TR Warszawa

2018, czerwiec

CHINKA

dram. D.Kubisiak

reż. Klaudia Hartung-Wójciak

premiera 29 czerwca 2018

Szedłem jak na ścięcie, bo miały być pytania o „dziedzictwo lewicy”, które może i padły, ale debiut p. Klaudii był tak słodko przemyślanym formalnie drobiazgiem, że nie zwróciłem wystarczająco dużo uwagi na treść. Nie mam pewności, czy właśnie o taką reakcję teatrowi i reżyserce chodziło, ale co mi tam. 

Mamy oto Jeana Luca Godarda (Paweł Smagała) i wariacje na temat jego filmów, w tym – tytułowego, czyli Chinki (Monique, która chce zostać Chinką - olśniewająca Monika Frajczyk). No i w salonie Godarda, używając cytatów z jego dzieł, rozmawia się o wspomnianym „dziedzictwie lewicy”. Spektakl jest momentami śmieszny, aktorzy cudnie bawią się swoimi rolami, całość została starannie przemyślana i takoż wyreżyserowana. 

Choć nie wszystkie aluzje i asocjacje w Chince wyłapałem to dobrze mi się spektakl oglądało, wyszedłem z teatru pogodny i nie znudzony.

A to już coś.
 

2018, kwiecień

MIĘDZY NAMI DOBRZE JEST

Dorota Masłowska

reż. Grzegorz Jarzyna

premiera 26 marca 2009

Rzecz oczywiście o tym, że między nami NIE jest dobrze, i dziś po prawie 10 latach od premiery, ten genialny tekst Doroty Masłowskiej wali między oczy jeszcze mocniej niż wtedy. Jest też troszkę o czym innym, również dlatego, że Danutę Szaflarską - której spektakl jest dedykowany - zastępuje świetny w roli Staruszki – Lech Łotocki.

Może już nie ma tak dojmującej biedy, w której niczym królowa na salonach porusza się Halina (świetna Magdalena Kuta), a może jest jeszcze gorsza bieda? Może Bożena (równie świetna Maria Maj) już wie, że trzeba zdrowiej jeść, żeby nie być grubą świnią, a może - właśnie nie wie? I roztytłuje się na złość światu i sobie? Jak z Beatrycze u Lechonia, jest tylko ona i właśnie jej nie ma? Pierwsza część spektaklu z pogawędkami Haliny i Bożeny wciąż śmieszy. Ale czy na pewno jest śmieszna? Czy może jednak ździebko straszna? Bo wszystko się zmieniło przez te prawie 10 lat i nie zmieniło się nic. I właśnie to straszne.

Publiczność warszawska była tym wznowieniowym spektaklem poruszona, na spotkaniu z aktorami padały bardzo emocjonujące słowa, wielu widzów, którzy widzieli przedstawienie po raz pierwszy, wzięło tekst Masłowskiej do siebie, odczytało go jako dojmujący komentarz do ich świata. Ciekawe, bo – jak mówili twórcy o wyjazdach -  mińszczanie byli przekonani, że autorka napisała o współczesnej Białorusi, Egipcjanie – że o Egipcie, a w Helsinkach zapadła głucha cisza, gdyż uznano, że rzecz dotyczy współczesnej Finlandii.

Cieszę się, że ten spektakl powrócił.  Bez Danuty Szaflarskiej co prawda, ale – każdy, kto widział - potwierdzi - właśnie z Nią w roli głównej.  

 

2017, listopad

PUPPENHAUS. KURACJA

Magda Fertacz

reż. Jędrzej Piaskowski

premiera 6 kwietnia 2017

Kilka dni po zobaczeniu spektaklu miałem przyjemność poznać reżysera i dopiero rozmowa z Jędrzejem spowodowała, że te klocki zaczęły się układać w jakąś całość. Gdyż od razu po wyjściu z TRu byłem nieco skonsternowany. 

Rzecz o pamięci, zresztą podobnie jak Wiera w Żydowskim. Temat wdzięczny, bo bardzo teatralny z powodu swojej niejednoznaczności. Mamy oto Marię Malicką, wielką aktorkę przedwojennej Warszawy, dla której zresztą zbudowano teatr, gdzie dziś się mieści TR. I ona wdaje się w romans z niemieckim oficerem po to, żeby uwolnić swojego męża z obozu koncentracyjnego.  A jak było naprawdę? Czy mamy dziś wystarczająco dużo dowodów na jednoznaczny osąd Malickiej? Czy w naszej pamięci zostanie to, że była wielką aktorką, czy to – że kolaborowała z okupantem? A w ogóle – jak dalece możemy osądzać historię? Gdzie – i czy w ogóle – jest granica? Odpowiedzi na te pytania wcale nie ułatwia genialna scena w Mon Cafe, gdzie spotykali się w czasie wojny homoseksualiści. Tak, było takie miejsce.

Nic w tym spektaklu nie jest takie proste jak się na początku wydaje. I dopiero mając tę świadomość można się na Puppenhaus wybrać. 

 

2017, październik

MOJA WALKA

Karl Ove Knausgard; opr. i adaptacja Tomasz Śpiewak

reż. Michał Borczuch

premiera 6 października 2017

Po obejrzeniu spektaklu zdania nie zmieniłem. Ta książka to jest hucpa, bełkot. Co prawda byłem w stanie dojść jedynie do połowy drugiego tomu, bo troszkę mi szkoda życia na opisy wybierania środków czyszczących, ale im dalej w ten las – tym jest on ciemniejszy, nie moja bajka.

Mimo mizerii materiału literackiego przedstawienie Michała Borczucha wciąga i jest momentami bardzo zabawne. Fantastyczna scena seksu Justyny Wasilewskiej i Jana Dravnela, rozmowa o ipsacji wewnątrz (nomen omen) ptaka z Pawłem Smagałą, czy też rozmowa rzeczonego z Sebastianem Pawlakiem – są bardzo dowcipne, szacunek dla twórców, że w tej okropnie nudnej książce znaleźli tak dobre momenty. Ale kilka scen, szczególnie w akcie drugim, można było skrócić bądź nawet usunąć, np. wątek Breivika nie wydał mi się w tej narracji potrzebny, poza tym moja XIX-wieczna mentalność sprzeciwia się używaniu aż tak rozbudowanych projekcji filmowych, bez względu na sensowność ich wykorzystania tudzież artyzm. 

Całość jest chyba najbardziej o niemożności napisania książki o swoim życiu, a zatem i o niemożności wystawienia spektaklu o książce próbującej obiektywnie opisać świat. 

I dowodem tej niemożności – były przepiękne – nie do powtórzenia właściwie – momenty, z zagubionym motylem latającym po widowni i z dziewczynką (córką P. Smagały?), która i skradła aktorom scenę i chyba nieco zmieniła sens zakończenia.

Przy tym jednak się nie upieram, może właśnie tak miało być.

 

2017, czerwiec - Tang Shu-Wing Theatre Studio

MAKBET

William Szekspir

reż. Tang Shu-Wing

premiera 28 czerwca 2017

Nie jestem szekspirologiem, więc z urywków zdań które zasłyszałem podczas antraktu w foyer ATM z ust licznie przybyłych ekspertów wysnuwam wniosek, że hongkoński spektakl do pierwszej setki najlepszych wystawień Szekspira na świecie raczej nie wejdzie. No cóż, powiedzmy sobie szczerze, że gdybyśmy (tzn. np. TR) zabrali się za Konfucjusza i pokazali go przez pryzmat historii Polski, chińscy widzowie byliby zapewne również skonsternowani. Ale jestem zadowolony, że widziałem, bo gdybym był w Hong Kongu i zobaczyłbym, że dają Szekspira, na pewno bym się wybrał. A tu – proszę - zaledwie trzeba było wybrać się Wawra, a dokładniej do Zerzenia, jakkolwiek się wymawia nazwę tej dzielnicy.

Obejrzałem do końca, nie każdy może to o sobie powiedzieć. I było to… interesujące doświadczenie, ale kolejnego Szekspira wystawionego w tej estetyce (i w tym języku - z istotnym zastrzeżeniem, że nie jestem sinofobem) - już bym nie zniósł. 

Reżyser odniósł się do tekstu z szacunkiem, Wiedźmy były trzy, a i tak ten wieczór zapamiętam za sprawą 5 punktów i 200 złotych mandatu. Naprawdę kupię sobie ten zestaw głośnomówiący.

 

2017, maj

EWELINA PŁACZE

Anna Karasińska

reż. Anna Karasińska

premiera 1 października 2016

Nie wszystko mogę napisać, żeby nie zepsuć zabawy, ale – w pewnym uproszczeniu – Maria Maj, Rafał Maćkowiak i Adam Woronowicz grają młodych ludzi, którzy na castingu wcielają się w… Marię Maj, Rafała Maćkowiaka i Adama Woronowicza. No i jest jeszcze Ewelina (Pankowska, asystentka reżyserki), która jest – czy też chciałaby być -  alter ego Magdy Cieleckiej. I jak można się domyślać, Ewelina będzie płakać. Niestety, będzie płakać źle. Czy da się z tym coś zrobić? I czy spadnie sztuczny śnieg? 

Ta miniaturka jest żartem TR z samego siebie. Ale i z teatru w ogóle, z jego umowności, blichtru, z gwiazdorstwa i z szuflad, w które bywa wkładany. Rzecz jest istotnie zabawna, ale obok mnie siedziały dwie damy, które zanosiły się sardonicznym śmiechem, wręcz skręcając się w pół, szczególnie podczas monologów Adama Woronowicza albo Rafała Maćkowiaka. 

W pewnym momencie pomyślałem, że są ich żonami, ale chyba nie. Ale… także o tym jest ten spektakl.

Słodkie, ździebko bezczelne i niegłupie, gratuluję reżyserce debiutu.

 

2017, kwiecień - koproducja z Teatrem Narodów w Moskwie, 37. Warszawskie Spotkania Teatralne

IWONA KSIĘŻNICZKA BURGUNDA

reż. Grzegorz Jarzyna

premiera 10 października 2016

Dziwne to przedstawienie. 

Co prawda świetnie zagrane (książę Filip - rewelacyjny Michaił Trojnik - jakby żywcem z Gombrowicza wyjęty, a Maria Fomina – Iza - wręcz nieziemska), ale w którymś momencie, jak weszły roboty jakby z Gwiezdnych Wojen - zgubiłem wątek. Współczesne wtręty autorstwa Szczepana Orłowskiego były niepotrzebne i psuły wielki tekst, pomyślałem, że są umieszczone, żeby jakby na siłę zasugerować widzowi intencje reżysera. Może w Rosji, gdzie Gombrowicza nie znają, było to potrzebne, w Warszawie wypadło jakoś niedobrze. 

Owszem, Iwona (Daria Ursuliak) wygląda zupełnie jak Nadia Szewczenko, ale wyciąganie z tego faktu daleko idących politycznych skojarzeń wydaje mi się jakoś nie do końca uprawnione. Biseksualizm Filipa zaznaczony jednak zbyt dosłownie, może specjalnie, żeby władze zdjęły z afisza? Uspokajam, nic specjalnego się nie dzieje, chłopaki się całują, ale zdaje się, że pokazywanie tam takich rzeczy podlega pod paragrafy.  

W każdym razie sądzę, że mimo chęci Iwona kolejnej kolorowej rewolucji w Rosji nie wywoła. Były ostatnio duże protesty z powodu niejasnego pochodzenia majątku premiera, ale protestujących szybko zamknięto i znów jest spokój.

 

2017, lutego

G.E.N.

reż. Grzegorz Jarzyna

premiera 17 lutego 2017

Nie ma nic gorszego niż recenzenci piszący o sobie, a nie o spektaklu. Tym razem jednak kilka linijek autopsychoterapii – jeśli User pozwoli.

Nie mam trudności z wylogowaniem się, bo nie jestem wlogowany. Ani w serwisy twarzoksiążkowe ani w snapy, ani w toksyczne związki, osobiste czy społeczne. Ten dość zero-jedynkowy stan powoduje, że spektakl Grzegorza Jarzyny nie jest adresowany do mnie. Ale większość jednak jest „bardziej w systemie” i wylogować się nie umie albo nie chce – z różnych zresztą powodów – własnej słabości, wygody czy konformizmu. I myślę, że ci będą pod wrażeniem. Wniosek bowiem płynący z G.E.N – u jest raczej smutny, nic nie możemy zrobić. Świat, w który jesteśmy wlogowani, będzie nas rozczarowywał, jedyne, co można to – raz jeszcze się urodzić w jakiejś lepszej może rzeczywistości. 

Rozmowa syna z ojcem -  Dobromira Dymeckiego z Lechem Łotockim – tyleż zabawna co dojmująca. Magdalena Kuta jako pańcia z radia świetna (naprawdę, wiem, co mówię), większe role powierzyłbym Magdzie Koleśnik i Marcie Nieradkiewicz, ale zdaje się, że tam w ogóle było mało pisane, większość tekstu powstawała na bieżąco. 

I ciekaw jestem – ile i czy w ogóle aktorzy improwizują. No i nie mam pewności, co sądzić o scenie finałowej – sens miała, wyreżyserowana pięknie, bardzo pruderyjny nie jestem, ale… jakoś mnie to nie obeszło. 

Trudno, specjalnie wlogowywać się nie będę.

 

2016, listopad

PIŁKARZE

Krzysztof Szekalski

reż. Małgorzata Wdowik

premiera wrzesień 2016

Piłkarze otrzymali nagrodę główną na krakowskim Forum Młodej Reżyserii – i zasłużenie, bo to rzecz świeża, zaskakująca, momentami dowcipna, fajnie zagrana i do tego – z niegłupim morałem. Niby teatr dokumentalny, ale tak naprawdę - eksperyment. 

Mamy na scenie dwóch piłkarzy, prawdziwych, oraz prawdziwego aktora, Dobromira Dymeckiego, najpierw będącego narratorem, a następnie ucieleśniającego się w morderczym zaiste zadaniu scenicznym. Czy piłkarze grają – czy też jedynie występują – tego jeszcze nie rozstrzygnąłem. W każdym razie widzimy na scenie elementy prawdziwego meczu. Obaj panowie bawią się piłką i popisują swoją sprawnością fizyczną, ale rzecz jest o sprawności językowej, o nazywaniu tego, co nienazwane na boisku i całym tym futbolowym świecie. O innym kolorze skóry, o seksualności, wyrażaniu swoich oczekiwań i potrzeb – czy też raczej nieumiejętności ich wyrażania. O braku niezbędnych słów a jednocześnie o nadmiarze nieadekwatnych – mówiąc w pewnym uproszczeniu.

 

O granicy możliwości fizycznej, wreszcie o pewnym okrucieństwie tego widowiska, gdzie piłkarz – choć jest głównym bohaterem, jednocześnie jest tylko wykonawcą woli widza, oczekującego męskiego heteronormatywnego widowiska, najlepiej z białymi aktorami w rolach głównych. 

 

2016, wrzesień

ROBERT ROBUR

reż. Krzysztof Garbaczewski

premiera 10 czerwca 2016

Ponieważ nie zrozumiałem języka, w jakim mówi do mnie reżyser, odwołam się do krytyków. A.Kyzioł w Polityce pisze: „Pokolenie 30-latków czekało na takie połączenie nostalgii z humorem, grami popkulturowymi kiczem i poczuciem nierzeczywistości”. Pewien znany mi niespełna 30-latek wyszedł po drugim akcie („trzeciego nie zdzierżę”). „Garbaczewski tworzy spektakl wspaniale bezczelny, bezkompromisowy, a z pewnością najefektowniejszy w swojej karierze” – pisze P.Soszyński w Dwutygodniku. Istotnie – bezczelny. Bo słowo bezkompromisowy się nieco zdewaluowało i nie wiadomo, co dziś znaczy. W.Mrozek w Wyborczej – „Robert Robur ma szansę stać się spektaklem kultowym”. Hm…

Cóż, w którymś momencie mnie ten świat Garbaczewskiego i Nahacza nawet wciągnął, ale jednak… to nie mój las i małpy nie moje. 

 

Obejrzane, odhaczone, zapomniane.  Były owacje na zakończenie, ale wśród publiczności rozpoznałem co najmniej kilkanaścioro przedstawicieli tzw. branży. Zupełnie nie wiem, dlaczego oni wiwatowali najgłośniej.

 

2016, marzec

JEZIORO

Michaił Durnienkow

reż. Yana Ross

TR daje premiery rzadko, nic więc dziwnego, że każda z nich jest kreowana na wydarzenie. Niestety, Jezioro jest spektaklem niezbyt udanym. Egzaltowanych pomysłów reżyserki i słabego tekstu nie ratują (wraz z powracającą na scenę Agnieszką Grochowską) świetni aktorzy TR.

Yana Ross ma na koncie wiele sukcesów, wśród nich znaną polskim widzom Naszą Klasę z Narodowego teatru w Wilnie, a także Koncert Życzeń z Danutą Stenką, który to kameralny spektakl bez ani jednego słowa, był jednym z największych wydarzeń ubiegłego sezonu. W TR Ross sięgnęła po współczesny tekst Michaiła Durnienkowa, pierwszy raz wystawiając go poza Rosją. 

„Durnienkowi udało się uchwycić powszechną rozpacz, eskalację przemocy, panikę, którym towarzyszy kryzys europejskiego ducha” – mówiła przed premierą reżyserka. Niestety, nie udało się. Porównanie zaś tekstu Durnienkowa do Mewy Czechowa jest poza tym dość obraźliwe dla tego ostatniego. Mewa (np. w reż. A.Glińskiej w Narodowym) była spektaklem dojmującym, czymś nieprawdopodobnie trafiającym w sedno niewypowiedzianego, gdy tymczasem bohaterowie Jeziora i ich problemy po prostu nas nie obchodzą.

Rzecz jest mówiąc w skrócie o tym, że nad tytułowym jeziorem siedzi grupa przyjaciół i rozmawia o duperelach. W drugim zaś planie mamy tych samych bohaterów w ich dramatami w prawdziwym, „pozaweekendowym” życiu. 

Pomyślałem, że może to mój mieszczański gust i wiek średni winne są niezrozumienia spektaklu, ale przyglądałem się dyskretnie hipsterom, wiernym widzom TR, kilka osób wyszło, kilka dyskretnie ziewało, owacji na stojąco nie było.

Wiem, jak wygląda Dawid Ogrodnik nago, widziałem go w Nietoperzu. To jego pięć minut na scenie było dojmujące. W Jeziorze czułem się nagością aktora zażenowany. Cóż, najwyraźniej rozebrać aktora też trzeba umieć.