OCH-TEATR

2018, maj

BAL MANEKINÓW

Bruno Jasieński

reż. Jerzy Stuhr

premiera 27 kwietnia 2018

Wydaje mi się, że czas Jasieńskiego albo już minął, albo – jeszcze nie wrócił. Ten klasyczny tekst polskiego futuryzmu dziś - niestety dość mocno nuży i razi jednak naiwnością. Całe szczęście reżyser bardzo subtelnie puszcza oko, aluzje do współczesności trzeba wychwytywać, a przy tych nieco mniej zawoalowanych publiczność śmieje się niczym na farsie. No w sumie czasy straszne, więc przynajmniej w teatrze pośmiać się można.

W spektaklu biorą udział studenci Jerzego Stuhra z Wydziału Tańca AST w Bytomiu, z którymi zrealizował Bal Manekinów jako dyplom, i żeby pokazać ich talent i „roztańczenie” ten tekst wybrano ambitnie i – jak sądzę - trafnie. Niestety, odniosłem również wrażenie, że o ile ten dyplom przed dwóch lat miał dobre recenzje, to już w przeniesieniu na scenę profesjonalną, czy też raczej – komercyjną - i przy obsadzeniu części ról aktorami zawodowymi (w głównej - Maciej Stuhr), spektakl ów coś traci, a może czegoś ma za mało, czy też – jest jakoś nieadekwatny.

Bo o ile z przyjemnością patrzyłem choreografię, o tyle cała reszta i troszkę znudziła i jakoś mało obeszła. Nuż w bżuch co prawda we mnie wbity nie został, ale tym razem jestem na „nie”. (Och, jakie piękne zakończenie, i a propos i z puszczeniem oka

 

2018, marzec

CASA VALENTINA

Harvey Fierstein

reż. Maciej Kowalewski

premiera 16 lutego 2018

Początek lat 60-tych, Stany Zjednoczone i pensjonat prowadzony przez Ritę i George’a, do którego przyjeżdżają transwestyci z całego kraju. No cóż, wszystko się musi odbywać przy zachowaniu daleko idącej dyskrecji, przypomnę – całość się działa ponad pół wieku temu w niesłychanie purytańskich wówczas Stanach. Z rożnych powodów dochodzi do sytuacji, że goście tego pensjonatu prawdopodobnie będą musieli się przed władzami ujawnić, żeby zalegalizować swoją organizację. Czy się na to zdecydują?

Do któregoś momentu spektakl Macieja Kowalewskiego jest bardzo zabawny, wręcz komediowy, potem – już trochę mniej. Bo rzecz nie tylko o tym, że cena, jaka płacimy za to, żeby móc być sobą - choć przez chwilę, przez weekend – bywa wysoka. Ale także – o tym, co definiuje kobiecość, co męskość, co nam wolno, a czego – na pewno nie. Naprawdę dobrze napisana rzecz.

Kostiumy Doroty Roqueplo są jakby jedenastym aktorem w tym spektaklu. Aktorzy wyglądają w kieckach autorstwa p. Doroty po prostu szałowo, słyszałem nawet w foyer głosy, że jeden z aktorów - nawet lepiej niż w spodniach. 

Ale nawet jeśli ktoś nie lubi tego typu „opowieści z morałem” i tak warto się wybrać dla Cezarego Żaka, który kradnie kolegom (i koleżankom) show nie tylko absurdalną kiecką, ale i najlepiej w tym przedstawieniu skrojoną i zagraną rolą.

 

2017, grudzień

CHAMLET – MONOLOG PARODYSTY

Szymon Majewski, Łukasz Sychowicz, Marcin Sońta

występuje Michał Zieliński

premiera 30 lipca 2016

Ten sceniczny drobiazg (50 min., a nie 70 – jak napisano w internetach – choć może wykonawca skrócił ad hoc? Nie wiadomo) jest naprawdę uroczy. Obśmiałem się serdecznie, tekst niegłupi i zabawny, a wykonawca nie przeszarżowuje, choć mógłby.

A to, o czym Michał Zieliński ze sceny opowiada, można odebrać na co najmniej dwa sposoby. Z jednej strony – Chamlet jest czystą rozrywką, uroczym popisem jego talentu naśladowczego, z którego zasłynął m.in. dzięki programowi Szymona w TV. Z drugiej jednak strony – gdyby tak się na poważnie przyjrzeć… - to rzecz o aktorstwie, i o naturze tego zawodu, z wcale nie aż tak bardzo wesołymi wnioskami, choćby o granicę tego, gdzie kończy się rola, kreacja, a gdzie zaczyna życie. W tym świetle przygoda podmiotu lirycznego w warzywniaku wydaje się wcale nie taka nieprawdopodobna. 

Nie będę może pisał, w kogo i w co wciela się na scenie Michał Zieliński, niech to będzie niespodzianką, mogę sobie tylko wyobrazić, że expremier naprawdę trudno podrobić.

Może słynne broszki mają coś z tym wspólnego?

 

2017, wrzesień

POMOC DOMOWA

Marc Camoletti

reżyseria Krystyna Janda

premiera 9 września 2017

To nie do końca moje klimaty, grube kreski, którymi się i tę i każdą inną farsę rysuje, ździebko mię mięszały, ale kilka razy aktorzy rozbawili niemal do łez, szczególnie w akcie drugim. Uprzedzam jednak, że zakończenie jest dość przewidywalne i naiwniutkie. Rzecz traktuje o nadużywającej alkoholu sprytnej pomocy domowej i jej chlebodawcach, którzy spotykają się ze swoimi kochankami podczas (jak sądzą) nieobecności drugiego – mówiąc w pewnym skrócie, a o to, żeby nie doszło do kompletnej katastrofy dba tytułowa gosposia. Tłumaczenie Bartosza Wierzbięty jest całkiem pieprzne i zabawne, niepotrzebnie tylko moim zdaniem całość została przeniesiona w polskie realia.  Nie mam też pewności czy znakomita skądinąd Katarzyna Gniewkowska nie przeszarżowała w swojej tygrysicowatości. Mimo tych małych tęsknot warto Pomoc Domową zobaczyć choćby dla grającej główną rolę aktorki, bo właściwie każda scena z jej udziałem wywoływała na widowni salwy śmiechu. 

Prośba więc do dyrektor artystycznej i reżyserki Krystyny Jandy, żeby nie zapominała, że ma w zespole aktorkę obdarzoną vis comica, jakiej może pozazdrościć każda komediowa scena miasta i świata, mianowicie – Krystynę Jandę.

 

2017, lipiec

PRAPREMIERA DRESZCZOWCA

Henry Lewis, Jonatan Sayer, Henry Shields 

reżyseria Grzegorz Warchoł

premiera 5 marca 2015

Amatorski teatr z pewnej wyższej uczelni przygotowuje premierę spektaklu, tytułowego dreszczowca. Niestety, nie wszystko idzie tak, jak powinno… Katastrofa jest zaiste piękna. 

Cudowny drobiazg sceniczny, napisany przez trójkę aktorów, nagradzany na festiwalach, z gagami wywołującymi łzy śmiechu na widowni.  Jest bowiem Prapremiera dreszczowca – obok Czego nie widać Cooneya – jednym z najpopularniejszych na świecie spektakli o teatrze w teatrze, a widzowie takie „anatomiczne” przedstawienia lubią najbardziej, może jednak trochę chcąc wiedzieć, jakie są kulisy powstawania iluzji, dla której do teatru przyszli i za którą zapłacili za bilety. 

Czapka z głowy przed aktorami, którzy – by nie było ściemy - muszą wspiąć się na wyżyny i nie przekraczając pewnej cienkiej linii - dobrze zagrać złe aktorstwo. Świetnie – i bez fałszywej nuty - gra cały zespół, ale jednak zaskoczony i zachwycony wyszedłem z Ochu vis comica (vis comicą? hm…) Tomasza Drabka i Izabeli Dąbrowskiej. Także zwracam uwagę na trudną rolę Andrzeja Pieczyńskiego, bo jeśli sądzicie, że łatwo zagrać zwłoki, to się mylicie. 

Pyszna zabawa możliwościami teatru i jego umownością, w niedzielny wieczór idealnie nastraja na cały – choćby najpaskudniejszy - tydzień.

 

2017, czerwiec

DOBRY WOJAK SZWEJK IDZIE NA WOJNĘ

Jaroslav Haszek 

reżyseria i adaptacja Andrzej Domalik

premiera 27 czerwca 2017

Arcydzieło Haszka o głupkowatym Szwejku jest najsłynniejszą pacyfistyczną powieścią wszech czasów, jeśli ktoś jeszcze nie zna – polecam najświeższe tłumaczenie Antoniego Kroha, czyta się je naprawdę świetnie; reżyser skorzystał jednak z klasycznego przekładu Hulki-Laskowskiego z 1931 roku. Temat tej opowieści jest aktualny zawsze - my i historia, której wyroków uniknąć się nie da – mówiąc oczywiście w pewnym uproszczeniu. A jeśli oważ jednostka skonfrontowana z historią ma jeszcze cechy osobowości Szwejka, no to musi być wesoło. No i faktycznie w Ochu jest dosyć wesoło.

Oczywiście nie jest to inscenizacja całej powieści, ze Szwejkiem żegnamy się właśnie w tytułowym momencie pójścia na wojnę wraz ze swoim porucznikiem Lucasem, słusznie skądinąd ukaranym wysłaniem na front za kradzież pieska. Przypomnijmy dla porządku, że psa kradnie Szwejk, a nie Lucas.

Niestety, spektaklem – choć momentami zabawnym - trochę jestem rozczarowany. Bo po pierwsze – tak nie do końca zrozumiałem, o czym chciał reżyser powiedzieć (poza tym, że podczas spektaklu jest „miło” i „zabawnie”), a poza tym całość zrobiła na mnie wrażenie napisanej specjalnie dla (a raczej „pod”) Zbigniewa Zamachowskiego, który przecież nie potrzebuje nikomu niczego udowadniać. 

Role pozostałych postaci  - świetna Krzysztofa Dracza, nieco przeszarżowana przez Milenę Suszyńską, oraz zbyt jednoznacznie komiczna Mirosława Kropielnickiego - są jakby stand-upami, a łączy je postać głównego bohatera oraz - wcielających się w różne role dwóch młodych aktorów warszawskiej AT – Marcina Bubółki i Henryka Simona.

Choć są to role niewielkie, rzekłbym, że nieco również rozbrykane, obaj panowie zwracają na siebie uwagę i talentem i charyzmą. Warto ich nazwiska zapamiętać.

 

2017, czerwiec

TRZEBA ZABIĆ STARSZĄ PANIĄ

Graham Lineham

reż. Cezary Żak

premiera: lipiec 2012

W ramach dobrego nastrojenia się na cały tydzień – zaległy odmóżdżacz w Ochu z Barbarą Krafftówną w roli tytułowej. Aktorka – jak czytam - zadebiutowała 72 lata temu, no cóż, formy szczerze zazdroszczę ufając, że jak może dożyję jej wieku, dostąpię tak znakomitej kompleksji choć w połowie. 

No więc zwiewne (może nawet zbyt zwiewne, nie puszczałbym do widza aż tak ostentacyjnie oka), uroczo zabawne, nieco staromodne i świetnie zagrane, Barbarze Krafftównie towarzyszą na scenie m.in. Wojciech Pokora, Marcin Troński – a z młodszego pokolenia – Rafał Zawierucha i bardzo dobry w roli jugosłowiańskiego zbira – Piotr Żurawski. 

Rzecz o tym, że safandułowaci opryszkowie okradają pociąg z pieniędzmi, a następnie – w szytymi nieco zbyt grubymi nićmi sytuacjami -  sami się wykańczają. Przedtem jednak wykańcza ich pani Wilberforce, 

co chwilę proponując herbatkę, konsekwentnie utrudniając wykonanie misternie uknutego planu, z nieco mniej misternie wybranymi tegoż planu wykonawcami.

Lekkie, łatwe i przyjemne. 

 

2017, kwiecień

Ron Cooney

MAYDAY

reż. Krystyna Janda

premiera marzec 2012

Może wstyd, ale wcześniej Mayday nie widziałem, a przecież teatr w każdym mieście świata ma to w swoim repertuarze. No tak wyszło, teraz więc przedstawienie Krystyny Jandy będzie takim moim wzorcem metra z Sevres. To duża odpowiedzialność…

Dobrze zrobiona farsa jest dobrem rzadkim, nieledwie podlega ochronie. Wymaga bowiem od zespołu i reżysera niesłychanej precyzji, a od aktorów - morderczej pracy i jednak specyficznego vis comica, pewnego wyczucia tej bardzo trudnej formy. Dlatego też kiepscy aktorzy nie powinni grać w farsach, bo publiczność zamiast dobrze się bawić, dojmująco się zażenuje, natychmiast wyłapując w np. cooneyowskich postaciach fałsz. A to dla farsy katastrofa. 

Krystyna Janda doskonale o tym wie, zaprosiła więc do współpracy świetnych aktorów. Na scenie m.in. Rafał Rutkowski jako biedny uroczy bigamista John Smith, w moim spektaklu grali poza tym (niektóre role są dublowane) – Maria Seweryn, Monika Fronczek, wykopany spod ziemi chyba Stefan Friedman, czy świetny Adam Krawczuk jako inspektor, ale… scenę kradnie kolegom Artur Barciś, ba, odniosłem nawet wrażenie, że rolę Stanleya Cooney pisał specjalnie dla niego.

Bardzo zabawne. Choć momentami – szczególnie przy pojawianiu się na scenie Bobbyego – zamierałem, czy aby Stefan Friedman nie pozwoli sobie na zbyt dużo. Na szczęście jednak Krystyna Janda granicę tej jazdy doskonale zna.

 

2016, wrzesień

Michael McKeever

POCZTÓWKI Z EUROPY

reż. Krystyna Janda

premiera maj 2012

To przedstawienie powinni obejrzeć ci wszyscy, którzy uważają, że w ich domach dochodzi niekiedy do nieporozumień. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że w przypadku rodziny Suttonów słowo „nieporozumienie” wydaje się być raczej niedoszacowane, gdyż ich dom jest ni mniej ni więcej wariatkowem. Pozbawiona hamulców babcia, ciotka dorabiająca w seks-telefonie, niemająca kontaktu z rzeczywistością mamusia i obsesyjnie grający w golfa tatuś. Świetny materiał na farsę, prawda? Ale Pocztówki choć momentami naprawdę śmieszne, farsą nie są.

Niestety – żeby nie zabrać Państwu przyjemności z oglądania tego spektaklu – właściwie więcej napisać nie mogę. Poza tym, że nie wszystko okaże się tak proste i zabawne, jakim się na początku wydaje.

Na scenie gwiazdy. Przede wszystkim dziękuję Krystynie Jandzie, że obsadziła w roli ciotki fantastyczną Dorotę Pomykałę, która to panią Dorotę życzyłbym sobie widywać częściej na stołecznych scenach, a nie tylko w Krakowie i w serialu. Także Magdalena Zawadzka, Leonard Pietraszak i – przede wszystkim – Wiesława Mazurkiewicz (lat 90 i ½)  w świetnej formie i cudownie zabawni. 

Bdb. 

 

2016, kwiecień

Mikołaj Gogol

NOS

reż. Janusz Wiśniewski

Najbardziej to zaskoczyła mnie Krystyna Janda, nie sądziłem bowiem, że zdecyduje się pokazać na komercyjnych bądź co bądź deskach TAKIE przedstawienie.

Artystyczne, bajkowe, pełne znaczeń, nie stawiające kropki nad i, wycyzelowane, niełatwe paradoksalnie w odbiorze, i ostatecznie - wcale nieśmieszne, a wręcz dojmująco smutne -  jeśli się tak bardziej zastanowić. Czy złaknieni gogolowego śmiechu widzowie zapełnią niemałą przecież salę Ochu? 

To, że Kowalow zgubił nos to jedno. Ale że on, ten nos, śmie mieć lepsze i pełniejsze życie niż jego właściciel? To dopiero skandal! I ten wątek mocniej akcentuje Janusz Wiśniewski, wciąż jednak pamiętając, że nowela Gogola  jest również cudowną satyrą na uzależnienie od władzy, także tej malutkiej. I ten biedny beznosy Kowalow jest zupełnie nikim i w dojmującym dialogu prosi nos o powrót...









Spektakl jest zagrany koncertowo. W tę półtoragodzinną podróż po XIX-wiecznym Petersburgu zabierają nas  fantastyczni  aktorzy, od Piotra Cyrwusa, przez obdarzoną nieprawdopodobną vis comica Kiksę Kołodziejczyk po debiutującego w Ochu w wymagającej roli Nosa - Michała Barczaka. Do tego świetna muzyka Jerzego Satanowskiego i choreografia Emila Wesołowskiego. 

Bardzo dobry spektakl.