TEATR POWSZECHNY W WARSZAWIE

2018, czerwiec

LAWRENCE Z ARABII

dram. P. Wawer Jr

reż. Weronika Szczawińska

premiera 22 czerwca 2018

Spektakl dojmująco nie dla widza pokroju mojej osoby, okropnie mnie Melpomena tego wieczoru wykończyła. Wiktor z nagim torsem biegał po scenie z piłką, Maria Robaszkiewicz czytała coś po arabsku, ktoś mówił strasznie po rosyjsku, a wszystko miało być o uchodźcach, którzy do projektu się nie zgłosili, choć teatr zapraszał. Może nie trzeba było jednak tego mówić ze sceny tak otwarcie?

No więc powstało przedstawienie o – mówiąc w skrócie - naszym postrzeganiu innych. O Ukraince – oczywiście - sprzątaczce, a Saudyjczyku, który ubolewa nad trudnościami w umizgach w swojej kulturze, o Kanadyjce chińskiego pochodzenia itp. Itd. Zgodnie z zapowiedzią na stronie TP spodziewałem się farsy, czy też „komediowego charakteru” tego przedsięwzięcia, niestety, najprawdopodobniej nie mam poczucia humoru, gdyż w ogóle to nie było zabawne, a wyszedłem wręcz przygnębiony. 

Na konferencji prasowej przed premierą reżyserka powiedziała o swoim przedstawieniu: „Jest żenadnie, farsowo i niezgrabnie” (cyt. za PAP).  Pełna zgoda. 

 

2018, kwiecień

KRAM Z PIOSENKAMI

Leon Schiller

reż. Cezary Tomaszewski

premiera 31 grudnia 2017

Może wstyd się przyznać, ale chyba… nie zrozumiałem tego spektaklu. Mimo, że starałem się bardzo uważnie słuchać i tylko raz zrugałem sąsiada licealistę z dredami, który szczebiotał do swojej koleżanki licealistki. (Pani nauczycielka tuż obok siedząca chyba wstydziła się zająć w tej sprawie stanowisko, bo na pewno tenże dred podałby ją do kuratorium za mobbing. Raczej nie lubię spektakli, na których są wycieczki szkolne). No więc wszystko było zaśpiewane i zagrane fantastycznie, bo aktorzy Powszechnego są świetni, a Cezary Tomaszewski ma nietuzinkową wyobraźnię, momentami było naprawdę dowcipnie, szczególnie jak miano bekę z angażowania (do zaangażowanego przecież teatru) publiczności, bo okazało się, że… No dobra, nie będę psuł niespodzianki.

Odniosłem tylko cień wrażenia, że chociaż wszystko było ładnie i pomysłowo, to jednak było to pustawe. Tak jak śliczne, starannie wyklejone kolorowymi cekinami pudełko, bez zawartości jednak. 

Identyczne wrażenie miałem na kultowym przedstawieniu tegoż reżysera - Cezary idzie na wojnę w Komunie Warszawa.

Najwyraźniej nie rozumiem po Tomaszewsku.

 

2018, marzec

NERON

Jolanta Janiczak

reż. Wiktor Rubin

premiera 23 marca 2018

Gdyby to mnie wyciągnięto z widowni, i umieszczono na stole do masażu, a następnie położyłby się na mnie nagi aktor, to popełniłbym daleko idącą impertynencję, mimo że uważam Juliana Świeżewskiego za świetnego aktora (i za przystojnego mężczyznę). To nie jest przesunięcie granicy teatru – jak chcieliby twórcy -ale nieuprawnione naruszenie strefy komfortu. A co jeśli któryś z widzów zechce tę scenę zdekonstruować i przekształcić w realny akt erotyczny? Z pewnością i taki scenariusz twórcy przewidzieli i zapewne można byłoby skonstatować, że właśnie o tym jest ten spektakl. No można. I ochrona by zainterweniowała i znów byłby szum.

A gdyby – no przepraszam – mówimy o fizjologii, przecież nie zawsze od nas zależnej – no gdyby Michał Czachor istotnie doznał erekcji, której brak u Nerona jest jedną z lepszych zresztą scen w tym spektaklu. Cóż – pewnie i to twórcy przewidzieli, choć nie wiem, czy ochrona by zainterweniowała.

A gdyby… Itepe itede… Tam był materiał na poruszające przedstawienie, choćby w relacji Nerona z Agrypiną. Niestety, wyszedłem z Powszechnego z pewnością, że Mefisto nie pomógł, że wciąż przeżywa się tu klątwę Klątwy i u Rubina aktorzy nie grają Nerona, Messaliny, itd., lecz – siebie, jakby upewniając niedowiarków, że są w stanie zagrać wszystko. WSZYSTKO.

I dlatego nie uwierzyłem w ani jedno słowo, które padło ze sceny. Ta zabawa czy też nieudana prowokacja skończy się, gdy widownię zacznie wypełniać publiczność zainteresowana oglądaniem (i dotykaniem) nagich ciał aktorów, a nie słuchaniem tego, co mają do powiedzenia.

Wzburzony byłem jedną sceną, nie, nie tą z jajkami. Otóż trzeba było znaleźć chętnych chrześcijan do zawiśnięcia na krzyżu. Na premierze zainteresowanie publiczności taką formą uczestnictwa w przedstawieniu nie było zbyt wielkie, więc aktorzy dopuścili się szantażu. Nie jestem przesadnie zdewociały, ale nie życzę sobie tego rodzaju prowokacji. Niemniej doniesiono mi, że na kolejnych spektaklach były kolejki chętnych.

Najwyraźniej klątwa premiery.

 

2017, grudzień

STRACH ZŻERAĆ DUSZĘ

na podst. filmu Rainera Wernera Fassbindera

reż. Agnieszka Jakimiak

premiera 19 grudnia 2017

Aktorzy bawią się rolami, doprowadzając swoje postaci do granic przerysowania, może nawet niekiedy je przekraczając (granice oczywiście, nie postaci), ale to nie szkodzi. Zagrane bowiem brawurowo, nieodparcie śmieszne, pomysłowo i niesłychanie starannie wyreżyserowane.

O czym ten spektakl jest a o czym nie jest, to kwestia moim zdaniem drugorzędna, gdyż „Strach zżerać duszę” jest cudownym zwycięstwem formy nad treścią, co mi tym razem zupełnie nie przeszkadzało, gdyż forma owa – jako się już rzekło – jest w dechę.

No ale mówiąc najkrócej - rzecz o tym, że (jakkolwiek to brzmi) nie wszyscy jesteśmy tacy sami i że nie każdy daje sobie z sobie radę z tą oczywistością, tak, jak nie radziły sobie sąsiadki Emmi z faktem istnienia jej młodego arabskiego kochanka. 

O źle mówiącym po niemiecku sprzedawcy w pobliskim sklepiku już nie wspominając. Byczy spektakl!

 

2017, listopad

SUPERSPEKTAKL

Justyna Lipko-Konieczna

reż. Justyna Sobczyk i Jakub Skrzywanek

premiera 11 listopada 2017

Mam kłopot z tym spektaklem, bo z jednej strony adresowany jest do widzów jakoś tam dojrzałych, a z drugiej strony – myślę, że najbardziej „złapią fazę” ci młodsi, w sensie niekoniecznie wieku, a - pewnego braku przykrych doświadczeń, niezaznania podłości, niesprawiedliwości, hipokryzji. Rzecz o naszym codziennym superbohaterstwie, które jest czymś innym u zdrowych, a innym - u ludzi z zespołem Downa, którzy np. muszą zmagać się z usankcjonowanymi prawem upokorzeniami. Ale czy aż tak bardzo innym? Czy mamy inne marzenia? Czy co innego zrobilibyśmy dla świata mając supermoce?

Aktorzy Teatru 21, prowadzonego przez Justynę Sobczyk, momentami kradną scenę również fantastycznym aktorom Powszechnego, a w każdym razie - są ich równorzędnymi partnerami, nie rysują niczego ani grubszą ani bardziej kolorową kreską, jest w nich taka dziecięca niemal emanacja radości bycia na scenie.  I choć ten spektakl dla każdego będzie trochę o czym innym, to jednak kończący go monolog Jacka Belera odziera widzów ze złudzeń. Świat nie jest miejscem dobrym, ale – na szczęście – jest teatr. I w roli superbohatera możemy naprawdę wszystko. Co jednak jest jakoś choć troszkę pocieszające.

Jedną z najbardziej poruszających scen tego spektaklu jest odczytanie listu od korporacji zajmującej się ochroną marki jednego z superbohaterów, która odmawia twórcom prawa do użycia na scenie logo. Takich bzdur i Himalajów hipokryzji w życiu nie słyszałem.

 

2017, wrzesień

MEFISTO

na podstawie Mefista K. Manna, filmu I. Szabo i przedstawienia Teatru Powszechnego z 1983r.  – dramaturgia – Joanna Wichowska

reż. Agnieszka Błońska

premiera 30 września 2017

Momentami poruszający, fantastycznie zagrany i – niestety – dość hermetyczny spektakl.

Wyszedłem zły, bo interesuję się teatrem, Klątwę widziałem, Mefista właśnie przeczytałem, film pamiętam, sytuacją w Teatrze Polskim we Wrocławiu się martwię (w Starym – też), a jednak – niestety nie wszystko na deskach Powszechnego było dla mnie zrozumiałe. Na widowni pojawiały się histeryczne niemal salwy śmiechu, ja nie wiedziałem, z czego widzowie się śmiali, a przecież też chciałbym się dobrze pośmiać, a akurat na scenie było dojmująco i duszoszczypatiel’no, poczułem się więc wyrzucony poza nawias, zaś takie odrzucenie rozeźla.  Wybitnie branżowe odniesienia można było sobie darować, kto nie widział Klątwy – nie zrozumie. Tak, wiem, że to były komentarze (i mocne, i dojmujące) nie do samego spektaklu, a do jego niezdrowej zaiste percepcji, ale tym bardziej brnięcie w Frljcia niestety się nie tłumaczyło. Podobnie jak płomienny monolog Grzegorza Artmana, nawiązujący do rozmowy znanej reżyserki z pewnym prezesem. Jak ktoś nie wie – będzie skonsternowany. Natomiast dyskusja o istocie faszyzmu  – trafiona w punkt, cytaty ze spotkania ludzi teatru z PAD, hymn w wykonaniu wiadomo-kogo, zakończenie -> wbijają w fotel. Powracający kankan również. 

Była szansa, żeby powiedzieć coś naprawdę ważnego nie tylko o stanie duszy i umysłu teatru, artystów i widzów, ale też mówiąc szerzej – o miejscu i czasie, w którym wszyscy żyjemy. Niestety – niewykorzystana, pomyślałem w którymś momencie, że Mefisto powstał, żeby zakleić poharatane dusze aktorów Klątwy. Nie mam pewności, czy to zadziałało.

2017, czerwiec

UPADANIE

Arpad Schilling

reż. Arpad Schilling

premiera 30 czerwca 2017

„Upadanie to próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego współczesny świat tak się radykalizuje i gwałtownie skręca na prawo” – czytamy w opisie na stronie Teatru.  Wcale że nie! Ten spektakl jest o czymś znacznie groźniejszym - o zmienianiu znaczeń słów. Zawiodą się więc ci, którzy oczekiwali przedstawienia politycznego, odnoszącego się bezpośrednio do tu i teraz. Ba, gdyby Ewę Skibińską trochę bardziej odziać i usunąć z tekstu kurwamacie, to można by Upadanie pokazać w nawet Ateneum. I w kuluarach po premierze to była jedna z uwag do spektaklu, owa taka trochę serialowo-mieszczańska narracja. Zupełnie tego zarzutu nie rozumiem, przedstawienie jest bowiem i ważne i bardzo dobre, bez znaczenia, czy zrealizowane w tej czy w innej narracji.

Jak zawsze w Powszechnym zagrane świetnie, z m.in. debiutującym na praskich deskach znakomitym krakowskim dotychczas aktorem Wiktorem Logą-Skarczewskim i z Ewą Skibińską, która po prostu wymiata. Również bardzo dobre role Juliana Świeżewskiego, Michała Jarmickiego, wszystkich. 

Słusznie zauważył ktoś we wspomnianych kuluarach, że to prawie Czechow, obraz pozornie normalnego życia pewnej rodziny, w którym to życiu dochodzi do – znów – pozornie drobnych wydarzeń, które doprowadzą do (już nie pozornie) niewesołego finału. 

Zostawia więc nas Schilling z pytaniami (prawie) jak z Czechowa - co tę rodzinę ze sobą łączy? Co to znaczy „wyglądać jak homoseksualista”? Co mamy na myśli mówiąc komuś „kocham cię”? I - co to takiego - szacunek?

Nagjon jó!

 

2017, maj

CHŁOPI

Władysław Stanisław Reymont

reż. Krzysztof Garbaczewski

premiera 13 maja 2017

Ponieważ po raz pierwszy reżyser przemówił do mnie językiem, który zrozumiałem, uznaję tym samym Chłopów za najlepsze przedstawienie Krzysztofa Garbaczewskiego, jakie widziałem. I w ogóle –  za jedno z bardziej bezczelnych (to komplement) – w tym sezonie. To, co się dzieje na scenie, jest i oburzające, i zachwycające, i piękne i teatralne i nieteatralne jednocześnie, mądre i szalone, ale przede wszystkim – rewelacyjnie zagrane. Pawłowi Łysakowi każda scena w kraju może takiego zespołu pozazdrościć. Nieprawdopodobnie namiętna, świadoma swojej kobiecości Jagna (znakomita Magda Koleśnik), cudowna Julia Wyszyńska jako Hanka, swoim emploi (czy to dobre słowo w tym wypadku?) wywołująca nieledwie salwy śmiechu na widowni. Klara Bielawka jako Józka świetna i chyba bardzo ze swoją postacią zaprzyjaźniona, w ogóle ten spektakl należy do kobiet, w końcu o nich jest… W roli Antka – Mateusz Łasowski, rozerotyzowujący w Lipcach wszelkie niewiasty, wreszcie grający dorosłego faceta, znającego swoją wartość. Świetne także epizody, Andrzej Kłak jako krowa niezwykle… przekonujący?

Od razu mówię – niech się licealiści nie nastawiają, że przyjdą, obejrzą i nie trzeba będzie czytać, raczej panie polonistki będą Waszymi opowieściami z Lipiec zgorszone, bo choć Garbaczewski Reymonta ze sceny nie wykluczył, to jednak przedstawienie jest owocem pewnego romansu intelektualnego z arcydziełem naszego noblisty. A propos romansu – scena miłosna Jagny z Antkiem – tak po prostu, po ludzku – piękna. 

W ogóle całe przedstawienie jest pewnego rodzaju zabawą i kpinką z konwencji i możliwości teatru, ale też (a może i przede wszystkim) hołdem złożonym Reymontowi za tę czterotomową powieść wszech czasów, tak i dzisiaj zdumiewająco współczesną.

Siurpryza, a juści!

 

2017, kwiecień

MEWA

Anton Czechow

reż. Wojciech Faruga

premiera 8 kwietnia 2017

Co łączy Lanę del Ray z Czechowem? Tak, Summertime Sadness! Przecież właśnie o tym Czechow pisał, że lato, że plany, że nadzieje, że wszystko normalnie, a jednak nie da się żyć, smutek rozdziera…  W ogóle pomysł z tą piosenką naprawdę zaskakujący. 

Trzeba uprzedzić – spektakl Wojciecha Farugi - nie jest ani klasyczną ani nowoczesną interpretacją tego tekstu. Myślę, że to rzecz o niemożności wystawienia Czechowa, którą aktorzy mocno podkreślają, sobie i teatrowi w ogóle wytykając brak potrzebnych środków. To oczywiście prowokacja, tak jak prowokacją jest całe to dziwne przedstawienie, które na początku nieco irytuje, później wciąga, by na koniec walnąć obuchem. I nie mówię wcale o strzeleniu sobie w łeb przez Konstatina.  

Zirytowała mnie scena filmowa wywiadu z Arkadiną (faktycznie wielka Maria Robaszkiewicz), bo uważam, że należy reżyserom teatralnym odebrać kamery i starannie je chować. Ale scena owa, kluczowa w przedstawieniu, była przekroczeniem pewnej granicy teatru i bez niej niepodobna było wejść w ten kabotyński świat schyłku lata na daczy…  

Świetna scena z Niną (bardzo dobra Julia Wyszyńska), która skądinąd słusznie żenuje się instrukcją Dorna (rozbrykany Mateusz Łasowski), jak mianowicie wykonać fellatio impotentowi. Było to bardzo zabawne. 

Uprzedzam również dyrekcję Teatru Powszechnego w Warszawie, że o wszystkim powiadomię Towarzystwo Przyjaciół Krzeseł.  Krzeseł nie wolno gwałcić bezkarnie.

 

2017, luty

KLĄTWA

na motywach dramatu St. Wyspiańskiego

reż. Oliver Frljić

premiera 18 lutego 2017

Jest skandal. Przez TĘ jedną scenę, choć cierpliwy widz dowie się z dalszej części przedstawienia, że prowokacja była potrzebna, oczywiście o ile prowokacje w teatrze są w ogóle potrzebne. Ale zdaje się, że także o tym jest ten spektakl. I troszkę o Wyspiańskim też.

Klątwa jest bardzo zabawna i świetnie zagrana. To znaczy – wcale nie jest zabawna, jeśli się weźmie na poważnie to, co twórcy próbują nam powiedzieć. Scena rozpoczynająca przedstawienie – rozmowy telefonicznej z Brechtem – świetna, a fakt, że prowadzi ją Barbara Wysocka, żona Michała Zadary, który Brechta wyreżyserował na scenie narodowej, dodaje jej seksu. Ale właśnie – można mieć wrażenie, że tylko zorientowani w tym, co się teraz dzieje w tzw. branży, mogli złapać wszystkie aluzje, ale i odniesienia wprost (to o dramaturgach – dojmująco prawdziwe zresztą). Michał Czachor znów okazał swą męskość (jeden z krytyków określił ją mianem „dorodnej”), ale żeby ten fakt odebrać zabawnym, wiedzieć trzeba, że pan Michał niekiedy się na scenie obnaża. Odkrywcze, bardzo śmieszne i potrzebne (widzowie często nie wiedzą, o co chodzi), było podsumowanie tego, co było i co się wydarzy na scenie w dalszej części przedstawienia, wygłoszone z pasją przez Arkadiusza Brykalskiego.

 I monologi - Jacka Belera, szukającego na widowni muzułmanów (bardzo grzeczny piesek swoją drogą), Julii Wyszyńskiej zastanawiającej się nad swoją przyszłością zawodową, czy Karoliny Adamczyk, zapowiadającej aborcję, wszystkie dobrze napisane i – no cóż - trafne.

Jedyny problem Klątwy taki, wszystkie te monologi, stand-up’y nieledwie, razem niespecjalnie tworzą całość. No, ale z drugiej strony – czy nasza bigoteria jest w jakikolwiek sposób spójna? No przecież, że nie.

Ale idźcie, bo w kościach czuję, że niedługo przyjdzie wilk i wszystkich zje.

 

2016, wrzesień

WŚCIEKŁOŚĆ

Elfriede Jelinek

reż. Maja Kleczewska

premiera 24 września 2016

Jeśli ktoś chciałby zrozumieć, co to znaczy „aktorstwo wymagające poświęceń”, to bez obejrzenia Wściekłości w ogóle nie ma o czym mówić. Jedna z aktorek mianowicie przez pół spektaklu przebywa w wodzie, inna smaruje się obficie majonezem, a Julian Świeżawski wypowiada swoje kwestie wisząc na linie (zresztą myślałem w którymś momencie, że już po nim, bo coś ta lina nie za bardzo zdawała się stabilna). Ale – jak to powiedziano – każdy wie, co go z Kleczewską czeka. W każdym razie - poświęcenia nie poszły na marne, bo Wściekłość jest spektaklem bardzo poruszającym.

Mnie najbardziej dotknęła jedna z początkowych scen – w studiu TV Wściekłość, gdzie podczas kolegium programowego wybiera się po krwawych scenach egzekucji kolejny materiał na antenę – o kocich zalotach. Tak właśnie jest, wystarczy włączyć telewizor. Wywiad Mateusza Łasowskiego z raperem, pielgrzymem i uchodźcą odnalazłem wyjątkowo naturalistycznym. Brednie wypowiadane przez dresiarza są jakby żywcem wyjęte z programów quasi-publicystycznych w naszych stacjach.

Jelinek zaczęła pisać Wściekłość po zamachach na Charlie Hebdo. I mówi nam tak: żelazna logika zabójców, islamskich ekstremistów, nie jest i być nie może mierzalna naszymi miarami – kulturą, wolnością czy religią. Oni mają swoje zasady i należałoby to w końcu przyjąć do wiadomości. Jednak - za to, co się dzieje z ludźmi pukającymi do bram Europy – też menadżerami, też lekarzami, też artystami, powinniśmy się wstydzić.  



Za naszą bierność, niewiedzę, za dobre samopoczucie i za pasywność Kościoła, który tego egzaminu z miłosierdzia i wielkoduszności dramatycznie nie zdał. My czy też ona - stara Europa, słodka idiotka o długich nogach uprawia jogging, zdrowo żyje, i by zabić ewentualne wyrzuty sumienia, wysyła bowiem uchodźcom jogińskie asany, sama zażerając się hamburgerami (fantastyczna Magdalena Koleśnik).

I kończy się dojmujące przedstawienie i słucham poruszającego monologu Aleksandry Bożek zamykającego przedstawienie, a tu - kretynka przede mną wchodzi na popularny serwis społecznościowy i przeszkadza i świeci tym swoim Samsungiem. Na szczęście widz koło mnie zwrócił jej uwagę, bo ja byłem już gotowy do ataku i byłbym zdecydowanie bardziej niż on… obcesowy.

Ale przecież o tym też jest ten spektakl.

 

2016, czerwiec

KAŻDY DOSTANIE TO, W CO WIERZY

Na motywach Mistrza i Małgorzaty Michaiła Bułhakowa

reż. Wiktor Rubin

premiera marzec 2016

Ten spektakl jest w połowie dobry, w połowie zły, a w całości – dziwny. I zdaje się, że właśnie tak miało być.

W części pierwszej Woland i banda przyglądają się warszawiakom w ich codziennych albo niecodziennych czynnościach (scena wybierania pieluch – cudowna). Publiczność - zgromadzona przy okrągłym stole oraz w kątach - bierze w przedstawieniu udział aktywnie, głosując za pomocą specjalnych urządzeń, i zajmuje stanowisko w ważnych sprawach, zaś Woland i banda komentują te wyniki, mają one wpływ na dalszy bieg spektaklu - mówiąc w pewnym uproszczeniu. Podczas tychże historiozoficzno-socjologicznych rozważań Hela roznosi napoje, alkoholowe też, są i ogóreczki, w ogóle to nawet można palić. (W teatrze palić nie wolno – przypomina się cudowna anegdota G.Holoubka z K.Jędrusik w roli głównej. I strażakiem – rzecz jasna).

W którymś momencie pada pytanie, czy publiczność chce zobaczyć spektakl o miłości. I niestety publiczność chce – i to jest jej błąd, bo gdy pojawiają się na scenie Mistrz z Małgorzatą, całość z przeproszeniem siada. A raczej zaczyna nieznośnie irytować, bo owszem – Małgorzata jest wyjątkową kobietą jak pamiętamy z książki, ale obrażanie widowni i wulgaryzmy w ustach Julii Wyszyńskiej brzmią… niedobrze, są wzięte jakby z obcej stylistyki. (Polecam warsztaty z bluzgania u Karoliny Gruszki). Dawid Rafalski w roli Mistrza biadający nad losem nieodkrytego aktora okropnie mnie wymęczył. Ale zdaje się, że… tak właśnie miało być. Swoją drogą ciekawe, co stało się z kasą zbieraną do czapki przez p.Rafalskiego. Ja wrzuciłem 1,70 w monetach jednogroszowych, bo pani w mlecznym nie chciała przyjąć, ale widziałem niebieskie papierki też!

Więc rekomendowałbym wciśnięcie „NIE” po pytaniu o spektakl o miłości, wówczas po godzinie wyjdziecie z teatru w pełni zrelaksowani a nawet rozbawieni. Ale jak tam chcecie.

Warto azwrócić uwagę na wywoływaną do odpowiedzi publiczność. Jak to ciekawie się z nami dzieje, gdy zjawiamy się na scenie… Zabawne, że jeden z krytyków, którego widziałem w TV, mówił, że nieledwie modlił się, żeby aktorzy nie zadzierzgnęli z nim dialogu. Ja się nie bałem, dano mi co prawda spokój, ale P. zepsuł dobry nastrój na scenie, gdyż nie grał, a powiedział jak jest. Nie mam pewności, czy ta wersja też była ćwiczona.

Jeszcze jedno. Siedząc na leżaku (więc – leżąc?) w nieco lewackim otoczeniu Powszechnego (cytat za P.), do widzów czekających na spektakl podszedł młody Ukrainiec próbujący zebrać pieniądze na nocleg w Warszawie. Nie żebrał, ale łamaną polszczyzną tłumaczył swoją sytuację. Część dawała, a część nie. Zląkłem się w którymś momencie, że to też była part of the play, że było filmowane i że pokażą i że wstyd, że redaktor a skąpy - bo nie dałem. Ale naprawdę miałem w gotówce tylko owe 1,70 w monetach jednogroszowych.

Ale to nie był teatr. Chyba zbierał naprawdę.

 

2016, maj

Olga Tokarczuk

KSIĘGI JAKUBOWE

reż. Ewelina Marciniak

Do teatru szedłem zlękniony, bo książkę pani Olgi uwielbiam (jak się okazało – Pan Prezes też!) i byłem pewien, że nie da się jej przełożyć na scenę, że będzie lipa, że to materiał na film bardziej, na serial.A z teatru wyfrunąłem na skrzydłach nieledwie i przeszczęśliwy, gdyż pani Ewelina zrobiła spektakl po prostu świetny.

Mamy oto XVIII-wieczną Rzeczpospolitą, z okropnymi drogami (cudowna scena w powozie), i gdzieś na Podolu pojawia się Jakub, który tworzy sektę i objawia się kilku tysiącom współwyznawców mesjaszem. W tle – dość niezdarnie próbujący opisać świat ksiądz Benedykt Chmielowski, głodny wiedzy i pożyczający od Żydów książki oraz babka Jenta, żyjąca i nieżyjąca jednocześnie, tak jakby ten świat istniał i nie istniał jednocześnie…

Kim był Frank? Naprawdę tylko manipulatorem? Co ciągnęło do niego ludzi, tak, że wyrzekali się religii, mienia, rodziny i szli za nim? Wolność, którą obiecywał? Ten spektakl chyba właśnie najbardziej jest o tym - gdzie są granice tej wolności? Czy jest nam dana czy też jest w nas? A jeśli w nas – to jak możemy z niej korzystać? Przepiękna scena transowej orgii wcale nie ułatwia odpowiedzi na to pytanie.

Jakuba gra Wojciech Niemczyk, na co dzień aktor Teatru im. Żeromskiego z Kielc, oby od teraz w Warszawie częściej.

 W roli księdza Chmielowskiego debiutuje w Powszechnym bardzo utalentowany młody aktor Julian Świeżewski, Bartosz Porczyk z właściwym sobie ogniem w oczach gra Kossakowskiego, a Dobromir Dymecki potwierdza swoją klasę rolą nieco nieuczesanego Nachmana. Panie – znakomite – wszystkie! Czapki z głów przed aktorami.

Księgi Jakubowe są jednym z najlepszych spektakli warszawskich mijającego sezonu. Proszę koniecznie zobaczyć, Powszechny daje to co prawda rzadko, obsadę zebrać z całego kraju trudno, ale… starać się trzeba (jak napisał ks. Chmielowski).

Zwracam również uwagę, że przedstawienie jest NAPRAWDĘ dla widzów dorosłych.

 

2016, kwiecień

NIEZNOŚNIE DŁUGIE OBJĘCIA

tekst i reżyseria Iwan Wyrypajew

premiera grudzień 2015

Swoim kameralnym spektaklem Iwan Wyrypajew zdaje się przypominać miastu, światu i Powszechnemu, że w teatrze najważniejszy jest aktor. Że w największym stopniu od niego zależy, czy widz wyfrunie na skrzydłach czy się zażenuje w samotności. Czy przejdzie obojętnie wobec spektaklu czy też - targać nim będą pytania, na które nie ma łatwej odpowiedzi.

W Objęciach aktorów jest czworo, scenografii właściwie brak, jakaś muzyka – owszem i - fantastyczna gra światłem. Oraz tekst oczywiście – okropnie wulgarny (ja jebię!), świetnie napisany i jak zawsze po mistrzowsku przełożony przez Agnieszkę Lubomirę Piotrowską. W ogóle to chciałbym to zobaczyć po rosyjsku, gdyż bluzgi w języku naszych sąsiadów, szczególnie w takim nagromadzeniu, muszą brzmieć nieziemsko.  

No więc w Objęciach aktorów jest czworo i wszyscy są świetni. Fraza Wyrypajewa (sic!) im służy, opowiadają nam owąż frazą o fragmencie swojego życia w Nowym Jorku i Berlinie, gdzie spotykają ich różne przygody (jakby napisała D.Masłowska), mówią o seksie analnym, o aborcji, o lataniu samolotem, o delfinach i innych takich rzeczach.

Momentami naprawdę jadą bez trzymanki, momentami są chorobliwie normalni, a niekiedy dojmująco wrażliwi.

A w ogóle o czym ta sztuka jest? Jakkolwiek to zabrzmi – to jest w ogóle nieistotne. Niby o życiu, czy też – o nieumiejętności życia, ale tak naprawdę chyba faktycznie – jak mówi sam autor – o sile słowa, która to siła wywołuje stan wrażenia łączności nas z naszym życiem. Może i pokręcone, ale coś w tym jest.

Nieznośnie długie objęcia są jednym z najlepszych spektakli warszawskich tego sezonu. Proszę iść do teatru, bez dyskusji.