TEATR POLSKI W POZNANIU

2018, maj

WIELKI FRYDERYK

Adolf Nowaczyński

reż. Jan Klata

premiera 5 maja 2018

Nie umiem dać sobie rady z faktem, że coraz częściej pojawiają się w teatrach telebimy z tekstem, niekiedy są one ukryte przed publicznością, a czasami ogrywane – jak w Poznaniu. Jestem jednak nieco konserwatywny, mam więc nadzieję, że zainteresowani się nie obrażą, że nazwę Fryderyka czytaniem performatywnym. Doktor Tomasz uspokoił mnie, że w którymś momencie eksploatacji tekst zostanie opanowany i owe telebimy znikną. W każdym razie na premierze ździebko szyto.  Śledzenie zgodności tekstu pisanego z mówionym było jednak czymś ekstraordynaryjnym, choć nie mam pewności, czy nie wolałbym się skupić tylko na artyzmie słowa mówionego.

Wielki Fryderyk jest spektaklem kontrowersyjnym, o czym przekonałem się podsłuchując komentarze, które wygłaszano w antraktach. Ba, byli nawet tacy, który oburzeni wyszli. Mnie się podobało, z kilku powodów. Po pierwsze – byłem chyba jedyny na widowni, który poznał wykonawcę przerywników muzycznych w spektaklu – to Red Box, mam wszystkie płyty. Nie bardzo rozumiem, dlaczego Jan Klata wybrał akurat ich, ale bardzo mi się ten wybór podobał. Po wtóre – Jan Peszek jest do zjedzenia i można nań patrzeć i go słuchać znacznie dłużej niż 4,5h, także bardzo dobra rola Michała Kalety (bp Krasicki).

Po trzecie – rzecz jest naprawdę dowcipna i nieprzyzwoicie współczesna - aż nie chce się wierzyć, że tekst powstał ponad 100 lat temu. Całość można byłoby skrócić o jakieś małe pół godziny, ale Jan Klata wie, co robi, więc skoro było 4,5 - to miało być 4,5. I nieprawdą jest, że scena pogrzebu psa była za długa, była bowiem w tym spektaklu kluczowa.

Bo to oczywiście kot był. 
 

2018, marzec, w ramach XXIV Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi

K.

Paweł Demirski

reż. Monika Strzępka

premiera 4 listopada 2017

Nie spodziewałem się, że zobaczę coś aż tak naiwnego. To, że obaj potrzebni są sobie nawzajem i bez siebie nie są w stanie funkcjonować, że są jak plus i minus, jak czarne i białe, że jeden bez drugiego nie ma punktu odniesienia, to chyba wie każdy dorosły i względnie świadomy człowiek. Że motywacje polskich polityków wynikają z osobistych animozji i że wszyscy są do tego przyzwyczajeni – też wiedziałem i to od dawna. Że nasze bagienko zaczęło się od okrągłego stołu – również nie jest żadnym odkryciem. I że winni tego bagna są kolejno wszyscy rządzący – też.

Ani to political fiction ani przestroga, rzecz chyba najbardziej o zgorzknieniu, wściekłości, bezradności naszą polityką i elitami. Ale gdyby polityką i politykami się aż tak przejmować, to zostawałoby tylko się powiesić. Świetna co prawda rola Marcina Czarnika, ale coś nie tak było z Donaldem Jacka Poniedziałka, w ogóle coś było nie tak, bo opozycyjna, rebeliancka nieledwie atmosfera przed przedstawieniem przerodziła się w atmosferę jednak rozczarowania.

 

Chociaż… na twarzach niektórych łódzkich polityków wychodzących z Powszechnego, widać było wściekłość.

Chociaż tyle dobrego.

 

2017, maj, koprodukcja z Teatrem Żydowskim

MALOWANY PTAK

Łukasz Chotkowski na podstawie Jerzego Kosińskiego i in. 

reż. Maja Kleczewska

premiera 25 marca 2017

Może będę osamotniony w swoich odczuciach, ale zaryzykuję.

Wierciłem się na niewygodnym krześle i liczyłem minuty do końca. Nudno, i o co najmniej o godzinę za długo. Wyszedłem więc z ulgą, a nagromadzone w spektaklu obrzydliwości, okrucieństwa i okropieństwa, wzięte zarówno z literackiego pierwowzoru, jak i z innych źródeł, najzwyczajniej mnie zobojętniły. 

Poza tym -  nie szukam w teatrze publicystyki, ani bieżącej, ani historycznej. Irytuje, że na każdy argument (Polacy winni) reżyserka wraz z dramaturgiem od razu podawała kontrargument (niewinni, wojna była), więc dyskusja nie posunęła się do przodu ani o włos, a i sami autorzy wpadli w pułapkę przez siebie zastawioną – niezabierania głosu, czy też - relatywizowania. Kto zatem miał swoje zdanie w tej sprawie, przy nim został, kto nie miał, dowiedział się, że to nie jest wszystko takie proste. 

Co nie jest specjalnie odkrywczą konstatacją. Ożywiałem się tylko w momentach, kiedy na scenie pojawiała się Teresa Kwiatkowska. Jej rola to faktycznie majstersztyk.