SEZON 2019/2020

 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

BOŻA KRÓWKA

Ewa Mikuła

reż. Sławomir Narloch

premiera 7 marca 2020

 Zdecydowanie dla tych, co bliżej Łagiewnik niż Torunia, pewnie i jedni i drudzy wiedzą, że ksiądz też (tylko) człowiek, choć - może co innego mając na myśli. Mamy oto młodego kapłana (bardzo dobry Maciej Zuchowicz), którego poznajemy podczas spowiadania swoich owieczek. Pierwszą z nich jest chłopiec, który dopiero co przyjął Pierwszą Komunię Św. i który jakoś nie może wygenerować swoich grzechów, mimo księżych podpowiedzi. Jaką rolę w tym sakramencie odegra tytułowa boża krówka? Spowiada się też kobieta, o pięknym umyśle powiedzmy, i miejscowy chłopak, trochę łobuz, mający pewnego rodzaju problem ze swoim rówieśnikiem w sutannie. Po co zostałeś księdzem - pyta? Bo tak! – krzyczy ksiądz i chłopaki po jednym głębszym się tłuką.

Uroczy i mądry spektakl o tym, ile jest siły i mocy w tym „Bo tak!’, o tym - dlaczego nie wolno zabijać bożych krówek, czym jest tak naprawdę grzech i – uhm – dlaczego bez względu na to, co tym sądzimy, Pan Bóg nas kocha? Plus znakomita muzyka Jakuba Gawlika, także w roli Wspomnianego.

 

Teatr Collegium Nobilium

HYMNY

Natalia Fiedorczuk

reż. Anna Smolar

premiera 6 marca 2020

 Mamy oto studentkę, która rodzi dziecko. Młoda mama chce jednak – w miarę możliwości – brać normalny udział w próbach, bez taryfy ulgowej uczestniczyć w przygotowaniu spektaklu, nie chce się z powodu córki znaleźć na marginesie, wypaść, zostać pominięta. Niby sytuacja oczywista – dlaczego miałaby, a jednak…

Anna Smolar porusza się w tym spektaklu na bardzo cienkiej granicy. Czy to jest jeszcze teatr? Przecież obserwujemy na scenie właśnie studiującą mamę, w spektaklu występuje też - istotnie słodki Bąbelek - jej córka, Stefania (dziękowałbym Bogu za tak koncyliacyjne dziecko). Nie wiemy jednak, czy prawdziwa grupa naszej młodej mamy reaguje właśnie tak, jak widzieliśmy na scenie. Czy faktycznie WAŻNIEJSZE jest dziecko i dobrostan psychiczny matki – czy też – z poniesieniem pewnie jakichś kosztów i z pójściem na kompromisy – jednak projekt, w tym wypadku spektakl przez nich przygotowywany. I - czy w ogóle wolno takie pytania stawiać?

To znakomite przedstawienie (i rewelacyjny spektakl dyplomowy jednocześnie) z pewnością trochę inaczej oglądają dziewczyny, widziałem autentyczne poruszenie tej części widowni, słyszałem komentarze widzek w różnym wieku, nie dziwne, dawno nie było (nie tylko na tych deskach) tak poruszającego spektaklu, a jednocześnie tak „normalnego”, ludzkiego, zwykłego.

To jest straszny pech z tym wirusem, TCN powinno to grać bez przerwy, a tymczasem…

 

Och-Teatr

LILY

Jack Popplewell

reż. Krystyna Janda

premiera 23 lutego 2020

Przyznam się ze wstydem, że już pod koniec śledzenie istotnie skomplikowanej sieci zależności, które doprowadziły do jakby podwójnej zbrodni, nieco mnie zdezorientowało. Nie zdradzę jednak kto zabił, choć w recenzji sztuki kryminalnej byłoby to olśniewającym pomysłem, szczególnie moment po premierze. Pomyślę o tym jak trafię na coś złego.

Lily tymczasem jest spektaklem uroczym, zwiewnym, dowcipnym, niekiedy ten dowcip wychodzi poza ramy brytyjskości z klas wyższych, ale nawet mimo pewnej takiej proletariackości – bawi do łez. A może właśnie dlatego… Krystyna Janda w swoim żywiole, znów w roli mającej problem z alkoholem nieznośnej sprzątaczki Lily, która – choć nieco upierdliwa (excuse le mot) okazuje się - ze swoim chłopskim rozumem i kobiecą logiką - niecenioną pomocą przy rozwiązaniu niełatwej przecież zagadki, trudność jej polega – i to napisać mogę – na niespodziewanym zniknięciu zwłok.

To jest teatr lekki, łatwy, przyjemny i - dobrze zagrany, nie rości sobie żadnych pretensji, poza tym, żeby widzowie przyszli i przez dwie godziny dobrze się bawili.

No i dobrze.

 

Teatr Jaracza w Łodzi

DZIECI WIDZĄ DUCHY

Mariusz Grzegorzek

reż. Mariusz Grzegorzek

premiera 22 lutego 2020

O tym jak zostaliśmy ulepieni przez rodziców, o cudzie i przekleństwie pamięci, o tym, że każde czułe i każde przykre słowo tkwi w nas, świadomie, nieświadomie, wkodowane w chłonne niczym gąbka umysły - zostaje na zawsze. Wspomnienia aktorów z czasów ich pacholęctwa są pełne czułości i nostalgii, jest w tych historiach co prawda skaza lęku przed dorosłością, ale przede wszystkim nadzieja, że owa dorosłość będzie dobra, łaskawa, że wszystko się ułoży. Że nie będzie tak krwawo i okrutnie jak w baśniach, będących zresztą jednym z bohaterów tego przedstawienia. Nie chcę spojlerować, ale sceny zjedzenia Mateusza Więcławka (w formie gulaszu) przez Mikołaja Chroboczka odzobaczyć się nie da.

Dzieci widzą duchy – podobnie jak zrealizowane w patchworkowej poetyce dyplomy prof. Grzegorzka w PWSFTviT - powstał jednak nie po to, żeby opowiedzieć jakąś historię, ale - żeby przekazać widzom emocje, energię, radość grania i śpiewania, po prostu - bycia w tym miejscu i w tym czasie, niepowtarzalności chwili. I istotnie – przekazuje, choć muszę przyznać, że nie wszystkie odniesienia zrozumiałem, szczególnie bliżej finału. No ale ja już duchów nie widuję, ci, co widują – pewnie bazę skumają. (ciekawe, czy to już archaizm?)

Tym razem talent i warsztat pokazuje najmłodsze pokolenie aktorów Teatru Jaracza i nie chcę wyróżnić nikogo personalnie, bo świetni byli wszyscy i - to jest właśnie wrażenie, z jakim z tego spektaklu wracałem do Warszawy zdumiewająco niepustą tej nocy autostradzie.
 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

PROTEST

Vaclav Havel

reż. Aldona Figura

premiera 15 lutego 2020

Czechy, lata 70-te, knedlikowy komunizm, mała stabilizacja i – w tym świecie Ferdynand (świetny Robert Majewski), dramaturg, dysydent, który musi zarabiać na życie ciężką fizyczną pracą w browarze. Pojawia się jednak promyk nadziei, może awansować na atrakcyjne stanowisko magazyniera, jaka będzie cena tego awansu? Czy ta cena dla niego i Browarnika (fantastyczny Janusz R. Nowicki) będzie liczona w tej samej walucie? Zjawia się Ferdynand u swoich przyjaciół, dobrze żyjącego z reżimem małżeństwem, koniaczek, pogawędki, do któregoś momentu jest nawet dość miło, a potem? Jak śmiesz nie być taki jak my? – w histerii zadają to pytanie Wiera i Michał (dobre role Anny Gorajskiej i Sławomira Grzymkowskiego). I trzecia jednoaktówka, „Protest”, Staniek (Łukasz Lewandowski) ma mały kłopot natury rodzinnej, z którym się zwraca do Ferdynanda. Wystarczy otworzyć teczkę, wyjąć odpowiedni dokument i - problem rozwiązany. Czyżby?

Czasy się zmieniły, knedle na szczęście zostały, mechanizmy rządzące tamtym husakovym światem niestety też, to w swojej groteskowości smutna jednak opowieść o odwadze, wolności, konformizmie, ale przede wszystkim jak sądzę - o niebezpieczeństwie łatwych ocen. Zupełnie - jakby to było napisane wczoraj.
 

Teatr Narodowy

WOYZECK

Georg Büchner

reż. Piotr Cieplak

premiera 15 lutego 2020

Scena halucynacji była tak nieprawdopodobna, że nie mam pewności czy doktor aby na pewno niczego więcej nie dodawał do stricte strączkowej diety Woyzecka… Czy naprawdę groch – pośrednio a może bezpośrednio - doprowadził naszego bohatera do zabójstwa Marii? A jej wiarołomstwo – można wybaczyć czy nie? A od przeznaczenia można uciec czy też – nic się nie da zrobić i należy mu się podporządkować? I co to WSZYSTKO ma wspólnego z łopianowym lasem i z NIE zakończeniem życia na srebrnym półmisku?

Choć to piękny i wspaniale zagrany spektakl – uprzedzam, że nie dla każdego. Jeśli bowiem nie ma w waszym życiu miejsca na choćby gram pewnej takiej melancholii, jeśli wyrośliście już z baśni albo nigdy nie były wam potrzebne, nie macie radości w stąpaniu między jawą a snem, darujcie sobie, nie tu i nie to. O czym jest zatem to przedstawienie? Zwracam uwagę na rozpoczynającą przedstawienie kluczową scenę – mamy oto próbę czytaną, czy też próbę mikrofonu, z efektów której reżyser nie jest zadowolony, więc aktorzy ją poprawiają. Ta scena jakoś ucieka, bo i grana jest przy zapalonych jeszcze na widowni światłach i robi wrażenie jakiejś wprawki, tymczasem, gdy sobie przypomniałem o niej już po kurtynie, po oklaskach, ten oniryczny świat zdumiewająco matematycznie mi się uporządkował.

I jeszcze prośba do Teatru Narodowego o stworzenie monodramu, w którym p. Sławomira Łozińska będzie opowiadać o ślimakach. Albo o czymkolwiek innym. Z góry dziękuję.
 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

CZŁOWIEK Z LA MANCHY

D. Wasserman, M. Leigh, J. Darion

reż. Anna Wieczur-Bluszcz

premiera 31 stycznia 2020

Jaki byłby świat bez nawiedzonych rycerzy? Może i nieco lepiej zorganizowany, ale z pewnością nudniejszy, ten spektakl jest na to najlepszym dowodem. Zagrane – w sensie i muzycznym i dramatycznym – znakomicie, było widać i słychać entuzjazm, talent i ciężką pracę całego zespołu. W efekcie otrzymaliśmy znaną przecież wszystkim, a i tak wciągającą baśń o rycerzu smętnego oblicza, o jego rozbrykanym giermku,  i o kocmołuchu, któremu nadał szlachetne imię, gdyż się w niej zakochał i prawem miłości – zobaczył w niej zgoła kogoś innego niż tylko pospolitą dziewkę. Stareńka ta opowieść i pokryta patyną, tak współczesna jednak - o sile marzeń, o cenie, jaką za marzenia trzeba płacić i o tym, kto tak naprawdę szalony, a kto – normalny.

Modest Ruciński w fantastycznej formie, jego Don Kichot to kreacja, nie rola. Zabawny, poczciwy, wzruszający, śmieszny, tak bezkompromisowo oddany swoim imponderabiliom i marzeniom. Najwyraźniej jest w nich coś, bez czego trudno żyć, ale co trudno nazwać słowami, pewnie dlatego Sancho Pansa (rewelacyjny Krzysztof Szczepaniak) nie umie odpowiedzieć Dulcynei/Aldonzie (świetna Anna Gajewska), dlaczego właściwie temu dziwakowi służy?

W ogóle brawa dla całego zespołu, aktorskiego i muzycznego (kierownictwo muzyczne Adama Sztaby) oraz – last but not least – dla akustyków, dawno bowiem nie słyszałem tak znakomicie nagłośnionego spektaklu muzycznego, w którym i każde słowo i każda nuta były zrozumiale i słyszalne.

Obecność obowiązkowa.

Romo i Syreno, miejcie się na baczności!

 

Teatr Polski w Warszawie

ONI

Stanisław Ignacy Witkiewicz

reż. Piotr Ratajczak

premiera 29 stycznia 2020

Przestroga. Przed czym czy przed kim? Oczywiście, przed Onymi. Ale czy tylko, i - kim są dziś Oni?

Ergo, czy spektakl Piotra Ratajczaka to bieżąca publicystyka polityczna czy raczej próba zastanowienia się, gdzie my wszyscy się znaleźliśmy - my widzowie, my teatr, my twórcy? Czy też -   to wizja takiego teatru (sztuki – szerzej) w niedalekiej już przyszłości, w której nie będzie miejsca na to, co indywidualne? Wszystko się bowiem zautomatyzuje, ujednolici, to, co osobne, będzie zwalczane albo i samo umrze?

Samo wystawienie Witkacego dziś jest odważne, to nie jest teatr „do podobania się”, wychodzi się po tych 70 minutach jednak z uczuciem pewnego wyczerpania, jak to u Witkacego bywa – trzeba chcieć wejść w ten jego świat, mam wrażenie, że mało komu na widowni się to udało, bądź – mało kto chciał, albo też – mało kto był gotowy. Może to też kwestia instynktu samozachowawczego, tak najzwyczajniej w świecie? No może.

Pana Tomasza proszę o wybaczenie, ten deficyt wyłącznie we mnie, bowiem na scenie zamiast Bałandaszka ciągle widziałem Zdzisia, a najlepszą rolę w tym spektaklu, Tefuana rzygającego współczesnym teatrem, zagrał Adam Cywka.

 

Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu

ŻEGLARZ

Jerzy Szaniawski

reż. Wojtek Rodak

premiera 28 lutego 2020

Z pewnością spektakl debiutującego na profesjonalnej scenie Wojtka Rodaka nie jest pomnikiem wystawionym Patronowi. Ale nie jest też kpiną z tego zdumiewająco współczesnego tekstu (bo przecież można było IM przywalić, że hej), może zatem - trochę żartem? A może – Żeglarz jest szlachetnym - bo wszak klasycznym - pretekstem do zabawy teatrem, do przypomnienia widzowi, żeby czytał sobie Szaniawskiego jak chce, oby tylko czytał, że można i o mitach, o ich sile i potrzebie polityczno-społecznej, ale - i np. o pomysłowych gadżetach teatralnych, w tym - miodzie z własnej dachowej pasieki. Można!

Było w tym przedstawieniu coś uroczo bezczelnego, co prawda nie wszystko zrozumiałem, np. nie wiadomo, jaką rolę grają olśniewające zresztą kostiumy Marty Szypulskiej i dlaczego właśnie takie są; trudno również zgadnąć, dlaczego na początku aktorzy manierycznie się w swoich kwestiach zająkują, a następnie im to przechodzi, także improwizowana scena rozmowy przez telefon była w tym wystawieniu mało adekwatna, choć aktorka poradziła sobie z nią znakomicie, było to zabawne. Pewnie coś tam jeszcze bym znalazł, ale czepiać się nie będę, gdyż spektakl odnajduję zupełnie udanym, i – summa summarum - utwór ów dał mi zadowolenie artystyczne, że zacytuję A. Słonimskiego.

Kasa w Szaniawskim jest czynna – wystawcie sobie – od 7.30 i oferuje specjalne zniżki tym widzom, którzy zjawią się tuż po jej otwarciu. Pomysł tyleż olśniewający co bezkompromisowy. Zresztą, nawet pełne bilety kosztują tu 35 złotych, a w Narodowym dla porównania - 140, ale tego wątku o Dwóch Teatrach (uhm) rozwijać teraz nie będę.

PS. W słowie po spektaklu Dyrekcja zaanonsowała, że w marcu pokaże Ptaka.

Czekam zaintrygowany.

 

Teatr Modrzejewskiej w Legnicy

FANNY I ALEKSANDER

Ingmar Bergman

reż. Łukasz Kos

premiera 28 lutego 2020

Spektakliszcze, 4 h. Ale – jak to się ogląda!

No dobrze, może pierwszy akt trochę się ciągnął, obserwowanie szczęśliwego życia Ekdahlów mogło trochę nużyć, ale… musiało tak być właśnie po to, żeby akt drugi tak poruszał, żeby z fascynacją i wściekłością przyglądać się poczynaniom zła wcielonego, znaczy biskupa Vergerusa, rewelacyjna rola Pawła Palcata. Poza tym ciąć niespecjalnie można, gdyż Bergman był bardzo przywiązany do swojej twórczości, więc – albo w całości, albo – wcale.

W którymś momencie pomyślałem, że przesłanie tego przedstawienia jest JAKBY konserwatywne (i pewnie także dlatego nie mogłoby ono powstać w Warszawie), rzecz bowiem – owszem – o tym, że nie ma życia bez teatru, że życie to teatr, i teatrem jest świat itd., ale przede wszystkim – o sile rodziny, takiej rodziny, jaką każdy z nas pewnie chciałby mieć i w jakiej wzrastać, choć… przecież nikt tu nie jest idealnie bez skazy, jeden z wujów niezbyt dogaduje się ze swoja niemiecką żoną, ta teatralnie to lekceważy, nawet babunia ma swoje za uszami, ale – kurczę, jesteśmy tylko ludźmi i to jest fantastyczne – mówi nam Bergman. W finale – zauważmy - Ekdahlowie cieszą się jak dzieci z przyjścia na świat nieślubnego potomka rozbrykanego wuja, więc ów konserwatyzm jest istotnie „jakby”.

Obejrzałem spektakl zrealizowany z pasją, powstały z myślą o widzu (sic!), wciągający i wzruszający, świetnie zagrany, dopracowany i przemyślany w szczegółach.

Obrotowa scena, projekcje, dzieciaki w niemałych rolach, duchy, psy, włóczęga publiczności po teatralnych zakamarkach - to wszystko miało w tym przedstawieniu sens, było użyte po coś, reżyserowi udało się uniknąć kuszącej przecież efekciarskości.

Gdy już się weszło w tę historię, to już nie chciało się zeń wyjść. To był olśniewający wieczór, dziękuję Modrzejewsko!

 

Teatr Collegium Nobilium

FIZYCY

Friedrich Dürrenmatt

reż. Marcin Hycnar

premiera 27 stycznia 2020 

Fizycy od półwiecza rzadko goszczą na polskich scenach, ostatnio (wg e-teatru) było to w 1992. Dobrze zatem, że mogliśmy sobie ten tekst przypomnieć, a trochę gorzej – że się dość mocno zestarzał. Nie było to ani o tym, co tu i teraz, ani o „odpowiedzialności moralnej naukowców za skutki ich odkryć” (cyt. za str.int. TCN).  Jeśli zatem ktoś Fizyków nie zna, to lepiej przed obejrzeniem spektaklu poczytać sobie program, nakreślenie realiów TAMTEJ epoki zdecydowanie pomaga odnaleźć się w tym śmieszno-strasznym świecie, choć naprawdę zabawnie było tylko podczas odwiedzin ex-żony Möbiusa z dzieciakami w szpitalu, zwracam uwagę na fantastyczny epizod Moniki Cieciory.

A propos epizodów – trochę szkoda, że nie wszyscy aktorzy mieli szansę na pokazanie swoich możliwości, warsztatu i talentu, rozumiem oczywiście, że tekst ma pewne ograniczenia, ale właściwie tylko połowa obsady ma tutaj cośkolwiek do zagrania, pozostałe role są – choć efektowne – to raczej niewielkie, a jest to – przypomnę – dyplom, gdzie błyszczeć powinni wszyscy.

Są jednak co najmniej dwa powody, dla których Fizyków przegapić nie wypada, mianowicie – świetna Elżbieta Nagel w roli dr Zahnd (gra ją w dublurze z Iną Krawczyk) oraz – w roli Möbiusa - znakomity Piotr Kramer, warto ich nazwiska zapamiętać.
 

Teatr Współczesny w Warszawie

KUCHNIA CAROLINE

Torben Betts

reż. Jarosław Tumidajski

premiera 18 stycznia 2020

Caroline jest gwiazdą programów kulinarnych, ma męża golfistę, kochanka stolarza i syna, który właśnie przyjechał z dyplomem w ręku, żeby poinformować rodziców o swoich planach. Niestety, kolacja, którą przygotowała pani domu zamieni się w piękną zaiste katastrofę. Tyle w uproszczeniu, żeby nie zabrać przyjemności oglądania tego spektaklu. Uprzedzić jednak warto, że choć momentami to przedstawienie jest bardzo zabawne, to miałem wrażenie, że Betts trochę Gogolem szepnął, że z samych siebie się śmiejemy.

Rzecz o słowach, do których nie przywiązujemy już wagi, które wypowiadamy tak sobie, żeby zabić ciszę, żeby wypełnić przestrzeń, nie biorąc za nie odpowiedzialności. Tak sobie gadamy, albo przemilczamy - jeśli coś nam nie odpowiada, słuchamy a może i nie słuchamy, interlokutor jest nam coraz mniej potrzebny, cała ta nasza komunikacja coraz mniej jest warta. A co jeśli ktoś weźmie JEDNAK na poważnie nasze deklaracje, rzucone w jakimś porywie albo BEZ przemyślenia konsekwencji? Tak jak Greame wziął na poważnie deklarację Caroline? No właśnie, co?

Obejrzałem Inteligentne i bardzo udane – choć gorzkie przedstawienie - ze znakomitymi debiutami w TW - Vanessy Aleksander i Konrada Szymańskiego, to taki teatr współczesny (przez w i W), jaki lubię najbardziej.

 

Lubuski Teatr w Zielonej Górze

KAMIENIE W KIESZENIACH

Marie Jones

reż. Alicja Stasiewicz

premiera 17 stycznia 2020

Mamy oto Irlandię jakiś czas temu, irlandzką prowincję – mówiąc ściślej, której plenery upodobali sobie reżyserzy z Hollywood. Ważnym źródłem dochodu miejscowych jest statystowanie, prawie aktorstwo, prawda? I oto pewnego dnia na planie pojawia się obcy.

Rzecz o cenie jaką trzeba płacić za marzenia, o tym, że wielki świat i pieniądze wcale nie muszą dawać szczęścia; o przypadkowo spotkanych ludziach, dzięki którym nasze życie się zmienia, wreszcie – o sile prawdziwej przyjaźni. Tak, brzmi to może egzaltowanie, ale ten tekst jest nie tylko znakomicie napisany i przetłumaczony, ale i naprawdę pozbawiony nawet cienia dydaktyzmu.  Dlatego - „uszyty” pod młodszą widownię - ta starsza obejrzawszy KwK także może zadumać swoim życiem i całą resztą.

I choć jesteśmy świadkami kręcenia filmu, spektakl jest oczywiście o teatrze, o tym, że właśnie na scenie możesz być klapserką, producentem filmowym, wielką gwiazdą, prostym irlandzkim chłopakiem, i to wszystko w ciągu jednej minuty. I w dodatku bez takiej ściemy jak w filmie, bo teatr dubelków nie przewiduje. Na scenie Radosław Walenda i Aleksander Stasiewicz, obu panów bardzo dobrze się oglądało w naprawdę niełatwym dla aktora spektaklu.  

Miałem przez cały spektakl jednak wrażenie, że p. Radosława skądś znam, że gdzieś się widzieliśmy, znacie takie nieznośne myśli, prawda?

I oprócz rozszalałej lubuskiej burzy trochę mi to zakłócało odbiór i dopiero Internety przyniosły ulgę – no przecież zagrał lata temu w jednym z najlepszych spektakli świata – w UFO Iwana Wyrypajewa. Nie wiem dlaczego, ale ucieszyłem się z tego odkrycia jak dziecko. Coś w tym UFO było takiego…

Prawda, Panie Radku?

 

Teatr Polonia

POLICJA. NOC ZATRACENIA.

Sławomir Mrożek, Andrzej Saramonowicz

reż. Andrzej Saramonowicz

premiera 17 stycznia 2020

Niełatwo mi o tym spektaklu pisać, naprawdę… Dobrze, że przypomniano Mrożka, bo to zawsze jest o tym, co tu i teraz, przyjemnie było patrzeć i słuchać, Montownia z wdziękiem i talentem Policję zagrała.

Podczas antraktu jednak niepotrzebnie wypiłem to pyszne pomarańczowe, zapewne za sprawą napoju owego, to co zobaczyłem po przerwie, było na tyle niewiarygodne, że nie mam pewności, czy wydarzyło się naprawdę. Podczas nocy zatracenia zdarzają się złe sny.

Tak, to na pewno był zły sen.

 

Teatr Studio

SEROTONINA

Michel Houellebecq

reż. Paweł Miśkiewicz

premiera 20 grudnia 2019

Spektakl w Studiu nie jest dojmująco wierną adaptacją czy inscenizacją powieści, a może inaczej – wierny jest literą, ale nie duchem. To zdecydowanie zabieg zamierzony, acz trudno mi zrozumieć motywacje adaptatorów. Nasz bohater (w Studiu – bohaterowie) ma paradoksalnie niewiele wspólnego z literackim pierwowzorem, mimo, że dość wiernie powtarza jego słowa, Claude-Florent nie jest jednak taki jak ten grany przez Marcina Czarnika, ani taki jak - przez Romana Gancarczyka. Mężczyzna z książki ma głęboką depresję, świat mu dość poważnie ciąży, a życie i ludzie – jak to w depresji bywa – pozbawieni są sensu. Twórcy jakby mieli z tego wszystkiego bekę. Przerysowali też obie/jedyne kobiety, które naszego Claude’a-Florenta kochały i co ważniejsze – które kochał on. Zastanawiam się - po co? (Po co przerysowali, a nie po co kochał, naturalnie)

Jest w spektaklu kilka momentów zabawnych, np. początek, zresztą dokładnie przepisany - o poszukiwaniu hoteli dla palących czy wszystko z Robertem Wasiewiczem w roli zblazowanego psychiatry, ale – znając książkę – na większość scen patrzyłem ze zdumieniem, np. na to, co Krzysztof Zarzecki zrobił z przyjacielem rolnikiem, na wokalizę Magdaleny Osińskiej, po co tam w którymś momencie pojawił się Don Giovanni - też trudno zgadnąć, a protest żółtych kamizelek, podobnie jak w książce (w mojej opinii) – był kompletnie bez sensu, to także na scenie wyszła publicystyka, choć późniejsza dyskusja o serach, również jakby publicystyczna,  była całkiem zabawna.
Ale cóż, i to zostało – o ile się zorientowałem - dokładnie przepisane. Właśnie z tym dokładnym przepisywaniem mam jakiś problem, nie wiem bowiem, jaki chciano osiągnąć tym efekt, szczególnie wobec widza, który książkę zna, bo to przede wszystkim z nim ta zabawa – jak sądzę.
 

Teatr Polonia

WSZYSTKO, CO NAJLEPSZE

Duncan Macmillan, Jonny Donahoe
reż. Piotr Złotorowicz

premiera 14 grudnia 2019

Mówiąc najkrócej – o depresji, na którą lekarstwem, może lepiej powiedzieć – sposobem - w przypadku naszego bohatera jest lista rzeczy, dla których warto żyć. Zaczął ją tworzyć jako dzieciak po nieudanej próbie samobójczej matki, już jako dorosły, po przejściach, dopisuje na niej pozycję nr 1000000. Na niej znajdziemy oczywistości, których - przez ich właśnie oczywistość - nie dostrzegamy (jak np. lody waniliowe) po znacznie, znacznie bardziej wyrafinowane.

Miło słucha się historii naszego bohatera, granego przez Rafała Mohra. I właściwie to jest moje jedyne zastrzeżenie do tego spektaklu, że jest „miło”, podczas gdy wolałbym chyba być tym tekstem poruszony, walnięty wręcz, albo – z drugiej strony – odreagować rechotem – jak to jest w wersji amerykańskiej, Jonny Donahoe jest komikiem. Tak, chciałbym coś więcej, mocniej, bardziej. Tymczasem było po prostu… miło.
Nie doczytałem w opisie i siedziałem jak na szpilkach, że p. Rafał mnie wywoła na scenę, czego po prostu nie cierpię, na szczęście nie siedziałem za blisko i tylko odczytałem swoja karteczkę. Uprzedzam zatem, to teatr „angażujący”.
 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

BIESY

Fiodor Dostojewski

reż. Janusz Opryński

premiera 13 grudnia 2019

Po raz kolejny widziałem Biesy na scenie i znów zastanawiałem się, jak to możliwe, że to jedna z moich najważniejszych książek? Czy jest coś w Dostojewskim, czego nie da się przenieść na scenę czy też trzeba do tego wyjątkowego zbiegu ludzi, miejsca i czasu, co zdarza się tak rzadko, że w ogóle się nie zdarza? Czemu książka dotyka a spektakl nie, choć to przecież te same słowa? Nie są to pytania retoryczne, nie znam na nie odpowiedzi, a chciałbym.

Cóż, było nudnawo. I niestety było też letnio, nawet pedofilskie wyznanie Stawrogina, jeden z najmocniejszych momentów tej wielkiej prozy, wybrzmiał jakoś tak… Naturalnie, Janusz Opryński nie zrobił z Biesów kryminału, przeciwnie, to teatr wysoce intelektualny, podany w atrakcyjnej formie, fantastyczna scenografia i światła, ale – mimo wszystko - czegoś tu było brak, coś nie zadziałało, nie zrobiło się przykro, choć powinno.


Reżyser zawsze przegra z wielkością Biesów – mówił Janusz Opryński dla PAP. Przegrał. Może właśnie o tym jest ten spektakl? Powtórzę swoją opinię z innego przedstawienia tego reżysera – to jest bardzo szlachetny teatr, ale – bez lektury „na świeżo” Dostojewskiego nie ma sensu tego oglądać, niepoprowadzeni przez autora prawdopodobnie gdzieś się w tym świecie najzwyczajniej pogubimy.

 

Teatr Powszechny w Warszawie

DIABŁY

Joanna Wichowska, na podst. J.Iwaszkiewicza

reż. Agnieszka Błońska

premiera 7 grudnia 2019

Puste to było, nudne, egzaltowane, źle napisane (a teraz będzie scena o…, To ukłon do widzów mniej bystrych? Zapowiedź kolejnego skeczu?), a co najgorsze – mało finezyjne. Naprawdę, czy twórcy sądzą, że zrobi na kimś wrażenie perspektywa „wyp… w d…” przez fantastyczną notabene ukraińską aktorkę, wyraźnie zresztą rozczarowaną, że nikt nie był zainteresowany. Interakcje z widzami można było sobie darować, na moim przebiegu to zadanie aktorskie zostało – mówiąc delikatnie – oblane, dobrze jednak, że siedziałem daleko od sceny, bo wywołany do zabrania głosu zapytałbym aktorów, czy wiedzą, że biorą udział w (mówiąc delikatnie) tak mocno niedokończonym performansie.

O czym rzecz traktuje? Ano o tym, że PiS, Kościół, księża i w ogóle mężczyźni są źli.  Ale to już wiem, z kilku poprzednich spektakli na tych deskach. Nigdy jednak przedtem nie widziałem na tutejszej widowni aż tylu ochroniarzy.

Czy czegoś się boisz, Teatrze Powszechny?

 

Teatr Ludowy

ANIOŁY W AMERYCE

Tony Kushner

reż. Małgorzata Bogajewska

premiera 7 grudnia 2019

Po niedawnym olśniewającym łódzkim dyplomie tej reżyserki oczekiwania wobec jej krakowskiego spektaklu miałem ponadstandardowe, bo Ludowy ma dużo większe możliwości inscenizacyjne a i tekst miał być pokazany w całości (w Łodzi tylko 1. akt).  Ale niestety, coś nie wyszło.

Na scenie najlepszy jest Piotr Fronasowicz. Jego Prior to majstersztyk, bez nawet jednego słabszego momentu, bez najmniejszego przerysowania, nie można było oderwać odeń wzroku. Piotr Pilitowski jako skurczybyk Cohn w pierwszym akcie świetny, potem – sceny w szpitalu były już słabsze.  Również bardzo dobry Paweł Kumięga, który – chwała Bogu – nie zmanierował swojego bohatera (-rów), rozumiejąc, że sam kostium np. drag-queen już wystarczy; wzbudzająca litość, znakomita w roli matki Beata Schimcheiner, niezawodny także Kajetan Wolniewicz, choć scena seksu w klubie i widok p. Kajetana w skórach, i egzaltowana pogawędka erotyczna z Louisem, doprowadziła mnie do niepohamowanego śmiechu, co nie było chyba zamiarem twórców. Natomiast grający Louisa - Karol Polak i Pitta – Wojciech Lato zdawali się mieć umiarkowany kontakt z granymi przez siebie postaciami.

Irytowały wjeżdżające na - i wyjeżdżające ze - sceny łóżka szpitalne, a to z Priorem, a to z Royem, można było te momenty bez szkody dla całości skrócić, chyba, że reżyserka chciała z jakichś powodów pokazać ten ikoniczny tekst w całości.

I to jest najważniejsze pytanie - właśnie, w jakim? Przez cztery godziny (z hakiem) zastanawiałem się, o czym jest to przedstawienie i dlaczego w ogóle powstało? O „miłości w czasach zarazy”? Nie żartujmy, jest prawie 2020, AIDS to choroba przewlekła, nie śmiertelna, choćby z tego powodu takie czytanie tego tekstu jest anachroniczne. Więc o czym?

Jest w krakowskich Aniołach kilka pięknych scen, choćby kadisz nad ciałem Roya, ale całość i rozczarowuje i dezorientuje.

 

Teatr Młyn

BLISKO

Natalia Fijewska-Zdanowska na podst. J.M. Coetzee

reż. Natalia Fijewska-Zdanowska

premiera 6 grudnia 2019

Być może najpierw trzeba przeczytać Hańbę, bo niewykluczone, że ten spektakl bezpośrednio się do prozy odnosi i obejrzany w oderwaniu odeń dezorientuje. Zastanawiam się bowiem - dlaczego powinna mnie zainteresować nieszczęśliwie przeniesiona w polskie realia historia obleśnego satyra, który zresztą został słusznie ukarany za swoje winy? Owszem, finał jakoś może by tę opowieść porządkował, gdyby nie niewiarygodne „nawrócenie” naszego bohatera, sztuczność jego relacji z córką i wreszcie - gdyby nie biła po oczach płaskość tego moralitetu.

Mam ogromnie wiele sympatii do Teatru Młyn, tym razem jednak coś bardzo nie wyszło.

 

Studio Buffo

DOBRZE SIĘ KŁAMIE

na podst. filmu Paolo Genovese

adapt. Bartosz Wierzbięta

reż. Marcin Hycnar

premiera 5 grudnia 2019

 Mamy oto grupę dobrych przyjaciół, przyjęcie, wiecie - żarciki, wspomnienia, złośliwostki, gdy nagle żona pana domu proponuje pewną zabawę - na czas owej kolacji smsy i rozmowy, które nadejdą do jej uczestników będą jawne. Deklaratywnie – nikt nie ma nic do ukrycia, więc towarzystwo się na to zgadza, a co się okaże? Szczególnie, gdy zapobiec małżeńskiej katastrofie dwóch panów zamieni się telefonami? Kto widział film – wie. Przedstawienie, choć nie jest farsą, ma nawet zupełnie poruszające momenty, jest zabawne, najlepsze role zagrali Szymon Bobrowski – który wystarczy, że siedzi i nic nie mówi, a wzbudza w publiczności nieledwie spazmy śmiechu - oraz Bartłomiej Topa, który bohatersko bierze na klatę konsekwencje zamiany telefonów.

Mam dwie nieśmiałe uwagi. Otóż niespecjalnie wiadomo, dlaczego pani domu taką zabawę proponuje, a zupełnie nie wiadomo – dlaczego reszta, mając zresztą za uszami, się na tę jednak okrutną zabawę zgadza. Owszem – pomysł teatralnie świetny, skutkuje jazdą bez trzymanki, finał co prawda wszystko ładnie porządkuje, ale propozycja dość jednak niebezpiecznej gry wydała mi się nieco deus-ex-machina.

Uwaga druga dotyczy tekstu, rozumiem, że trzeba nieść kaganiec tolerancji i że teatr się do tego doskonale nadaje, ale w tym słoiku dobrego miodu była o jedna łyżka dydaktyzmu za dużo, NAWET ja zwróciłem na to uwagę, zupełnie wystarczyłoby skończyć na tym, że „był (wiemy kim) przez 20 minut” i kropka. Inteligentny zrozumie, nieinteligentnemu i 3 akty więcej nie pomogą.
 

Teatr IMKA

SAME PLUSY

Cezary Harasimowicz
reż. Wawrzyniec Kostrzewski

premiera 30 listopada 2019

Dawno nie widziałem tak udanego spektaklu rozrywkowego. Było zabawnie i inteligentnie oraz brawurowo zagrane.

Oczywiście, nikt od początku nie ma wątpliwości, że tajemniczym nieznajomym jest… (chociaż nie, z kolejki do szatni wynikało, że dla części publiczności jednak to była niespodzianka), ale to zupełnie nie szkodzi, bo reżyser wziął całość na szczęście w delikatny cudzysłów, a aktorzy troszeczkę dworują sobie zarówno z konwencji tego spektaklu, jego zasadzek, jak - i ze swoich bohaterów, ALE dokładnie tyle ile potrzeba, ani ich nie przerysowując ani – co się niestety zdarza – ośmieszając. Obraz z życia korporacji był… życiowy, choć teraz podobno weszło to na jeszcze wyższy poziom, emocji, to tak na marginesie, bo zapewne asapy i dedlajny zostały i mają się dobrze. Gabriela Muskała w roli Zuzy jest fantastyczna, zresztą jak zawsze (♥♥♥– to był cytat), również bardzo dobre role pozostałych aktorów – Grażyny Wolszczak, Mariety Żukowskiej i Michała Czerneckiego.
Czytam recenzje tego przedstawienia, w których pisze się, że porusza ono „ważne problemy społeczne”. Proszę temu nie wierzyć, iść i dobrze się bawić.
 

Nowy Teatr w Warszawie

MATKA JOANNA OD ANIOŁÓW

na podst. Jarosława Iwaszkiewicza

reż. Jan Klata

premiera 30 listopada 2019

O opętaniu? O miłości? Pożądaniu? Samotności? Może, może, a może… o przemocy wobec kobiet (sic!), a może… o purpuratach i ich monopolu na rozumienie świata? Ale nie, monolog Siostry Małgorzaty, jedynej wolnej od demonów w tym towarzystwie (Ewa Dałkowska) - zupełnie temu przeczy. Więc czyżby o naszej religijności a raczej o faryzeuszostwie? Nie, bo gdyby do odśpiewanego ojczenasz przez Księdza Suryna (Bartosz Bielenia) jednak publiczność się przyłączyła, to WŁAŚNIE stałoby się to publicystyką (a nie jest) i pomijając fakt, że ciąg dalszy spektaklu nie miał by już sensu, więc ciekawe co się wydarzy, gdy trafi się widownia zaangażowana i zacznie śpiewać… Ciekawe również, czy Suryn chłopów zabija, czy może jedynie goni za nimi z siekierą, a to ważne, bo inaczej nie dowiemy się, ile wart jego pakt z diabłem, tutaj ubranym na biało i z jakimś dziwnie niebiańskim spokojem (Maciej Stuhr).

W ogóle – wielu rzeczy w Matce Joannie nie wiadomo tak od razu, i to jest w tym przedstawieniu zarówno irytujące jak i fantastyczne. Wiadomo jednak na pewno, że Oscar należy się za światło (Justyna Łagowska) i za muzykę, od Ihora Cymbrowskiego literalnie nie mogę się od jego muzyki uwolnić, jakby mnie opętało.

Cóż, Pan Bóg ma rozmaite strategie obecności w naszych duszach, być może faktycznie się w nich poprzez diabła umoszcza, ta konstatacja niesie za sobą niesłychanie dużo konsekwencji, których roztrząsanie właśnie w tym, lewicującym hipsterskim teatrze, ma jakiś szczególny urok.
 

Och-Teatr

HUŚTAWKA

William Gibson, Michael Bennett, Dorothy Fields

muz. Cy Coleman

reż. Anna Sroka-Hryń

premiera 29 listopada 2019

Rzecz jest o dwojgu zakochanych ludziach żyjących w wielkim mieście, mówiąc w pewnym uproszczeniu.

Niestety, między Giselą i Jerrym jest taka chemia, jak między mną a moją matematyczką z podstawówki. W związku z powyższym cały ten spektakl jest trochę bez sensu, a powierzchowność i sztuczność ich relacji publiczność wyłapuje natychmiast. Niestety, znakomity drugi plan, świetna choreografia, przemyślane kostiumy i muzyka na żywo, nie ratują tego przedstawienia.

PS. Powiem Ci, pokażę Ci, nie „Tobie” – rusycyzm (dwukrotnie) wyłapany z libretta przeze mnie i uwaga usłyszana podczas antraktu. Publiczność uważnie słucha…

 

Teatr Collegium Nobilium

PRZYBYSZ

Wojciech Kościelniak

reż. Wojciech Kościelniak

premiera 29 listopada 2019

 Wojciech Kościelniak zrealizował ze studentami IV roku aktorstwa muzycznego znakomity spektakl dyplomowy – Przybysza - na podstawie znanego także w Polsce komiksu. Nie wiemy skąd bohater, tytułowy Przybysz dokładnie pochodzi, wiemy jednak, że wraz z wieloma innymi szukającymi lepszego życia emigrantami przybywa do Ameryki. Czym ich nowy świat powita? Jak sobie poradzą z tęsknotą za bliskimi, z samotnością, jak się odnajdą w tym gąszczu obcych języków, nieznanych urządzeń, czy - postaci, tych realnych i tych, które powołała ich wyobraźnia?

Widzowie wychodzi z tego spektaklu rozentuzjazmowani, poruszeni, w stanie nieledwie euforii, ze wzruszeniem komentowali to, co zobaczyli na scenie, pasję, nieprawdopodobny talent i - mnóstwo ciężkiej pracy, którą twórcy włożyli w każdą sekundę tego przedstawienia. Prawem recenzenta pozwolę sobie zwrócić Waszą uwagę na Patrycję Grzywińską i Dominika Bobryka oraz - na fantastycznie opracowaną przez Ewelinę Adamską-Porczyk choreografię.

Napisałem przy okazji innego spektaklu tego reżysera, że czegokolwiek się tknie Wojciech Kościelniak, zmienia się w złoto. Cofam, bo Przybysz to czysta platyna.
 

Teatr Soho

WSZYSTKO PŁYNIE

W. Grossman, opr. J. Opryński

reż. Janusz Opryński

premiera 29 listopada 2019

Powieść Grossmana, po wątki z której sięgnął Janusz Opryński, opowiada o losach dwojga ludzi, którzy przeżyli piekło, on - w syberyjskim łagrze, ona – podczas wielkiego głodu na Ukrainie. I mamy pytania o definicję człowieczeństwa – co po takich doświadczeniach znaczą dla człowieka słowa takie jak godność, miłość, szacunek, czy – wolność.

Być może bowiem są takie teksty, których na język teatru przełożyć się nie da, teatr nie będzie umiał o czymś opowiedzieć tak, jak zrobi to słowo pisane, z czegoś istotnego tę prozę obedrze. Przykładem może być bliski reżyserowi Littel, widziałem dwukrotnie inscenizację Łaskawych, polską i austriacką, oba te spektakle były w najlepszym wypadku letnie, podczas gdy książka – kto odważył się przeczytać, ten wie - wywołuje koszmary nocne.

Było więc w tym spektaklu coś bardzo szlachetnego, intymnego, było to przedstawienie znakomicie zagrane, jednak wyszedłem właściwie nieporuszony, powtórzę - książka jest znacznie mocniejsza.
 

Teatr Żydowski

PEKiN

Agata Biziuk

reż. Agata Biziuk

premiera 28 listopada 2019

Pomysłem na ten spektakl o Pałacu Kultury było pomieszanie – wątków, stylów, historii z fikcją itede, słusznie zatem autorzy piszą o swojego rodzaju collage’u. Szóstka aktorów przez cały spektakl nie schodzi z maleńkiej sceny, wcielając się a to w sam pałac, a to w Polskę, w instruktorkę pływania na pałacowym basenie, w premiera Rakowskiego kończącego w Kongresowej historię PZPR, w Alinę Szapocznikow czy – w striptizerkę z tutejszej restauracji o kategorii S (i to jest najlepsza scena tego przedstawienia).

Że historia ikonicznej warszawskiej budowli jest porywająca - przekonywać nie trzeba, napisano o Pałacu dziesiątki książek, nakręcono filmy, ale spektakl – jest chyba pierwszy. Niestety, trochę się na nim męczyłem, momentami - gubiłem, jednak było tego wszystkiego ździebko za dużo. Tę dość rozbudowaną kronikę historyczną budynku można było nieco skrócić, bo obok scen pięknych, trafnych i pomysłowych, było też sporo „gadania”, niepotrzebnie, forma spektaklu pozwalałaby na dowolne przeskoki w czasie i przestrzeni.

Ciekawe swoją drogą, skąd ograniczenie wiekowe dla widzów spektaklu? Czy z powodu kilku padających na scenie wulgaryzmów? Czy pogmatwania polskiej historii? Bo przecież nie striptizu…
 

Potem-o-tem

#NA_DOROSŁEGO

Marcin Zbyszyński

reż. Marcin Zbyszyński

premiera 25 października 2019

Najlepszy z widzianych przeze mnie spektakli grupy jest wystawiany w jednym z mieszkań czy też - mówiąc ściślej - w przestrzeni w kamienicy w centrum Warszawy. Niestety, nie mogę napisać gdzie dokładnie, bo to jest tajne/poufne i jest też częścią zabawy. Mamy oto czworo wynajmujących owo lokum, których łączą dość skomplikowane zależności uczuciowe, w każdym razie rozsądek podpowiadałby, żeby ze sobą nie mieszkali, a jednak zmusza ich do tego tzw. życie. Jakie będą konsekwencje wspólnego wynajmu?

Rzecz powiedzmy - obyczajowa, bardzo fajnie napisana, liryczna, ale i pogodna i zabawna, do tego momentu gdy uświadomimy sobie, że wszystkie sytuacje, których jesteśmy świadkami wcale nie musiały powstać w głowie scenarzysty, są jak najbardziej namacalne, każdego mogły spotkać, kredyty na mieszkanie i mieszkania na kredyt (sic!) są w tym spektaklu rekwizytami doskonale znanymi, nie tylko tym wchodzącym w dość bolesną dorosłość. (bądź – bawiąc się tą konwencją – „boleśnie wchodzących w…”). Jest w spektaklu kilka momentów bardzo śmiesznych, zwracam waszą uwagę na np. konferencję w kinie, jest kilka uroczo lirycznych, ale z niektórych scen, np. tej w korytarzu, bym zrezygnował, no ale nie ja jestem reżyserem, tylko p. Marcin, któremu gratuluję wyróżnienia na FMR, i już szykuję wieczorek kinomana dla starannie dobranego towarzystwa, puścimy sobie Kapryśną chmurę, który to film jest jednym z bohaterów tego przedstawienia.

Wtajemniczeni twierdzą, że nie da się tego dzieła odzobaczyć.


 

Teatr Powszechny

ACH, JAKŻE GODNIE ŻYLI

reż. Marcin Liber

premiera 23 listopada 2019

Słyszałem uwagi, że historia legendarnego Teatru Ósmego Dnia została pokazana przez Marcina Libera… pobieżnie. No pewnie, trudno o 55 latach opowiedzieć w sto minut, a i nie to – jak sądzę - było reżysera celem. Rzecz nawiązująca do legendarnego przedstawienia ósemek z 1979 roku, jest bowiem opowieścią jak najbardziej współczesną, o miejsce teatru (może w ogóle – sztuki) w naszym życiu dziś, w czasach łatwych i przyjemnych, w każdym razie – łatwych i przyjemnych w porównaniu z początkami działalności grupy, z latami 70-tymi czy stanem wojennym, z szykanami, z biedą, bezdomnością zespołu itd.

Wtedy teatr (TEN teatr), dawał siłę by spoglądać w lustro bez wstydu, nadawał sensy, i widzom, i aktorom, pomagał i pozwalał żyć. A dziś? – pyta Marcin Liber. A dziś… nawet najodważniejsze polityczne, ba - antyreżimowe wręcz spektakle - oglądamy na publicznie finansowanych scenach, paszporty mamy w szufladach itepe, czy teatr polityczny, zaangażowany, społeczny, ma dziś w ogóle rację bytu? Czy może coś zmienić? Kogoś? Czy jest potrzebny?

Poruszająca scena z obrzucanym pomidorami Molierem wcale nie ułatwia odpowiedzi na to pytanie.
 

Teatr Polski w Warszawie

DZIADY

Adam Mickiewicz

reż. Janusz Wiśniewski

premiera 22 listopada 2019

Już chwilka od premiery minęła, z licznych recenzji dowiaduję się więc, że spektakl ów jest „niezły”, „przyzwoity” tudzież „rozczarowujący”. Ciekawe - skąd to wiadomo, gdzie można znaleźć ów wzorzec metra z Sevres wystawiania Dziadów, bo też chciałbym go przyłożyć, odczytać wartość i miałbym recenzję gotową.

Cóż, było z rozmachem, jak to ostatnio w Polskim, obsada ogromna, pirotechnika, kostiumy, charakteryzacja itp. Jednak mimo niewątpliwej atrakcyjności wizualnej druga część Dramatu, czyli początek, wydała mi się zbyt dosłowna, dostałem prawie wszystko na tacy, zbyt dosłownie (łącznie z nieco piereżywającym aktorstwem), Gustaw w Konrada szparko przeobraził się kredą na tablicy, a mój chrześniak, za moment mający Dramat przerabiać, dyskretnie sobie podczas obrzędu poziewywał.

Obaj zdecydowanie się ożywiliśmy przy części trzeciej Dramatu, strzałem w dziesiątkę okazało się obsadzenie Krzysztofa Kwiatkowskiego w rolę Senatora, nie ulega wątpliwości – że obok Wiesława Komasy (ksiądz Piotr) – to najlepsza rola tego przedstawienia, zwrócił także moją uwagę Fabian Kocięcki w roli Sobolewskiego, którego monolog o przyjaciołach męczonych i wywożonych na Sybir po ludzku poruszał, jakby był opowiedziany, zrelacjonowany, a nie – zagrany. Publiczność dała długie owacje, były łzy, wzruszenie itp., spędziłem te dwie godziny bez jakiejś idiosynkrazji.

6 lat temu jednak, też w Polskim (ale innym), też na Dziadach (ale sześciokrotnie dłuższych), nie opuszczało mnie jedno uczucie – niedowierzania połączonego z zachwytem. I nad znanym mi przecież tekstem i nad jego dosłowną inscenizacją. Może lepiej, gdy o duchach opowiada mi ktoś, kto w duchy nie wierzy? No może.
 

Teatr Polonia

PRÓBY

Bogusław Schaeffer

reż. Mikołaj Grabowski

premiera 16 listopada 2019

Trudno w to uwierzyć, ostatni razy Próby można było obejrzeć w Warszawie ponad 11 lat temu. Dlaczego przez ten czas nikt nie sięgał po wdzięczny przecież tekst, który zresztą niespecjalnie da się opowiedzieć? Czyżby przez tyle lat nie było pomysłu na błyskotliwą inscenizację? A może odwagi?

Mikołaj Grabowski wraca do Prób po prawie dokładnie 28 latach, wtedy - na deskach STU grało także pięcioro aktorów, wśród nich wracająca do roli Aktorki A Iwona Bielska, tamten spektakl wszedł do kanonu, stał się kultowy, został jakby metrem z Sevres.

Mamy oto próbę. Reżyser – wizjoner czy kabotyn i dylentant? – próbuje (nomen omen) ustawić spektakl, co z różnych powodów niespecjalnie się udaje. Aktorzy są niezdyscyplinowani, trochę nie znają tekstu (a i sam tekst - powiedzmy szczerze - wymagałby odświeżenia), mają wszyscy wobec siebie anse rozmaite, wypominają sobie, kto gdzie z kim i w czym grał, a nie zawsze to resume wydaje się być powodem do dumy. W którymś momencie wchodzi ekran (sic!) i jedną ze scen oglądamy jako projekcję. Prawie jak w Robercie Roburze - napomknął skądinąd celnie mój Social Media Manager. Była to niesłychanie zabawna scena.
Jak to się dzieje, że w takim bałaganie powstają spektakle, które później oglądamy, niektóre zresztą przyzwoite, dobre, a nawet wspaniałe? No właśnie, jak?

Bardzo inteligentny, fantastycznie zagrany i do łez bawiący spektakl, o artystach, o teatrze, i - o tym, że nie jest łatwo, ale PRÓBOWAĆ trzeba.

 

Teatr Studio

CHROMA

na podst. Chroma. A Book Of Colour Dereka Jarmana; dram. P. Świerczek

reż. Grzegorz Jaremko

premiera 15 listopada 2019

Na premierze wśród widzów przeważała branża, którą można było podzielić na – tę związaną ze Studiem (reagowali, np. śmiechem), na branżę pozostałą, np. media (dezorientacja), i - na gości pozostałych, z których znacząca część patrzyła na zegarki, może też dlatego, że siedzenia w foyer były niewygodne.

Jarman i Jaremko fascynują się komunikatami podawanymi na lotnisku i w samolotach, powtarzalność tych komunikatów była którymś momencie trudna do zniesienia. Grający główną rolę Marcin Pempuś bez wąsów wygląda jak - wypisz wymaluj - jeden z mniej lubianych przez mainstream polityków rządzącej koalicji i przyznaję, że był to trop psujący próbę zrozumienia przeze mnie tego spektaklu, raczej przez twórców niezamierzony. A pod koniec spektaklu zbiły się kieliszki, w których miano za moment wznosić toasty za premierę, więc to znów zmieniło sens tego utworu…

Reżyser uznawany jest za „najgłośniejsze nazwisko młodego polskiego teatru”, a ja nie jestem już przeraźliwie młody, więc pewnie dlatego jakoś nie zrozumiałem o co chodzi, marna pociecha, że nie ja jeden.
 

Teatr Narodowy

LETNICY

Maksym Gorki

reż. Maciej Prus

premiera 9 listopada 2019

Gdyby ktoś nie wiedział, że to Gorki, pomyślałby, że Czechow, bo tak siedzą na tym letnisku, wypowiadają słowa, wiele słów, nie słuchając się jednak i właściwie nie obchodząc, tak się kiszą, pozwalając sobie z tej nudy na małe żarciki i na większe podłości. Tyle tylko, że u Czechowa Solony jednak zabija Barona, Konstanty – siebie, a w Letnikach, cóż, letnio – Włas się zaledwie postrzela, a i to niegroźnie. Będzie żył – prorokuje w finale dr Dudakow - jak my wszyscy, dodaje.

Pierwszy akt był nużący i to nie była nuda z Becketta, kilka foteli opustoszało. Podczas antraktu zauważyłem jednak, że ten bezruch komentowali i to z przejęciem właściwie tylko najstarsi widzowie, próbując łączyć wypowiadane przez letników zdania, byli tym spleenem jakoś poruszeni. Może zatem ta nuda była próbą sił, pytaniem - kto z was to wytrzyma? Kto się umie wsłuchać w te od niechcenia rzucane słowa? Kto w nich odnajdzie sens, jeśli on jest? Czyżby właśnie najstarsi, bo tylko jeszcze oni umieją słuchać? Czy to chciał powiedzieć 82-letni reżyser?

I oto w akcie drugim, podczas poruszającej sceny wyznania miłości Marii Lwownej (fantastyczna Beata Ścibakówna) przez młodszego od niej znacznie Własa, gdy zapadła głęboka cisza, gdy publiczność się chciwie się przysłuchiwała i przyglądała… kilkukrotnie zadzwonił na widowni telefon wesołym dzwonkiem. Pomyślałem wtedy (choć myśl ta jest i nieznośna, i niesforna) że WŁAŚNIE o tym był ten męczący spektakl.

O niewyłączonym inteligenckim telefonie podczas spektaklu o inteligentach, którzy nie traktują się poważnie, interesują się tylko sobą, a kiedy ktoś ma powiedzieć coś ważnego, prawdziwego, kiedy ma się wydarzyć coś realnego - dzwoni telefon. Tak, właśnie o tym.

A o czym będą Letnicy bez dzwoniącego na widowni telefonu?


 

Teatr Ateneum

DWÓR NAD NARWIĄ

Jarosław Marek Rymkiewicz

reż. Artur Tyszkiewicz

premiera 9 listopada 2019

Spektakl jest wciągającą zabawą z widzami, nic, tylko chwytać aluzje, odniesienia, żarty, cytaty, jak to u Rymkiewicza bywa, choć dalibóg trzeba mieć doktorat u prof. Janion, żeby wszystko od razu wyłapać. Jest i nieledwie kryminalna zagadka, nad którą głowiła publiczność się podczas antraktu, otóż – kim właściwie jest nieobecna na scenie Marylka i jaką rolę w jej życiu odegrał Doktor? I zwracam uwagę na scenę, która dość mocno mnie wbiła w fotel ze zdumienia – bo tekstu wcześniej nie znałem – jak Jenerał i Porucznik wysysają krew z Tadzia. To jednak dość mocna metafora biorąc pod uwagę i kontekst i autora, może przede wszystkim autora. Czy dziś napisałby tę scenę tak samo?

Niby można oglądać Dwór nad Narwią jako całkiem zabawną i frywolną opowieść o duchach, które nie chcą opuścić tytułowego dworu nad Narwią, o nieporozumieniach żywych z umarłymi itepe. Mamy jednak drugi akt, w którym ta fabuła ulega załamaniu, monolog Lutka przecież nie jest stylizowany, jest zupełnie współczesny, jakby niespójny z całym tekstem, inaczej przez Tomka zagrany. Po co pojawia się ten kontrapunkt? Więc - rzecz jest bardziej o żywych czy o umarłych? A duchy - to wolą, żeby zostawić ich w spokoju, nad Narwią, czy raczej - wciąż je zaczepiać, powoływać, hołdować, hołubić?

Skróciłbym może pierwszy akt, publiczność wyraźnie się wierciła pod koniec tej cmentarnej opowieści, jednak do Ateneum wybrać się warto, ze względów jw. - oraz świetnego Tomasza Schucharda w roli Lutka, i słodko sobie dworującej z Amelii – kochliwej hrabiny w wieku balzakowskim - Ewy Telegi.
 

Teatr Collegium Nobilium

NIEPODLEGLI

Piotr Rowicki

 reż. Piotr Ratajczak

premiera 9 listopada 2019

Piękne mamy w Niepodległych towarzystwo – i celebrytów takich jak Boya z Krzywicką, Zofię Stryjeńską, jest Gorgonowa nieśmiało przypominająca światu, że Lusia była wyrafinowaną suką, a nie aniołkiem, jak ją prasa ówczesna opisywała; są także prezydent Narutowicz i jego zabójca Eligiusz Niewiadomski, gawędzą sobie o Polsce i jest to najbardziej poruszaja scena tego przedstawienia. Z postaci nieco zapomnianych - jest Maria Kwaśniewska, która dzięki Hitlerowi (sic!) uratowała wielu ludzi od śmierci; przypomina nam się wielka gwiazda tamtych czasów - Ina Benita, której życie było zrealizowanym zresztą scenariuszem filmowym, jest wreszcie szalony (szalony?) artysta Stanisław Szukalski, twórca zermatyzmu, który to nurt miewa się dziś zdumiewająco dobrze. Dodać może warto, że co prawda postacie i ich losy są związane z dwudziestoleciem międzywojennym, ale to nie jest bezkrytyczny pean na cześć tamtych czasów, troszkę generalizując Niepodlegli są bowiem pewnego rodzaju refleksją nad dziejstwem świata, w którym to świecie co chwilę zmienia się wszystko i zarazem - nie zmienia się nic.

Aktorzy wcielają się po kilka postaci, każdy z nich więc ma szansę na pokazanie swojego talentu, jak na dobry dyplom przystało. I istotnie – są niesłychanie utalentowani, widać błysk w ich oczach, widać radość bycia na scenie, a ta energia przechodzi także na wyraźnie rozentuzjazmowaną widownię. Na maleńkiej scenie im. Jana Kreczmara w TCN Piotr Ratajczak zrealizował mądry, efektowny i brawurowo zagrany spektakl, nie przegapcie!
 

Teatr Słowackiego w Krakowie

HAMLET

W. Szekspir, S. Wyspiański

reż. Bartosz Szydłowski

premiera 9 listopada 2019

Podobało mi się i dobrze się ten spektakl oglądało. Przepraszam Autorów i Reżysera za pewną mizerię tej opinii, ale przecież tzw. znakomita większość widzów kupujących bilety do teatru, właśnie te czynniki bierze pod uwagę.

Fantastycznym pomysłem było obsadzenie p. Tytusa w roli ducha Ojca, odwrotnie do warunków przecież, a otwierając piękny strumień znaczeń, wspomniany aktor tegoż dnia zagrał godzinę wcześniej także dużą rolę w Starym, szacunek. Dalej, jedną prościutką sceną reżyser zasugerował, że Horacjo był nie tylko hm… przyjacielem Hamleta, ale i Ofelii, co było tezą tyleż zaskakującą, co olśniewającą. Znakomitą scenografię do tego spektaklu zrealizowała p. Małgorzata Szydłowska, gigantyczna dłoń otworzyła kolejne możliwości odczytania tego spektaklu, słyszałem później w foyer kłótnię o sens i miejsce tejże dłoni na scenie. To cieszy, kłótnia po Hamlecie należy do najszlachetniejszych polskich nieporozumień.  A nie bardzo mi się podobało, że Ofelia pali na scenie prawdziwe papierosy, rzuciłem kilka lat temu, gorąco polecam postaci zerwanie z nałogiem. W moim 7. rzędzie było czuć, lewy balkon dość ostentacyjnie zakaszlał. Iść albo nie iść? Iść.

Najważniejszym, bo tytułowym powodem jest p. Marcin Kalisz.
 

Teatr Łaźnia Nowa

MATERIAŁY DO MEDEI

na podstawie H. Müllera
reż. Jakub Porcari

premiera 25 października 2019

Z nadziejami i niecierpliwością zabłądziłem przed tym spektaklem, bo bramka przy boisku była zamknięta a płot wysoki i trzeba było iść jakoś naokoło, a tu o 19 pusto, strach, Nowa Huta…

A niecierpliwie – bo p. Sandrę Korzeniak uważam za aktorkę wybitną, niesłychanie utalentowaną, osobną, trudno klasyfikowalną, jeśli w ogóle. Cóż, pewnie nie tylko ja. A – z nadziejami – na to, że Medea będzie – owszem - miała twarz p. Sandry, ale i jej nie będzie miała, że ten bardzo trudny tekst obejdzie mnie bardziej niż do tego świadomie dopuszczę, że rozgrzeszę (sic!) Medeę z jej czynów, bo przecież miałem ją oglądać (podglądać może) nie kiedy zabija swoje dzieci, a podczas codziennych rytuałów, szczotka do włosów, kosmetyki, makijaż może zbyt ostentacyjnie robiony, może żeby zakryć coś więcej, co?

Okrucieństwo, nienawiść, chorą złość, to wszystko p. Sandra zagrała w punkt, milimetr w „tę” lub w „tamtą” stronę trąciłby fałszem, widać pracę włożoną w to przedstawienie i przez reżysera i aktorkę, najbardziej chyba w części, gdy Medea zmienia się w Jazona. Zaskoczenia jednak – niestety - nie było.

Taką Sandrę Korzeniak już znam.

 

Teatr Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie

BURZA

William Szekspir, adapt. G. Jarzyna, M. Wawrzyniak

reż. Grzegorz Jarzyna
premiera 23 października 2019

Jeden z najbardziej kontrowersyjnych spektakli Boskiej Komedii’19 jest pokazywany na scenie eksperymentalnej AST i warto o tym pamiętać zanim powiesimy kolejnego psa. To eksperyment. Zatem - ktoś, np. licealista, który chciałby się dowiedzieć „o czym jest książka pt. Burza autorstwa Williama Szekspira”, obejrzawszy to przedstawienie, powie później na polskim, że - apelem o nieużywanie plastikowych słomek. Może trochę przesadzam. Ale tylko trochę.

W tym spektaklu dyplomowym młodzi aktorzy nie mają okazji pokazać swoim przyszłym pracodawcom   swojego talentu i warsztatu, gdyż wszyscy wyglądają tak samo, znanego mi Macieja Musiała rozpoznałem dopiero w ostatnim kwadransie tegoż performansu. Mają tak samo pomalowane twarze, takie same kostiumy, do tego – co również nie ułatwia – zamieniają się granymi rolami, ich nazwiska są wypisane specjalnym flamastrem na ich plecach, nie mam pewności, czy chciałbym ten zabieg zrozumieć, wydał mi się czymś na granicy rozpaczy, jakby godzinę przed premierą przypomniano sobie, że to jednak dyplom, że tu akurat nazwiska aktorów są istotne. Choć może i idea tego miała inną genezę. Może, wszak spektakl eksperymentalny jest po to, żeby gdybać.  Nie da się tego dobrze zagrać, to role dla cyborgów – zauważył jeden z krytyków. I tę opinię trzeba uszanować, ale… można mieć wrażenie, właśnie tak miało być. Uczelnia natomiast podkreśla, że studenci mieli okazję pracować z jednym z najważniejszych reżyserów w naszym kraju, co jest ważniejsze od efektu tej pracy, że można było sobie pozwolić na daleko idącą eksperymentalność tego projektu, a dyplomy mają jeszcze dwa, więc będą mogli się „pokazać”. Może, trzeba spytać aktorów, co o tym wszystkim sądzą. Ale lepiej Burzy jako precedensu nie traktować i nie iść tą drogą, bo wtedy sens dyplomów dość mocno się zmienia. A może właśnie powinien się zmienić?

Mam do tego spektaklu dwie uwagi. W ten post apokaliptyczny świat JEDNAK wszedłem, nawet – o zgrozo – się tam umościłem, wiem, po co Jarzyna Szekspirem przemówił, ale… teksty dopisane były momentami boleśnie manieryczne i egzaltowane, nieadekwatne, bardzo nie pasujące, obce. I w ustach aktorów zabrzmiały fałszywie. Może i tak miało być. Na pewno jednak źle się czuli w swoich kostiumach, widać było, że coś ich uwiera. Albo było tych kostiumów za mało, albo - za dużo. Biorąc pod uwagę, że to jednak szkoła, pewnie za mało, ale… i tej pewności nie mam.
 

Teatr Polonia

KREDYT

Jordi Galcerán

reż. Maciej Kowalewski

premiera 19 października 2019

Podobno w zagranicznych „przebiegach” Kredytu aktorzy muszą robić pauzy, żeby publiczność mogła się wyśmiać.

Więc albo jestem pozbawiony poczucia humoru, albo tekst został źle przetłumaczony, gdyż potencjalnie zabawne momenty wywoływały we mnie wyłącznie poczucie zażenowania. Fabuła jest nie tylko wulgarna, płaska i niesubtelna, ale również – co gorsze - dojmująco przewidywalna. A już rozpacz wywołało we mnie nadanie obu bohaterom polskich imion i umieszczenie ich w realiach warszawskich, między Białołęką a Grochowem, to się w Polonii jeszcze chyba nie zdarzyło, co najmniej dwukrotnie upewniałem się, że jestem gdzie jestem, a nie w okolicach Placu Bankowego.
Poza tym mam nieodparte wrażenie, że reżyserowi wystarczyło czasu na pracę z połową tylko obsady. Ze smutkiem więc donoszę, że to przedstawienie jest znacznie poniżej poziomu Teatru Polonia.
 
Teatr Jaracza w Łodzi
KTO ZABIŁ KASPARA HAUSERA

Konrad Hetel na podst. W.Herzoga i in.

reż. Radek Stępień

premiera 12 października 2019

Najtrudniejszą rolę tego spektaklu i jednocześnie najmniej wdzięczną, miała p. Natalia Klepacka, bo przecież musiała zagrać lustro, w którym Norymberga tamtych lat się z pasją przeglądała. I istotnie - jej Kaspar Hauser był trochę „jak wszyscy” ale i jednocześnie - podobny do nikogo, był kimś, kto wziął się znikąd i odszedł jakby niezauważenie, był takim – cytując The Eagles - New Kid In Town, nowym chłopakiem w mieście.

Pozostałe role przedstawienia są wdzięczniejsze, od p. Bogusławy Pawelec nie można oderwać wzroku, świetny jest p. Paweł Paczesny, któremu zdarza się bardzo dyskretnie dworować z granego przez siebie Klemensa, bardzo dobry także jest Mikołaj Chroboczek jako Rotmistrz, bez halabardy (z którą pojawiał się niekiedy w poprzednim swoim teatrze, z rzadka raczej, więc sądzę, że transfer do Jaracza był dla p. Mikołaja excuse-le-mot – dobrą zmianą).

Początek nieco mnie znużył, lubię jednak być wciągnięty w opowieść podczas pierwszych 15 minut spektaklu, ale potem patrzyłem na scenę z rosnącym zainteresowaniem, następnie – z coraz większym zaangażowaniem, w końcu – niemal z zachwytem. Prawie jak u Hitchcocka. Prawie jak w akcie miłosnym… Tylko zmieniłbym zakończenie, tzn. – usunął je. Co prawda wtedy spektakl byłoby ździebko o czym innym, ale moim zdaniem wybrzmiałby mocniej. Choć może właśnie nie miał mocniej wybrzmieć? Zauważcie, na końcu tytułu nie ma znaku zapytania. To ważne. I właściwie nieważne, kto go zabił. A dlaczego - to już proszę się zainteresować osobiście.

Świetne, znakomicie zrealizowane, niepokojące, ale i momentami zabawne przedstawienie, może warto dodać – zupełnie nie o Norymberdze roku 1828.
 
Teatr Powszechny w Warszawie
CAPRI – WYSPA UCIEKINIERÓW

na podst. „Kaputt” i „Skóry” C. Malaparte

reż. Krystian Lupa

premiera 12 października 2019

Będzie krótko, bo pisanie długich tekstów o premierach spektakli Krystiana Lupy jest jednak nieznośnie mainstreamowe.  

To jest najlepsze przedstawienie, jakie widziałem w teatrze od lat. Piszę ten tekst tydzień po obejrzeniu Capri i nie może to jakoś wszystko spłynąć po mnie, i nie umiem się od tego krzyku uwolnić, i od tego szeptu, nieznośnego szeptu wściekłości, bezsilności, rezygnacji. Od tego szeptu chyba najbardziej. Aktorski majstersztyk, znakomici są wszyscy na scenie, zespołowi gratuluję wspaniałego spektaklu. Raz na jakiś czas, rzadko, żeby słowo owo nie straciło na wartości, używa się słowa „arcydzieło”. Tutaj pozwolę sobie go użyć.

 

Stary Teatr w Krakowie

NIECH ŻYJE POLSKA/SZTUKA PRAWICOWA

Radosław B. Maciąg

reż. Radosław B. Maciąg

premiera 11 października 2019

To jeden z tych spektakli, o których nie można zbyt wiele napisać, żeby nie zepsuć odbioru. Więc tylko krótko.

Siedząc w wygodnym fotelu na widowni małej sceny nie mogłem od tejże sceny oderwać wzroku, nie dowierzając właściwie zmysłom. W tym przedstawieniu był bowiem: początek, środek i koniec, może nawet niekoniecznie w tej kolejności, w tym wypadku - bez znaczenia, był pomysł, suspens, dobre aktorstwo, talent, wrażliwość oraz – nie bójmy się tego słowa - patriotyzm.

Bowiem przy użyciu faktycznie najprostszych środków reżyser opowiedział nam – mówiąc w pewnym uproszczeniu - historię powstańca, pytając o sens i znaczenie tytułowego okrzyku i - o polską martyrologię, zastanawiając się, co to właściwie dziś znaczą napisy na pomnikach – gloria victis, chwała pokonanym.

To jeden z najlepszych spektakli, jakie widziałem podczas 12.Boskiej Komedii, reżyserowi gratuluję, obejrzawszy dwa przedstawienia konkursowe jestem pewien, że Młodzi w Starym już wkrótce nieźle namieszają. A widzom warszawskim przypominam o spektaklu p. Radosława, do obejrzenia w Studiu.
 
Teatr Dramatyczny w Warszawie
GROCHÓW

Andrzej Stasiuk

opieka reż. Agnieszka Glińska

premiera 11 października 2019

Właściwie bez niespodzianek, to bardzo malabarowy spektakl, ze świetną scenografią, i - kiedy w programie przeczytałem, że - jak to w Malabarze bywa - są i tu „lalki”, to nawet niespecjalnie się zdziwiłem, że Marcin Bikowski zgromadził na scenie przedmioty, które są wszystkim, ale zdecydowanie nie lalkami. Przedmioty owe, począwszy od starych planów miasta po pocztówki znad morza, są trochę czwartym bohaterem tego kameralnego, wcale nie aż tak bardzo łatwego przedstawienia.

Rzecz jest o pamięci, więc przeznaczona jest raczej dla tych, którzy mają co pamiętać. Na przykład to, że kiedyś na Grochów, a dokładniej na Olszynkę, jeździł pospieszny K.  No ale to K odeszło, tak jak nie ma już pociągu do Łupkowa, którym meandry pamięci dowiozły bohatera aż do Piranu, wtedy w Jugosławii, dziś w Słowenii; nie ma już, a może jeszcze są te grochowskie kamienice, których centrum wszechświata był zawsze Plac Szembeka z bazarem, którego zresztą już nie ma, a może… i to centrum wszechświata się teraz przesunęło? No może.

Listopadowy w nastroju drobiazg o dzieciństwie, młodości, dorosłości i – o śmierci. Jakby może napisał Andrzej Stasiuk – kurwa mać, śmierci.
 

Klub Komediowy

Z CZŁOWIEKIEM WŚRÓD ZWIERZĄT

FABULARNY PRZEWODNIK PO

Błażej Staryszak, Michał Sufin

reż. Aneta Groszyńska, Michał Sufin

premiera 10 października 2019

Czy nasza troska o świat, odrzucenie plastikowych słomek i reklamówek z polietylenu oraz segregacja śmieci to już musztarda po obiedzie? Swoją drogą znakomita, jadłem z ulubionymi parówkami, gdyż był to gadżet KK reklamujący spektakl, nietypowy zaiste. Czy naprawdę zginiemy i nie ma na to rady? A może uratują nas Bób, seler i włoszczyzna? No może:)

Tyle w największym skrócie o warstwie dramatycznej, wszystko plącząc, trochę zmyślając, w dodatku – niezbyt na temat tego spektaklu. Bo to, o czym Klub Komediowy mi opowiada i o czym śpiewa - ma znaczenie dojmująco drugorzędne. Ważne, że można tu przyjść, posłuchać utalentowanych aktorów, absurdalnych i pełnych liryki tekstów, a starannie dobrana publiczność (gdyż przychodzi tu taka, zresztą samodzielnie się dobierając), nie zapyta - „ale właściwie dlaczego bób nas nie opuści”, choć w innym teatrze taką właśnie wątpliwością byłaby targana.

Szymonie Roszaku (Roszak dla deklinofobów), druhu! - taką sobie pozwolę apostrofę do Szymona ułożyć - żeś utalentowany i wszechstronny, liryczny i gburowaty gdy trzeba, to już wiem. Ale rola świnki w najnowszym Przewodniku jednak rozsadza Twoje artystyczne resume i - z przeproszeniem - wymiata.
 

Stary Teatr w Krakowie

NADCHODZI CHŁOPIEC

Han Kang, M. Wierzchowski, D. Sołtysiński

reż. Marcin Wierzchowski

premiera 5 października 2019

Poprzednio widziane przeze mnie spektakle p. Marcina dotykały absolutu. Ten był męczący i irytujący (to akurat jak sądzę zamierzenie twórców), a w całości – niestety letni. Nie zrobiły bowiem na mnie wrażenia dokładne opisy tortur, jakim byli poddawani koreańscy powstańcy, nie dowiedziałem się niczego więcej o wojnie niż wiem, o tym – co robi z ludzi, na każdym poziomie, że jest niewymazywalna, że zmienia DNA. Dosłowność zabiła (nomen omen) pierwszą część spektaklu, nie lubię tak.

Akt drugi, już „stacjonarny”, widzowie spektakli p. Marcina wiedzą, o co chodzi, rozgrywa się w Polsce, współcześnie czy też w niedalekiej przyszłości, kilka lat po tajemniczej śmierci Filipa, jego siostra prowadzi na własną rękę śledztwo, próbuje dojść do prawdy. Po co jej ta prawda? I ile łączy te oba te światy – koreański i polski? Nic. Wszystko. Trochę. To już każdy sam widz niepotrzebne skreśla i - chyba trochę o tym jest ten spektakl, przyglądający się także, a może przede wszystkim - sensowi i roli żałoby, zwracam uwagę na najbardziej dojmującą scenę tego przedstawienia, w której matka od 20 lat każdą rocznicę śmierci swojego syna obchodzi jak pierwszą, nie umiejąc się z jego stratą pogodzić.

Myślę więc, że taki widz jak ja, który jest nie ma w sobie chęci wejścia w ten świat, może empatii, ale także stania się aktywną, współczującą częścią tego spektaklu, straci pięć godzin z życia i zaryzykuje przeziębienie. Jednak - mimo, że tym razem moje struny emocji mych pozostały nieporuszone, cieszę się, że ten spektakl zobaczyłem, powody są trzy - to Dorota Pomykała, Paulina Puślednik i Juliusz Chrząstowski.
 

Stary Teatr w Krakowie

SŁOWACKI UMIERA

Konrad Hetel, Radek Stępień

reż. Radek Stępień

premiera 27 września 2019

Krótko, bo krótkie.

Słowacki naprawdę wielkim poetą był i Radek Stępień wcale tego nie postponuje, przeciwnie, dodaje jedynie (jedynie?) poecie ludzką twarz, okrasza ten jego topos normalnością, ludzkimi odruchami, słabościami rozmaitemi, jakimiś rozterkami, ździebko sobie dworując przy okazji - i z Mickiewicza, który przecież już się urodził na cokole ze spiżu, jak - i z romantyczności czy też raczej – romantyzmu - w ogóle.

To jest spektakl inteligentny i przewrotny, momentami też całkiem zabawny, choć by wszystkie smaki wyłapać wskazany choćby dostateczny z literatury epoki.

Rzecz także, a może i przede wszystkim o tem, że Wieszczem być – to sprawa wcale nie taka łatwa, o czym wie najlepiej p. Paweł Pogorzalek w roli Słowackiego - znakomity.

PS. Radek Stępień UBIERA aktorów na scenie. Sic!

 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

KSIĘŻNICZKA TURANDOT

Carlo Gozzi

reż. Ondrej Spišák

premiera 27 września 2019 

Z radością peregrynowałem między gośćmi na popremierowym bankiecie, podsłuchując komentarzy i rozpiętość uczuć publiczności wobec Turandot była zaiste imponująca. Przeważały pochwały, ja także należę do grona miłośników tego spektaklu, mimo że jest w nim coś, czego po prostu nie znoszę –bezpośrednich odniesień do bieżącej polityki.

Widzowie najbardziej zwracali uwagę na interludia, bo podczas nich komentowano w całkiem nawet zabawny sposób (jeśli kogoś to śmieszy oczywiście) naszą rzeczywistość, w każdym razie Robert Majewski jako Tartaglia był znów do zjedzenia. Odniesień do spraw bieżących było w spektaklu więcej, może nie aż tak oczywistych, ale jednak. Spotkałem się również z tezą, że samo wystawienie TEGO tytułu TERAZ jest zupełnie nie zakamuflowana manifestacją.

Ale jeśli dla kogoś mimo wszystko nie będzie to spektakl polityczny – zobaczy pogodne, starannie przemyślane i świetnie zagrane przedstawienie. Aktorzy bawią się razem z widzami, nie przekraczając granicy efekciarstwa, widać ogrom pracy włożonej w pracę nad tym widowiskiem, właściwie debiutujący na tych deskach Michał Klawiter jako Kalaf wdzięcznie unosi dużą rolę (choć przypominam o fantastycznej roli p. Michała w Irańskiej Konferencji),

Agata Góral w roli zlej księżniczki jest znakomita, ale i tak scenę kradnie kolegom p. Henryk Niebudek (Altum), który im bardziej próbuje powiedzieć coś poważnego, tym większą radość wzbudza na widowni. Cóż, You’ll love it or you’ll hate it. 

 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

PROJEKT LARAMIE

Moisés Kaufman oraz członkowie Tectonic Theater Project

reż. Michael Gieleta

premiera 20 września 2019

Mamy oto Laramie, trzydziestotysięczną z przeproszeniem dziurę w Wyoming, w której dochodzi do morderstwa młodego chłopaka, geja. Na miejsce przyjeżdża z NYC grupa teatralna, jej członkowie rozmawiają z lokalną społecznością o tym, co się tu wydarzyło, kim byli mordercy chłopaka, co to znaczy „być innym” w takim miejscu jak to, dobry człowiek – to jaki, wreszcie – czy cała i wyłączna wina za zbrodnię leży po stronie zabójców Mata?

Było w tej narracji coś z Trumana Capote z jego poruszającego reportażu Z zimną krwią, może taka beznamiętność opowieści, jej reportażowość. I paradoksalnie – najsłabsze momenty tego niezłego przedstawienia – były właśnie o emocjach, choć widziałem widzów mocno poruszonych np. sądową przemową ojca Mata, który apeluje o nieskazywanie na śmierć jednego z zabójców syna, ja wolałbym w tym miejscu niedopowiedzenie niż kropkę. Podobnie z finałem, finałami – właściwie, można było tu pięknie zostawić widzów samym sobie po procesie.  No ale może w Ameryce nie lubią niedopowiedzeń? No może. Początek jest z kolei zbyt dynamiczny, zbyt „amerykański”, zabawa mocno poszarpanym tekstem i światłami wydała mi się nieco formalna, niepotrzebnie też aż tak dużą rolę w spektaklu grają notesy, ciągła obecność tych rekwizytów w rękach aktorów trochę irytowała.

Szczęśliwie nie było w spektaklu żadnych odniesień do naszej rzeczywistości, oglądaliśmy miasteczko z perspektywy amerykańskiej, a i tak każdy widz wiedział, że to przedstawienie jest WŁAŚNIE o tym, co tu i teraz, i o tym, że Laramie jest wszędzie.
 

PWSFTvIT w Łodzi

NIE JEDZ TEGO! TO JEST NA ŚWIĘTA!

Mariusz Grzegorzek

reż. Mariusz Grzegorzek

premiera 20 września 2019

Oglądałem nieco zdezorientowany, gdyż staroświecko lubię sobie odpowiedzieć na pytanie – o czym to jest. No i gdyby nie finał, zapytany w sondzie ulicznej o problematykę obejrzanego utworu, pewnie byłbym uciekł, a wzrokiem – to już na pewno. Ale jest finał, a po nim te wszystkie klocki, tak porozrzucane, tak do siebie pozornie nie pasujące pozornie, nagle ułożyły się w szalony, niepoprawny, zabawny i perwersyjny momentami - zaryzykuję odrobinę egzaltacji - hymn o radości życia.  Życia przecież za krótkiego, by marnować je na wrogów, na wiatry przeciwne, na złe emocje i brzydkich ludzi, życia – podczas którego trzeba wszystkiego spróbować, żeby wiedzieć, że… wszystkiego spróbowaliśmy (mimo, że „jest na święta”, mimo, że mamcia i babunia dadzą po łapach). Bo to próbowanie - może niekiedy zakazane, czasem wstydliwe czy nierozsądne, szaleńcze, ale – moje. I nikomu nic do tego.  Z takimi niesfornymi myślami wyszedłem - w rozświetlone tego wieczoru miasto - z tego spektaklu, będącego trochę rozbrykaną wersją Dezyderaty, owszem, o życiu i całej reszcie, ale przede wszystkim o tym, że każdy może wziąć zeń (z życia, i z przedstawienia) dokładnie to, co chce i że ma do tego niepodważalne prawo.

Jeśli się mówi, że dyplomy „niosą ze sobą niezwykłą energię”, to ten zespół tym spektaklem budynek przy Kopernika po prostu rozsadził, zupełnie jak w Mebelkach i zupełnie niż w Mebelkach inaczej.

Czapka z głowy.

 
Teatr Jaracza w Łodzi
RÓŻA JERYCHOŃSKA

Diana Meheik
reż. Waldemar Zawodziński

premiera 20 września 2019

Może feministki mnie zbluzgają za spostponowanie dramatu p. Meheik, ale zaryzykuję. Otóż pozwolę sobie postawić tezę, iż Róża Jerychońska jest bardzo dobrym spektaklem, powstałym z ważnego i odważnego, ale niestety - kiepskiego tekstu. Patrząc na napisane już recenzje, szczególnie kobiecymi rękami, teza moja (o słabości tekstu, nie o jakości spektaklu) istotnie może być kontrowersyjna.

Poznajemy oto młodą Ukrainkę (świetna Agnieszka Więdłocha), pracującą w Libanie jako gosposia i prostytutka, jej pracodawca Anis jest także alfonsem (pełna poświeceń rola Sambora Czarnoty), a jego uzależniona małżonka (rewelacyjna Ewa Wiśniewska) potrzebuje pieniędzy na narkotyki, co zabija w niej tlące się ludzkie wobec Oleny odruchy. Pojawia się w tym świecie także Fady, będący jakby nadzieją na uwolnienie dziewczyny z piekła (istotnie ludzki Krzysztof Wach), ale ostatecznie i na jego pomoc nie można liczyć. Tyle w największym skrócie.

Agnieszka Więdłocha na końcu spektaklu opowiada widzom tragiczną historię dziewczyny, która była pierwowzorem Oleny, gdyż spektakl jest oparty na faktach. I w tej narracji, gdzie właściwie wszystko jest powiedziane i pokazane, postawiona zostaje wyraźna ogromna kropka na końcu, nie zostawia się widzom żadnego niedopowiedzenia, tajemnicy, a ja wolę, żeby dominującym znakiem przestankowym w teatrze był znak zapytania, a nie wykrzyknik.

A że ta istotnie smutna historia – jak już czytelnik się domyślił - nie poruszyła mnie zbyt mocno (prawo do bycia troglodytą ma podobno zostać w nowej konstytucji) i że nie miałem szansy pogdybania, takiego stworzenia sobie świata alternatywnego, bo autorka pisze: tak było i już!, skupiłem się więc nie na tej istocie tej opowieści, a na jej przez Waldemara Zawodzińskiego pokazaniu. I powtórzę – to bardzo dobry spektakl, ale dla innego niż piszący te słowa odbiorcy. Bywa i tak.

 
Teatr Syrena
ROCK OF AGES

Chris D’Arienzo, Ethan Popp

reż. i tłum. Jacek Mikołajczyk

premiera 14 września 2019


Jacku,

Przez ostatni rok dzięki Tobie polubiłem musicale, pisałem o tym w moim dzienniczku naprawdę szczerze, może trochę jak mały Jaś patrzący ze zdziwieniem na świat, ale nigdy przecież nie ukrywałem, że na musicalach się nie znam, nie jestem jak Ty i Twój zastępca ich znawcą i pasjonatem, oglądałem je zawsze w Syrenie jak spektakle dramatyczne, tyle że z muzyką i tańcem, oczywiście nieco wulgaryzując. Dowiedziałem się zatem w poprzednim sezonie, że musicalem można powiedzieć coś ważnego, ciekawego, poruszającego, zabawnego, można wciągnąć widza w taką narrację, która go zmieni, ulepszy, upiękni, która da mu do myślenia, albo choćby rozchichocze inteligentnym żartem, aluzją czy pointą.

Ale na Boga, nie powiedziałeś mi dotychczas, że musical może być zrobiony wyłącznie dla rozrywki… Kompletnie zatem nieprzygotowany obejrzałem Rock Of Ages i tak się skonfundowałem, że do dziś w tym stanie trwam, mimo, że jako jeden z niewielu na widowni znałem wszystkie utwory, ich wykonawców, a niekiedy nawet kompozytorów (w radiu sami piszemy zaiksy).

Co prawda znów nieledwie z ekstazą patrzyłem na aktorów i ich poczynania, szczególnie na znakomitego pana Przemka, świetnie się słuchało Twoich tłumaczeń tekstów, były zdecydowanie nieoczywiste, ale – coś mnie nie chwyciło, nie wciągnęło, nie rozerwało, czegoś mi było za dużo, a może – czegoś brak. Czego? Co robić? Poradź…

Oddany,

RT

 

Teatr Współczesny w Warszawie

WSTYD

Marek Modzelewski

reż. Wojciech Malajkat

premiera 13 września 2019

Mamy oto rozpoczynające się wesele, na zapleczu sali wśród wódek, oranżad i zakąsek spotykają się rodzice młodych. Cóż, czeka ich dość poważna rozmowa, bo pan młody uciekł sprzed ołtarza, a najgorsze – że zdenerwowana mamusia nie może się do synka dodzwonić. Do czego spotkanie tej czwórki doprowadzi?

Ta jazda jest naprawdę bez trzymanki, więcej jednak nie mogę napisać, żeby nie zepsuć Wam wieczoru w teatrze. Świetny, bardzo inteligentny tekst Marka Modzelewskiego balansuje między farsą a dramatem, i – choć rzecz jest naprawdę zabawna - gdyby się tak bliżej przyjrzeć naszym bohaterom, to czy na pewno jest się z czego śmiać? I gdzie wśród motorów (bądź hamulców) ich działań znajduje się tytułowy wstyd?

Na małej scenie Współczesnego - Izabela Kuna, Agnieszka Suchora, Jacek Braciak i Mariusz Jakus, wszyscy są fantastyczni. Wstyd już jest jednym z największych przebojów warszawskich scen, życzę więc udanego polowania na bilety.

 

Teatr Studio

WIĘCEJ NIŻ JEDNO ZWIERZĘ

reż. Robert Wasiewicz

premiera 12 września 2019

Ani literalnie o owcy ani o lamie, ale – istotnie – o stadzie, to przecież odpowiedź najwyżej punktowana. W ogóle – o zwierzętach, jeśli ktoś zapyta, bo - to odpowiedź najbezpieczniejsza i całkiem prawdziwa. Jednak wcale zupełnie nie o zwierzętach, ale jak ktoś tak chce właśnie tak to oglądać, to też nie ma przeciwwskazań, co stwierdzam słysząc właśnie pomruki sierściusze na mymłonie, wpływa to zapewne na kształt tego tekstu. Może tyle figur performatywnych wystarczy…

Spektakl jest przeuroczy. Songi (songi?) w wykonaniu reżysera powinny zdecydowanie wejść do przestrzeni bardziej dostępnej niż tylko maleńkie studio Studia, pana Marcina zachęcam do częstszego przyjmowania ról, każde jego pojawienie się na scenie było czymś niesłychanie zabawnym, choć dla siebie stworzył rolę niemą. Mamy także, a raczej – przede wszystkim - czworo performerów, odgrywających role rozmaitych zwierząt, niektórych zachowujących się zresztą dość ekscentrycznie (chodzi o ekscentryczność zwierząt, a nie performerów naturalnie). Błażej Stencel np. z poświęceniem ale i uroczą dezynwolturą zagrał niełatwe dla mężczyzny sceny porodów, bowiem i taka sytuacja ma miejsce w naturze.

Ten drobiazg, oprócz zaproszenia do świata puszatków, jest właśnie pytaniem o to, na ile my jesteśmy częścią owej natury, co to znaczy „nienaturalne” (auć, polityka bieżąca), i dlaczego bierzemy z niej tylko to, co dla nas wygodne. Pewnie jednej odpowiedzi na to pytanie nie ma, a może nie ma w ogóle, ale… ten spektakl to słodki i inteligentny sceniczny bodziec do przemyśleń o życiu i całej reszcie - zobaczyć trzeba koniecznie.
 
Komuna Warszawa
DOBRZE CI TEGO NIE OPOWIEM

Anna Karasińska
reż. Anna Karasińska

premiera 8 września 2019

Zapowiadało się całkiem ciekawie, pierwszy monolog mnie w tę narrację wciągnął, nawet zachwycił pewną dezynwolturą, błyskotliwymi skojarzeniami związanymi z wojną, o której – zgodnie z tytułem – za pomocą teatru, performansu, czy w ogóle sztuki - trudno dobrze opowiedzieć, nawet jeśli coś z niej, z wojny, zostaje w naszych genach. Bo co to znaczy „dobrze opowiedzieć”? Zgodnie z podręcznikiem? Bazując na Czterech Pancernych (żart oczywiście) czy raczej - na traumie zgwałconej prababki? Pamięć i jej meandry to fajny temat dla teatru.

Niestety, kolejne części przedstawienia były słabsze, nie mam pewności, czy cokolwiek nowego z nich wynikało, wchodzenie głębiej w ów las nużyło i – kurczę – jakoś nie obchodziło. Spektakl jest krótki, trwa 50 minut, a gdyby usunąć zeń totalnie niekompatybilny utwór i pominąć dość długie pauzy, wyszłoby pewnie pół godziny.

Nic przeciwko temu nie mam, przeciwnie, można było przecież zobaczyć w KW znakomite 16-minutowe przedstawienia. Ten jednak ten zrobił wrażenie trochę jakby niedokończonego.
 
Teatr WARSawy
KLUB WINOWAJCÓW
John Hughes
reż. Agnieszka Czekierda

premiera 22 sierpnia 2019

Mamy oto pięcioro tytułowych winowajców, którzy zjawiają się w sobotni poranek w szkole, żeby odpokutować swoje rozmaite przewinienia, kto widział „The Breakfast Club” – wie, o co chodzi. Obserwujemy, jak owo towarzystwo z walczących ze sobą kogucików (głównie o atencję pozostałych) zmienia się w grupę przyjaciół, a cała ta przemiana odbywa się pod okiem pilnującego ich raczej niesympatycznego dyrektora szkoły. Przyjaźń między całą piątką rodzi się jednak trochę deus-ex-machina, zważywszy zwłaszcza na wybryki dojmująco potrzebującego psychoterapii Bendera. Nawet we współczesnej szkole nie można obrażać ludzi w tak prostacki i chamski sposób, a on – żadnych granic nie zna. Wydaje mi się, że wyszło to trochę niewiarygodnie, coś zbyt łatwo współukarani zapominają o benderowych impertynencjach. Ciekawe zatem, jak spektakl spodoba się publiczności licealnej? Czy pewna naiwność przesłania nie będzie jej przeszkadzała? Czy ręce im nie opadną przy scenie wątpiącego w sens swojej pracy pedagoga? Czy będą w napięciu trzymani przez całe przedstawienie? No, ciekawe.

Tymczasem z tego debiutanckiego spektaklu wyszedłem bogatszy o nazwiska dwojga aktorów, których losy będę śledził – Mateusza Trojanowskiego, autentycznego i bawiącego się swoją rolą kujona Briana,  i hipnotyzującej Martyny Bazychowskiej, grającej tu panienkę z dobrego domu, Claire.