TEATR ATENEUM

2018, maj

GRA O ŻYCIE

Max Frisch

reż. Aleksander Kaniewski

premiera 27 kwietnia 2018

Pierwsze recenzje tego spektaklu są dość chłodne. Nie najlepiej zatem nastawiony zasiadłem w fotelu nie spodziewając się fontann i wodotrysków. Tymczasem - nie tylko mnie wciągnęło, ale i dało do myślenia o życiu i całej reszcie, pewnie także dlatego, że zbliżam nieuchronnie do wieku bohatera.

Zacznę od tego, co mi się podobało. Otóż przede wszystkim podobał mi się Grzegorz Damięcki, w Grze o życie przypomina, że jest niesłychanie utalentowanym aktorem i żadna komedia romantyczna tego nie zmieni. Bardzo dobry drugi plan (jeśli tak można napisać) – Ewa Telega w kilku drobnych rolach o komediowym charakterze, gra fantastycznie, bardzo dobry także Nikodem Kasprowicz, również wciela się w kilka postaci, mniej jednak zabawnych. Również z nieukrywaną przyjemnością patrzy się i się słucha Krzysztofa Tyńca.

Nie wymieniłem Magdaleny Schejbal, bo jej rola Antoinette wydała mi się nie tyle niedopracowana, co jakby skopiowana. Cały spektakl zastanawiałem się – z kogo/z czego. Tomek D. podpowiada, że z Audrey H. Otóż to! W którymś momencie ta jednorodna tonacja sprawiła, że było mi dość obojętne, czy Antoinette jest na scenie, czy też jej nie ma. Ponadto - odniesienia do Czechowa jednak były dość nieczytelne, a całość bym ździebko skrócił. Po całym dniu intensywnych emocji (zebranie w redakcji np.) 160 minut spektaklu, w którym właściwie każde słowo jest ważne, jednak było wyzwaniem zbyt ambitnym.

Więc – podobnie jak część widzów (mam brzydki zwyczaj podsłuchiwania rozmów podczas antraktu), najnormalniej w którymś momencie straciłem pewność, którą część swojego życia Hannes chce poprawić, a z którego fragmentu jest zadowolony.

 

2018, luty

TRANS-ATLANTYK

Witold Gombrowicz

reż. Artur Tyszkiewicz

premiera 17 lutego 2018

Przemysław Bluszcz jako Gombrowicz - świetny (jak zawsze zresztą), ale najlepszą rolę w Trans-Atlantyku zagrał Krzysztof Dracz. Z zachwytem patrzyłem na jego Gonzala, którego przecież aż prosiło się, żeby bardziej zmanierować, żeby naświetlić tę kliszę mocniej. A tymczasem – nic z tego, to najmisterniej utkana postać w tym mądrym, niejednoznacznym i wymykającym się łatwym ocenom - przedstawieniu.

O patriotyzmie, tym nowoczesnym i staro-czesnym, o ojczyźnie i o synczyźnie, ale najbardziej o tym, czy można od Polski i od polskości uciec? No można albo i nie można, jak powiedziałby Ciciszowski (bardzo dobry Tomasz Schuchardt). Czy przede wszystkim jesteśmy najpierw Polakami, a potem ludźmi, czy może jednak odwrotnie? I co z tego wynika? Czy da się uodpornić na polskość z cepelii, na piękne i niczym nieograniczone słowa o wielkości naszego narodu? (znakomity Artur Barciś w roli konsula).

Bardzo dobre, świetnie zagrane, bolesne, ale jednak i tkliwe przedstawienie. Nie wiem, dlaczego po wyjściu z teatru głowa moja nie mogła się opędzić od Nie pytaj o Polskę Obywatela GC. No może właśnie dlatego.

 

2018, styczeń

NAD CZARNYM JEZIOREM

Dea Loher

reż. Iwona Kempa

premiera 28 stycznia 2018

Spotkanie dwóch małżeństw w kilka lat po tajemniczej śmierci ich nastoletnich dzieci – to jest punkt wyjścia znanej (i chętnie wystawianej) w Polsce dramaturżki do rozważań o żałobie, utracie, życiu, śmierci – oraz sensie i bezsensie tych pojęć.

Wyszedłem ze spektaklu udręczony. Cóż z tego, że mamy na scenie dobrych aktorów, skoro tekst jest boleśnie przewidywalny, wiadomo od razu, że dojdzie podczas „szczerej” rozmowy do quasi-psychoterapii. Nie wiadomo z kolei, dlaczego na ów tekst jest na początku porozrywany i bohaterowie nie używają w wypowiadanych przez siebie kwestiach różnych dość niezbędnych części zdań. Nie wiadomo wreszcie – dlaczego aktorzy na siebie krzyczą, to zarówno w małżeństwie jak i na scenie wyraz bezradności.  W każdym razie - chciałem stamtąd uciec. Niestety Scena 61 to uniemożliwia, jesteśmy wraz z aktorami jak zamknięci nieledwie w klatce. Ale myślę sobie, że lepiej, że z takimi emocjami wyszedłem z Jeziora niż z obojętnością i ze wzruszeniem ramion. 

Nie mam pewności, czy nie jest jednak duży atut tego przedstawienia.

 

2017, październik

SPOWIEDŹ MOTYLA

na podstawie pamiętnika Janusza Korczaka oraz tekstów Julii Kijowskiej i Wojciecha Farugi

reż. J. Kijowska/W. Faruga

premiera 5 października 2017

To było najdłuższych 100 minut mojego życia - za sprawą aktorstwa dziewczynek biorących udział w tym spektaklu i fatalnej akustyki, przez którą i tak hermetyczny tekst był jeszcze mniej zrozumiały. Fajna scenografia i jak zawsze dobra muzyka Radka Łukasiewicza nie były w stanie obronić tego przedstawienia. 

 

2017, czerwiec

OJCIEC

Florian Zeller

reż. Iwona Kempa

premiera 8 kwietnia 2017

Będzie roszczeniowo.

Po pierwsze - życzyłbym sobie, żeby Iwona Kempa częściej reżyserowała w Warszawie. Chciałbym także – i tego nowemu dyrektorowi życzę – żeby właśnie takie teksty jak Ojciec były kierowane do (z przeproszeniem) produkcji i eksploatacji. Po trzecie wreszcie – prosiłbym o większą obecność Mariana Opani na scenie, choć zdaję sobie sprawę, że materiału godnego jego talentu zbyt wiele nie ma. 

Autor - francuski dramatopisarz Florian Zeller - jest przed czterdziestką, w co naprawdę trudno uwierzyć obejrzawszy Ojca, poruszający spektakl o demencji. Czy też - mówiąc szerzej -  o starości, która także w bogatej Francji niczym wesołym nie jest. Niekoniecznie z powodów zdrowotnych, także dlatego, że świat nie umie starości traktować poważnie, ubrdawszy pseudomądrość, że ze starym jak z dzieckiem. Ma jednak Andre odwagę przeciwstawić się upokarzaniu przez opiekunkę, która traktuje go niczym niemowlę. 

Od razu uprzedzam, że zakończenie będzie smutne i nie mam pewności, czy aby przypadkiem nie za dosłowne. Ale to właściwie jedyna uwaga, którą mam do tego znakomitego przedstawienia.

 

2017, maj

KANDYD, CZYLI OPTYMIZM

Wolter 

reż. Maciej i Adam Wojtyszkowie

premiera 18 maja 2017

Przez cały pierwszy akt myślałem, że Kandyd to żart sceniczny. W drugim akcie okazało się, że jednak nie.

Problem polega na tym, że ten spektakl trąci myszką w sposób nieznośny, tak jakby XXI wiek do Ateneum jeszcze nie zawitał. Są jednak widzowie, którzy właśnie takiego teatru potrzebują i należy to uszanować. Jednak odniesienia do polskiej teraźniejszości, zarówno w dialogach jak i kupletach, wywołujące rechot części widowni, były czymś absolutnie okropnym i pozbawionym finezji. Rozumiem - puszczenie oka, jakaś aluzja, może niedopowiedzenie, gdy tymczasem aktorzy w którymś momencie serwowali nieledwie szopkę polityczną, którą mam na co dzień w telewizji i której w teatrze stanowczo sobie nie życzę oglądać.

Bardzo dobry w roli tytułowej Wojciech Michalak, świetni jak zawsze Artur Barcić i Krzysztof Gosztyła, znakomita Dorota Nowakowska, Tomasz Schuchardt przerysował postać homoseksualisty, niepotrzebnie.

Zagrane i zaśpiewane – na wysokim poziomie, ale spektakl jest niestety niedobry. Zdarza się i tak.