Nowy Teatr

2018, maj

WYJEŻDŻAMY

Hanoch Levin i in.; dram. P. Gruszczyński

reż. Krzysztof Warlikowski

premiera 14 czerwca 2018

To jest rzecz o tym, że wszyscy umrzemy i właśnie dlatego trzeba żyć. Tu czy tam, w sumie - bez znaczenia, bo to nieprawda, że lepsze życie jest gdzie indziej. No owszem, niekiedy się tak dusimy, że mamy do wyboru – śmierć albo ucieczkę -  i wtedy zwykle wyjeżdżamy. A razem z nami zawsze do samolotu wsiądą nasze lęki, nadziei, śmieszne miłości, popełnione głupstwa i niepopełnione szaleństwa. Zawsze je starannie pakujemy w walizce, bo – choć właśnie od nich uciekamy, to i nie umiemy bez nich żyć. Zabieramy też toksyczną miłość matczyną, tęsknotę za nią i za pamięcią tych, którzy przed nami odeszli. Zresztą, w końcu wszyscy wracamy… Może i to ździebko naiwne, ale przecież wszystko, co Levin napisał, właśnie o tym jest - o banalności, codzienności, nudzie, braku, nadmiarze, seksie i jego braku, czy – o śmierci, i o jej nieuchronności i strachu przed nią. I czekaniem na nią też. 

Piękny, fantastycznie wyreżyserowany i wspaniale zagrany spektakl, aktorzy grają fenomenalnie, wszyscy, bez wyjątku. Dziękuję Teatrowi Nowemu, bo już kończył się sezon, a tu, rzutem na taśmę…

Obecność obowiązkowa.
 

2018, marzec

2118. KARASIŃSKA

reż. Anna Karasińska

premiera 27 marca 2018

Słodkie, szczególnie Dobromir Dymecki w pełnej poświęcenia roli ośmiornicy - ale ździebko rozczarowujące. 

Spodziewałem się bowiem wizji teatru, może jakichś eksperymentów formalnych, a dostałem kilka obrazków z życia w 2118 roku, niespecjalnie nawet wyrafinowanych, acz dość efektownych i momentami całkiem zabawnych. Tzn. widownia się bawiła, ja zaś byłem w nastroju pasyjnym, choć doceniam wyzwanie zagrania rozłożonych zwłok, którego się podjęła (i z tarczą z próby wyszła) – Magdalena Cielecka.

No więc obejrzeć warto, bo jest w Nowym dość miło, są hipsterskie okoliczności przyrody (na moim spektaklu był cały Internet. Cały. Może dlatego, że wielki piątek), poza tym - reżyserka za kilkanaście lat z pewnością będzie w czołówce, a już dziś jest wymieniana jako ta, której oddech czuje się na plecach.

No więc jaki teatr będzie za sto lat? Tego wciąż nie wiem, ufam jednak, że dowiem się z kolejnych spektakli cyklu.

 

2018, marzec

BIBLIA RDZ.37-50

reż. Michał Zadara

premiera 23 marca 2018

Trzecia część Biblii jest historią Józefa, w którego wciela się świetna jak zawsze Maja Amsterdamska, znana już widzom poprzednich inscenizacji. Tym razem spektakl zrealizowany z nieco większym rozmachem niż poprzednio, ale mniejszym niż część pierwsza. Jest dość krwawo (jak to w Biblii), na wyobraźnię widzów działa wyjątkowo skutecznie teatrzyk cieni, ale i nie zabrakło też bardzo teatralnej umowności, sam bym wszystkich imion brai Józefa nie spamiętał, jest też puszczenie oka do świata dorosłych, jak choćby wykorzystanie w spektaklu piosenki The Bangles, którą znają raczej widzowie około czterdziestki.

Młodzi teatromani dowiedzieli się, co mamy na myśli, mówiąc o siedmiu krowach tłustych i siedmiu chudych, ja z kolei przypomniałem sobie, dlaczego najmłodszy to Beniaminek, ale mimo tych wartości edukacyjnych ostatnia część tryptyku wydała mi się nieco chaotyczna w sensie teatralnym, jakby ździebko za dużo się działo, i – jednak - najmniej przekonująca. Nie byłem bowiem w stanie zrozumieć, dlaczego Józef przebaczył braciom po tym wszystkim, co mu zrobili.

Ale może motywacje te były jakoś do pojęcia przez młodszych widzów, oraz przez tych nieco większej wiary, więc upierać się nie będę.

 

2018, luty

UCZTA

Platon, dram. i tłum. A. Serafin

reż. Krzysztof Garbaczewski

premiera 8 lutego 2018

Wyszedłem z Nowego, a właściwie wyleciałem, nieledwie na skrzydłach, gdyż zrozumiałem, co się do mnie ze sceny mówi. Pewnie także dlatego, że aktorzy podają nowo przetłumaczoną frazę Platona z pewną taką szlachetnością, i zapewne dzięki świetnej akustyce w Nowym. No dobrze, trochę pożartowaliśmy, a teraz do rzeczy.

Przedstawienie jest momentami manieryczne, momentami bardzo zabawne, przede wszystkim jednak – wspaniale zagrane. Jaśmina Polak i Bartosz Bielenia – choć nowi w Nowym – wydaje się, jakby grali tu od dawna i bardzo tu pasują (jakkolwiek to brzmi), cudowna scena miłosna Deotymy i Sokratesa (znakomici Magdalena Cielecka i Paweł Smagała), ale najważniejszą rolę w tym spektaklu zagrał Jacek Poniedziałek i nie zawaham się napisać, że rolę wielką. Jego Sokrates oskarżony jest o demoralizację młodzieży (ale halo halo, przecież to Alcybiades uwiódł Sokratesa, a nie odwrotnie), oraz – o brak szacunku do bóstw. Broniąc się przed tymi zarzutami, mówi jednak Sokrates o czymś znacznie ważniejszym, o sprawach pierwszych i o ostatnich, i wtedy, i dziś.

Dziwny nieco kostium Piotra Polaka, nie wiem, czy nie zbyt wyrafinowana (no dobrze, wydumana) tym razem scenografia Aleksandry Wasilkowskiej, ale w całości – zacytuję Antoniego Słonimskiego – utwór daje zadowolenie artystyczne.

 

2017, grudzień

BIBLIA RDZ. 12-25

reż. Michał Zadara

premiera 7 grudnia 2017

To jest właściwie słuchowisko, a nie spektakl. Co prawda słuchowisko jest również spektaklem, ale druga część tryptyku na podstawie Księgi Rodzaju istotnie dzieje się w wyobraźni. Ci zatem, którzy spodziewali się atrakcji jak w części pierwszej, mogli się ździebko rozczarować. Bo się siada i się słucha głosu Michała Zadary, który opowiada o Abrahamie, Sarze i ich potomstwu. O tym, że Bóg zażądał od Abrahama najwyższej ofiary, a ten był skłonny ją złożyć. I nie wiadomo właściwie, dlaczego Abraham dyskutował z Bogiem o liczbie sprawiedliwych w Sodomie i Gomorze, a o tym, że miał zabić swojego syna – nie. No cóż, starotestamentowy Bóg jest okrutny, myślę, że później w domach młodych widzów mogło padać dużo pytań rozmaite sprawy, np. o Hagar, o dwa zepsute miasta, czy też może nawet – o istotę wiary. 

Może o to chodziło, jeśli tak – osiągnięto efekt za pomocą naprawdę skromnych środków. Nie mam tylko pewności, czy nie za skromnych. 

 

2017, listopad, we współpracy z Teatrem PowszechnymTeatrem Studio i TR Warszawa

PROCES

Franz Kafka

reż. Krystian Lupa

premiera 15 listopada 2017

I publicystyka i przestroga i moralitet i sen. 

Improwizowany drugi akt poruszył mnie najbardziej, rzecz o byciu w teatrze, na scenie, o graniu. Było to mocniejsze niż jednak kluczowa rozmowa K. z księdzem. Chyba właśnie o tym jest ten spektakl najbardziej – o wywoływaniu w nas winy. O tym, że łatwiej rządzić i manipulować kimś, kto ma wyrzuty, kto czuje się winny. Czuje się, a - niekoniecznie jest, właśnie tak jak K. Trzeci akt, kończący się o 2 w nocy wysysa siły, część widzów wychodziła, ale i tak spektakl jest niedokończony, z niby-sprytnym zakończeniem „wszyscy wiecie, co było dalej”. Czy na pewno?  Wielka rola Andrzeja Kłaka, fantastyczne video (Bartosz Nalazek), zawiodą się jednak ci, którzy oczekiwali, że ten spektakl wywoła jakąś rewolucję (w sensie dosłownym). 

 

Nic z tych rzeczy.  Ale to wielkie przedstawienie jest także właśnie o nieznośnej niemożności.

I o wielkim zmęczeniu. 

2017, wrzesień

Biblia, Rdz 1-11

reż. Michał Zadara

premiera 1 września 2017

Na stworzeniu świata trochę się wierciłem, ale zabójstwa Abla, potop i jego konsekwencje czy wieża Babel były tak pokazane, że patrzyłem (z przeproszeniem) rozdziawiony zupełnie jak mój pięcioletni sąsiad. No cóż, polski Kościół jest zaczytany w katechizmie, nie w Biblii, nic więc dziwnego, że dla części z nas jest niespodzianką, że wiele kodów którymi się na co dzień posługujemy, pochodzi właśnie z Niej. I że olśniewającym przypomnieniem było choćby to, że że męki porodowe są karą za zjedzenie owocu zakazanego. Mimo, że to była węża wina.

Bogiem u Michała Zadary jest roszczeniowa, nieco rozwrzeszczana nastolatka (bardzo dobra Julia Leszkiewicz), w roli Adama – zdecydowanie za rzadko goszczący na scenie Robert Koszucki, Paulina Holtz jako Ewa, plus Barbara Wysocka i świetne dzieciaki, role „dorosłe” zagrane doprawdy z poświęceniem, dziecięce – z wdziękiem. Do zabawy wciągnięta jest także publiczność. I chociaż niespecjalnie lubię jak się mnie wyciąga z fotela (w tym wypadku z ławki), to tutaj z niemal dziecięcą radością i malowałem ze wszystkim i dałem się nawet obrysowywać. Efektem naszej pracy była rajska przestrzeń, bajecznie kolorowa, tak, jakby stworzył ją scenograf, a nie przypadkowa przecież publiczność.

Bez względu na wyznanie czy też jego brak – idźcie z dzieciakami do teatru. Biblia w Nowym Teatrze naprawdę nie jest katechezą, ale i piękną i dowcipną i mądrą opowieścią o najważniejszej książce świata, przy okazji – także fenomenalną zabawą teatrem, jego możliwościami i umownością.

 

2017, kwiecień, we współpracy z Centrum Nauki Kopernik

HENRIETTA LACKS 

Anna Smolar i aktorzy

reż. Anna Smolar

premiera 2 września 2016

Henrietta jest jedynym człowiekiem, który – choć pochowany – żyje i będzie żyć wiecznie. Jej komórki rakowe – znane nauce jako HeLa - okazały się zdolne do nieskończenie wielu podziałów mitotycznych (dziękuję Wikipedio), i ta ich cecha okazała się przełomem w leczeniu nowotworu.

Problem w tym, że komórki te pobrano Henrietcie bez jej wiedzy i zgody.  Czy George Gey, ówczesny guru badań nad tkankami, miał do tego prawo? Co jest ważniejsze – postęp w medycynie czy prawo chorego człowieka do decydowania o sobie? Czy Henrietta byłaby zadowolona, że weszła do historii, że jest nieśmiertelna? A co – jeśli nie? I czy to ważne?

Mądry spektakl, stawiający pytania, na które nie ma łatwiej i jednej tylko odpowiedzi, świetnie zagrany przez całą czwórkę aktorów. A młodzież, wśród której oglądałem poranny spektakl w Nowym, oglądała przedstawienie w skupieniu i nie spoglądała wciąż na swoje – nomen omen – komórki. 

(Bardzo mi się to podobało). I znaczy to, że reżyserce i aktorom udało się młodą publiczność złapać za buzie i wciągnąć w ten świat. I za to – czapka z głowy.

 

2017, marzec

ZEW CTHULHU 

Tomasz Śpiewak na podstawie opowiadań H.P.Lovercrafta

reż. Michał Borczuch

premiera 24 marca 2017

Nie umiem napisać o tym spektaklu niczego sensownego. Codziennie coś kombinowałem, słów i gramatyki szukałem, a wychodziły banały, zbyt okrągłe zdania. Wcale jednak ta moja niemoc nie oznacza, że przedstawienia nie zrozumiałem czy też wykrzesał on emocje mi obce. Przeciwnie, im więcej czasu mija, tym bardziej o nim myślę. Ale gdybyście spytali, o czym Zew Cthulhu jest - miałbym kłopot z jasną czy krótką odpowiedzią. 

Chyba najbardziej o ojcach – jakby w kontrze czy w odpowiedzi na Wszystko o mojej matce także tandemu Śpiewak/Borczuch. Scena rozmowy ojców z synami kończąca przedstawienie zagrana przez Piotra Polaka i Krzysztofa Zarzeckiego po prostu wciska w fotel, a wysłuchany przez widownię w totalnym milczeniu dialog ojca z córką, Jacka Poniedziałka z Dominiką Biernat o… (tu nie zdradzę), mógł zagrać faktycznie tylko Jacek Poniedziałek. Poza tym – jak zawsze świetne Małgorzata Hajewska-Krzysztofik i Marta Ojrzyńska, instruktaż udoju cudny.

Pytałem reżysera jeszcze przed premierą jak należy ten tytuł wymawiać, Michał jakoś tam się wykręcił… Pewnie dlatego, że dokładną instrukcję wymowy mamy w spektaklu, ale słowo to ani razu nie pada.

Bo może tak naprawdę jest niewymawialne?

 

2017, styczeń

SONATA WIDM 

August Strindberg

reż. Marcus Ohrn

premiera 20 stycznia 2017

Ten spektakl nie jest ani przedstawieniem klasycznym ani eksperymentalnym. Ba, mam wszelkie podstawy przypuszczać, prawie pewność, że w ogóle nie jest to teatr. Sonata Widm jest czymś na kształt instalacji, projektu (to piękne i pojemne słowo), choć aktorzy posługują się strindbergowskim tekstem i całość jakoś tam (tzn. nie „źle” lecz „w pewnym sensie”) jest przez nich grana. W pewnym sensie – bo poprzez maski, w których wszyscy są na scenie i poprzez zmieniacze głosów – jakkolwiek się takie urządzenie nazywa – reżyser wytrąca z ich rąk aktorów istotne przecież atuty mimiki i również modulacji, pozwalając ich głosom brzmieć maszynowo - a to raz piekielnie, a raz jak po zachłyśnięciu się helem. Sam reżyser w wywiadzie, który można poczytać w programie mówi, że tego rodzaju zabieg uwalnia spektakl od psychologicznego realizmu. I jest to istotnie rzecz takiegoż realizmu pozbawiona. 

Widziałem Trylogię Ohrna wiosną (zob.poniżej), dlatego mniej więcej wiedziałem, czego się po wizycie w Nowym spodziewać. I - jak to się ładnie mówi - „ja to kupuję”, ale bardziej dlatego, że gdzieś tam to do trafiło, poruszyło jakieś dawno nie ruszane struny i w tę narrację wciągnęło, a nie dlatego, że Marcus ma nam Strindbergiem do powiedzenia coś ważnego.

Owszem ma, ale w tym wypadku kompletnie szurnięta forma zachwyca (czy to aby dobre i właściwe słowo?) niż obserwacja, że na Facebooku wszyscy udajemy – mówiąc w pewnym uproszczeniu.

I jeszcze jedno. W programie jest nazwisko osoby prowadzącej „warsztaty bondage”. No ciekaw byłem kto kogo jak i za co przywiąże, ta scena jednak okazała się niebywale grzeczna, choć po trylogii widz mógł się spodziewać czegoś idącego znacznie, znacznie dalej. 

 

2016, maj

TRYLOGIA 

Marcus Öhrn

Z komunikatu prasowego poprzedzającego ten maraton wynikało, że reżyser wraz z widzami będzie „badał granice teatru”. Uwielbiam badać granice, więc postarałem się o zaproszenie i o miejsce w pierwszym rzędzie, by niczego nie przegapić.

Widzowie zobaczyli trzy spektakle (?), w każdym razie trzy tytuły, bo to było coś między performansem, widowiskiem i koncertem. Pierwszy – Conte d’Amour – powstał po ujawnieniu austriackiej historii Fritzla. Kolejny – We Love Africa and Africa Loves us – był paradoksalnie wcale nie o Afryce ale o hm… współczesnej rodzinie – jeśli tak można powiedzieć, trzeci zaś – podobno najmocniejszy jeśli chodzi o użyte środki wyrazu – był w sumie najnudniejszy, traktował o pedofilii. Przy czym uwierzcie – to, co i o czym robi Ohrm naprawdę jest trudno definiowalne i jednoznaczne stwierdzenie, że było to to i to o tym i o tym (sic!), byłoby pewnego rodzaju nadużyciem. Ale próbować trzeba.

Aktorów jest czterech i grają z naprawdę dużym poświęceniem. Najmocniejszy był spektakl „afrykański”, rozmowa ojca z odbytem syna była jednak pewną nowością, tym bardziej, że została pokazana dość klasycystycznie. Neoklasycystycznie mówiąc ściśle. Jedna z wpływowych recenzentek teatralnych pisząca dla konserwatywnego dziennika, choć dzielnie zniosła także niezbyt grzeczny Conte d’Amour i obejrzała również ową scenę w spektaklu drugim, to jednak nie zdzierżyła nagiego męskiego ciała skąpanego w substancji imitującej krew i demonstracyjnie wyszła. 

A szkoda, bo jak się po chwili okazało – rozwinięte bandaże zwilżone tą czerwoną cieczą, pięknie imitują jelita.

Aktorzy na scenie erekcji nie doznali, żaden z nich na oczach publiczności się nie zdefekował, z ulgą więc konstatuję, że i tym razem granice teatru przekroczone (na szczęście) nie zostały.