Teatr Polski w Warszawie

 

2018, październik

ŻOŁNIERZ KRÓLOWEJ MADAGASKARU

Julian Tuwim

reż. Krzysztof Jasiński

premiera 25 października 2018 

Niniejszym bardzo przepraszam panie sprzątające widownię po premierze, te włosy na posadzce pośrodku XIII rzędu to moje były. 

Oglądałem Żołnierza z rosnącym niedowierzaniem i zdumieniem. Czy to żart, czy może jednak prowokacja? – myślałem? I nagle – mam, eureka! Tak, to musi być przestroga! Taki właśnie repertuar dawałyby miejskie teatry w razie wygranej innej opcji.  I ta absurdalna skądinąd myśl do dziś nie opuszcza mnie od owej fetowanej premiery. 

Zbigniew Zamachowski, naturalnie, zagrał świetnie, bo jest wspaniałym aktorem, ale posiadłem tę wiedzę już dużo wcześniej, panie z nogami do nieba ładnie tańczyły kankana, (prawie) wszyscy się dobrze bawili, recenzenci są w większości zachwyceni, a ja – z włosami wyrwanymi z rozpaczy – pytam się  – po co w ogóle ten pusty, anachroniczny i obłudny spektakl powstał?  Nie tu, nie to i nie teraz.

I na marginesie… Premiera rozpoczęła się z 17-minutowym opóźnieniem. Andrzej Łapicki pisał, i nie ma powodu, by mu nie wierzyć, że przed wojną, jak spektakl się opóźniał 5 minut, dzwoniono po policję. Mimo, że czasy się zmieniły, uważam, że był to afront wobec widzów, którzy się zjawili punktualnie. To, że popołudniami są korki w Warszawie i że nie ma gdzie koło Polskiego zaparkować, nie jest wiedzą niedostępną nawet bywalcom premierowych fet. 

 

2018, październik

DEPRAWATOR

Maciej Wojtyszko

reż. Maciej Wojtyszko

premiera 28 września 2018

Mamy rok 1967 i Gombrowicza w Vence, z narzeczoną, potem żoną - Ritą, panią Izę ex aktorkę, obecnie hrabinę, Miłoszów, którzy nieopodal spędzają wakacje i młodego Herberta, który odwiedza we Francji przyszłego noblistę. Między Herbertem a Gombrowiczem specjalnej chemii jednak nie ma… Maciej Wojtyszko próbuje uchwycić moment spotkania trzech wielkich twórców, trochę opierając się na faktach, a trochę dopisując czy zmyślając, podobnie jak w znakomitym Dowodzie na istnienie drugiego w Narodowym. Niestety, w Polskim nie wszystko wyszło.

O ile świetnie czuli się w rolach literatów Andrzej Seweryn, Wojciech Malajkat i Paweł Krucz, o tyle role pań były jakby niedopracowane, niedokończone, zostawiły niedosyt, można było pozwolić sobie na więcej, pójść dalej, szczególnie w przypadku Izy. No, chyba, że mieli na scenie błyszczeć tylko Gombrowicz z Miłoszem (kolejność nazwisk nieprzypadkowa). Mam też kilka uwag do samego tekstu. Dlaczego np. Rita w finale zaczyna nagle mówić po polsku, opętanie? Dlaczego Iza wspomina o profesorze Korzeniewskim? Do kogo puściliśmy oko? Choć w tejże samej scenie, w ustach grającej hrabinę Magdaleny Zawadzkiej historyjka o Gustawie Holoubku była całkiem zabawna. Trudno natomiast nazwać „dyskusją o Polsce” wymianę dość przykrych (choć może i prawdziwych) opinii o nas i naszych kompleksjach. Publiczność się co prawda radowała, balansowały jednak te pogawędki na granicy efekciarstwa, taniości. 

Druga połowa przedstawienia trochę mnie znużyła, owszem, Andrzej Seweryn raczej spektakularnie schodzi ze świata, ale poprzedzającą zgon Gombrowicza scenę zmiany pieluch można było sobie darować. (Dość golizny na polskich scenach!)

Może to i drobiazgi, bo w sumie spędziłem czas w teatrze bez zbytniej idiosynkrazji, było momentami miło i zabawnie – np. cyrk urządzony przez Gombrowicza z telegramem - ale z tymi aktorami i w tym teatrze była szansa na coś więcej. Znacznie więcej.

 
 

2018, maj

KRÓL

Szczepan Twardoch

reż. Monika Strzępka

adapt. Paweł Demirski

premiera 18 maja 2018

O Królu Twardocha pisałem tu, spektakl jest o tym samym, więc nie będę redundantny i skupię się nie na historii, a na tym, jak została ona pokazana.

Została pokazana z rozmachem. Oczywiście, teatr (a na pewno Polski) nie pokaże wszystkich okropieństw, o których Twardoch pisze, przedsmak - jeśli można użyć tego słowa - widzowie mieli przy okazji odcinania kończyny przez sadystę Radziwiłka (znakomity Marcin Bosak). Na scenie mamy dwa auta, niezupełnie co prawda z epoki, ale nie szkodzi, mamy strzelaniny, z pompą zrobione sceny zbiorowe, soczyste dialogi, obrotową scenę i niepozostawiające widowni w obojętności odniesienia do tu i teraz. A ponieważ materiał literacki świetny, ponieważ rzecz lokalna, i - bo zagrane świetnie, więc o frekwencję jestem zupełnie spokojny. Tak, niewątpliwie Król jest jednym z ważniejszych wydarzeń mijającego sezonu, i wydaje mi się, że oczekiwania społeczeństwa wobec tego przedstawienia zostały przez twórców zaspokojone. (Kiedy poszła plotka o tej premierze, mówiono: „Strzępka u Seweryna? Niemożliwe”. A jednak.)

W warszawskim Polskim debiutuje przeszedłszy z wrocławskiego znakomity Adam Cywka w roli Jakuba, świetny Krzysztof Dracz w roli Kuma, zwracam uwagę na sceny w Berezie, Paweł Tomaszewski zapada w pamięć jako homoseksualny redaktor dość bezpośrednio wyrażający swoje erotyczne oczekiwania wobec Jakuba (nieco może efekciarska scenka, ale zgodna z powieścią i jednak cudownie zabawna), zwracam też uwagę na Alana Al-Murtathę, który gra Mojsze Bernsztajna i brata Szapiry.

No więc ogląda się to niczym kryminał i film gangsterski w jednym, ale ci, którzy znają książkę (jak piszący te słowa) mogą się momentami wiercić w fotelach, bo – jako się rzekło – inscenizacja jest dość wierna źródłu. Spodziewałem się więc jakiejś „strzępkowej” dekonstrukcji, ale jej nie było. 

 

2018, marzec - koprodukcja z Teatrem Żydowskim

KILKA OBCYCH SŁÓW PO POLSKU

Michał Buszewicz

reż. Anna Smolar

premiera 10 marca 2018

Myślę, że z rożnych powodów Teatr Polski był idealnym miejscem do wystawienia tego spektaklu. Choćby dlatego, że powstał we współpracy ŻYDOWSKIEGO i POLSKIEGO, że oboje patroni tych teatrów byli polskimi Żydami, że tuż obok, pod bramą Uniwersytetu, doszło do gorszących scen w marcu tegoż 1968 roku, w konsekwencji których to wydarzeń wiele tysięcy ludzi musiało wyjechać z naszego kraju na zawsze.

Michał Buszewicz napisał tekst m.in. na podstawie wywiadów przeprowadzonych z marcowymi emigrantami w Izraelu, w Stanach i w Szwecji, ale przedstawienie nie jest dokumentem. Widziałem w każdym razie na widowni ludzi głęboko poruszonych tym spektaklem, głównie starszych, mogących tamte czasy pamiętać, którzy zgotowali aktorom owacje na stojąco.

Poruszających było kilka scen - szukania dokumentów w ścianie, dybuka Idy Kamińskiej w jednej z aktorek, opowieść o Esterze i Robercie, ale… skróciłbym całość o pół godziny.

Przyznaję także, że poczucia winy spektakl we mnie nie wywołał (nie wiem, czy miał), jedynie – nie po raz pierwszy - smutną nieco refleksję o historii i jej kaprysach. I podobała mi się robota Pawła Sakowicza, którego choreografia – może nieco paradoksalnie – do tego przedstawienia bardzo pasuje.

 

2018, styczeń

MINY POLSKIE

M. Grabowski/T.Nyczek na podst. S. Wyspiańskiego, J. Kitowicza, H. Rzewuskiego, W. Bogusławskiego i W. Gombrowicza

reż. Mikołaj Grabowski

premiera 29 stycznia 2018

Pomyślałem sobie, że gdyby Miny przenieść bez najmniejszej nawet ingerencji do Powszechnego, rozpętała by się kolejna burza o szerzenie nihilizmu, antypatriotyzmu i o Bóg wie czego jeszcze. Ale proszę się nie lękać. Twórcy tego bardzo udanego spektaklu właściwie tylko przystawiają nam na scenie lusterko i pozwalają nam się w nim dokładnie obejrzeć, przypominają, że nic się nie zmienia, miny stroimy i dziś, codziennie i od święta, że z min, gestów, słów (wielu, zbyt wielu nawet) jesteśmy zbudowani i się za nimi chowamy i nimi atakujemy, i nimi się bronimy. Przyglądał się tym naszym rytuałom Gombrowicz i przecież właśnie o tym napisał swoje arcydzieła. Gombrowicz obecny jest zresztą na scenie, bez jakoś drastycznie dorobionej gęby, ale za to w znakomitej kreacji Grzegorza Mielczarka.

Jacy jesteśmy naprawdę? Och, oczywiście ani autorzy ani wybrane teksty źródłowe na to pytanie nie dają oczywiście jednoznacznej odpowiedzi, bo jej nie ma, ale… spróbować można. I jest to próba udana, szczególnie, że - choć nasze wady narodowe w tekstach Min są wyraźnie widoczne - to jednak twórcy podchodzą do polskiej kompleksji jednak z wyrozumiałością, a może nawet z czułością.

Spektakl jest brawurowo zagrany, wciągający, momentami cudownie zabawny, z kilkoma poruszającymi, świetnymi scenami (finał!). Jan Peszek jako Bogusławski naprawdę, no…

naprawdę, ale i towarzyszący mu Anna Cieślak i Paweł Krucz także znakomici, do tego w odważnych (jak na Teatr Polski) rolach. Bardzo dobra, z dystansem zagrana rola Konrada (Krystian Modzelewski), wreszcie – świetna Joanna Halinowska w roli muzy, która ten spektakl rozpoczyna i - w zupełnej ciszy na widowni - kończy.

 

2017, grudzień

WUJASZEK WANIA

Antoni Czechow

reż. Iwan Wyrypajew

premiera 9 grudnia 2017

Tydzień musiał minąć od obejrzenia spektaklu do przelania na papier kilku myśli z nim związanych. Gdyż od razu po wyjściu z Polskiego byłem nieco zdruzgotany faktem, że Wujaszka nie zrozumiałem, pomyślałem więc – minie czas, ułoży się. Poczytałem sobie pierwsze opinie i poczułem się, jakbym oglądał zupełnie inne przedstawienie niż rozentuzjazmowani recenzenci. Wreszcie – to uczucie rozczarowania było tym głębsze, że Wyrypajewa wprost uwielbiam i uważam, że jest wielkim reżyserem, założyłem zatem z góry, że wszystko, co działo się na scenie Polskiego było zamierzone i wyćwiczone. I ciekawe, czy było.

Aktorzy grają każdy sobie, w ogóle nie ma między nimi chemii. Niektórzy swoje kwestie wygłaszają, czy też – podają (jakby nieco dworując sobie z konieczności „przeżywania” Czechowa), inni z kolei -  grają, bardzo dobry w roli Doktora Maciej Stuhr, trochę gra a trochę jakby puszcza oko do widza z tej swojej gry i mówi ze słyszalnym zaśpiewem. Tak miało być czy to efekt miesięcy przebywania z rosyjskojęzycznym reżyserem? W ogóle ten Wujaszek jest właśnie o Astrowie, kłopot tylko, że najmocniej w głowie zostają jego dylematy związane z wycinką drzew, co jakoś zupełnie bez sensu przenosi Wujaszka do tu i teraz, a mówiąc ściślej – do Białowieży.

Najmocniej zatem przepraszam, ale w ogóle mnie to wszystko nie obeszło, mimo pięknej scenografii i nieziemskiego światła.

 

2017, październik

MARLENA. OSTATNI KONCERT

Janusz Majcherek

reż. Józef Opalski

premiera 27 października 2017

Czy można wierzyć wspomnieniom? Co w naszym życiu wydarzyło się naprawdę? Co jest faktem, a co – legendą? A jeśli legendą – to wykreowaną przez nas, czy też przez otaczających nas ludzi, którzy widzieli nas takimi, jakimi chcieli nas widzieć, a niekoniecznie – takimi, jakimi rzeczywiście byliśmy?

Na scenie widzimy dwie Marleny – tę z trudem poruszającą się nieledwie staruszkę, uzależnioną od leków i alkoholu, spisującą ręką swojej asystentki wspomnienia ze swego niezwykłego życia, i – Marlenę u szczytu sławy, występującą w filmach, przed żołnierzami na froncie, udzielającą wywiadów. W roli gwiazdy u zmierzchu życia – wspaniała Grażyna Barszczewska, w roli jej młodszej alter-ego - olśniewająca Izabella Bukowska-Chądzyńska. Choć może minimalnie zbyt sentymentalny, to jednak spektakl obejrzałem z nieukrywaną przyjemnością (jestem wielkim fanem Grażyny Barszczewskiej), 

całość została sprawnie zrealizowana, w dwóch planach, wymagających od aktorów żelaznej dyscypliny, szczególnie w garderobie. 

 

2017, wrzesień

3 X MROŻEK (KAROL, NA PEŁNYM MORZU, ZABAWA)

Sławomir Mrożek

reż. Jerzy Schejbal, Szymon Kuśmider, Piotr Cyrwus

premiera 29 stycznia 2017

Obejrzałem całość z nieco zakłócaną przyjemnością (zob. niżej), gdyż istotnie Sławomir Mrożek wielkim dramaturgiem był a reżyserzy odnieśli się z szacunkiem do wielkiego tekstu. Owe jednoaktówki - choć powstałe ponad pół wieku temu – są niestety dojmująco współczesne i stanowią do naszego stanu świata komentarz dość gorzki. Chyba najbardziej poruszający (ale i najśmieszniejszy) jest Karol. To zupełnie nieprawdopodobne, że ta sztuka powstała w 1961 roku, więc za dość wczesnego Gomółki, i – zauważmy – przy każdym zawirowaniu naszej historii, był jakiś Karol do odstrzelenia. I Wnuczek i Dziadek analfabeta ze strzelbą też, świetny swoją drogą Jacek Fedorowicz. Na Pełnym Morzu widziałem ostatnio w Kiszyniowie (sic!), najwyraźniej i tam przygody trzech panów na tratwie (nie licząc listonosza) zainteresowały widzów, bo – przecież wspólne, w pełni demokratyczne dochodzenie do tego, kto zostanie zjedzony, jest i interesujące i praktykowane identycznie pod każdą szerokością geograficzną. Zabawa także niestety jest komentarzem do tzw. dzisiejszych czasów. I pasuje doń jak pięść do nosa, czyli idealnie, ale boleśnie. Trzech Parobków za wszelką cenę chce się bawić, forsują drzwi do pokoju, gdzie miała tytułowa zabawa trwać, ale tam jej nie ma… Niegrający akordeon, kontrabas bez strun… A może jednak jest?

Tyle w skrócie, koniecznie zobaczcie. I przed pójściem spytajcie w kasie, czy przypadkiem nie ma wycieczki licealnej. 

Siedząca obok mnie para szesnastolatków miziając się głośno komentowała przebieg spektaklu, wcale nie przejmowali się groźnym wzrokiem innych widzów, a siedząca tuż za nimi pani nauczycielka czy opiekunka nie reagowała. 

Może to jej synek był?

 

2017, maj

MĄŻ I ŻONA

Aleksander Fredro

reż. Jarosław Kilian

premiera 18 maja 2017

Akcję tej słodkiej komedyjki przeniósł reżyser do lat trzydziestych poprzedniego stulecia, zastanawiam się, czy do końca potrzebnie. 

Z jednej strony – tak, bo mogła Dorota Kołodyńska pięknie w stylu art deco urządzić mieszkanie Elwiry i Wacława, a bohaterów ubrać w niezwykle stylowe stroje z epoki. Z drugiej strony jednak – zabrakło temu pomysłowi finezji. Żeby nasze ziemskie sprawki, miłostki i zdradki uznać za fraszkę w obliczu zbliżającej się hekatomby, w zupełności wystarczyła scena z maskami gazowymi, wystarczyły fragmenty audycji radiowych. Finał, choć spektakularny, był już o jednym grzybem w tym barszczu za wiele. Można było sobie poza tym pozwolić na jeszcze większą frywolność w pokazaniu miłostek, choć i tak sceny, w których bohaterowie pojawiali się w peniuarach i ineksprymablach, w co starszych widzach wzbudzały – jak zauważyłem - trochę nieufności. 

Młodym aktorom Polskiego fraza Fredry służy, prawie w ogóle nie czuje się wiersza, rzecz i dowcipna i estetyczna, szkoda tylko, że morał podany tak, żeby nikt nie miał żadnej wątpliwości.

 

2017, kwiecień

NIEZATAŃCZONE TANGO

Grażyna Barszczewska 

na podstawie prozy Wiesława Myśliwskiego

reż. Leszek Bzdyl

premiera 21 kwietnia 2017

Mamy oto pokój, w którym zostało niewiele już rzeczy, są za to kartony z ubraniami, naczyniami, pamiątkami. Na tapetach plamy po landszaftach zdobiących mieszkanie, po zdjęciach. Jeszcze stoi gramofon, jeszcze w szafie leżą płyty z tangami, jeszcze jest chwila, żeby podczas tej przeprowadzki na chwilę chociaż płytę puścić…

W pokoju – matka i syn. Trochę jak w Iwonie Gombrowicza, syn (Dominik Łoś) wypowiada tylko jedno zdanie. A tak – to słucha, albo i nie słucha, może się momentami na matkę irytuje, ale to właśnie z nim matka zatańczy - albo nie zatańczy - tytułowe tango. Grażyna Barszczewska w roli matki - czasem bezradna, czasem romantyczna, pogodzona z życiem i niepogodzona jednocześnie, po peerlowsku praktyczna, mająca wiele wspomnień, do których chętnie wraca, a które zawsze są piękne, jak to ze wspomnieniami bywa.

Koncertowa rola Grażyny Barszczewskiej, która tym spektaklem przypomina o niezwykłym obserwatorze codzienności - Wiesławie Myśliwskim. I o tym, że jest wielką aktorką.  

 

 

2016, czerwiec

SZKODA, ŻE JEST NIERZĄDNICĄ

John Ford

reż. Dan Jemmet

Teatr Polski w Warszawie się zmienia… Ten spektakl mógłby być właściwie pokazany nawet w TR (choć wówczas wskazane byłoby rozebranie do końca któregoś z aktorów) i hipsterska publiczność byłaby kontenta. Tymczasem konserwatywni widzowie niestety troszkę ze spektaklu wychodzili, albo demonstracyjnie - manifestując przeciw zbyt nowoczesnemu pokazaniu tekstu Forda, albo - bo muzyka była za głośno, albo - na siusiu, gdyż podczas 165-minutowego przedstawienia antraktu nie zaplanowano.

Rzecz niby jest o kazirodztwie (Marta Kurzak i Maksymilian Rogacki świetni w rolach rodzeństwa), ale odczytanie szersze – o braku granic uczuć – jest naturalnie dopuszczalne. Ja jednak oglądałem to jako świetny kryminał. Owszem, chwilkę musimy poczekać zanim pierwszy trup padnie (zresztą przypadkowo), ale z każdym kolejnym coraz bardziej mi się podobało.

Ponadto - w którymś momencie odniosłem silne wrażenie, że całe przestawienie jest troszkę żartem z klasycznego tekstu, może nawet żartem z teatru w ogóle. Bowiem jest coś takiego w tajemniczym uśmiechu Piotra Cyrwusa, co nie pozwala tej możliwości wykluczyć.