TEATR SYRENA

2018, marzec

CZAROWNICE Z EASTWICK

John Updike, adaptacja John Dempsey, tłum. Jacek Mikołajczyk

reż. Jacek Mikołajczyk

premiera 3 marca 2018

Nie znam się na musicalach ani – zdaje się - nie umiem o nich pisać. Więc tylko - jak to mówią, z kronikarskiego obowiązku…

Na ile spektakl w Syrenie jest inspirowany książką, na ile filmem, a na ile innymi wystawieniami – nie wiem, dla mnie, zwykłego widza to zupełnie nieważne. Ważne to, że spędziłem bardzo miło sobotni wieczór, że ten świat z nieistniejącego Eastwick (ale istniejącego Massachuttes!) mnie wciągnął, także dzięki temu, że kreska, jaką reżyser go narysował, była – no cóż – odpowiedniej grubości. I to ważne, bo w kilku miejscach można było przedobrzyć. Sądzę zatem, że Jacek Mikołajczyk brawurowo rozpoczął dyrektorowanie w Syrenie, Czarownice są świetnie zagrane i zatańczone, ani przez chwilę nie byłem znużony. Widać talent, zapał i uczciwą ciężką robotę całego zespołu.

Tekst został przez Mikołajczyk przetłumaczony z szacunkiem dla takiego widza jak ja (to znaczy – słuchającego, co aktor ma do powiedzenia na scenie), z pewną taką szlachetnością, współcześnie, trochę pieprznie, może momentami nawet ździebko wulgarnie, ale nie prostacko, poza tym świetna scenografia i kostiumy.

Trzymam więc kciuki za kolejne musicalowe premiery w Syrenie (kolejna we wrześniu) i wyglądam ich w pełnym napięciu.

 

2017, maj

NASZE ŻONY

Eric Assous

reż. Wojciech Pszoniak

premiera 5 maja 2017

Dwóch przyjaciół czeka na trzeciego do kart, ten się spóźnia, wreszcie przychodzi. I wyznaje, jaki był powód tego spóźnienia. Tyle można napisać. Co z tego wyniknie? Proszę koniecznie zobaczyć.

Na stronie teatru piszą, że to komediodramat. No, na upartego – tak, bo i momentami zabawne, a czasem dojmujące. Powstał jednak… moralitet, w którym pada wiele pytań, na które nie ma ani łatwej ani jednej odpowiedzi. Rzecz jest nie tylko o granicach przyjaźni jak się na pierwszy rzut oka może wydawać, ale przed wszystkim o naszej zupełnej nieumiejętności komunikacji ze sobą i ze światem, choć mamy do dyspozycji wszystkie potrzebne narzędzia. O konieczności dokonywania wyborów w życiu, choć bywa, że między złem większym a mniejszym, bo tertium non datur. Oraz o tym, że wszystko w naszym życiu jest relatywne, czy nam się to podoba, czy nie.

Myślę sobie, że mogłaby wyjść z tego roszcząca sobie intelektualne pretensje farska, gdyby nie wielcy aktorzy, którzy wcielają się w role kumpli od kart. Fantastyczne role Wojciecha Malajkata, Jerzego Radziwiłowicza i samego reżysera.

Niesłychanie dobry spektakl.

 

2017, marzec

ALICJA W KRAINIE CZARÓW

Lewis Carroll

reż. Magdalena Miklasz

premiera 4 marca 2017

Chyba pierwszy raz w życiu widziałem spektakl nie dość, że w poniedziałek, to jeszcze o 10 rano. I bez wątpienia byłem najstarszym widzem tego dnia. Usiadłem sobie na krzesełku na końcu widowni zlękniony obecnością i nieprzewidywalnością dwóch setek dzieciaków (oraz kilku pań przedszkolanek). Ale lęki były niepotrzebne – widzowie oglądali spektakl w skupieniu i ciszy, reagując tam, gdzie trzeba, nie sprawdzali bez przerwy fejsbuka i nie świecili swoimi Samsungami. I bardzo mi się to podobało.

Cóż, Alicja w krainie czarów jest książką jednak dla dorosłych, cudowną opowieścią o sile naszej podświadomości, ale Magda Miklasz potrafiła tę bajkę opowiedzieć także dzieciakom, jest mnóstwo „dziejstwa” na scenie, są piękne kostiumy, bardzo dobra muzyka Gaby Kulki oraz -  świetne aktorstwo. Marcin Bartnikowski i Marcin Bikowski bawią się swoimi postaciami niemal jak przedszkolaki, świetny jest Adrian Budakow jako kapelusznik, ale scenę swoim starszym kolegom kradną najmłodsi aktorzy, Lena Krawczyk jest po prostu rewelacyjna. 

Szkoda, że nie było takich spektakli za moich czasów. Nadrabiam, łatwo nie jest, bo nawet pan w kasie był ździebko zdumiony moją obecnością na tym porannym przestawieniu. Ale jakoś się przez najmniejsze drzwi do Krainy Czarów wślizgnąłem i wspólnie z królikiem, kapelusznikiem, Alicją i całą resztą, tę obłąkaną herbatkę wypiłem, a wróciwszy do domu sięgnąłem po książkę i położyłem ją na półce przy łóżku.  I właśnie zacząłem czytać. Tak, to zdecydowanie dla dorosłych… 

 

 

2016, wrzesień

PRINCESS IVONA

Witold Gombrowicz

reż. Omar Sangare

premiera 29 września 2016

Princess Ivona jest jednym z najlepszych spektakli, jakie można teraz oglądać na deskach miasta stołecznego. To pięknie zagrany i zrealizowany spektakl o… No właśnie. Niestety tego napisać nie mogę, bo zepsuję Państwu wieczór na Litewskiej. Ale pomysł Omara, by pokazać Iwonę w świetle niedawno opublikowanych Dzienników autora, okazał się i świetny i oryginalny.

Omar Sangare najpierw zrealizował Ivonę jako dyplom ze swoimi studentami w Nowym Jorku, potem spektakl wszedł na afisz tamtejszego Row Theathre, a teraz grają w nim teraz studenci Akademii Teatralnej z roku, którego opiekunem jest prof. Wojciech Malajkat. Główne role – Króla Ignacego i Królowej Małgorzaty Omar powierzył Danielowi Olbrychskiemu i Barbarze Wrzesińskiej. I przede wszystkim dla niej trzeba to przedstawienie zobaczyć, zagrała w nim – nie zawaham się użyć tego słowa – wielką rolę. Jej Małgorzata to – cóż – rozmemłana jak mówi król, zmęczona życiem, mężem i rządzeniem kobieta, która próbuje zachować resztki godności, która w tajemnicy pisze wiersze, bojąca się, że ktoś je wyśmieje, próbująca za wszelką cenę dbać o konwenanse, widzi jednak jak bezowocne są jej starania. To rola pełna odcieni, na całej skali gamy, dojmująca, kradnąca kolegom scenę… Pani Barbaro – czapka z głowy.

Drugim bohaterem Ivony jest… światło. Reżysera światła przywiózł Omar ze Stanów, Coby Chasman-Becka współpracującego na co dzień m.in. z Tomem Fordem. Coby oświetlił zamek Burgundów bajkowo, nierzeczywiście, odważnie i bardzo oryginalnie, tak jakoś… niepolsko. Później w kuluarach właśnie o tym się mówiło.

Studenci prof. Malajkata mogą bez kompleksów zaczynać swoją drogę zawodową, Henryk Simon grający księcia Filipa był bardzo dobry, zwrócił mą (sic! – mą!) uwagę Marcin Bubółka w roli Szambelana, a o roli Iwony napisać nie mogę nic.

 

 

2016, wrzesień

DOGVILLE

Lars von Trier

reż. Aleksandra Popławska i Marek Kalita

premiera 24 września 2016

Trzynaście lat temu świat zachwycił się filmem von Triera z Nicole Kidman w głównej roli. Zrealizowany minimalnymi środkami (i tym bardziej poruszający) moralitet o małej społeczności, w której pojawia się obcy, jest już klasyką, po którą chętnie sięga także teatr. Niestety – sięgnęła również Syrena.

Niestety, bo z tego spektaklu nie wynika absolutnie nic więcej niż wynikało z filmu, wygląda to tak, jakby twórcy przenieśli w stu procentach scenariusz (i scenopis) na scenę, dodając jedynie świetną skądinąd scenografię. To takie przedstawienie, które ani nie zmienia spojrzenia na świat ani nie jest rozrywką ani nawet scenicznym eksperymentem. Po co więc to wszystko? 

No dobrze, pewnym eksperymentem był angaż Jerzego Nasierowskiego, który sprawdził się jako głos z offu, niestety na scenie – albo zjadła go trema albo po prostu zagrał nieporadnie dającą przecież fantastyczne możliwości rolę ojca Grace, szczególnie w kluczowej scenie spektaklu.

Tom Bartosza Porczyka – z żalem niestety o tym piszę, bo pana Bartosza bardzo lubię – gra cały spektakl jednym tembrem głosu i jedną miną, a rozbierana scena z jego udziałem powinna wejść do coraz większego spisu zupełnie niepotrzebnych nagich scen w teatrze. Martha Heleny Norowicz przy każdej kwestii wykonuje jakieś dziwne ruchy, a Grace Aleksandry Popławskiej wydawała się przez cały spektakl obrażona. Obronili się natomiast Agnieszka Krukówna (szkoda, że w roli epizodycznej) i Przemysław Glapiński, świetne też dzieciaki. Ale to za mało.

No szkoda. 

 

2016, marzec

FRANKENSTEIN

Nick Dear na podstawie powieści Mary Shelley

reż. Bogusław Linda

Piękne panie w eleganckich toaletach, przystojni panowie, kamery, flesze i mikrofony – tak właśnie wyglądał Teatr Syrena w pierwszy marcowy wieczór przed długo wyczekiwaną premierą. Cóż, premiera jest zawsze wydarzeniem towarzyskim, nie zaś artystycznym, ale raz na jakiś czas miło wziąć udział w takim targowisku próżności.

W Londynie Frankenstein bije rekordy frekwencji, nie ma żadnego powodu, dla którego ten warszawski, miałby nie pójść w jego ślady, zważywszy, że obsada gwiazdorska. Co prawda jest to teatr dla mniej wymagającego widza, ale sprawnie i z rozmachem zrobiony, widowiskowy i nieźle zagrany. 

O czym jest Frankenstein? Cóż, o banalnej może prawdzie - że jesteśmy odpowiedzialni za tych których tworzymy. O tym, że dobrze widzi się tylko sercem - jakkolwiek egzaltowana jest ta prawda i o tym, że brzydoty i inności boimy się panicznie i że ten lęk jest w nas wkodowany. Nie jest to zatem tekst, który jakoś zmieni naszą optykę patrzenia na rzeczywistość, ale przynajmniej nie rości sobie takich pretensji, a to już dużo.

Najmocniejszym punktem przedstawienia jest grający potwora Eryk Lubos, który wszedł w swoją rolę totalnie i z poświęceniem. Jego rola jest naprawdę bardzo wymagająca, pan Eryk dał z siebie wszystko. 

Ciekawy Wojciech Zieliński jako Victor Frankenstein, fajna choć niewielka rola aktora, którego widzowie Syreny już znają z Czarodziejskiej Góry - mianowicie Patryka Pietrzaka. Chciałoby się więcej Jerzego Radziwiłowicza i Tomasza Sapryka, bo maja do zagrania właściwie epizody, no ale cóż, wszystkiego mieć nie można.