem Zapiski są studium tęsknoty, nie tylko za kochanymi, którzy zostali, za domem i ekstrawaganckimi sąsiadkami, czy – za tomikami poezji zarekwirowanymi w pociągu, ile – za nadzieją na piękną normalną przyszłość, za życiem w miejscu, które było ojczyzną, za cieniami dziadów, tych, którzy „poszli z dymem” (cytuję autorkę) i tych, którzy zmarli z żalu za nimi.

Krystyna Janda gra totalnie, to jej wielka rola, która z pewnością wejdzie do historii. Po prostu – wychodzi na scenę i mówi. I tyle. Po minucie zapada taka cisza, jaka w teatrze zdarza się tylko raz na jakiś czas. (Tylko jakaś idiotka uznała, że musi zrobić komórką zdjęcie, nie wyłączyła flesza. A komuś zadzwonił telefon, choć były prośby o wyłączenie. Gdybym był obok, chyba bym zabił.)

Nie rozumiem tylko, dlaczego twórcy zdecydowali się na takie a nie inne zakończenie tego wspaniałego spektaklu. Patrzyłem z niedowierzaniem i rozczarowaniem, bo ostatnia scena niestety wszystko psuje. 

Wszystko. Przecież to w ogóle nie o tym. Przecież to sprowadza wspaniały tekst o ludzkiej bezradności wobec historii do taniej publicystyki w tej czy innej telewizji… Ale zobaczyć trzeba, mimo finału - rozrywa i duszę, i serce.

 

Teatr Osterwy

TRZY SIOSTRY

Antoni Czechow

reż. Jędrzej Piaskowski

premiera 9 marca 2018

Droga jest w głębokiej przebudowie, a tory – złe (trochę się jedzie pociągiem, a trochę autobusem), Lublin więc jest jednym z najbardziej oddalonych od Warszawy miast, choć to zaledwie 150 km z niewielkim okładem. Ale spotkałem w na Ułanach Tomka Domagałę i Tomasz nie mówił o niczym innym, jak tylko o lubelskich Trzech Siostrach. Weekend był piękny, stwierdziłem – „sprawdzam” i się do Lublina wybrałem. I dobrze, bo ostatni raz miałem okazję być tutaj na wycieczce szkolnej w głębokim XX wieku, pamiętam tylko tyle, że pantografy spadały z trolejbusów. A dziś … starówka wymuskana, wieloma językami mówiąca, knajpy z lokalnym jedzeniem jedna na drugiej (cebularze!), a jak przyjadę następnym razem – to wejdę też do lodziarni na Krakowskim Przedmieściu, gdyż jej wyroby muszą – po długości kolejki sądząc – mieć doprawdy super moce. Trzy Siostry obejrzałem z niedowierzaniem i zachwytem, i śmiejąc się i będąc momentami na granicy silnego poruszenia, zapatrzony i w szaloną scenografię i fenomenalnie przez Jędrka prowadzony zespół aktorski, a szczególnie w Jolantę Rychłowską, która gra szwagierkę i - kogoś na podobieństwo Krystyny Loski. 

Ergo, Jędrzej Piaskowski zrealizował z lubelskim zespołem jeden z najlepszych spektakli tego sezonu, w którym obok niemożności życia, niewypowiedzianych czechowowskich oczekiwań oraz niewyjechania do Moskwy, jest także cudowna zabawa teatralną umownością.

Komu wyobraźnia służy – może i tak!

 

Teatr Żydowski

SPAKOWANI, CZYLI SKRÓCONA HISTORIA O TYM, KTO CZEGO NIE ZABRAŁ

Agata Duda Gracz

reż. Agata Duda Gracz

wydarzenie jednorazowe 8 marca 2018

Mamy oto Dworzec Gdański 50 lat temu. I już spakowani czekają na pociąg, z jednym tobołkiem, z jedną rzeczą, niekiedy dywanem, ławką, ze zdjęciami. Wyjeżdżają, ale jakby słowa „na zawsze” do nich nie docierały, cieszą się, że gdzieś tam w świecie wyjdą za mąż, że gdzieś powieszą pamiątkowe firanki, część chce zajmować miejsca w pociągu, gdzieś na peronie bryka niesforny chłopaczek, nie można znaleźć zagubionej babci.

Zatrzymana na scenie chwila tuż przed, z siedzącymi na walizkach ludźmi, którzy zostawili tu po sobie więcej niż mieli. Nie tylko mieszkania, których adresy padają na początku tego poruszającego spektaklu. Fantastyczna robota reżyserki, która w niełatwych plenerowych warunkach opanowała pracę kilkudziesięciu występujących w spektaklu aktorów, oraz akustyka, bo – co mnie zdziwiło – wszystko było idealnie niemal słyszalne.

O uroczystości poprzedzającej spektakl może lepiej nie napiszę nic. Następnym razem upewnię się, o której godzinie kończą się oficjałki i przyjdę od razu na spektakl. 

 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

MĘŻCZYZNA

Gabriela Zapolska

reż. Anna Gryszkówna

premiera 5 marca 2018

116 lat temu ten kameralny dramat Zapolskiej był przebojem (i skandalem) na scenach polskich ziem. Jeden mężczyzna – Karol (Krzysztof Ogłoza) i one trzy – Nina, Julka i Elka (Małgorzata Klara, Agata Wątróbska i Karolina Charkiewicz). On zostawia żonę dla młodszej, ale nie może się z nią ożenić, bo żona rozwodu dać nie chce. Elka zachodzi w ciążę, Karol się Julką zaczyna nudzić, zwraca za to coraz większą uwagę na Elkę, starszą, niedostępną siostrę swojej kochanki.

A współcześnie… obyczajowo Mężczyzna wywołuje tylko uśmieszek, w przeciętnym mieszkaniu jest dziś znacznie więcej materiału na soczyste przedstawienie dramatyczne. O czym więc dziś mówi nam Zapolska? I co było motywacją sięgnięcia po ten zakurzony jednak tekst? 

To jest pytanie, na które do dziś odpowiedzi nie znalazłem, choć od premiery minął ponad tydzień.

Szukał będę dalej.

 

Teatr Syrena

CZAROWNICE Z EASTWICK

John Updike, adaptacja John Dempsey, tłum. Jacek Mikołajczyk

reż. Jacek Mikołajczyk

premiera 3 marca 2018

Nie znam się na musicalach ani – zdaje się - nie umiem o nich pisać. Więc tylko - jak to mówią, z kronikarskiego obowiązku…

Na ile spektakl w Syrenie jest inspirowany książką, na ile filmem, a na ile innymi wystawieniami – nie wiem, dla mnie, zwykłego widza to zupełnie nieważne. Ważne to, że spędziłem bardzo miło sobotni wieczór, że ten świat z nieistniejącego Eastwick (ale istniejącego Massachuttes!) mnie wciągnął, także dzięki temu, że kreska, jaką reżyser go narysował, była – no cóż – odpowiedniej grubości. I to ważne, bo w kilku miejscach można było przedobrzyć. Sądzę zatem, że Jacek Mikołajczyk brawurowo rozpoczął dyrektorowanie w Syrenie, Czarownice są świetnie zagrane i zatańczone, ani przez chwilę nie byłem znużony. Widać talent, zapał i uczciwą ciężką robotę całego zespołu.

Tekst został przez Mikołajczyk przetłumaczony z szacunkiem dla takiego widza jak ja (to znaczy – słuchającego, co aktor ma do powiedzenia na scenie), z pewną taką szlachetnością, współcześnie, trochę pieprznie, może momentami nawet ździebko wulgarnie, ale nie prostacko, poza tym świetna scenografia i kostiumy.

Trzymam więc kciuki za kolejne musicalowe premiery w Syrenie (kolejna we wrześniu) i wyglądam ich w pełnym napięciu.

 

Teatr Ochoty

Roz/CZAROWANIE

Grzegorz Staszak

reż. Anna Wieczur-Bluszcz

premiera 23 lutego 2018

Zaskakujące i momentami całkiem zabawne – choć jakby o baśniach w naszym życiu, ich roli, spustoszeniu jakie sieją i bogactwie jakie wnoszą – roz/CZAROWANIE - jest spektaklem dla widzów dorosłych. Nawet nie dlatego, że grane bez kostiumu czy jakoś tam wulgarne – po prostu nastoletni widz raczej nie zrozumie.

Mamy oto królewicza i królewnę, on z przeszłością, ona po przejściach (choć oboje młodzi), mamy jej służkę zapatrzoną w niego, i - jego sługę, z którego lojalnością nie jest za dobrze. I jeszcze królowa, która miesza nieco sacrum z profanum, sugerując, że królewicz niezbyt dba o higienę, mówiąc w pewnym uproszczeniu.

Rzecz możliwa do czytania na kilku płaszczyznach, a która z nich najważniejsza – to już każdy sobie sam odpowie. Tytuł jest także niejednoznaczny i nie tylko odnosi się do jednej ze scen w spektaklu, w której… No nie, właśnie niespecjalnie można o tym pisać, żeby nie zepsuć tej zabawy. Tak, zabawy.  

Bo autor z reżyserką wodzą nas trochę za nos, zostawiają fałszywe tropy, i jak już fragment bajki się naszej głowie ułoży, wydarza się COŚ i musimy tę misterną konstrukcję w głowach naszych budować na nowo. Bardzo mi się ta zabawa w kotka i myszkę podobała.

 

Teatr Kwadrat

NIE TYLKO STARSI PANOWIE, CZYLI WASOWSKI DO KWADRATU

z tekstami piosenek różnych autorów, scen. Monika i Grzegorz Wasowscy

reż. Jacek Bończyk

premiera 18 lutego 2018

Trochę spektakl, trochę koncert czy też recital, ale przede wszystkim - pełen ciepła, subtelnego humoru i poezji - hołd złożony talentowi i osobie Jerzego Wasowskiego. Proszę się jednak nie spodziewać patosu, wielkich słów itepe; Grzegorz, syn p. Jerzego, prowadzi nas przez jego twórczość (i życie) lekko, nieledwie z przymrużeniem oka, a opowieści te przeplatane są pięknymi piosenkami autorstwa NieTylkoStarszegoPana, piosenkami zdecydowanie mniej znanymi, w fantastycznej interpretacji Klementyny Umer. Dodajmy, że z towarzyszeniem akordeonu, kontrabasu i instrumentu klawiszowego i w pięknej scenografii Wojciecha Stefaniaka. 

No cóż, jestem nieco staromodny, więc owe dwie godziny spędzone na kameralnej scenie Kwadratu, były jak cudowne przeniesienie się w czasie, jak podróż do przestrzeni, w której słowa łączą się w tylko piękne frazeologizmy, w której muzyka sama się do tych słów układa, w której świat rozumie, co to przenośnia, co to niedomówienie, czy anafora. 

Wśród anegdot opowiadanych przez Grzegorza o swoim ojcu, było kilka, które chciałbym zapamiętać w całości, a niestety z tej o radiu zapamiętałem tylko tylko,

że Wasowski z Przyborą (obaj radiowcy) uknuli bonmot, że z radia powstałeś i w radio się obrócisz. Zapomniałem niestety, co było w środku... Następnym razem wezmę zeszycik.

PS. Pani Klementyno, dziękuję!

 

Pożar w Burdelu

DUCHY. MUSICAL SPIRYTYSTYCZNY

Michał Walczak

reż. Michał Walczak

premiera 17 lutego 2018

Zabrakło co prawda żartów ze wzrostu Zdzisia - bardzo mi jednak tego brakuje - ale za to na scenie pojawili się w mniej więcej własnych osobach Boy, Krzywicka, Marszałek, Szyfman czy Witkacy. Było wywoływanie duchów (w roli medium Grażyna Barszczewska) i w ogóle – jak to w Burdelu – panowała atmosfera nieco opozycyjna. Może nawet bardziej niż nieco.

I właściwie chciałem napisać, że fajna scenografia Aleksandry Wasilkowskiej, że aktorzy Polskiego świetnie pasują do tej burdelowej estetyki, że Julia Wyszyńska powinna być Skłodowską-Curie pierwszego wyboru przy kolejnych produkcjach, i w ogóle ciepłych słów nie powinno zabraknąć w tej niewielkiej recenzji, gdyby nie…

Otóż bardzo fajnie jest, gdy słychać, co aktorzy mają nam do powiedzenia. Szczególnie jest to istotne przy kabarecie, a już niezbędne – przy kabarecie literackim. 

Niestety, po piątym utworze dałem sobie spokój z wsłuchiwaniem się, o czym aktorzy śpiewają, gdyż okropnie męczy to słuch i – najnormalniej w świecie - pozbawia przyjemności oglądania spektaklu, w powstanie którego (to akurat widać) włożono mnóstwo ciężkiej pracy. 

Czy możemy coś z tym zrobić? Ja, fan Burdelu, bardzo ładnie o to proszę. Proszę, żebyście byli słyszalni.

 

Teatr Ateneum

TRANS-ATLANTYK

Witold Gombrowicz

reż. Artur Tyszkiewicz

premiera 17 lutego 2018

Przemysław Bluszcz jako Gombrowicz - świetny (jak zawsze zresztą), ale najlepszą rolę w Trans-Atlantyku zagrał Krzysztof Dracz. Z zachwytem patrzyłem na jego Gonzala, którego przecież aż prosiło się, żeby bardziej zmanierować, żeby naświetlić tę kliszę mocniej. A tymczasem – nic z tego, to najmisterniej utkana postać w tym mądrym, niejednoznacznym i wymykającym się łatwym ocenom - przedstawieniu.

O patriotyzmie, tym nowoczesnym i staro-czesnym, o ojczyźnie i o synczyźnie, ale najbardziej o tym, czy można od Polski i od polskości uciec? No można albo i nie można, jak powiedziałby Ciciszowski (bardzo dobry Tomasz Schuchardt). Czy przede wszystkim jesteśmy najpierw Polakami, a potem ludźmi, czy może jednak odwrotnie? I co z tego wynika? Czy da się uodpornić na polskość z cepelii, na piękne i niczym nieograniczone słowa o wielkości naszego narodu? (znakomity Artur Barciś w roli konsula).

Bardzo dobre, świetnie zagrane, bolesne, ale jednak i tkliwe przedstawienie. Nie wiem, dlaczego po wyjściu z teatru głowa moja nie mogła się opędzić od Nie pytaj o Polskę Obywatela GC. No może właśnie dlatego.

 

Teatr Kochanowskiego w Opolu

ČESKẎ DĺPLOM

Piotr Rowicki

reż. Piotr Ratajczak

premiera 17 lutego 2018

Czeska historia najnowsza jest faktycznie czymś niesłychanie teatralnym, działy się tam rzeczy, w które doprawdy trudno uwierzyć, zupełnie nie było tam jak w Szpitalu na Peryferiach, żena za pultem była złą kobietą, i w Pradze istotnie nie istniała po 1968 roku pora roku o nazwie „wiosna” i tak dalej. Więc jak ktoś tego wszystkiego nie wie, to będzie myślał, że to fikcja, tymczasem tak było. I mój jedyny problem z tym spektaklem polega na właśnie na tym, że te historie znam, czytałem książki i Szczygła i Surosza, trochę się tym interesuję, więc tego wieczoru niczego więcej się nie dowiedziałem. Ale mimo to owo niedzielne festiwalowe popołudnie było udane.

Bo aktorzy w fajny sposób bawią się tekstem, jest w ich byciu na scenie coś niesłychanie niezmanierowanego, entuzjastycznego, w tę pracę włożyli faktycznie ogrom roboty, i choć dla mnie był jakoś tam przewidywalny, obejrzałem ten spektakl z przyjemnością. Może skróciłbym o kwadrans, może finezyjniej rozegrałbym scenę wiara vs ateizm – wywoływała co prawda niepohamowany śmiech na widowni ale wydała mi się ździebko efekciarska,

natomiast scena „rozbierana” –  była słodka, złośliwa i została zagrana z cudowną dezynwolturą, łącznie z mizoandrycznym komentarzem zza kulis :-)
 

Teatr Nowy w Łodzi

CZEKAM NA TELEFON

Mikołaj Lizut

reż. Mikołaj Lizut

premiera 17 lutego 2018

Zajmuję się na co dzień mniej więcej tym samym co bohaterka (może poza wpuszczaniem telefonów na żywo, co - jak widzieliśmy - może prowadzić na manowce), więc ciekaw byłem spektaklu i o radiu i o koleżance z pracy. Agnieszka (Kamila Salwerowicz) jest piękną kobietą o zdecydowanych poglądach, inteligentną i wygadaną, ale niestety – kiepską prezenterką. Przy jest mikrofonie egzaltowana, wygłasza jakieś prawdy o życiu i szczęściu rodem z bogatej twórczości Paulo Coelho w jałowych rozmowach ze słuchaczami. Jestem wrogiem takiego radia. Ale rzecz nie o tym, czy robi ona radio dobre czy złe, tylko o pewnym momencie w jej życiu, kiedy trzeba nie ma ucieczki przed powiedzeniem sobie na głos pewnych rzeczy, kiedy trzeba podjąć męskie decyzje, kiedy brak wyboru jest najgorszym wyborem. Niestety, nie dowiedzieliśmy się, dlaczego postanowiła wyrzucić TAMTO do kosza (swoją drogą, sprzątaczka miała rano niezłą bekę), przemiana naszej bohaterki dokonała się ździebko deus ex machina, jakby ominięto z 2-3 strony tekstu.

Radio dobrze wygląda na scenie, „przygody” ze słuchaczami właściwie z życia wzięte, co nie dziwi, bo autor jest radiowcem, może sam przeżył kontakty z nie do końca równoważonymi odbiorcami i – w sumie – oglądało mi się spektakl dość dobrze. Choć był trochę jak ta audycja radiowa, owszem - skupiłem się, krytycznie odniosłem się do warsztatu „koleżanki”, ale w samochodzie w drodze do domu już o wszystkim prawie zapomniałem.

 

Och-Teatr

CASA VALENTINA

Harvey Fierstein

reż. Maciej Kowalewski

premiera 16 lutego 2018

Początek lat 60-tych, Stany Zjednoczone i pensjonat prowadzony przez Ritę i George’a, do którego przyjeżdżają transwestyci z całego kraju. No cóż, wszystko się musi odbywać przy zachowaniu daleko idącej dyskrecji, przypomnę – całość się działa ponad pół wieku temu w niesłychanie purytańskich wówczas Stanach. Z rożnych powodów dochodzi do sytuacji, że goście tego pensjonatu prawdopodobnie będą musieli się przed władzami ujawnić, żeby zalegalizować swoją organizację. Czy się na to zdecydują?

Do któregoś momentu spektakl Macieja Kowalewskiego jest bardzo zabawny, wręcz komediowy, potem – już trochę mniej. Bo rzecz nie tylko o tym, że cena, jaka płacimy za to, żeby móc być sobą - choć przez chwilę, przez weekend – bywa wysoka. Ale także – o tym, co definiuje kobiecość, co męskość, co nam wolno, a czego – na pewno nie. Naprawdę dobrze napisana rzecz.

Kostiumy Doroty Roqueplo są jakby jedenastym aktorem w tym spektaklu. Aktorzy wyglądają w kieckach autorstwa p. Doroty po prostu szałowo, słyszałem nawet w foyer głosy, że jeden z aktorów - nawet lepiej niż w spodniach. 

Ale nawet jeśli ktoś nie lubi tego typu „opowieści z morałem” i tak warto się wybrać dla Cezarego Żaka, który kradnie kolegom (i koleżankom) show nie tylko absurdalną kiecką, ale i najlepiej w tym przedstawieniu skrojoną i zagraną rolą.

 

Klub Komediowy

KOMEDIA ROMANTYCZNA

Przemysław Nowakowski

reż. Przemysław Nowakowski

premiera 14 lutego 2018

Wszystko właściwie, co napisano o tym spektaklu na stronie Klubu, jest jedną wielką prowokacją. Bo widzowie zachwyceni lekkością i inteligencją opisu, przyjdą na Pl. Zbawiciela przekonani, że dostaną coś dokładnie odwrotnego, tymczasem Komedia Romantyczna jest w istocie „skomplikowanym, przygnębiającym, nieznośnie psychologizującym i zupełnie nieśmiesznym utworem o…”. Cóż, to istotnie inny spektakl od tych, do których nas Klub przyzwyczaił. Inny, a jednak bardzo tu pasujący. Faktycznie - nie aż tak nieodparcie zabawny, może momentami nawet refleksyjny czy wręcz gorzki - bo o samotności w wielkim mieście - ale świetnie, z odpowiednim (bo nie za dużym, w sam raźnym) dystansem przez Matyldę Damięcką i Macieja Nawrockiego zagrany i zaśpiewany. Mądry i jakimś taki kurczę życiowy.

Czy zatem taki utwór w ogóle tu pasuje? Czy do klubowej publiczności ten rodzaj liryzmu trafi? Otóż do jednego rosyjskojęzycznego widza nie trafił, gdyż cudowną scenę w Moskwie widz ówże potraktował nieledwie jak zerwanie traktatów polsko-rosyjskich, wstał, rozbił szkło, a w foyer, używając wyrazów powszechnie znanych jako nieprzyzwoite, wygrażał zrzuceniem bomby atomowej na Plac Zbawiciela. Niezła heca.

Jestem na „tak”, ale jeśli jesteście, proszę pana, na zakręcie, uprzedzam, że ten plaster poharatanego serca nie sklei. I że w ogóle to rzecz o tym, że nie jest łatwo. Ale że próbować trzeba.

 

Teatr Solskiego w Tarnowie

BĄDŹ TAKA, NIE BĄDŹ TAKA

Joanna Satanowska

reż. J. Satanowska

premiera 11 lutego 2018

Oglądamy na projekcjach rekonstrukcję pewnego dość dramatycznego momentu z życia Maanamu. Mamy oto rok 1984, orwellowski przecież, zespół pracuje nad nową płytą Mental Cut, dzwoni do Kory menadżer z „fantastyczną” informacją o zakontraktowanym koncercie w Sali Kongresowej. Problemem jest jednak publiczność tego koncertu – młodzi polscy i sowieccy komuniści z Nikołajem Ryżkowem na czele. Kora odmawia. Jakie będą konsekwencje tej odmowy?

Karolina Gibki śpiewa na scenie (z towarzyszeniem gitarzysty Jakuba Mitoraja) piosenki Maanamu jakby komentujące to, co się dzieje w filmie. Jest to komentarz poetycki, nie publicystyczny, bo Kora była wspaniałą poetką, nawet zatrzymanie jej przez zomowców zimową krakowską nocą poskutkowało fantastycznym Nocnym Patrolem. Piosenki prezentowane w spektaklu pochodzą nie tylko „tamtych” czasów, tytułowa - śpiewana przez Korę ze Stanisławem Sojką - ukazała się dopiero w 1989 roku, ale jest dokładnie o tym, o czym cały ten znakomity zresztą spektakl…

Karolina jest bardzo utalentowaną aktorką i wokalistką, zaśpiewała zupełnie „po swojemu”, według własnej wrażliwości, bez cienia jakiegokolwiek naśladownictwa czy pretensji. Piszący te słowa, wielki fan Kory, był oczarowany i trzyma kciuki za Ex-Maanam!

 

Nowy Teatr

UCZTA

Platon, dram. i tłum. A. Serafin

reż. Krzysztof Garbaczewski

premiera 8 lutego 2018

Wyszedłem z Nowego, a właściwie wyleciałem, nieledwie na skrzydłach, gdyż zrozumiałem, co się do mnie ze sceny mówi. Pewnie także dlatego, że aktorzy podają nowo przetłumaczoną frazę Platona z pewną taką szlachetnością, i zapewne dzięki świetnej akustyce w Nowym. No dobrze, trochę pożartowaliśmy, a teraz do rzeczy.

Przedstawienie jest momentami manieryczne, momentami bardzo zabawne, przede wszystkim jednak – wspaniale zagrane. Jaśmina Polak i Bartosz Bielenia – choć nowi w Nowym – wydaje się, jakby grali tu od dawna i bardzo tu pasują (jakkolwiek to brzmi), cudowna scena miłosna Deotymy i Sokratesa (znakomici Magdalena Cielecka i Paweł Smagała), ale najważniejszą rolę w tym spektaklu zagrał Jacek Poniedziałek i nie zawaham się napisać, że rolę wielką. Jego Sokrates oskarżony jest o demoralizację młodzieży (ale halo halo, przecież to Alcybiades uwiódł Sokratesa, a nie odwrotnie), oraz – o brak szacunku do bóstw. Broniąc się przed tymi zarzutami, mówi jednak Sokrates o czymś znacznie ważniejszym, o sprawach pierwszych i o ostatnich, i wtedy, i dziś.

Dziwny nieco kostium Piotra Polaka, nie wiem, czy nie zbyt wyrafinowana (no dobrze, wydumana) tym razem scenografia Aleksandry Wasilkowskiej, ale w całości – zacytuję Antoniego Słonimskiego – utwór daje zadowolenie artystyczne.

 
Teatr Kochanowskiego w Opolu
ZDZICZENIE OBYCZAJÓW POŚMIERTNYCH
Bolesław Leśmian

reż. Marta Streker

premiera 3 lutego 2018

Rzecz rozgrywa się w zaświatach, mamy męża, żonę i kochankę, jesteśmy świadkami śledztwa, postaci zbierają dowody zbrodni, mamy stół prosektoryjny jako element scenografii i jako miejsce miłosnych uniesień, jest kukła imitująca zwłoki i linie, którymi obrysowano ciała. Publiczność jako sędziowie albo – jako widzowie filmu kryminalnego, jak kto woli.

Nie będę ukrywał - z pewnym trudem mi się tego Leśmiana słuchało. Ździebko pogmatwane, przepoetyzowane, wydaje mi się, że zdecydowanie lepsze do czytania niż słuchania (Leśmianowi poszło w pięty, nie?) A skoro trudno się słucha, to i pewnie trudno się mówi, czy też - „podaje” - publiczność mówiła, że aktorzy świetnie „podają” tekst.

Właśnie dla aktorów „podających’ tekst warto jednak ten drobiazg zobaczyć, całej trójce faktycznie leśmianowy trzynastozgłoskowiec je z ręki, jest w tym wdzięk, jest talent, widać ciężką pracę nad – będę się upierał – wcale nie tak wdzięcznym tekstem.

Na scenie Monika Stanek, Magdalena Maścianica i Karol Kossakowski. Następnym razem zapytam p. Monikę, jak się taka kobyłę opanowuje pamięciowo. Ja bym się chyba zwariował.
 

Teatr Polski w Warszawie

MINY POLSKIE

M. Grabowski/T.Nyczek na podst. S. Wyspiańskiego, J. Kitowicza, H. Rzewuskiego, W. Bogusławskiego i W. Gombrowicza

reż. Mikołaj Grabowski

premiera 29 stycznia 2018

Pomyślałem sobie, że gdyby Miny przenieść bez najmniejszej nawet ingerencji do Powszechnego, rozpętała by się kolejna burza o szerzenie nihilizmu, antypatriotyzmu i o Bóg wie czego jeszcze. Ale proszę się nie lękać. Twórcy tego bardzo udanego spektaklu właściwie tylko przystawiają nam na scenie lusterko i pozwalają nam się w nim dokładnie obejrzeć, przypominają, że nic się nie zmienia, miny stroimy i dziś, codziennie i od święta, że z min, gestów, słów (wielu, zbyt wielu nawet) jesteśmy zbudowani i się za nimi chowamy i nimi atakujemy, i nimi się bronimy. Przyglądał się tym naszym rytuałom Gombrowicz i przecież właśnie o tym napisał swoje arcydzieła. Gombrowicz obecny jest zresztą na scenie, bez jakoś drastycznie dorobionej gęby, ale za to w znakomitej kreacji Grzegorza Mielczarka.

Jacy jesteśmy naprawdę? Och, oczywiście ani autorzy ani wybrane teksty źródłowe na to pytanie nie dają oczywiście jednoznacznej odpowiedzi, bo jej nie ma, ale… spróbować można. I jest to próba udana, szczególnie, że - choć nasze wady narodowe w tekstach Min są wyraźnie widoczne - to jednak twórcy podchodzą do polskiej kompleksji jednak z wyrozumiałością, a może nawet z czułością.

Spektakl jest brawurowo zagrany, wciągający, momentami cudownie zabawny, z kilkoma poruszającymi, świetnymi scenami (finał!). Jan Peszek jako Bogusławski naprawdę, no…

naprawdę, ale i towarzyszący mu Anna Cieślak i Paweł Krucz także znakomici, do tego w odważnych (jak na Teatr Polski) rolach. Bardzo dobra, z dystansem zagrana rola Konrada (Krystian Modzelewski), wreszcie – świetna Joanna Halinowska w roli muzy, która ten spektakl rozpoczyna i - w zupełnej ciszy na widowni - kończy.

 

Teatr Ateneum

NAD CZARNYM JEZIOREM

Dea Loher

reż. Iwona Kempa

premiera 28 stycznia 2018

Spotkanie dwóch małżeństw w kilka lat po tajemniczej śmierci ich nastoletnich dzieci – to jest punkt wyjścia znanej (i chętnie wystawianej) w Polsce dramaturżki do rozważań o żałobie, utracie, życiu, śmierci – oraz sensie i bezsensie tych pojęć.

Wyszedłem ze spektaklu udręczony. Cóż z tego, że mamy na scenie dobrych aktorów, skoro tekst jest boleśnie przewidywalny, wiadomo od razu, że dojdzie podczas „szczerej” rozmowy do quasi-psychoterapii. Nie wiadomo z kolei, dlaczego na ów tekst jest na początku porozrywany i bohaterowie nie używają w wypowiadanych przez siebie kwestiach różnych dość niezbędnych części zdań. Nie wiadomo wreszcie – dlaczego aktorzy na siebie krzyczą, to zarówno w małżeństwie jak i na scenie wyraz bezradności.  W każdym razie - chciałem stamtąd uciec. Niestety Scena 61 to uniemożliwia, jesteśmy wraz z aktorami jak zamknięci nieledwie w klatce. Ale myślę sobie, że lepiej, że z takimi emocjami wyszedłem z Jeziora niż z obojętnością i ze wzruszeniem ramion. 

Nie mam pewności, czy nie jest jednak duży atut tego przedstawienia.

 

Teatr Jaracza w Łodzi

Z MIŁOŚCI

Peter Turrini

reż. Waldemar Zawodziński

premiera 27 stycznia 2018

To jest najbardziej przygnębiające przedstawienie, jakie widziałem w życiu.

Dobry Bóg (wspaniała Bogusława Pawelec) zjawia się na ziemi, mówiąc ściślej – w Wiedniu, i patrzy na to, co się dzieje z Jego stadem, a stado owo pogubiwszy się nieco, robi rzeczy zaiste smutne. No, może z wyjątkiem małej skrzypaczki Flory, która jeszcze nie zdążyła pomieszać i zwyrodnić znaczeń najważniejszych słów rządzących naszym życiem.

Źle się dzieje w małżeństwie Michaela i Elfriede, Ella nie umie poradzić sobie z samotnością po śmierci męża, Hilde odebrano dzieci, do tego mamy wiedeńskich policjantów różnych szczebli skonfliktowanych z rzeczywistością, mamy bezdomnego, który jakby trafił los na loterii oraz - będącą w wieku balzakowskim prostytutkę, której pracę zabierają młodsze koleżanki ze wschodniej Europy. Co ich wszystkich połączy?

Mówiąc najkrócej - rzecz o tym, co robimy, a czego nie robimy „z miłości”. Poruszający, świetnie zagrany spektakl, szczególna uwagę zwracam na nastoletnią Oliwię Leńko (Florę), która zagrała dużą, dorosłą nieledwie rolę bez cienia zmanierowania, bez piereżywania, prosto i celnie, w dziesiątkę. W przypadku aktorów w wieku Oliwii to się właściwie nie zdarza, tym większe brawa.

 

Teatr Studio

BIESY

Fiodor Dostojewski, adaptacja N. Korczakowska i A. Radecki

reż. Natalia Korczakowska

premiera 26 stycznia 2018

O czym spektakl Natalii Korczakowskiej jest, a o czym nie jest i ile tam Dostojewskiego – mógłbym jednoznacznie napisać jedynie dokładnie pamiętając powieść, a ja czytałem ją w liceum, w ubiegłym wieku. Więc nie będę się wymądrzał, napiszę jedynie, że niepotrzebnie w adaptacji pojawiają się wulgaryzmy, że z faktu zagrania Szygalewa przez Halinę Rasiakównę w moim odczuciu niewiele niestety wynikło, nie zrozumiałem także po co Bartosz Porczyk pojawił się na scenie w negliżu, acz zdecydowanie bardziej adekwatny był tenże kostium u Roberta Wasiewicza. Ekscentrycznym także wydał mi się pomysł bogato reprezentowanej na scenie obsługi technicznej teatru.

Jest jednak coś w tym spektaklu wciągającego i uzależniającego. Nie umiem jednak tego czegoś nazwać, ale wiem, że Biesy są świetnie zagrane, sądzę, że najlepszy jest Tomasz Nosiński, jakby żywcem z Dostojewskiego wyjęty.

Irenie Jun i Stanisławowi Brudnemu zazdroszczę natomiast formy, i fizycznej, i artystycznej.  

 

Teatr Polonia

ŻEBY NIE BYŁO ŚLADÓW

Cezary Łazarewicz, adaptacja Piotr Rowicki

reż. Piotr Ratajczak

premiera 25 stycznia 2018

W inscenizacji Piotra Ratajczaka Grzegorz Przemyk (świetny Adrian Brząkała) był paradoksalnie postacią drugoplanową, rolę główną - ale nie najważniejszą - grała Agnieszka Przepiórska (Barbara Sadowska, matka Grzegorza). Bowiem najważniejszym bohaterem tego przedstawienia jest państwo polskie, które rękoma jednej czy drugiej swołoczy w mundurze, pobiło chłopaka na śmierć. A następnie skazało za tę śmierć niewinnych ludzi, korzystając z całego aparatu, jakim dysponuje.

Dwiema scenami byłem poruszony – monologiem Grzegorza o swojej przyszłości, gdzie rozwodził się, kim byłby dziś, jak potoczyłyby się jego losy gdyby żył, i – rozprawą w sądzie, ze świetną Jolantą Olszewską w roli prokurator.  

To spektakl „ważny” i „potrzebny”. Wkładam w cudzysłowy nie po to, żeby wyśmiać, tylko właśnie takich słów użyto i w pierwszych recenzjach i na popremierowym bankiecie w foyer. Pełna zgoda – ważny i potrzebny. Tylko zawsze mam lęki, że przydawki takie zamykają rozmowę o samym dziele - spektaklu, filmie, książce itd., 

że to, co ew. nie wyszło, przykrywane jest rangą wydarzenia czy też tematem, z jakim się twórca mierzył.

 

Teatr Bagatela

KŁAMSTWO O MIŁOŚCI

Florian Zeller

reż. Henryk Jacek Schoen

premiera 18 stycznia 2018

Laurence widzi z okna taksówki Jean-Claude’a, najlepszego przyjaciela swojego męża, który całuje się z obcą kobietą. Jego żona jest z kolei jej najlepszą przyjaciółką. Powiedzieć o tym Sophie - czy też zachować ten sekret dla siebie? To ważne, bo oboje mają za moment przyjść na kolację.

W pewnym uproszczeniu to jest punkt wyjścia do wcale nie aż tak bardzo zabawnych rozważań o naturze kłamstwa i prawdy, o tym, czym jest miłość, czym przyjaźń, a czym – dyskrecja. No więc faktycznie w tym spektaklu są momenty całkiem śmieszne, ale nie znalazłbym w sobie odwagi nazwania go komedią. Autor wodzi nas za nos, jakby sprawdza naszą czujność, inteligencję, intuicję, fantastyczna przygoda intelektualna, jak to u Zellera bywa. Pomyślałem - bardzo lubię taki teatr, w którym nic nie jest oczywiste. Aż tu nagle…

Sugeruję minutę przed końcem spektaklu wyjść, tuż po scenie z Paulem i Laurence wznoszącymi za siebie toast. Finał jest nie tylko obrazą i kpiną z inteligencji widza, ale też rujnuje ten naprawdę niezły, misternie utkany spektakl.

Wyszedłem wściekły.

 

Teatr Soho

OŚCI

na podstawie powieści Ignacego Karpowicza

reż. Paweł Miśkiewicz

premiera 12 stycznia 2018

Ninel jest naukowcem z piękną kartą kombatancką. Jej syn, Franek, jest kochankiem Mai, której mąż poznaje na grancie w Berlinie inną kobietę, ale życie we czworo (jak chciałaby Maja) raczej im nie wyjdzie. Kochankiem Ninel jest z kolei Norbert, który nienawidzi gejów, ale ma żonatego (z kobietą, i dzieciatego) kochanka Kima Lee, Wietnamczyka, który występuje jako drag-queen. No i są jeszcze Krzyś i Andrzej, para gejów, zaprzyjaźniona z nimi wszystkimi, a Norbert to zdaje się, że coś kiedyś z Krzysiem więcej. Skomplikowane?

Na podstawie świetnej powieści Ignacego Karpowicza Paweł Miśkiewicz zrealizował spektakl olśniewający, momentami - bardzo zabawny, momentami wyciskający łzy, wciągający bez litości. Rzecz o naszej przeraźliwej samotności i maskach, jakie zakładamy, żeby nikt tego stanu nie poznał, i o przedziwnych niekiedy sieciach socjologicznych, jakie zapuszczamy na innych ludzi, by ta samotność mniej doskwierała. O neurastenii, o nerwicach i o chorobliwej potrzebie nazywania wszystkiego i wszystkich. 

Rewelacyjna Roma Gąsiorowska w popisowej roli Mai, zagubionej, rozchwianej nieco matki nastolatka i żony wiarołomnego naukowca, wspaniała Iwona Bielska jako Ninel, po przerwie wraca do Warszawy (oby na częściej) Szymon Czacki, ale najtrudniejszą rolę miał – i moim zdaniem w tym spektaklu najlepszą – fantastyczny Michał Wanio (Krzyś). 

Koniecznie.

 

Teatr Powszechny w Warszawie

KRAM Z PIOSENKAMI

Leon Schiller

reż. Cezary Tomaszewski

premiera 31 grudnia 2017

Może wstyd się przyznać, ale chyba… nie zrozumiałem tego spektaklu. Mimo, że starałem się bardzo uważnie słuchać i tylko raz zrugałem sąsiada licealistę z dredami, który szczebiotał do swojej koleżanki licealistki. (Pani nauczycielka tuż obok siedząca chyba wstydziła się zająć w tej sprawie stanowisko, bo na pewno tenże dred podałby ją do kuratorium za mobbing. Raczej nie lubię spektakli, na których są wycieczki szkolne). No więc wszystko było zaśpiewane i zagrane fantastycznie, bo aktorzy Powszechnego są świetni, a Cezary Tomaszewski ma nietuzinkową wyobraźnię, momentami było naprawdę dowcipnie, szczególnie jak miano bekę z angażowania (do zaangażowanego przecież teatru) publiczności, bo okazało się, że… No dobra, nie będę psuł niespodzianki.

Odniosłem tylko cień wrażenia, że chociaż wszystko było ładnie i pomysłowo, to jednak było to pustawe. Tak jak śliczne, starannie wyklejone kolorowymi cekinami pudełko, bez zawartości jednak. 

Identyczne wrażenie miałem na kultowym przedstawieniu tegoż reżysera - Cezary idzie na wojnę w Komunie Warszawa.

Najwyraźniej nie rozumiem po Tomaszewsku.

 

Teatr Powszechny w Łodzi

WSZYSTKO W RODZINIE

Ray Cooney

reż. Giovanny Castellanos

premiera 31 grudnia 2017

Doktor Mortimor ma wystąpić z prezentacją przed zgromadzonymi w Londynie kolegami lekarzami z całego świata. Niestety, przygotowania do jego występu zostają – delikatnie mówiąc – zakłócone. Ostatnie przymiarki do wystawienia przedstawienia świątecznego w jego szpitalu także nie ułatwiają niezbędnego przecież skupienia. I jak to w farsie, powiedzieć – że nastąpi katastrofa – to tak, jakby nic nie powiedzieć.

Uśmiałem się serdecznie, kilka gagów jest naprawdę zabawnych, choć powiedzmy sobie szczerze, że w którymś momencie nagromadzenie nieporozumień i hec wymyka się nieco prawdopodobieństwu i logice. Niemniej – taka właśnie jest poetyka farsy, przyznać trzeba Cooneyowi, że z matematyczną precyzją doprowadza wątek każdego kłamstewka do końca, nawet, kiedy już widz zdążył zapomnieć, jaką to brednię zdołał Mortimer wymyślić, by tylko uratować swoją skórę.

Wiadomo, że Powszechny zaprawia aktorów w bojach farsowych, to jest wymagający gatunek sceniczny, także dlatego, że trzeba bardzo uważać, żeby kreska, którą autor namalował ów świat, w żadnej sekundzie nie była na scenie ZBYT gruba.

I dlatego przekonacie się, że najtrudniejsze zadanie miał Artur Zawadzki, który znakomicie, z zegarmistrzowskim wyczuciem wcielił się w biednego doktora Bonneya, wrobionego w ździebko późnawe ojcostwo.

 

Teatr Sewruka w Elblągu

‘ALLO, ‘ALLO

Jeremy Lloyd, David Croft

reż. Jan Tomaszewicz

premiera 30 grudnia 2017

Skąd się wziął tytuł kultowego serialu? Ano stąd, że tymi słowami kawiarnię Rene’go wywoływał przez radio Londyn. Niestety, kto nie widział serialu, ze sceny się nie dowie, słowa te po prostu nie padają. Bohaterowie pozdrawiają się znanym gestem oraz… zwrotem „hello”, czyżby dlatego, że „Heil Hitler” nie przeszłoby przez usta aktorom? To zaiste było uroczo nieporadne. W serialu wymyślili parodyjkę hitlerowskiego pozdrowienia, może trzeba było pójść tą drogą? Bo owo „hello” naprawdę wali po uszach jak dzwon na sumę.  Edith śpiewała zdecydowanie za dobrze, Gruber zalecał się do Rene zbyt na serio, a francuszczyzna Crabtree’go – choć w serialu jest najcudowniejszym dowodem brytyjskiego poczucia humoru, w Elblągu była jakby kilofem wyciosana. Lost in translation… Piosenki były śpiewane z playbacku, znacznie głośniej niż kwestie mówione, co dość trudno było wytrzymać. Także same teksty owych piosenek spolszczone były strasznie, wszystko to jednak małe smutki, bowiem popełniono w Elblągu grzech pierworodny, zabrakło mianowicie twórcom dystansu.

‘Allo ‘Allo śmieszy właśnie dlatego, że bohaterowie narysowani są bardzo grubą kreską, jeszcze grubszą… Puszcza się oko do widza właściwie w każdym kadrze, tymczasem elbląskie przedstawienie jest z niezrozumiałych powodów zrobione „na poważnie”. 

Dlatego też widownia, reagując w zupełności poprawnie na to, co widzi na scenie, śmiała się w dawkach – ujmując delikatnie – homeopatycznych.

Dla tak zabawnego tekstu to katastrofa.

 

Teatr Powszechny w Warszawie

STRACH ZŻERAĆ DUSZĘ

na podst. filmu Rainera Wernera Fassbindera

reż. Agnieszka Jakimiak

premiera 19 grudnia 2017

Aktorzy bawią się rolami, doprowadzając swoje postaci do granic przerysowania, może nawet niekiedy je przekraczając (granice oczywiście, nie postaci), ale to nie szkodzi. Zagrane bowiem brawurowo, nieodparcie śmieszne, pomysłowo i niesłychanie starannie wyreżyserowane.

O czym ten spektakl jest a o czym nie jest, to kwestia moim zdaniem drugorzędna, gdyż „Strach zżerać duszę” jest cudownym zwycięstwem formy nad treścią, co mi tym razem zupełnie nie przeszkadzało, gdyż forma owa – jako się już rzekło – jest w dechę.

No ale mówiąc najkrócej - rzecz o tym, że (jakkolwiek to brzmi) nie wszyscy jesteśmy tacy sami i że nie każdy daje sobie z sobie radę z tą oczywistością, tak, jak nie radziły sobie sąsiadki Emmi z faktem istnienia jej młodego arabskiego kochanka. 

O źle mówiącym po niemiecku sprzedawcy w pobliskim sklepiku już nie wspominając. Byczy spektakl!

 

Dzika strona Wisły

ST. NICOLAS

Connor McPherson

reż. Weronika Kuśmider

premiera 19 grudnia 2017

O krytyku teatralnym i o wampirach. O prawdzie i nieprawdzie. O tym, co jest na pewno, a co nam się wydaje. O nadziejach i o beznadziei. O pożądaniu. I o tym, że najbliżsi mogą być zupełnie obcy i to z całkowicie naszej winy. Wreszcie – o dobrym i złym teatrze.

Fantastyczny tekst irlandzkiego (całkowicie rudego dodajmy) autora, będącego w swoich middle-fourties, ale McPherson napisał Mikołaja dawno temu, mając lat nieco ponad dwadzieścia pięć. Nie wiem, kto mu wówczas udzielał rad z tzw. życiowej mądrości, zblazowania i rozczarowań - tata czy starszy kumpel, ale zaiste to nieprawdopodobne, że tak coś tak dobrego (i dość gorzkiego - zauważmy) mógł napisać człowiek tak młody. A jednak.

Od razu mówię – rzecz raczej tylko dla facetów, nie dlatego, że jakoś specjalnie wulgarny, ale kobiety mogą nie zrozumieć wyborów i motywacji naszego bohatera. Za mną siedziała widzka, która co chwilę nerwowo zaśmiewała się w zupełnie niezabawnych momentach, co doprowadzało mnie do białej gorączki i bliski byłem popełnienia impertynencji. Ale na szczęście wampiry mnie powstrzymały.

Kameralna, idealna do takiego przedstawienia scena DSW i znakomity Szymon Kuśmider, któremu na kolejne 25 lat pracy w teatrze życzę równie dobrych tekstów.

 

Teatr Collegium Nobilium

ODYS WRACAJ DO DOMU

Marcin Bartnikowski

reż. Marcin Bikowski

premiera 19 grudnia 2017 roku

(Tym razem – dla odświeżenia stylu i w ogóle łamów – tekst mojego przyjaciela Witka Koroblewskiego. Z którym to tekstem w jakichś 83% się zgadzam.)

Przez pierwsze pół godziny siedziałem spięty, szepcząc do siebie „O Boże, jakie to jest słabe” - fragmenty „Powrotu Odysa” Wyspiańskiego przeplecione zostały modnymi ostatnio wtrętami o złej Polsce i ksenofobicznym suwerenie. Potem jakoś się to „rozeszło”, pojawiły się za to bardzo zabawne dialogi o tym „co kogo wkurwia”, znowu na chwilę wrócił Wyspiański, by ustąpić miejsca układom choreograficznym i, na końcu, pełnym refleksji piosenkom oraz występowi lalkarskiemu. Były próby aktywnego angażowania publiczności, ale zareagował na nie jeden tylko widz, co nadało tej scenie niezamierzonego wydźwięku komicznego. Ze spektaklu wyszedłem jednak dość poszeptując - „O Boże, ale to było fajne”. No więc minusy nie przysłoniły plusów.

Oglądając Odysa często miałem wrażenie, że twórcy mieli tak wiele pomysłów, że z największym trudem „wcisnęli” je wszystkie w 90 minut spektaklu. A ponieważ byli do nich bardzo przywiązani (do pomysłów, nie minut), nie chcieli niczego usunąć, co sprawiło, że miejscami spektakl sprawiał wrażenie dopchanego kolanem. Zwróciłem uwagę na dość otwarte inspirowanie się Klątwą Frljicia: i tu, i tu mamy Wyspiańskiego poprzetykanego wstawkami politycznymi oraz osobistymi manifestami aktorów. Jednak „Odys wracaj do domu” nie posuwa się tak daleko, nikt nikomu fellatio nie robi. Jest - powiedzmy - Klątwą Light albo nawet Klątwą 0%, taką Klątewką, która może troszkę stroszy piórka, ale którą tak naprawdę nikt się nie oburzy. W tych momentach spektakl najbardziej zbliża się do przedstawienia szkolnego, którym… zresztą jest. Na szczęście gdzieś w połowie owa Klątewka się kończy, a dalej jest już tylko lepiej.

Aktorzy grali z ogromnym zaangażowaniem, szczególnie Anna Złomańczuk i Karolina Martin, ale brawa należą się całemu zespołowi. Na osobną pochwałę zasługuje scenografia – gigantyczny magiel, który poza oczywistymi skojarzeniami, dzięki różnym pomysłowym patentom był niczym dodatkowy aktor na scenie. 

Podsumowując – bardzo lubię przedstawienia, które potrafią zamknąć się w dwóch godzinach. „Odysowi…” się udało. Mamy 90 minut niezłej jazdy w towarzystwie pełnych pasji i zaangażowania aktorów, która być może (jazda, nie pasja) nie zmieni niczyjego życia, za to jest przyjemnym zwieńczeniem zimowego wieczoru.

 

Teatr Jaracza w Łodzi

PLAC BOHATERÓW

Thomas Bernhard

reż. Grzegorz Wiśniewski

premiera 17 grudnia 2017

Właściwie to bez przerwy porównywałem, bo znam ten spektakl w reżyserii Krystiana Lupy. Ale Pani Profesor mnie zapewniła, że to zupełnie normalne, że się porównuje i że Grzegorzowi Wiśniewskiemu należy się uznanie już za sam fakt rzucenia rękawicy.

Łódzki Plac Bohaterów jest i krótszy (sic!) od wileńskiego i chyba trochę o czym innym. Tutaj bohaterowie – choć także złamani i przegrani, mają jednak w sobie jeszcze jakąś siłę, może resztki złudzeń czy nadziei, jeszcze jakieś emocje. No, może poza Profesorową. Wszyscy noszą żałobę, ale Olga i Łukasz raczej na pokaz. Najbardziej przywiązana do pana domu była Pani Zittel (wspaniała rola Barbary Marszałek), jej wspomnienie Profesora z każdym słowem boli, ta elegia o poukładanym życiu, które minęło, jest jednak pełna strachu przed tym, które nadejdzie. Bo to przecież ostatnie posiłki, które pani Zittel przygotuje dla Schusterów. No a Herta? Kim ona była w poukładanym pedantycznym życiu Profesora?

Fantastyczna także Urszula Gryczewska (Anna), świetny Marek Nędza (Łukasz), który wie, że ze zmarłym ojcem łączy go tylko numer buta. Dodajmy, że porządni ludzie mają rozmiar 45.

Jest zatem Łukasz porządny, mimo romansu z aktorką z okładki z kolorowego czasopisma i mimo koronkowej koszuli, do której paradoksalnie czerwone szelki bardzo pasują.  

 

Teatr Żeromskiego w Kielcach

1946

Tomasz Śpiewak

reż. Remigiusz Brzyk

premiera 16 grudnia 2017

Jestem trochę w kropce, bo zupełnie nie lubię publicystyki w teatrze oraz nie mam żadnych złudzeń, że jeszcze zdarzy się w kraju naszym sytuacja jak z Dziadami Dejmka, że po wystawieniu tego czy innego spektaklu dojdzie do CZEGOŚ. Nie dojdzie, o tym jest zresztą Proces Lupy. No więc w 1946 sceny z najwyraźniejszymi odniesieniami do współczesności po prostu mnie rozeźliły.

Ale uniesiony byłem i porażony jednocześnie sceną w szpitalu, w którym próbowano zidentyfikować ciała zabitych, nieprawdopodobnie mocno zabrzmiał - beznamiętnie, jakby urzędowo recytowany - list kieleckiej aktorki, Elżbiety Kowalewskiej, która musiała z Kielc uciekać przed antysemityzmem, wreszcie – poruszający finał z bzdurami ks. Skargi (pomysł z audiobookiem fantastyczny). Choć samo zakończenie z wierszem zbyt łopatologiczne, początek zaś – jakkolwiek rozumiem intencje autorów – ździebko nużący.

Czytam opinie, że to spektakl „trudny” ale „ważny”. No nie wiem, nic trudnego tam moim zdaniem nie ma, świetnie zagrane, ale pół godziny za długie. Krótsze znacznie mocniej walnęłoby obuchem. 

Jeśli w ogóle walnęłoby, bo to już kwestia indywidualnej wrażliwości i na teatr i - na historię. 

 

Teatr Polski w Warszawie

WUJASZEK WANIA

Antoni Czechow

reż. Iwan Wyrypajew

premiera 9 grudnia 2017

Tydzień musiał minąć od obejrzenia spektaklu do przelania na papier kilku myśli z nim związanych. Gdyż od razu po wyjściu z Polskiego byłem nieco zdruzgotany faktem, że Wujaszka nie zrozumiałem, pomyślałem więc – minie czas, ułoży się. Poczytałem sobie pierwsze opinie i poczułem się, jakbym oglądał zupełnie inne przedstawienie niż rozentuzjazmowani recenzenci. Wreszcie – to uczucie rozczarowania było tym głębsze, że Wyrypajewa wprost uwielbiam i uważam, że jest wielkim reżyserem, założyłem zatem z góry, że wszystko, co działo się na scenie Polskiego było zamierzone i wyćwiczone. I ciekawe, czy było.

Aktorzy grają każdy sobie, w ogóle nie ma między nimi chemii. Niektórzy swoje kwestie wygłaszają, czy też – podają (jakby nieco dworując sobie z konieczności „przeżywania” Czechowa), inni z kolei -  grają, bardzo dobry w roli Doktora Maciej Stuhr, trochę gra a trochę jakby puszcza oko do widza z tej swojej gry i mówi ze słyszalnym zaśpiewem. Tak miało być czy to efekt miesięcy przebywania z rosyjskojęzycznym reżyserem? W ogóle ten Wujaszek jest właśnie o Astrowie, kłopot tylko, że najmocniej w głowie zostają jego dylematy związane z wycinką drzew, co jakoś zupełnie bez sensu przenosi Wujaszka do tu i teraz, a mówiąc ściślej – do Białowieży.

Najmocniej zatem przepraszam, ale w ogóle mnie to wszystko nie obeszło, mimo pięknej scenografii i nieziemskiego światła.

 

Teatr Ludowy

MISTRZ I MAŁGORZATA

Michaił Bułhakow; adapt. A.Pałyga

reż. Paweł Passini

premiera 8 grudnia 2017

„Jesteśmy w adaptacji, tu się wszystko może zdarzyć” – słyszymy ze sceny.

Można sobie było darować nawoływanie do podniesienia rąk przez widzów chodzących co niedzielę do kościoła. Nie jestem przesadnie zdewociały, ale takim manipulacjom nie lubię być poddawany, a jak będę miał potrzebę sprawdzenia w procentach stopnia swojej wiary, to sięgnę do rocznika statystycznego, szczególnie, że z tej nieporadnej sceny literalnie nic nie wynikło.

Poza tym rzecz – o zmianach klimatu, o Rosji i Zachodzie (oczywiście współczesnych), o potrzebie cudu, o tym, że cudów nie ma i że głęboko zawiedziony tłum zamienia się w monstrum.

No cóż, jesteśmy w adaptacji, a tu wszystko może się zdarzyć.

 

Teatr Collegium Nobilium

MARAT/SADE

Peter Weiss

opr. i reż. Wawrzyniec Kostrzewski

premiera 8 grudnia 2017

Zlękniony wybierałem się na Miodową, mając w pamięci Marata z Narodowego sprzed kilku lat i moją nim udrękę. Obejrzałem i zaświadczam – proszę się nie lękać, gdyż reżyser ze studentami IV roku Wydziału Aktorstwa stworzyli przedstawienie po prostu olśniewające.

Marata można „zrobić” i o współczesności i o historii i o rewolucji i o wariatach. Oraz – o tym wszystkim na raz. W Collegium Nobilium chyba najgłośniej pada pytanie – jak daleko można pójść w obronie różnych wartości, oraz – co to znaczy – za daleko, oczywiście mówiąc w pewnym uproszczeniu. Całe szczęście bez bezpośrednich odniesień do tu i teraz (a można byłoby), no może z wyjątkiem sceny w Zgromadzeniu Narodowym, cudownej, zupełnie jakbyśmy oglądali audycję publicystyczną w jednej czy drugiej telewizji. 

Fantastyczna rola Agaty Różyckiej (Wywoływacz), świetny Maciej Babicz (Sade), w ogóle cała jedenastka gra koncertowo, z utęsknieniem wyglądam kolejnego dyplomu.

 

Teatr IMKA

POLOWANIE NA ŁOSIA

Michał Walczak

reżyser nieznany, powiedziano mi, że „reżyseria zbiorowa”

premiera 8 grudnia 2017

Za grubą kreską narysowane i za grubymi nićmi uszyte.

Ani to kryminał, ani komedia, ani moralitet historyczny (sic!), choć może akurat odniesienia do najnowszej historii najbardziej miały sens w tym potoku słów. Brak reżysera jest dojmująco widoczny, bardzo dobrzy skądinąd aktorzy w ogóle nie zostali poprowadzeni, niepotrzebnie szarżują, a tam gdzie nie szarżują, to w popłochu szukają, no nie wiem czego, chyba tzw. prawdy psychologicznej swoich bohaterów i niestety jej nie znajdują; poza Myszką może, każda postać robi z siebie kompletnego idiotę, a  kolejne odwołanie do Eliadego byłoby po prostu nieznośne.

Mówiąc delikatnie – wpadka.

 

Teatr Narodowy w Warszawie

ELEMENTARZ

Barbara Klicka

reż. Piotr Cieplak

premiera 7 grudnia 2017

Przez pierwszą połowę spektaklu zastanawiałem się, dlaczego jest Elementarz polecany widzom od 16 roku życia. No ale później to się dojmująco wyjaśnia, choć – jak słusznie zauważyła widzka obok mnie – owo słowo pisze się przez c, a nie przez h. Rzecz jednak nie tylko o tym, że z 32 liter alfabetu możemy ułożyć najpiękniejsze oraz najohydniejsze słowa. Że piękne - uwznioślają i dodają skrzydeł, że brzydkie – zabijają. Bo to również przypomnienie, że na którymś etapie naszego życia z liter budują się tylko dobre rzeczy, ale potem… abecadło spada z pieca i robi się chaos. Autorzy więc dorosłą Alę przenoszą z powrotem do świata Falskiego (genialny pomysł z Marianem Falskim i Falskim Marianem), żeby sprawdzić, co tam się - i z tymi literkami, i z Alą i z jej tatą -  po drodze stało. Brak litery P w tym przedstawieniu – tak jak oznajmia to ze sceny Dominika Kluźniak – jest właśnie jej obecnością i - czy tego autorzy chcą czy nie – daleko idącą manifestacją i polityczną i patriotyczną.

Nie od razu Elementarz mi się ułożył, potrzeba było chwili na „umoszczenie”, chwili na zastanowienie, na nadejście kilku skojarzeń. 

Autorka - Barbara Klicka jest poetką i to przedstawienie jest poezją napisane, warto o tym wiedzieć, zanim zabierzemy nasze epickie osobowości na ten piękny spektakl, tak, żeby nie było rozczarowań.

 

TR Warszawa

KALIFORNIA/GRACE SLICK

Rene Pollesch

reż. R. Pollesch

premiera 7 grudnia 2017

Wyszedłszy z teatru musiałem nieco ochłonąć, gdyż nie byłem w stanie określić, o czym – tak mniej więcej chociaż – było obejrzane przeze mnie przedstawienie. Dziś, po tygodniu intensywnych poszukiwań twórczych, myślę sobie, że chyba najbardziej to o szklanych domach i o tym, że w kolejce do ginekologa jest mało mężczyzn. Mimo owego zakłopotania spektakl odnalazłem i bardzo zabawnym, i świetnie zagranym, i nawet prowokacyjnym.

Kluczowa bowiem jak sądzę jest pierwsza scena – bohaterowie palą, mam wszelkie podstawy przypuszczać, że to trawa, no wiecie - ten narkotyk, nie? Więc wszystko, co się dzieje później może być nieco nierzeczywiste. Paradoksalnie najbardziej realistyczny był cudny skecz z Monty Pythona o materacach i torbie na głowie, a scena z Babooshką może być oficjalną drugą wersją teledysku Kate Bush. Ojjoj, Babooshka Babooshka – nuciła prawie cała widownia i było to dość klawe. Istotną częścią Kalifornii są projekcje z kamery. Serdecznie nie znoszę kamer w teatrze, bo to nie kino, jednak owe projekcie tym razem zupełnie mi nie przeszkadzały, dopuściłem bowiem do siebie myśl, że ich użycie prze Pollescha po prostu miało sens.

Czytam w recenzjach, że spektakl jest „ostrą wypowiedzią polityczną”. Najwyraźniej musiałem czegoś nie dosłyszeć albo nie zrozumieć. A może – skoro wszystko jest polityka (prawie Stachura) – to ów spektakl też? No może.

 

Nowy Teatr

BIBLIA RDZ. 12-25

reż. Michał Zadara

premiera 7 grudnia 2017

To jest właściwie słuchowisko, a nie spektakl. Co prawda słuchowisko jest również spektaklem, ale druga część tryptyku na podstawie Księgi Rodzaju istotnie dzieje się w wyobraźni. Ci zatem, którzy spodziewali się atrakcji jak w części pierwszej, mogli się ździebko rozczarować. Bo się siada i się słucha głosu Michała Zadary, który opowiada o Abrahamie, Sarze i ich potomstwu. O tym, że Bóg zażądał od Abrahama najwyższej ofiary, a ten był skłonny ją złożyć. I nie wiadomo właściwie, dlaczego Abraham dyskutował z Bogiem o liczbie sprawiedliwych w Sodomie i Gomorze, a o tym, że miał zabić swojego syna – nie. No cóż, starotestamentowy Bóg jest okrutny, myślę, że później w domach młodych widzów mogło padać dużo pytań rozmaite sprawy, np. o Hagar, o dwa zepsute miasta, czy też może nawet – o istotę wiary. 

Może o to chodziło, jeśli tak – osiągnięto efekt za pomocą naprawdę skromnych środków. Nie mam tylko pewności, czy nie za skromnych. 

 

Teatr Nowy Proxima w Krakowie

MURZYNI WE FLORENCJI

Vedrana Rudan

reż. Iwona Kempa

premiera 4 listopada 2017

Gdyby istniała taka informacja telefoniczna, nawet płatna, zadzwoniłbym i spytał, dlaczego takie spektakle powstają w Krakowie, a w Warszawie nie? TAKIE spektakle.

Nie będę może powtarzał zachwytów nad Murzynami, przedstawienie jest po prostu znakomite, patrzyłem i słuchałem jak w narkozie. Wspaniałe aktorstwo, świetny choć niesłychanie mocny i dość wulgarny tekst, rewelacyjna reżyseria. Można? Można. Murzyni bez wątpienia zamknęli tegoroczne WST z ogromnym hukiem, obok Friedmanów i Wesela to w mojej ocenie najlepszy spektakl Spotkań. (Ojej, wszystkie wymienione są z Krakowa, przypadek?)

No więc mamy historię opowiadaną z perspektywy płodów. Sic! - w tych rolach cudownie bawiący się swoimi postaciami Juliusz Chrząstowski i Sławomir Maciejewski. Historię pewnej chorwackiej wielopokoleniowej rodziny, która mówiąc w pewnym skrócie nie do końca jest w stanie się ze sobą komunikować. Szczególnie trudne jest w tej rodzinie porozumienie babci, matki i córki, ale – jak wiemy – relacja matek z córkami to najgłębszy z oceanów (Coelho? Albo ktoś taki, ale trafne). Jest jeszcze tata, nie mogący się pozbierać po wojnie i syn, który wrócił z Ameryki z tęsknoty za chorwackimi zachodami słońca. No i syn zaczyna pisać o swojej rodzinie książkę. Ile w niej będzie fikcji, a ile prawdy? I w ogóle - co jest tą prawdą? 

Fenomenalny, wieloznaczny i niepokojąco wciągający spektakl o kobietach i o całej reszcie, z wielkimi rolami Elżbiety Karkoszki, Anny Tomaszewskiej i Martyny Krzysztofik. Wielkie brawa!

 

Teatr 6. Piętro

NIEZWYCIĘŻONY

Torben Betts

reż. Eugeniusz Korin

premiera 2 grudnia 2017

Niezwyciężony to… imię kota, który stanie się jednym z najważniejszych (choć nieobecnych na scenie) bohaterów tego przedstawienia. Skąd się to imię wzięło i jaki los spotka owo wredne kocisko?

Zapowiada się na zwiewną farsę. W akcie 1. - do jakiejś dziury na północy Anglii przeprowadzają się z Londynu Emily i Oliver, z dwójką dzieci. Ona – nieznośnie egzaltowana weganka, on – sfrustrowany urzędnik państwowy. Zapraszają na zapoznawczy wieczorek swoich sąsiadów – nieco nieokrzesanego Alana i jego trochę znudzoną życiem żonę Dawn. Mogła być pyszna zabawa stereotypami, zetknięciem przeciwieństw londyńczyków z mieszkańcami prowincji. Ale im dalej w ten las szliśmy, tym mniej zabawniej się robiło. 

Torben Betts napisał genialny tekst, dający aktorom – z jednej strony pole do komediowego popisu (a więc i niebezpieczeństwo, że przeszarżują, a tu istotnie można). Z drugiej strony – ten śmiech w ułamku sekundy zmieniał się w nieledwie wyciskający łzy dramat czy nawet tragedię, naprawdę nieprawdopodobnie odległą od farsowych i bardzo momentami zabawnych bonmotów. Choć na scenie cała czwórka jest świetna, to jednak najtrudniejszą rolę miała (i zagrała ją wspaniale) – Aleksandra Popławska. 

Porównanie Bettsa do Czechowa, jakiego użyto w opisie spektaklu, może być uznane za nadużycie, ale zauważmy, że Emily i Oliver jednak wracają, nie do Moskwy co prawda - a do Londynu, a  Alan i Dawn zostaną. Nie wiadomo, czy po wyjeździe sąsiadów w ich życiu będzie „jak kiedyś”, jak u Czechowa. Raczej na pewno nie. I na pewno Alan nie wróci do malowania. Krytykę  z ust Emily zniósł jednak fatalnie.

 

Teatr Żydowski

GOLEM

reż. Maja Kleczewska

premiera 2 grudnia 2017

Zobaczyłem na Golemie spacerującą po przestrzeni Magdę Koleśnik, chciałem się wylewnie przywitać, gdyż ją uwielbiam, a Magda jakoś chłodno zareagowała, bo – jak się okazało – była zajęta, bo grała, a mówiąc ściślej - była w tej przestrzeni cytatem z Dybuka, nieobecnym jednak w obsadzie (jak to z cytatami bywa). Byli też Sandra Korzeniak i Jan Dravnel z córką, a doniesiono mi, że dnia poprzedniego też byli i też z córką. Wydaje mi się, że i oni byli cytatem z Mojej Walki Michała Borczucha.

Z tego spektaklu część widzów wyszła niesłychanie poruszona, część wyszła po prostu, po zakończeniu albo w trakcie, a jeszcze inni zostawali całe sześć godzin, żeby im nie umknęło nic z wielopłaszczyznowej opowieści. Niektórzy robili zdjęcia i selfies a inni w skupieniu słuchali, wszystkie te zachowania i są dopuszczalne, i są jakby częścią tego przedstawienia. 

Zastanawiam się jednak, czy przejście obok tego spektaklu z obojętnością także było wpisane w jego byt.

Mam nadzieję, że tak, bo w ogóle mnie to nie ruszyło.  

 

Teatr Papahema

SKŁODOWSKA. RADIUM GIRL

reż. Agata Biziuk

premiera 25 listopada 2017

Papahema jest komplementowana prze tout le monde, bo czwórka białostockich studentów wzięła sprawy we własne ręce i zamiast czekania na etaty założyła grupę teatralną, w której robi co chce. I dlatego, że odniosła sukces. Można? Można.

Nie znam pozostałych spektakli grupy, a i ten obejrzałem z pewnym opóźnieniem, ale cieszę się, że tę zaległość nadrobiłem, bo rzecz mądra, szanująca widza i pozbawioną już prawa głosu bohaterkę, zrobiona za przysłowiowe 5 złotych, a jednak nie ubożuchna. Nagrody na koncie Papahemy dowodzą, że nie jestem osamotniony w takiej ich teatru recepcji.

Skłodowska jest pomnikiem, symbolem, jakimś nieledwie toposem, Skłodowską po prostu. (W Białymstoku, skąd jestem, chadzało się – jak powszechnie mówiono – na ulice Skłodowską – sic! – zresztą na Orzeszkową i Konopnicką też). Nie tylko bowiem była pierwszą kobietą, która…, ale i tą, która odważyła się być szczęśliwa. No Nobel to jeszcze, dwa właściwie, ale nowy kochanek po śmierci męża?

Skandal. Nie miała w życiu łatwo i myślę, że ten uroczy spektakl jest apelem, żebyśmy o tym pamiętali przechadzając się nie tylko ulicami jej imię noszącymi.
 

SCENA SPATIF

CASTING. POCZEKALNIA.

Maciej Kowalewski

reż. Jakub Wons

premiera 24 listopada 2017

Prof. prof Segda i Malajkat powinni zaprosić jeszcze przed końcem roku akademickiego to kameralne przedstawienie na deski swoich uczelnianych teatrów, tak, żeby wchodzący w zawód aktorzy wiedzieli, że życie może się potoczyć i tak.

Czytam, że komedia. No nie wiem, jakoś nie śmiałem się za bardzo. Owszem, inteligentnie napisane i momentami gorzko-zabawne, ale w sumie nie wychodzi się ze spektaklu w nastroju durowym, szczególnie jeśli się jest blisko z teatrem tak, jak piszący te słowa. Bo mamy oto dwóch aktorów koło trzydziestki, którzy spotykają na tytułowym castingu, który jest jakąś nadzieją na poprawę ich niezbyt ciekawej sytuacji, jest w ogóle szansą na granie. Czym się to przesłuchanie skończy? Rzecz o tym, że czasem frustracja i upokorzenie są codziennością, nie tylko w życiu aktora, myślę, że każdego faceta. O talencie, który więdnie bez odrobiny szczęścia w życiu, także – o potrzebie robienia za wszelką cenę tego, co się kocha.

Nie pierwszy tekst na dwóch aktorów o sensie aktorstwa (choćby Skarpetki Opus 124 czy nawet Garderobiany), 

ale ten akurat spektakl nie miałby sensu, gdyby był grany przez bardziej rozpoznawalnych aktorów. Obaj panowie są bardzo dobrzy (Sebastian Cybulski i Andrzej Popiel), ale jeśli staną się nie do zniesienia rozpoznawalni, to trzeba będzie znaleźć dublurę.

Inaczej wyjdzie okrutna farsa.

 

Teatr Żydowski

WIERA GRAN

Weronika Murek

reż. Jędrzej Piaskowski

premiera 24 listopada 2017

Faktycznie, życie Wiery Gran jest materiałem na niejeden film czy spektakl, traktujący nie tylko i niekoniecznie o naszej nicości wobec kaprysów historii. Ale żeby intencje twórców Wiery w Żydowskim pojąć, trzeba się najpierw ździebko przygotować. Ktoś, kto o artystce wie zgoła nic, może wyjść z teatru skonsternowany. Albo – zachwycony, jak mój, hm, Social Media Manager.

Bardzo zabawna jest scena, kiedy Wierze trochę się miesza i zapomina, że Mickiewicz pisał o kawie, nie o kakao. Pomysł i wykonanie zaiste świetne. A że scena owa stanowiła jedną z wielu niezupełnie ze sobą związanych, innymi słowy – dramaturgicznie jest to jakby teatr 2.0 – to inna sprawa.

Zupełnie nie moja to filiżanka herbaty, wolę mieszczańską Wierę w Kamienicy, acz zwróćmy uwagę, że piszący te słowa jest w wieku co najmniej wuja twórców. Niemniej wieczór dość udany - na premierze był tout le mond, wino i przekąski, a przy okazji dowiedziałem się, jak cudowną działalność prowadzi Klub Garnizonowy (który udziela gościny bezdomnemu Żydowskiemu), 

zaś szczególną mą uwagę zwrócił cykl „Żołnierze z pasją”. Mam blisko, będę wpadał, jeśli tylko czas pozwoli. 

 

Teatr Studio

ORIANA FALLACI. CHWILA, W KTÓREJ UMARŁAM.

Remigiusz Grzela na podst. Oriany Fallaci

reż. Ewa Błaszczyk/Zbigniew Brzoza

premiera 24 listopada 2017

Ten sam element jest i siłą, i słabością tego przedstawienia, mianowicie – tekst. Część widzów będzie zachwycona, że i o wielkiej miłości i o przywiązaniu do matki i o nienarodzonych dzieciach i o ataku na WTC, ale inni (w tym piszący te słowa), że – skoro trochę o wszystkim, a więc -  i trochę o niczym.

Pierwsza część spektaklu jest poświęcona Alekosowi Panagoulisowi, greckiemu rewolucjoniście, bohaterowi najważniejszego wywiadu w życiu Oriany i – jej wielkiej miłości. Z nim miała dziecko, które straciła, po tej tragedii napisała poruszający List do nienarodzonego dziecka. Alekos – już jako poseł - zginie w tajemniczym wypadku. Z nikim więcej Oriana się już nie zwiąże, ta miłość była silniejsza niż śmierć.

Gdyby tylko na tym wątku się skupić – to wstrząsający opis tortur, jakim Alekosa poddawano, jakoś by się tłumaczył. Niestety, ten wtręt do całej narracji nie pasował, zważywszy, że za chwilę Oriana wspomina rozmowę z Goldą Meir. A po kolejnej chwili – już bardzo chora - przywraca Europejczykom wiarę w ich wartości, głośno przypominając, że nie muszą się przed nikim tłumaczyć ze swojej kultury i swoich korzeni. 

Niemniej - Ewa Błaszczyk fantastyczna, i czekam na kolejne teksty godne jej charyzmy i talentu. 

 

Teatr Modrzejewskiej w Legnicy

BIESY

Fiodor Dostojewski

reż. Jacek Głomb

premiera 23 listopada 2017

Tak, jak najbardziej - teatr polityczny (za którym nie przepadam), jednak ta budząca lęk dostojewska prowincja, ta duszność wciągnęła mnie od pierwszej sceny i trzymała bez znużenia do końca. Nie potrzeba było żadnych widocznych odniesień do tu i teraz, i – chwała Bogu ich nie ma - powieść Dostojewskiego jest jakoś zawsze o tym, co tu i teraz, zawsze jest jakiś Szygalew, jakiś Wierchowieński i zawsze jest jakaś 1/10, która chce pełni i władzy i wolności.

Anita Poddębniak zagrała w tym spektaklu rolę wielką. Jednocześnie przywiązana, może nawet zakochana w starym Wierchowieńskim, nie umie nim też nie gardzić, jakby miotała się między przyzwyczajeniem, wdzięcznością, miłosierdziem a rozsądkiem. I jej Warwara jest chyba mniej ślepo zapatrzona w swojego syna niż literacka odpowiedniczka, jednak mimo wszystko - kocha go bezgranicznie. Świetny – i wydaje się, że bardzo bliski (w każdym razie fizycznie) wyobrażeniu Dostojewskiego – w roli Mikołaja – Robert Gulaczyk. Niewiedzący, co zrobić ze swoją wolnością, męczony wyrzutami sumienia, zagubiony między ty „co powinien”, a tym – „co chce”. I wreszcie – znakomita rola Rafała Cielucha, który zagrał Piotra Wierchowieńskiego, pluskwy i manipulatora, inteligentnego i bezwzględnego rewolucjonisty, za którym – z trudno wytłumaczalnych przecież powodów – idą całkiem światli ludzie, jak choćby gubernatorowa.

Poruszający, fantastycznie zagrany i bardzo szlachetny spektakl, niestety – wydaje mi się, że nieco przez boską publiczność niedoceniony. Szkoda.
 

Teatr Scena

BAL NA WULKANIE

Kamil M. Banasiak

premiera 18 listopada 2017

Jedziemy sobie samochodem przez nieznaną krainę i – nagle uderzamy w… pomnik. Ta stłuczka będzie miała poważne konsekwencje, tym bardziej, że jesteśmy w kraju, w którym prawo, zwyczaje i rytuały są doprawdy osobliwe, nie wspominając o nieprawdopodobnie rozdętym ego obywateli tego jakby nam znanego państwa…

Lękałem się, że Kamil Banasiak zdecyduje się na mocno publicystyczny komentarz do tego, co dzieje się tu i teraz, i faktycznie – Bal na wulkanie jest takim komentarzem. Ale lęk okazał się niepotrzebny. Napisane lekką ręką, momentami dość złośliwe, a oprócz tego – zwiewnie liryczne, choć i ocierające się o wulgarność, co mnie akurat śmieszyło, gdyż autor wie na szczęście, gdzie granica.

Na niewielkiej scenie Sceny tym razem zespół ździebko większy, oprócz samego autora występują Joanna Halinowską i Szymon Roszak, znani już widzom Dodo, a także debiutujący - Weronika Humaj, Filip Kosiora, Mateusz Weber i Adam Serowaniec.

Zagrane i zaśpiewane świetnie (do muzyki Jerzego Derfla), może tylko początkowi nadałbym większej ździebko dynamiki, ale to jedyna uwaga do tego naprawdę zabawnego – i szanującego inteligencję widza -  przedstawienia.

 

Nowy Teatr we współpracy z Teatrem PowszechnymTeatrem Studio i TR Warszawa

PROCES

Franz Kafka

reż. Krystian Lupa

premiera 15 listopada 2017

I publicystyka i przestroga i moralitet i sen. 

Improwizowany drugi akt poruszył mnie najbardziej, rzecz o byciu w teatrze, na scenie, o graniu. Było to mocniejsze niż jednak kluczowa rozmowa K. z księdzem. Chyba właśnie o tym jest ten spektakl najbardziej – o wywoływaniu w nas winy. O tym, że łatwiej rządzić i manipulować kimś, kto ma wyrzuty, kto czuje się winny. Czuje się, a - niekoniecznie jest, właśnie tak jak K. Trzeci akt, kończący się o 2 w nocy wysysa siły, część widzów wychodziła, ale i tak spektakl jest niedokończony, z niby-sprytnym zakończeniem „wszyscy wiecie, co było dalej”. Czy na pewno?  Wielka rola Andrzeja Kłaka, fantastyczne video (Bartosz Nalazek), zawiodą się jednak ci, którzy oczekiwali, że ten spektakl wywoła jakąś rewolucję (w sensie dosłownym). 

Nic z tych rzeczy.  Ale to wielkie przedstawienie jest także właśnie o nieznośnej niemożności.

I o wielkim zmęczeniu. 

 

Teatr Powszechny w Warszawie

SUPERSPEKTAKL

Justyna Lipko-Konieczna

reż. Justyna Sobczyk i Jakub Skrzywanek

premiera 11 listopada 2017

Mam kłopot z tym spektaklem, bo z jednej strony adresowany jest do widzów jakoś tam dojrzałych, a z drugiej strony – myślę, że najbardziej „złapią fazę” ci młodsi, w sensie niekoniecznie wieku, a - pewnego braku przykrych doświadczeń, niezaznania podłości, niesprawiedliwości, hipokryzji. Rzecz o naszym codziennym superbohaterstwie, które jest czymś innym u zdrowych, a innym - u ludzi z zespołem Downa, którzy np. muszą zmagać się z usankcjonowanymi prawem upokorzeniami. Ale czy aż tak bardzo innym? Czy mamy inne marzenia? Czy co innego zrobilibyśmy dla świata mając supermoce?

Aktorzy Teatru 21, prowadzonego przez Justynę Sobczyk, momentami kradną scenę również fantastycznym aktorom Powszechnego, a w każdym razie - są ich równorzędnymi partnerami, nie rysują niczego ani grubszą ani bardziej kolorową kreską, jest w nich taka dziecięca niemal emanacja radości bycia na scenie.  I choć ten spektakl dla każdego będzie trochę o czym innym, to jednak kończący go monolog Jacka Belera odziera widzów ze złudzeń. Świat nie jest miejscem dobrym, ale – na szczęście – jest teatr. I w roli superbohatera możemy naprawdę wszystko. Co jednak jest jakoś choć troszkę pocieszające.

Jedną z najbardziej poruszających scen tego spektaklu jest odczytanie listu od korporacji zajmującej się ochroną marki jednego z superbohaterów, która odmawia twórcom prawa do użycia na scenie logo. Takich bzdur i Himalajów hipokryzji w życiu nie słyszałem.

 

Teatr Polonia we współpracy z Teatrem Montownia

DZIEŁA WSZYSTKIE SZEKSPIRA (W NIECO SKRÓCONEJ WERSJI)

Adam Long, Daniel Singer, Jess Winfield

reż. John Weisgerber

premiera 10 listopada 2017

Ten spektakl jest jednocześnie hołdem oddanym największemu dramatopisarzowi świata, jest żartem zeń, i – przede wszystkim – pewnego rodzaju obnażeniem króla. W sensie - nagim królem jesteśmy my wszyscy, którym się zdaje, że Szekspir jadł nam z ręki, że wiemy o nim wszystko, podczas gdy – owszem, „Być albo nie być” w większości poprawnie kojarzymy z Hamletem, ale reszta jest jakby milczeniem.

No i właśnie do Hamleta mam uwagę, że ta część ździebko przydługa, podczas gdy zabrakło mi np. Snu nocy letniej, choćby we wspomnieniu. Cudownie zabawne były fragmenty przekładów Szekspira, pokazujące, jak wszyscy jesteśmy zbudowani ze starutkiego Paszkowskiego, podczas gdy w oryginale autor pozwalał sobie na świntuszenie znacznie wulgarniejsze niż u Barańczaka, o google translate już nie wspominając. Trochę też niepotrzebnie pojawia się w spektaklu Fredro i ilustrujące go mazury, to odniesienie – choć efektowne – wydało mi się w tym spektaklu nieczytelne. 

Jednocześnie dziękuję P., że zechciał się ze mną zamienić na miejsca, i że to jego osoba – a nie moja – wyszła na scenę i zagrała Ofelię. Nie byłem akurat w nastroju na występ i – wbrew woli wyciągnięty z fotela widowni - spowodowałbym zapewne jakąś dekonstrukcję.

Jestem jednak pewien, że miał Rafał Rutkowski przygotowany algorytm i na takiego gnuśniejszego nieco widza.

 

Teatr Nowy Proxima

MURZYNI WE FLORENCJI

Vedrana Rudan

reż. Iwona Kempa

premiera 4 listopada 2017

Gdyby istniała taka informacja telefoniczna, nawet płatna, zadzwoniłbym i spytał, dlaczego takie spektakle powstają w Krakowie, a w Warszawie nie? TAKIE spektakle.

Nie będę może powtarzał zachwytów nad Murzynami, przedstawienie jest po prostu znakomite, patrzyłem i słuchałem jak w narkozie. Wspaniałe aktorstwo, świetny choć niesłychanie mocny i dość wulgarny tekst, rewelacyjna reżyseria. Można? Można. Murzyni bez wątpienia zamknęli tegoroczne WST z ogromnym hukiem, obok Friedmanów i Wesela to w mojej ocenie najlepszy spektakl Spotkań. (Ojej, wszystkie wymienione są z Krakowa, przypadek?)

No więc mamy historię opowiadaną z perspektywy płodów. Sic! - w tych rolach cudownie bawiący się swoimi postaciami Juliusz Chrząstowski i Sławomir Maciejewski. Historię pewnej chorwackiej wielopokoleniowej rodziny, która mówiąc w pewnym skrócie nie do końca jest w stanie się ze sobą komunikować. Szczególnie trudne jest w tej rodzinie porozumienie babci, matki i córki, ale – jak wiemy – relacja matek z córkami to najgłębszy z oceanów (Coelho? Albo ktoś taki, ale trafne). Jest jeszcze tata, nie mogący się pozbierać po wojnie i syn, który wrócił z Ameryki z tęsknoty za chorwackimi zachodami słońca. No i syn zaczyna pisać o swojej rodzinie książkę. Ile w niej będzie fikcji, a ile prawdy? I w ogóle - co jest tą prawdą? 

Fenomenalny, wieloznaczny i niepokojąco wciągający spektakl o kobietach i o całej reszcie, z wielkimi rolami Elżbiety Karkoszki, Anny Tomaszewskiej i Martyny Krzysztofik. Wielkie brawa!

 

Teatr Polski w Poznaniu

K.

Paweł Demirski

reż. Monika Strzępka

premiera 4 listopada 2017

Nie spodziewałem się, że zobaczę coś aż tak naiwnego. To, że obaj potrzebni są sobie nawzajem i bez siebie nie są w stanie funkcjonować, że są jak plus i minus, jak czarne i białe, że jeden bez drugiego nie ma punktu odniesienia, to chyba wie każdy dorosły i względnie świadomy człowiek. Że motywacje polskich polityków wynikają z osobistych animozji i że wszyscy są do tego przyzwyczajeni – też wiedziałem i to od dawna. Że nasze bagienko zaczęło się od okrągłego stołu – również nie jest żadnym odkryciem. I że winni tego bagna są kolejno wszyscy rządzący – też.

Ani to political fiction ani przestroga, rzecz chyba najbardziej o zgorzknieniu, wściekłości, bezradności naszą polityką i elitami. Ale gdyby polityką i politykami się aż tak przejmować, to zostawałoby tylko się powiesić. Świetna co prawda rola Marcina Czarnika, ale coś nie tak było z Donaldem Jacka Poniedziałka, w ogóle coś było nie tak, bo opozycyjna, rebeliancka nieledwie atmosfera przed przedstawieniem przerodziła się w atmosferę jednak rozczarowania.

Chociaż… na twarzach niektórych łódzkich polityków wychodzących z Powszechnego, widać było wściekłość.

Chociaż tyle dobrego.

 

Pożar w Burdelu

ŚMIERĆ WROGIEM OJCZYZNY

Maciej Łubieński, Michał Walczak

reż. Michał Walczak

premiera 28 października 2017

W tym odcinku Pożaru zobaczymy debiutującego w trupie (i świetnie się w niej odnajdującego) Leszka Bzdyla, który gra Dionizosa, ale pojawią się także i odegrają ważną rolę: Nina Terentiew, Edward Miszczak i… Jan Pietrzak. Będziemy świadkami walki Instytutu Żałoby Narodowej, założonej przez Zgliszczaka z Frontem Rozrywki Narodowej, który powstał z kolei z inspiracji Burdeltaty. Jakie tym razem zadanie stanie przed Viki Krystyną Halik-Malinowską? (ponownie świetna w tej roli Katarzyna Kwiatkowska)

Tyle pokrótce o dziejstwie. Brakowało mi żartów ze wzrostu Zdzisława aka Dariusza Karłowicza, tylko cichutkie napomknienie było, za mało, żebym znów się z tego sucharka roześmiał. I w ogóle wydał mi się ten odcinek jakby bardziej publicystyczny, jakby mniej liryczny, i może mniej absurdalny niż poprzednie. 

A może po prostu rzeczywistość już nie śmieszy aż tak bardzo?

 

Teatr Polski w Warszawie

MARLENA. OSTATNI KONCERT

Janusz Majcherek

reż. Józef Opalski

premiera 27 października 2017

Czy można wierzyć wspomnieniom? Co w naszym życiu wydarzyło się naprawdę? Co jest faktem, a co – legendą? A jeśli legendą – to wykreowaną przez nas, czy też przez otaczających nas ludzi, którzy widzieli nas takimi, jakimi chcieli nas widzieć, a niekoniecznie – takimi, jakimi rzeczywiście byliśmy?

Na scenie widzimy dwie Marleny – tę z trudem poruszającą się nieledwie staruszkę, uzależnioną od leków i alkoholu, spisującą ręką swojej asystentki wspomnienia ze swego niezwykłego życia, i – Marlenę u szczytu sławy, występującą w filmach, przed żołnierzami na froncie, udzielającą wywiadów. W roli gwiazdy u zmierzchu życia – wspaniała Grażyna Barszczewska, w roli jej młodszej alter-ego - olśniewająca Izabella Bukowska-Chądzyńska. Choć może minimalnie zbyt sentymentalny, to jednak spektakl obejrzałem z nieukrywaną przyjemnością (jestem wielkim fanem Grażyny Barszczewskiej), 

całość została sprawnie zrealizowana, w dwóch planach, wymagających od aktorów żelaznej dyscypliny, szczególnie w garderobie. 

 

Klub Komediowy

POD SENNYM SZERSZENIEM

Michał Sufin

reż. A. Groszyńska, M. Sufin

premiera 23 października 2017

Mamy oto leśny pensjonat, do którego zjeżdżają dziwni ździebko goście, profesor merkantologii porównawczej z żoną aktorką zbyt dramatyczną, lajfstajlerka fauny i flory, geniusz programowania, przyszła CEO ze Szczuczyna czy przypominający Sherlocka Holmesa leśnik badający tajemnicze zaginięcia. I to właściwie tyle. I uwierzcie – tyle wystarczy. Reszta – w absurdalnych dialogach, fantastycznych piosenkach czy też songach (Radek Łukasiewicz – Pustki, ostatnio często piszący dla teatru), w świetnym aktorstwie i - w łączniku świata impro ze światem teatru dramatycznego, którym jest szalony grzybiarz, w tej roli Bartek Młynarski.

Oprócz Weroniki Nockowskiej, Mateusza Lewandowskiego i wspomnianego Bartka, na scenie w Szerszeniu pojawili się aktorzy debiutujący w Klubie - Hanna Konarowska, a także Grzegorz Kwiecień i Kacper Matula z Teatru Narodowego oraz świetna Angelika Kurowska, współpracująca z krakowską Bagatelą. I wszyscy oni, choć ze zgoła innych światów wzięci, pasują do Klubu Komediowego tak, jakby grali tu od zawsze.

A teraz słowo o autorze recenzji, gdyż byłaby ona niepełna bez choć akapitu autopsychoterapii. Może jestem nieco nienormalny bądź niedorozwinięty, ale z Klubu Komediowego wyszedłem w nastroju jesiennym. Nie, nie, bez obaw, powód wszystek we mnie, a nie w znakomitym spektaklu. Bo pomyślałem sobie w którymś momencie, chyba słuchając songu Hani Konarowskiej, że ten świat inteligentnego lirycznego teatru bawiącego się konwencją, niedomówieniem, metaforą, synekdochą, alegorią, eufemizmem, aliteracją, paralelą, anaforą itd. Itp., no więc – ten świat mija. 

I to jakoś tak mija na moich oczach, i mi smutno. Ale Weronika powiedziała mi, że wcale nie mija, i żebym się nie martwił, bo oni w Klubie wierzą, że publiczność chcąca właśnie takiego teatru będzie zawsze. 

Nie mam wyjścia zatem - ufam, że tak będzie w istocie.

 

Teatr Narodowy w Warszawie

NIKT

Hanoch Levin

reż. Artur Tyszkiewicz

premiera 21 października 2017

Taki Nikt zawsze jest potrzebny, żeby było się z kim porównywać i żeby poczuć się przy nim lepiej. Więc właściwie jest zawsze, w każdym kosmosie. To, że i on może mieć jakieś potrzeby, np. szacunku, uwagi, współczucia, może dla otoczenia wydawać się dość egzotyczne, wszak Nikt winien za sam fakt swojego istnienia jedynie przepraszać. I właściwie o tym jest to przedstawienie. Oraz – jak to u Levina – o bezbrzeżnej samotności, z którą niepodobna sobie poradzić mimo pragnień (zwróćcie uwagę na scenę zrywania zaręczyn Chany i Adasia przez Chefeca).

Wszystko dobrze, tylko niezbyt mnie to obeszło. Co prawda Mariusz Benoit świetny, Ewa Konstancja Bułhak do zjedzenia, Anna Ułas wreszcie w większej roli, znakomity Jacek Mikołajczyk, dobre debiuty Lidii Pronobis i Huberta Paszkiewicza, a jednak - jakoś letnio, jakoś za mało, za słabo, czegoś trochę brak. 

Coś nie zagrało również z muzyką, która przeszkadzała w odbiorze, wydawało mi się przez cały niemal spektakl, że dwa piętra wyżej jest próba zespołu rockowego albo grany jest beatowy wariant Fortepianu pijanego. Zagadkę stanowiła także scenografia – za nic nie mogę rozgryźć, co też symbolizowała w tym przedstawieniu plaża na fototapecie.

 

Burgtheater Wien

PANNA BEZ POSAGU (SCHLECHTE PARTIE)

Aleksander Ostrowski

reż. Alvis Hermanis

premiera 21 października 2017

Do Burgteatru wybrałem się, żeby zobaczyć, jak wygląda premiera na najważniejszej austriackiej scenie, oraz – jak wyszedł spektakl reżyserowi, z którego Płatonowa wyszedłem w połowie (a nie zwykłem tak paskudnie czynić), nie mogąc zdzierżyć nudy ziejącej ze sceny Teatru Narodowego, do którego ówże spektakl był jakiś czas temu zaproszony. 

Otóż spektakl udany, a premiera wygląda zupełnie zwyczajnie, tym bardziej, że można było na nią kupić bilety, więc spektakl widzieli także „zwykli” widzowie, a nie jedynie ci z zaproszeniami. Aktorzy znali tekst, bardzo starali się ładnie wymawiać rosyjskie wtręty, szczególnie otczestwa, wpadek technicznych nie było, a tekst – choć ziejący naftaliną – był jakoś zdumiewająco współczesny, co odczułem i ja, mało po niemiecku mówiący, a także mój dwujęzyczny tłumacz, choć obaj pewnie co innego na tej scenie widząc. 

Charita Ignatjewna próbuje bogato wydać za mąż swoją ostatnią córkę Larysę Dmitriewnę. Niestety, to się nie udaje. Wielka miłość i tęsknota za dobrym (innym?) życiem nie są ważne w świecie, gdzie wszystko można kupić. Banalne i łzawe? Może. Ale za to – jak zrobione! I nie tylko Larysy, ale i Robinsona jakoś tak po ludzku żal. Uwagę zwracają przepiękne kostiumy i nieziemska scenografia oraz obrotowa scena, dzięki której możemy śledzić losy bohaterów w kilkunastu różnych planach. Nie wiem jednak, czy te plany nie zmieniały się za często, wyszedłem jednak z wrażeniem, że owa obrotowa scena jest równorzędnym bohaterem dramatu Ostrowskiego. Może jednak tak miało być.

I jeszcze jedno – otóż w komunikacie wygłoszonym przed rozpoczęciem spektaklu, oprócz próśb o nienagrywanie itd., znalazło się też takie zdanie – „Prosimy o wyłączenie telefonów komórkowych, bo światło z monitorów nie tylko irytuje widzów, ale i rozprasza aktorów” (przepraszam za niezdarne tłumaczenie).

Wreszcie ktoś powiedział to głośno. 

 

Teatr Studio

DOBRA TERRORYSTKA

Agnieszka Olsten, Sławomir Rumiak na podst. Doris Lessing

reż. Agnieszka Olsten

premiera 20 października 2017

Niezupełnie rozumiem, dlaczego spektakl ten został dość chłodno przyjęty. Argument, że jest niezrozumiały, jest niezrozumiały. Tam nie ma nic do rozumienia – jak mawiała moja pani od matematyki - albo się w ten świat wchodzi, albo – nie. Mnie wciągnęło i naprawdę dobrze się bawiłem, chociaż może nie jest to do końca ani farsa, ani komedia. I też nie wiem, dlaczego publiczność śmiała się z Alice (Agnieszka Kwietniewska), która właściwie cały spektakl, ze szmatą albo myjką próbowała w tym domu wprowadzić jakiś ład. Bardzo się bowiem z postawą Alice identyfikuję. Faktycznie zabawna była próba coachowania Marcina Pempusia przez Bartosza Porczyka, czy też słodko freudowskie nieporozumienie związane z oderwaniem metki do majtek, a następnie próba wytłumaczenia tegoż zamieszania. Rzecz w sumie o tym, dlaczego zdarza nam się pewne rzeczy robić, choć nie ma dlań żadnego wytłumaczenia, nie powstały żadne sprzyjające okoliczności ani – nie ma żadnych powodów. No, w pewnym uproszczeniu naturalnie.  

A poza tym siedziała obok mnie p. Ewa Kasprzyk i zgodziła się, że siedzenia okropnie twarde, bo się trochę wierciłem, a ona myślała, że to z powodu torebki, którą położyła między naszymi krzesłami, ale nie. 

Abstrahując od siedzisk – czy przypadkiem Agnieszka Kwietniewska nie ma wciąż w głowie Komedianta z Jaracza?

A może to we mnie za tym spektaklem tak wielka tęsknota?

 

Teatr Współczesny w Warszawie

PSIE SERCE

Michaił Bułhakow

reż. Maciej Englert

premiera 14 października 2017

Przez cały spektakl zastanawiałem się, czy Psie Serce jest opowieścią o Związku Sowieckim lat 20-tych czy też - o jakiejś bliższej nam rzeczywistości. Czy pies Szarik, a następnie Szarikow – to wyłącznie postaci z Bułhakowa, czy też mają oni twarze znane nam z politycznej polskiej codzienności. Ba, nawet w Wiaziemskiej odnalazłem kogoś mocno istniejącego (nie wiem, czy nie za mocno) w naszych czasach. No tak teraz jest, czytamy czasem coś, co nie jest napisane… 

Profesor Preobrażeński (Krzysztof Wakuliński) w ramach eksperymentu przeszczepia psu przybłędzie (Borys Szyc) przysadkę, a ten – staje się człowiekiem. Niestety, z najgorszymi możliwymi cechami. Oczywiście, przestroga. Przed czym? Chwała Bogu – Maciej Englert nie uwspółcześnił (nomen omen) tego znakomitego tekstu i każdy na to pytanie odpowie sobie sam, a jeśli nie – to z pewnością po prostu da się wciągnąć w ten bajkowy jednak świat Bułhakowa z padającym moskiewskim śniegiem i z orkiestrami dętymi grającymi na podwórkach.

Jak to we Współczesnym – świetnie zagrane. Borys Szyc w roli psa naprawdę wiarygodny, fantastyczna rola, świetny Krzysztof Wakuliński jako zagubiony nieco w młodziutkim komunizmie profesor i bardzo dobry debiut na deskach przy Mokotowskiej Szymona Mysłakowskiego, który gra Bormentala.

 

Teatr Collegium Nobilium

OTELLO

Feridun Zaimoglu i Gunter Senkel na podst. Williama Szekspira

reż. Grażyna Kania

premiera 6 października 2017

Otello na deskach TCN jest spektaklem momentami nieprawdopodobnie wulgarnym, momentami - dojmująco pięknym, a w całości –  jednym z najlepszych, jakie można teraz oglądać na stołecznych deskach.  Aktorzy grają świetnie, wszyscy. To, że z poświęceniem i technicznie znakomicie – zabrzmi jak banał, ale wsłuchajcie się w jedenastozgłoskowiec, którym się posługują, przecież tam wcale nie słychać wiersza. A jednak – jest poezją! Wciągnięty w ten brudny ale i liryczny szekspirowski świat słuchałem i patrzyłem na scenę z niedowierzaniem i z zachwytem, przez dwie i pół godziny, które mijają niepostrzeżenie, bo nie ma tam ani jednego zbędnego słowa, pauzy czy – gestu.

O czym jest ten Otello? No właśnie chyba najbardziej o słowach, które zabijają, z czego dziś dojmująco zdajemy sobie sprawę, ale jak to u Szekspira – jest tam także i zawiść, i zazdrość, i krew, i okrucieństwo i bezbrzeżna, ogromna samotność, z najsmutniejszą sceną świata, wciskającą w fotel -  pożegnalną rozmową Jaga z Emilią. 

Gratuluję świetnego spektaklu Grażynie Kani, aktorom i twórcom oraz Jego Magnificencji – opiekunowi IV roku Wydziału Aktorskiego AT, zauważając jednocześnie, że poprzeczka przed kolejnymi dyplomami została niniejszym ustawiona niesłychanie wysoko. 

 

TR Warszawa

MOJA WALKA

Karl Ove Knausgard; opr. i adaptacja Tomasz Śpiewak

reż. Michał Borczuch

premiera 6 października 2017

Po obejrzeniu spektaklu zdania nie zmieniłem. Ta książka to jest hucpa, bełkot. Co prawda byłem w stanie dojść jedynie do połowy drugiego tomu, bo troszkę mi szkoda życia na opisy wybierania środków czyszczących, ale im dalej w ten las – tym jest on ciemniejszy, nie moja bajka.

Mimo mizerii materiału literackiego przedstawienie Michała Borczucha wciąga i jest momentami bardzo zabawne. Fantastyczna scena seksu Justyny Wasilewskiej i Jana Dravnela, rozmowa o ipsacji wewnątrz (nomen omen) ptaka z Pawłem Smagałą, czy też rozmowa rzeczonego z Sebastianem Pawlakiem – są bardzo dowcipne, szacunek dla twórców, że w tej okropnie nudnej książce znaleźli tak dobre momenty. Ale kilka scen, szczególnie w akcie drugim, można było skrócić bądź nawet usunąć, np. wątek Breivika nie wydał mi się w tej narracji potrzebny, poza tym moja XIX-wieczna mentalność sprzeciwia się używaniu aż tak rozbudowanych projekcji filmowych, bez względu na sensowność ich wykorzystania tudzież artyzm. 

Całość jest chyba najbardziej o niemożności napisania książki o swoim życiu, a zatem i o niemożności wystawienia spektaklu o książce próbującej obiektywnie opisać świat. 

I dowodem tej niemożności – były przepiękne – nie do powtórzenia właściwie – momenty, z zagubionym motylem latającym po widowni i z dziewczynką (córką P. Smagały?), która i skradła aktorom scenę i chyba nieco zmieniła sens zakończenia.

Przy tym jednak się nie upieram, może właśnie tak miało być.

 

Teatr Ateneum

SPOWIEDŹ MOTYLA

na podstawie pamiętnika Janusza Korczaka oraz tekstów Julii Kijowskiej i Wojciecha Farugi

reż. J. Kijowska/W. Faruga

premiera 5 października 2017

To było najdłuższych 100 minut mojego życia - wszystko przez aktorstwo dziewczynek biorących udział w tym spektaklu i fatalną akustykę, przez którą i tak hermetyczny tekst był jeszcze mniej zrozumiały. Fajna scenografia i jak zawsze dobra muzyka Radka Łukasiewicza nie były w stanie obronić tego przedstawienia. 

 

Teatr Powszechny w Warszawie

MEFISTO

na podstawie Mefista K. Manna, filmu I. Szabo i przedstawienia Teatru Powszechnego z 1983r.  – dramaturgia – Joanna Wichowska

reż. Agnieszka Błońska

premiera 30 września 2017

Momentami poruszający, fantastycznie zagrany i – niestety – dość hermetyczny spektakl.

Wyszedłem zły, bo interesuję się teatrem, Klątwę widziałem, Mefista właśnie przeczytałem, film pamiętam, sytuacją w Teatrze Polskim we Wrocławiu się martwię (w Starym – też), a jednak – niestety nie wszystko na deskach Powszechnego było dla mnie zrozumiałe. Na widowni pojawiały się histeryczne niemal salwy śmiechu, ja nie wiedziałem, z czego widzowie się śmiali, a przecież też chciałbym się dobrze pośmiać, a akurat na scenie było dojmująco i duszoszczypatiel’no, poczułem się więc wyrzucony poza nawias, zaś takie odrzucenie rozeźla.  Wybitnie branżowe odniesienia można było sobie darować, kto nie widział Klątwy – nie zrozumie. Tak, wiem, że to były komentarze (i mocne, i dojmujące) nie do samego spektaklu, a do jego niezdrowej zaiste percepcji, ale tym bardziej brnięcie w Frljcia niestety się nie tłumaczyło. Podobnie jak płomienny monolog Grzegorza Artmana, nawiązujący do rozmowy znanej reżyserki z pewnym prezesem. Jak ktoś nie wie – będzie skonsternowany. Natomiast dyskusja o istocie faszyzmu  – trafiona w punkt, cytaty ze spotkania ludzi teatru z PAD, hymn w wykonaniu wiadomo-kogo, zakończenie -> wbijają w fotel. Powracający kankan również. 

Była szansa, żeby powiedzieć coś naprawdę ważnego nie tylko o stanie duszy i umysłu teatru, artystów i widzów, ale też mówiąc szerzej – o miejscu i czasie, w którym wszyscy żyjemy. Niestety – niewykorzystana, pomyślałem w którymś momencie, że Mefisto powstał, żeby zakleić poharatane dusze aktorów Klątwy. Nie mam pewności, czy to zadziałało.

 

2018, maj, Maxim Gorki Theater w Berlinie

PO NAS CHOĆBY KOSMOS

Sibille Berg

reż. Sebastian Nubling

premiera 24 września 2017

One cztery, później - ich czterech, mówią tym samym głosem, ubrani w jednakowe kombinezony w jaskrawym pomarańczowym kolorze, i w kaski. Mamy nieokreśloną, acz wydaje się, że nieodległą przyszłość, na ziemi wydarzyły się wszelkie możliwe okropieństwa, ona bierze udział w castingu na wyprawę na Marsa, ale warunek jest jeden – trzeba znaleźć faceta, żeby rodziły się dzieci, żeby na tym Marsie zacząć budować nowe społeczeństwo. No i nie jest z tym łatwo. To w telegraficznym skrócie.

Trzydzieści lat temu byłbym zachwycony, w Toruniu obejrzałem bez idiosynkrazji, acz z dojmującym odczuciem, że to ani dla mnie ani o mnie. 

Niemniej – podkreślę -  Gorki także dla gimbazy gra atrakcyjnie i mądrze, o czym głośno i z uznaniem po spektaklu mówiła krytyka mająca we wspomnianym wieku progeniturę.

 

Teatr Collegium Nobilium

MĘDROLE

wg. Józefa Tischnera Filozofii życia po góralsku

reż. Małgorzata Flegel

premiera 23 września 2017

Nie chciałbym, żeby zabrzmiało protekcjonalnie, ale młodzież zdolna, a spektakl – sympatyczny. Oczywiście - jak ktoś nie lubi poczucia humoru ks. Tischnera albo góralskiej gwary, niech się lepiej od Mędroli trzyma z daleka, ale każdy przyzna, że studenci prof. Flegel wykonali gigantyczną pracę przy opanowaniu (i wygłoszeniu) tekstu w bardzo trudnej gwarze, ufam więc, że egzamin z techniki mowy zdany koncertowo, a całość zaśpiewana i zatańczona z wdziękiem, jak na studentów wydziału Aktorstwa Teatru Muzycznego przystało. Generalnie - dziewczyny czuły się na scenie swobodniej niż chłopcy, a spośród dziesięciorga aktorów zwróciłem szczególną uwagę na dwoje, ich scenki solowe były zachwycające, warto nazwiska Magdy Howorskiej i Błażeja Stencla zapamiętać.

Do tego miodu też łyżka dziegciu – otóż sala im. J. Kreczmara w budynku AT niespecjalnie nadaje się na taki spektakl. Jest tam niedobra akustyka, słowa aktorów odbijają się od pustych ścian i trzeba się bardzo skupiać, żeby zrozumieć i tak podawany gwarą tekst. 

Niestety – jeszcze gorzej było przy śpiewie. Prosimy TCN o interwencję przed kolejnymi przedstawieniami. Ale niech ten ujemny minus nie przesłoni faktu, że Mędrole zobaczyć warto. 

 

Teatr Dramatyczny

POCIĄGI POD SPECJALNYM NADZOREM

Bohumil Hrabal

reż. Jakub Krofta

premiera 22 września 2017

Jedyna scena spektaklu, która pozostała mi w pamięci i była jakoś po hrabalowsku zabawna, to rozmowa Miłosza (Otar Saralidze) z Zawiadowczynią (Małgorzata Niemirska). Miłosz w mężczyznę się nie przemienił jako dzieciak wrócił do pracy na stacji po próbie samobójczej i również dziecinne motywacje popchnęły go do wysadzenia pociągu. Żarty z kłopotów z erekcją tudzież porównania do lilii, bardzo hrabalowskie przecież, bawiły tylko za pierwszym razem.  Szkoda talentu Otara, rola Miłosza niedopracowana, trochę przeszarżował Henryk Niebudek jako Zawiadowca, za mało z kolei wyrafinowany był Całusek (Robert Majewski), legendarną scenę z pieczątkami można było bardziej ograć i to przecież ona powinna zostać w pamięci. 

Dobre natomiast role pań - Martyny Kowalik (Telegrafistka), świetna Agata Wątróbska jako Wiktoria. Dopracowana scenografia, fajna muzyka na żywo, ale to wszystko za mało, za mało, za mało.

 

Teatr Narodowy w Warszawie

TWÓRCY OBRAZÓW

Per Olov Enquist

reż. Artur Urbański

Premiera 17 września 2017

Mamy oto atelier, w którym powstaje film na podstawie powieści Selmy Lagerlof (wspaniała Anna Seniuk). Przed obejrzeniem fragmentów filmu uznana pisarka i noblistka poznaje młodą, bezczelną, nieco wulgarną aktorkę Torę Teje (świetny debiut Marty Wągrockiej w TN), z którą wdaje się w niewinną na początku rozmowę. Do czego to spotkanie dwóch kobiet doprowadzi?

Może nie będę pisał, o czym jest to przedstawienie, bo dla każdego ono będzie trochę o czym innym. Najbardziej jednak chyba o tym, że dzieciństwo zostaje z nami na całe życie i że wspominamy je takim, jakim być powinno, a nie – takim jak było. Ale też o tym, że mamy prawo nie wybaczać. I o rażącej niesprawiedliwości, jaka dotknęła małego Judasza. 

Poruszający, mądry i świetnie zagrany spektakl, siedziałem wpatrzony i wsłuchany w Annę Seniuk, która w Twórcach Obrazów zagrała rolę po prostu - wielką.

Znakomity początek sezonu w Narodowym i bardzo wysoko postawiona poprzeczka przed kolejnymi premierami. 

 

Teatr Soho

ANONIM

Alicja Kobielarz

reż. Karolina Kowalczyk

premiera 16 września 2017

Ich troje. Ona – rysowniczka komiksów, On – jej ojciec, profesor fizyki oraz – Anonim. Kim on jest? Czy w ogóle jest? Dlaczego odszedł? Jak na jego odejście zareaguje ojciec, a jak córka?

Wykorzystanie estetyki rysunkowej wyglądało na scenie ciekawie, ale - komiksu było jednak za dużo, podczas gdy chemii między bohaterami „z krwi i kości” - ździebko za mało. Może też dlatego, że profesorowie fizyki są jednak nieco inni niż ten, którego poznajemy na scenie, a wiem, co piszę, gdyż Teść mój był profesorem fizyki. Owszem, opowieść jest z granicy jawy i snu, a nie z rzeczywistości, w której można nas uszczypnąć, ale… chłód między nimi Profesorem a Córką i przywiązanie, jakie miał do Anonima, istotnie mogły wskazywać na to, że panowie mają romans. A może faktycznie tak było? 

Rzecz oczywiście wcale nie o tym, a o stracie i jej przeżywaniu,  jednak coś w tej narracji nie chwyciło.

 

2018, maj, Litewski Narodowy Teatr Dramatyczny z Wilna

LOKIS

Anka Herbut

reż. Łukasz Twarkowski

premiera 14 września 2017

Najważniejsze wydarzenie teatralne tego sezonu na Litwie, spektakl głośny (w każdym sensie), pokazywany na festiwalach tu i ówdzie, tu – pod hasłem Polak potrafi, ówdzie – bo istotnie zrobione z rozmachem i dobrze zagrane i zatańczone (świetna choreografia Pawła Sakowicza). Rzecz na pograniczu teatru i kina, wiele scen oglądamy na projekcjach video czy fotografiach. 

Lokis czyli niedźwiedź – dziejąca się na Żmudzi nowela Marimee jest jednym z trzech bohaterów tego spektaklu, pozostałymi są – Vitas Luckus, kontrowersyjny litewski fotografik i – muzyk Bertrand Cantat, który w Wilnie pozbawił kontaktu z doczesnością swoją partnerkę, aktorkę Marie Trintignant. Rzecz – mówiąc najkrócej – jest o tym, czy istotnie rzeczy/sprawy/ludzie są właśnie takimi, na jakie wyglądają. I temuż obrazowi, temu „wyglądaniu” przyglądamy z rozmaitych perspektyw. Która z nich jest najatrakcyjniejsza? A która prawdziwa? A w którą wierzymy najbardziej, bo najlepiej ją poznaliśmy? Kilka scen w Lokisie jest świetnych – np. kręcenia w Wilnie serialu o Colette (ostatnia rola Marie Trintignant, w której zagrała z synem; Roman grał jej kochanka Bertranda, a całość reżyserowała jego babcia, czy nie słodkie?).  Także - relacja z bankietu po zakończeniu zdjęć, również wywiad z Cantatem, który się żali, że został symbolem przemocy wobec kobiet. 

No więc choć dobre - wymęczyło mnie mocno. Nie przepadam bowiem za teatrem, w którym tak dużą rolę (zaryzykuję, że tutaj najważniejszą) odgrywają multimedia. Oczywiście, Lokis to wprost studium obrazu, wizerunku, trudno zatem od tegoż obrazu uciec, ale… chyba chodzę do teatru po coś ździebko innego.

 

Teatr Żydowski

KIBICE

Michał Buszewicz, Sebastian Krysiak

reż. Michał Buszewicz

premiera 11 września 2017

Fama była, że kontrowersja, że głośne, że Żydzi i że kibice, że Legia wystosowała pismo, no więc wreszcie udało mi się tę zaległość nadrobić i na gościnnych deskach Studia Kibiców zobaczyć. Najwyraźniej jednak jest we mnie jakiś deficyt intelektualny bądź emocjonalny, bo wszystko to spłynęło po mnie jak po kaczce i właściwie zupełnie nie obeszło. Dylematy i traumy kibiców, nawet jeśli są to kibice żydowscy, nie były dla mnie ciekawe. I ani aktorom ani występującym (nie, nie – grającym) w spektaklu prawdziwym kibicom nie udało się mnie tymi sprawami mnie zająć. Pewnie dlatego, że na żadnym meczu nigdy nie byłem i się nie wybieram, że Żyleta to dla mnie bohaterka Księżniczki na opak wywróconej, i że dziki entuzjazm na trybunach stadionów z powodu bramki nieco mnie dziwi, gdyż to przecież zupełnie normalne, że na meczu piłkarskim strzela się gole. 

Utwierdzam się w przekonaniu, że teatr dokumentalny nie jest moją filiżanką herbaty, jak mawiają Anglicy, ale komplet był, widownia trochę podśpiewywała te melodie kibicowskie, brawa były, jednym się podobało, innym – nie. Normalnie.

 

Och-Teatr

POMOC DOMOWA

Marc Camoletti

reżyseria Krystyna Janda

premiera 9 września 2017

To nie do końca moje klimaty, grube kreski, którymi się i tę i każdą inną farsę rysuje, ździebko mię mięszały, ale kilka razy aktorzy rozbawili niemal do łez, szczególnie w akcie drugim. Uprzedzam jednak, że zakończenie jest dość przewidywalne i naiwniutkie. Rzecz traktuje o nadużywającej alkoholu sprytnej pomocy domowej i jej chlebodawcach, którzy spotykają się ze swoimi kochankami podczas (jak sądzą) nieobecności drugiego – mówiąc w pewnym skrócie, a o to, żeby nie doszło do kompletnej katastrofy dba tytułowa gosposia. Tłumaczenie Bartosza Wierzbięty jest całkiem pieprzne i zabawne, niepotrzebnie tylko moim zdaniem całość została przeniesiona w polskie realia.  Nie mam też pewności czy znakomita skądinąd Katarzyna Gniewkowska nie przeszarżowała w swojej tygrysicowatości. Mimo tych małych tęsknot warto Pomoc Domową zobaczyć choćby dla grającej główną rolę aktorki, bo właściwie każda scena z jej udziałem wywoływała na widowni salwy śmiechu. 

Prośba więc do dyrektor artystycznej i reżyserki Krystyny Jandy, żeby nie zapominała, że ma w zespole aktorkę obdarzoną vis comica, jakiej może pozazdrościć każda komediowa scena miasta i świata, mianowicie – Krystynę Jandę.

 

Stowarzyszenie Sztuka Nowa

TURYŚCI

Patrycja Dołowy

reż. Dawid Żakowski

premiera 2 września 2017

Od razu mówię, że na pytanie, kim są dzisiejsi tytułowi turyści jednoznacznej spektakl oczywiście nie daje. Bo tu chodzi bardziej o podróż w głąb siebie, pod warunkiem jednak, że widz będzie wystarczająco otwarty na taką peregrynację, i – co tu dużo mówić – przynajmniej z grubsza wyedukowany.

Ciekaw jestem, jaki będzie odbiór tego performansu wśród młodzieży – bo plan gry zakłada pokazywanie Turystów młodszej widowni. Bo choć mniej więcej Elektrę pamiętam i choć starałem się dość uważnie tekstu Sartre’a słuchać, to nie wszystkie asocjacje były dla mnie zupełnie jasne. Ale – ponieważ to poniekąd teatr 2.0, więc nie jestem za bardzo docelowym odbiorcą tej sztuki. Nie wiem, czy do końca potrzebne było nawiązanie do Sarah Kane, ta estetyka jednak jest dość mocno anachroniczna. Choć – może znów przychodzi na nią czas? 

Bardzo dobry Maciej Tomaszewski, ciekawa gra świateł, jednak pokręcony nieco tekst, a i ja – także jako turysta,

patrzę na zwiedzany świat zupełnie inaczej niż bohaterowie, czy ci na scenie, czy - Orestes z Elektrą. 

Kwestia wieku.

 

Nowy Teatr

Biblia, Rdz 1-11

reż. Michał Zadara

premiera 1 września 2017

Na stworzeniu świata trochę się wierciłem, ale zabójstwa Abla, potop i jego konsekwencje czy wieża Babel były tak pokazane, że patrzyłem (z przeproszeniem) rozdziawiony zupełnie jak mój pięcioletni sąsiad. No cóż, polski Kościół jest zaczytany w katechizmie, nie w Biblii, nic więc dziwnego, że dla części z nas jest niespodzianką, że wiele kodów którymi się na co dzień posługujemy, pochodzi właśnie z Niej. I że olśniewającym przypomnieniem było choćby to, że że męki porodowe są karą za zjedzenie owocu zakazanego. Mimo, że to była węża wina.

Bogiem u Michała Zadary jest roszczeniowa, nieco rozwrzeszczana nastolatka (bardzo dobra Julia Leszkiewicz), w roli Adama – zdecydowanie za rzadko goszczący na scenie Robert Koszucki, Paulina Holtz jako Ewa, plus Barbara Wysocka i świetne dzieciaki, role „dorosłe” zagrane doprawdy z poświęceniem, dziecięce – z wdziękiem. Do zabawy wciągnięta jest także publiczność. I chociaż niespecjalnie lubię jak się mnie wyciąga z fotela (w tym wypadku z ławki), to tutaj z niemal dziecięcą radością i malowałem ze wszystkim i dałem się nawet obrysowywać. Efektem naszej pracy była rajska przestrzeń, bajecznie kolorowa, tak, jakby stworzył ją scenograf, a nie przypadkowa przecież publiczność.

Bez względu na wyznanie czy też jego brak – idźcie z dzieciakami do teatru. Biblia w Nowym Teatrze naprawdę nie jest katechezą, ale i piękną i dowcipną i mądrą opowieścią o najważniejszej książce świata, przy okazji – także fenomenalną zabawą teatrem, jego możliwościami i umownością.

 

Pożar w burdelu

TRAUMA TRAVEL

Maciej Łubieński, Michał Walczak

reż. Michał Walczak

premiera 28 lipca 2017

Ponieważ wakacje, to i w Burdelu o Polaków podróżowaniu i wypoczynku, naturalnie nie bez rozmaitych odniesień. Paula i Zdzisław – warszawskie (warszawscy?) lemingi - płyną w rejs po Wiśle, a tu niespodzianka – na statku trwa telewizyjne show, w którym – chcąc nie chcąc – biorą udział. Prowadząca to show (Katarzyna Kwiatkowska) do złudzenia przypomina mi pewną postać rzeczywistą, także dziennikarkę… Ale to może jakieś niezdrowe podświadome asocjacje. Towarzyszą naszej parze na wczasach różne ciekawe postacie, które przejdą zdumiewające metamorfozy, ważną rolę odegra też wspólne oglądanie telewizji, relacjonującej… Wszystkiego napisać nie można, żeby nie zepsuć zabawy.

Zagrane i zaśpiewane świetnie, jak to w Burdelu, Tomasz Drabek w fantastycznej formie, Katarzyna Kwiatkowska cudownie zabawna, może tylko szkoda, że tak mało do grania mieli Karolina Bacia i Filip Kosior.

Uwagi dwie. Jedną taka do świata – mianowicie niespecjalnie dało się wytrzymać ponad dwie godziny w nieklimatyzowanym wnętrzu Teatru Warsawy, podczas premiery lało jak z cebra, więc pewnie i okien się nie dało otworzyć, więc – choć z jednej strony zachwycałem się spektaklem, z drugiej jednak – trochę też wierciłem i wachlowałem programem.  

A konstatacja druga – po jednym ze skeczy na widowni zapadła – no cóż – kłopotliwa cisza, jakby konsternacja. Nie wiem, czy autorzy nie poszli o (nomen omen) – jeden most za daleko. Ściśle mówiąc – o jedną tamę. 

 

Komuna Warszawa

CEZARY IDZIE NA WOJNĘ

Cezary Tomaszewski

reż. Cezary Tomaszewski

premiera 8 lipca 2017

Wyszedłem z Komuny Warszawa nieco zdezorientowany, gdyż z tak ekscentryczną formą popularyzacji pieśni Moniuszki jeszcze się nie spotkałem. Mam w ogóle wrażenie, że nie do końca nie zrozumiałem, co Artysta miał na myśli (Tomaszewski, nie Moniuszko), niemniej ów spektakl, performans czy jakkolwiek nazwać tę opowieść – dosyć mi się podobał, gdyż było to dziwne, a ja lubię dziwny teatr. 

Idzie mniej więcej o to, że bohater sztuki - Cezary Tomaszewski - dostał wiele lat temu na komisji wojskowej kategorię E, czyli uznano go za niezdolnego do służby wojskowej, a on po latach chce się z różnych powodów od tej niesprawiedliwej decyzji odwołać. Michał Dembiński – jeden z aktorów i także świetny bas – czytał wykaz chorób, które kwalifikowały poborowych do poszczególnych kategorii zdrowia i lista owych chorób wzbudzała w publiczności lawiny śmiechu, czego również nie zrozumiałem, może dlatego, że większość widowni nie pamiętała wojskowych komisji lekarskich z tamtych czasów, a ja owszem, i może dlatego nie uznawałem tego za śmieszne, gdyż śmieszne to nie było. 

Więcej niuansów, nadpisań, metafor i asocjacji nie odnalazłem, ale to na pewno dlatego, że późno przyszedłem i miałem miejsce za pianinem. 

 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

KINKY BOOTS

libretto: H.Fierstein; muzyka: C.Lauper

na podst. scenariusza G.Deana i T.Firtha do filmu Kinky Boots

reż. Ewelina Pietrowiak

premiera 7 lipca 2017

Sensem tego spektaklu jest Krzysztof Szczepaniak (Lola/Simon). Pierwszych 20 minut, do momentu pojawienia się Loli – ździebko nuży, widownia nieco się wierciła i oczekiwała jakiegoś trzęsienia ziemi. No i nadeszło, faktycznie Lola ze swoimi aniołkami wzbudzała furorę za każdym razem, gdy pojawiali (pojawiały?) się na scenie, Największe brawa zebrał jednak Łukasz Wójcik (Don, jakieś 200 cm wzrostu), który w finale z wdziękiem tańczył w piekielnie wysokich szpilkach, szacunek.

Jak na musical było zdecydowanie za mało było kolorów, glamour, cekinów, złota i „tego wszystkiego”. Każdy z lolinych aniołków dysponował jednym tylko kostiumem, szanująca się drag-queen nigdy by sobie na to nie pozwoliła.  Poza tym można było odnieść wrażenie, że nie wszyscy aktorzy czuli się na scenie dobrze, nie wszyscy bezwarunkowo polubili swoje postacie. W libretcie łopatologicznie podane przesłania równościowe wyprowadzały nieco z równowagi, muzyka Cindy Lapuer i liryczna, i przebojowa, jak to u Cindy, niestety polskie tłumaczenie było niedopracowane, nie zawsze dobrze się tego słuchało. 

Parter i oba balkony były pełne, owacje na stojąco itepe itede, ale coś mi tu (nomen omen) po prostu nie zagrało. Ale mimo wszystko – dla Krzysztofa Szczepaniaka i dla Cindy Lauper – warto.

 

Teatr Pieśń Kozła

HAMLET. KOMENTARZ

Alicja Bral

reż. Grzegorz Bral

premiera 2 lipca 2017

Rok temu na spektaklu Pieśni Kozła, choć zupełnie trzeźwy na ciele i umyśle, zniknąłem z fotela Teatru na Woli. Próbuję dziś sobie przypomnieć, co wtedy przez cały dzień robiłem czy byłem w pracy, czy na zebraniu, czy coś czytałem, czy przyjechałem na Wolę metrem czy rowerem… Nie pamiętam. Pamiętam TYLKO tamtą niezwykłą godzinę z życia.

Nie daje mi bowiem spokoju pytanie, czy to, w jakim stanie ducha/ciała/umysłu zjawiamy się w teatrze, wpływa na to, co widzimy, co zapamiętujemy i jak odczuwamy. No pewnie, że wpływa. Ale jak? Tym razem zatem postanowiłem dokładnie zapamiętać mój dzień. Był normalny, zwykły, przeciętny, złapał mnie grad koło Ronda Jazdy Polskiej, więc schowałem pojazd i siebie pod zadaszenie, przed spektaklem wypiłem ice-tea, zamieniłem dwa słowa z Panią Profesor. I - obejrzałem to nieprawdopodobnie piękne przedstawienie, i tym razem się zachwyciłem. 

Ale już nie tak, jak poprzednio. Nie, nie, nie chodzi o to, że spektakl gorszy czy mniej poruszający, nie. Chyba po prostu jest tak, że nic dwa razy. 

(No wreszcie solidna recenzja, wyłącznie o piszącym)