TEATR POLONIA

2018, maj

KOBIETY W SYTUACJI KRYTYCZNEJ

Joanna Murray-Smith

reż. Krystyna Janda

derniera 16 maja 2018

I znów – niemal rzutem na taśmę, w ostatniej chwili, bo jakoś przedtem nie było okazji, mimo, że na afiszu od 11 lat. Bywa i tak. Nie wiem, czy dlatego, że derniera, czy dlatego, że wcale nie tak często Kobiety pojawiały się na scenie, na ostatnim przedstawieniu był komplet. Przeważały i to w stopniu znacznym - panie. Dobrze, bo to wybitnie kobiecy spektakl był.  Zgodnie z tym, co na zakończenie powiedziała Lidia Stanisławska – o tym, że kobiety nie są po to, żeby je rozumieć, ale po to, żeby je kochać. Nic dodać nic ująć. 

Nie będę ukrywał zatem, że część krytycznych sytuacji pięciu kobiet na scenie była dla mnie i nieco egzotyczna i ździebko niezrozumiała, ale moja teściowa przebąkuje, że jestem mało empatyczny, a ona wie, co mówi. Może - poza wdową, ale w tej roli grała Dorota Pomykała, którą mógłbym zjeść, i która z wdówki zaangażowanej przeobraziła się we wdówkę wesołą, co sprawili młody kochanek oraz głośne czytanie, może w odwrotnej kolejności chronologicznej.

Jedno pewne – nie dałoby się stworzyć takiego spektaklu o mężczyznach w sytuacji krytycznej, trwałby może 5 minut. To żadna mizoginia, to fakt, wystarczy przywołać z tejże sceny Pięknego Nieczułego, gdzie pani Edith mówi godzinę bez przerwy, a pan Emil – literalnie nic. 

 

2018, maj

ZAPISKI Z WYGNANIA

Sabina Baral

reż. Magda Umer

premiera 9 marca 2018

Monodram Krystyny Jandy na podstawie wspomnień Sabiny Baral, która jako dwudziestolatka wyjechała z Polski w 1968 roku.

Rzecz nawet nie tyle o upokorzeniach, jakie wyrzucająca ich ojczyzna jeszcze na granicy jej rodzinie zgotowała, czy -  nawet nie o tych z nas, którzy będą musieli sobie poradzić antysemityzmem i z poczuciem winy za wydarzenia z tamtych strasznych czasów, choć byli niewinni. Dla mnie bowiem Zapiski są studium tęsknoty, nie tylko za kochanymi, którzy zostali, za domem i ekstrawaganckimi sąsiadkami, czy – za tomikami poezji zarekwirowanymi w pociągu, ile – za nadzieją na piękną normalną przyszłość, za życiem w miejscu, które było ojczyzną, za cieniami dziadów, tych, którzy „poszli z dymem” (cytuję autorkę) i tych, którzy zmarli z żalu za nimi.

Krystyna Janda gra totalnie, to jej wielka rola, która z pewnością wejdzie do historii. Po prostu – wychodzi na scenę i mówi. I tyle. Po minucie zapada taka cisza, jaka w teatrze zdarza się tylko raz na jakiś czas. (Tylko jakaś idiotka uznała, że musi zrobić komórką zdjęcie, nie wyłączyła flesza. A komuś zadzwonił telefon, choć były prośby o wyłączenie. Gdybym był obok, chyba bym zabił.)

Nie rozumiem tylko, dlaczego twórcy zdecydowali się na takie a nie inne zakończenie tego wspaniałego spektaklu. Patrzyłem z niedowierzaniem i rozczarowaniem, bo ostatnia scena niestety wszystko psuje. 

Wszystko. Przecież to w ogóle nie o tym. Przecież to sprowadza wspaniały tekst o ludzkiej bezradności wobec historii do taniej publicystyki w tej czy innej telewizji... Ale zobaczyć trzeba, mimo finału - rozrywa i duszę, i serce.

 

2018, styczeń

ŻEBY NIE BYŁO ŚLADÓW

Cezary Łazarewicz, adaptacja Piotr Rowicki

reż. Piotr Ratajczak

premiera 25 stycznia 2018

W inscenizacji Piotra Ratajczaka Grzegorz Przemyk (świetny Adrian Brząkała) był paradoksalnie postacią drugoplanową, rolę główną - ale nie najważniejszą - grała Agnieszka Przepiórska (Barbara Sadowska, matka Grzegorza). Bowiem najważniejszym bohaterem tego przedstawienia jest państwo polskie, które rękoma jednej czy drugiej swołoczy w mundurze, pobiło chłopaka na śmierć. A następnie skazało za tę śmierć niewinnych ludzi, korzystając z całego aparatu, jakim dysponuje.

Dwiema scenami byłem poruszony – monologiem Grzegorza o swojej przyszłości, gdzie rozwodził się, kim byłby dziś, jak potoczyłyby się jego losy gdyby żył, i – rozprawą w sądzie, ze świetną Jolantą Olszewską w roli prokurator.  

To spektakl „ważny” i „potrzebny”. Wkładam w cudzysłowy nie po to, żeby wyśmiać, tylko właśnie takich słów użyto i w pierwszych recenzjach i na popremierowym bankiecie w foyer. Pełna zgoda – ważny i potrzebny. Tylko zawsze mam lęki, że przydawki takie zamykają rozmowę o samym dziele - spektaklu, filmie, książce itd., 

że to, co ew. nie wyszło, przykrywane jest rangą wydarzenia czy też tematem, z jakim się twórca mierzył.

 

2017, listopad, we współpracy z Teatrem Montownia

DZIEŁA WSZYSTKIE SZEKSPIRA (W NIECO SKRÓCONEJ WERSJI)

Adam Long, Daniel Singer, Jess Winfield

reż. John Weisgerber

premiera 10 listopada 2017

Ten spektakl jest jednocześnie hołdem oddanym największemu dramatopisarzowi świata, jest żartem zeń, i – przede wszystkim – pewnego rodzaju obnażeniem króla. W sensie - nagim królem jesteśmy my wszyscy, którym się zdaje, że Szekspir jadł nam z ręki, że wiemy o nim wszystko, podczas gdy – owszem, „Być albo nie być” w większości poprawnie kojarzymy z Hamletem, ale reszta jest jakby milczeniem.

No i właśnie do Hamleta mam uwagę, że ta część ździebko przydługa, podczas gdy zabrakło mi np. Snu nocy letniej, choćby we wspomnieniu. Cudownie zabawne były fragmenty przekładów Szekspira, pokazujące, jak wszyscy jesteśmy zbudowani ze starutkiego Paszkowskiego, podczas gdy w oryginale autor pozwalał sobie na świntuszenie znacznie wulgarniejsze niż u Barańczaka, o google translate już nie wspominając. Trochę też niepotrzebnie pojawia się w spektaklu Fredro i ilustrujące go mazury, to odniesienie – choć efektowne – wydało mi się w tym spektaklu nieczytelne. 

Jednocześnie dziękuję P., że zechciał się ze mną zamienić na miejsca, i że to jego osoba – a nie moja – wyszła na scenę i zagrała Ofelię. Nie byłem akurat w nastroju na występ i – wbrew woli wyciągnięty z fotela widowni - spowodowałbym zapewne jakąś dekonstrukcję.

Jestem jednak pewien, że miał Rafał Rutkowski przygotowany algorytm i na takiego gnuśniejszego nieco widza.

 

2017, sierpień

ZBRODNIA Z PREMEDYTACJĄ

Witold Gombrowicz

adaptacja i reż. Izabella Cywińska

premiera 15 czerwca 2012

Jakoś do tej pory nie było okazji, dziękuję więc Polonio, że grasz całe lato i że mogłem tę zaległość nadrobić. Sala była pełna, publiczność zachwycona, i było ogólnie miło.

Jak wiemy - Gombrowicz napisał tylko trzy teksty dla teatru i wszystkie trzy są arcydziełami. Przedstawienie w Polonii jest natomiast adaptacją sceniczną jednego z jego najbardziej znanych opowiadań i arcydziełem niestety nie jest, robi bowiem wrażenie stworzonego ku uciesze tej części publiczności, dla której „prawdziwy” Gombrowicz byłby za trudny. 

Przybywa oto śledczy (Wojciech Malajkat) do domu, w którym doszło do zgonu obywatela ziemskiego. Z pobieżnych oględzin ciała wynika, że zgon nastąpił z przyczyn naturalnych, ale śledczy jest przekonany, że miało miejsce morderstwo. Jak je jednak udowodnić, skoro śladów brak? 

W recenzjach po premierze zwracano uwagę, że spektakl zawiera wyraźne aluzje polityczne („zwłoki, które dopominają się o mordercę”), może przed pięcioma laty ten przekaz był mocniejszy, dziś wydaje się być niewinnym zaledwie komentarzem do rzeczywistości. Na tyle niewinnym, że w ogóle nie skojarzyłem, że i tak można ten tekst dziś odebrać.  

Wojciech Malajkat jest w ogóle jakby z Gombrowicza więc ten spektakl jest symfonią jego i talentu i warsztatu, ale przez chwilkę wydawało mi się, że śledczy jest zbyt ostentacyjnie gombrowiczowski. Świetna Elżbieta Kępińska (wdowa), nie mam natomiast pewności czy Rafał Mohr (syn) miał wystarczający kontakt z graną przez siebie postacią. 

 

2017, czerwiec

PIĘKNY NIECZUŁY

Jean Cocteau

reż. Edward Wojtaszek

premiera 22 czerwca 2017

Jest to nieco staromodny (anachroniczny?) spektakl dla kobiet. 

Gdyż tylko kobiety są w stanie zrozumieć motywacje bohaterki, która robi wszystko, żeby zatrzymać przy sobie ukochanego dokładnie odwrotnie niż zrobić by należało. Gdybym był na miejscu pana Emila wyszedłbym już po minucie jej egzaltowanych pretensji. No ale mężczyźni rozumieją płeć piękną w zaledwie 2 % (muszę w końcu te badania odnaleźć), więc nie zdziwiłem się, że widzki w Polonii nagradzały spektakl owacjami na stojąco, ze łzami w oczach, a swoich mężów kuksańcami motywowały do tegoż samego. Mnie bohaterka i tekst wyprowadzili z równowagi i wymęczyli, takich psychodram po prostu nie lubię. 

Aliści zauważmy, że Natalia Sikora śpiewa nieprawdopodobnie, aż trudno uwierzyć, że piosenki Edith Piaf nie są z playbacku.

Fajną rolę ma także Paweł Ciołkosz, jego Pan Emil – jak dżentelmen, któremu przerwano drzemkę – nic nie mówi, tylko rzuca klucze i wychodzi.

 

2016, grudzień

CHŁOPCY

Stanisław Grochowiak

reż. Mirosław Gronowski

premiera 18 listopada 2016

Bardzo „polonijne” przedstawienie, ba, słyszałem opinię, z którą niepodobna się nie zgodzić, że to „teatr jak kiedyś”. Mamy oto dom spokojnej starości, a w nim chuliganiących nieco tytułowych chłopców, srogą siostrę Marię (Aleksandra Domańska), nieco uzależnioną od alkoholu siostrę przełożoną (fantastyczna Barbara Horawianka), hrabinę (Helena Norowicz) oraz Narcyzę (Maria Pakulnis), która jednego z chłopców, swojego męża zresztą, chce zabrać do domu. Tyle w skrócie.

Chłopcy mają się świetnie i aktorsko i w ogóle. Mariana Opanię – Pożarskiego - można jeść łyżkami (czytelnik wybaczy nieco staroświeckie określenie), Stanisław Brudny (87 lat!) naprawdę bryka niczym chłopiec, chciałbym być choć w części w takiej formie, jeśli dożyję jego wieku. 

W ogóle seniorzy u Krystyny Jandy przypominają, że aktorska emerytura jest czymś zupełnie umownym i mimo niekiedy prawie setki na karku pokazują młodszym na scenie, co to znaczy „dobre, przedwojenne geny” i wielki talent. (przypomnę, że m.in. Barbara Krafftówna gra w Ochu, Wiesława Mazurkiewicz też). Poza tym – świetny epizod Justyny Duckiej, najmłodszej zdaje się aktorki w tym przedstawieniu. 

 

2016, październik

SŁONECZNA LINIA

Iwan Wyrypajew

reż. Iwan Wyrypajew

premiera 14 października 2016

95 procent ludzi jest jak Barbara (Karolina Gruszka), ja jestem jednak jak Werner (Borys Szyc), może dlatego ten spektakl aż tak mnie nie dotknął. To nie jest rzecz – jak można wywnioskować z pierwszych relacji - o damsko męskim niedopasowaniu, gdyby tak było, Słoneczna linia byłaby cudownym materiałem na farsę. Wyrypajew szczęśliwie nie pisuje fars. Nie jest to również o oczyszczającej sile rozmowy, ani - jak to zwykle bywa u tego dramaturga - o sile i słabości słów.

Jest to bowiem spektakl o samotności. O tym, że „soon or later we all sleep alone” – jak śpiewała Cher, o tym, że każdy – czy w małżeństwie czy w innym związku - jest osobnym bytem, krajem, którego granicę stanowi owa słoneczna linia, i która to linia – mówi nam Wyrypajew – jednak nie jest przekraczalna. 

Słoneczna linia wcale nie jest przedstawieniem wesołym. No ale publiczność się śmieje, a najbardziej – ze sceny bijatyki między małżonkami, najbardziej zresztą poruszającej. Cóż, niech każdy się śmieje, gdzie i kiedy chce, tak?  

Bluzgi u ustach p. Karoliny znów brzmią jak poezja, to jedyna znana mi aktorka tego pokolenia, która potrafi na scenie używać „brzydkich” (nieparlamentarnych – jak napisano na stronie Teatru) wyrazów, a Borys Szyc przypomina, że jest świetnym aktorem teatralnym.

 

2016, sierpień

MGNIENIE

Phil Porter

reż. Adam Sajnuk

premiera grudzień 2015

Odwaga Krystyny Jandy popłaca.

Można w prywatnym teatrze wystawić Szczęśliwe dni? Można. A piękny, chociaż mało komercyjny Nos? Też można. No ale w obu tych przykładowych spektaklach grają gwiazdy. A tu, w Mgnieniu, mamy dwoje debiutantów… Ale Justyna i Adrian poradzili sobie świetnie, a przedstawienie ma wiernych widzów.

Mądry, bardzo teatralny tekst Phila Portera o samotności w wielkim mieście, mówiąc w pewnym uproszczeniu. Poznajemy dwójkę młodych ludzi, Sophie i Jonasza, których los styka w Londynie. Oboje walczą z jakimś demonem – Sophie sądzi, że jest „niewidzialna”, Jonasz jest trochę wycofany, nieśmiały. Pewien wypadek sprawi, że zbliżą się do siebie. Jak ta współczesna love story skończy?

Mgnienie jest porównywane czasami do wystawianych na dużej scenie Polonii Konstelacji (też w reżyserii Adama Sajnuka) i coś w tym jest.

Tylko że tam jest o roli przypadku w naszym życiu, a w Mgnieniu -  o życiu od przypadku do przypadku, o tych chwilach, kiedy jesteśmy online.  

W sumie wcale niewesołe. A Justyna Ducka i Adrian Brząkała świetni. 

 

2016, lipiec

KONSTELACJE

Nick Payne

reż. Adam Sajnuk

premiera sierpień 2013

Tak… tak, lato jest świetnym czasem na nadrabianie zaległości. Jakoś dotychczas Konstelacje grane były w niezgodzie z moim grafikiem, ale szczęśliwie – wciąż są na afiszu. I pewnie będą, bo trzy lata od premiery, w środku wakacji, Maria Seweryn i Grzegorz Małecki zapełnili niemałą przecież widownię Polonii w stu procentach.

Pani Maria już w pracy, po naprawdę krótkim zwolnieniu związanym z nadejściem na świat trzeciego potomka, w świetnej formie, gdybym był kobietą – zazdrościłbym. Grzegorz Małecki – jak zawsze fantastyczny. Do tego – mądry tekst i przemyślana, inteligentna reżyseria Adama Sajnuka, nic więc dziwnego, że publiczność ten spektakl kocha. 

Rzecz o roli przypadku, przeznaczenia i wyboru w naszym życiu, o tym, że wszystko się liczy, że każdy spójnik może mieć znaczenie. Oraz o kosmosie i pszczołach, jakkolwiek to zabrzmi. 

Aktorzy kochają swoje postacie, to bardzo widać. Może dlatego tak dużo dobrej energii płynęło stamtąd na widownię. A rebours też!
 

2016, maj

MATKI I SYNOWIE

Terence Mc Nally

reż. Krystyna Janda

premiera kwiecień 2016

W Matkach i synach Krystyna Janda przypomina miastu i światu, że jest wielką aktorką. Owszem, jak sama przyznała  - zagranie suki nie stanowi dla niej wielkiego wyzwania, ale tutaj gra sukę naprawdę na całej pięciolinii. Grana przez nią matka, Katherine Gerard,  jest co prawda okropnie zgorzkniała, dojmująco samotna, żenująco nienowoczesna, ale także cudownie w swojej złośliwości i jędzowatości zabawna i gdzieś tam jednak mająca do siebie pewien dystans. 

Historia jest prosta. Matka nieżyjącego Andre (zmarł na AIDS) odwiedza  jego byłego partnera Michaela, który wraz z Willem, swoim mężem (sic!) wychowuje syna. Tyle. Reszta jest w fantastycznych dialogach, w mądrych  bezkompromisowych rozmowach o życiu, śmierci, emocjach, szczęściu i pechu. 

I myślę sobie, że ten i wzruszający i bardzo poruszający (oraz koncertowo zagrany) spektakl jest nie tylko głosem w dyskusji o tolerancji, nie tylko hołdem oddanym tysiącom ofiar choroby, na którą wtedy nie znano antidotum.   

Jest przede wszystkim opowieścią o... matkach i synach, o niespełnialnych oczekiwaniach, o roszczeniach, o miłości matczynej, która nie mieści się w granicach sensu i logiki i która może wyrządzić nieprawdopodobne krzywdy. Która może zabić.

Krystynie Jandzie towarzyszą na scenie Paweł Ciołkosz i Antoni Pawlicki. Obaj są świetni. Ale show kradną wszystkim Adam Tomaszewski  i  Antoni Zakowiczem, którzy grają (w dublurze) Nicholasa, siedmioletniego syna pary gejowskiej. 

Chłopaki, czapki z głów.