Nowy Teatr

 
2020, październik

IMAGINARY EUROPE

Oliver Frljić

reż. Oliver Frljić

premiera 10 kwietnia 2019

 Czytam, że ten spektakl to „pytania o Europę”, czyli – w domyśle – o jej obecny nienajlepszy stan.

Mimo wszystko, tzn. mimo pewnego takiego radykalizmu reżysera, odniosłem daleko idące wrażenie, że odwrotnie, że to rzecz o tym, że Europa to właśnie najlepsze, co nas spotkało, że Europa to ludzie, a nie – ideologia (sic), że to piękna (mimo wszystko) opowieść o wolności, równości i braterstwie, bez cudzysłowu, choć znaczenie owych idei bywa zmieniane w sposób, który może się nie podobać. Że Europa wreszcie – to chorwacki aktor grąjacy w Niemczech i w Polsce, którego młodszy brat pracuje w Brukseli (fantastyczny Adrian Pezdirc, wzbudził entuzjazm widowni swoją improwizowaną rodzinną opowieścią podczas antraktu, którego zresztą nie jakby było. Antraktu, nie entuzjazmu.)

Owszem, dojmująca scena z dwojgiem polskich i z rosyjską aktorką pokazuje, że eurosielanki i pełnego zrozumienia wszystkich narodów kontynentu prędko nie będzie, pewnie nigdy, ale z drugiej strony – właśnie dzieki Europie, jej idei, którą śmiesznie łatwo skrytykować i spostponować – nie mieliśmy od ponad pół wieku wojny, niełatwo się doszukać takich chwil w historii naszego kontynentu. To już dopisek mój, nie Frljicia. No jakieś to euroentuzjastyczne wyszło, za co ew. przepraszam.

Spektakl znakomity i nawet nie aż tak bardzo bluźnierczy, scena z dezodorantem (skonsternowana publiczność na tę chwilę nabrała powietrza w płuca) wydała mi się całkiem zabawna.

A najlepszym momentem tego przedstawienia była opowieść aktorów o ich życiu i świecie, w którym żyją, opowieść przechodząca jedna w drugą, przeplatająca się, jakby była nie kilkoma - a jedną, tak poruszającą w swojej zwykłości, jakby była opowiedziana, nie zagrana.
Zresztą, może i była.

 
2020, wrzesień

GRUPA WARSZAWSKA

Michał Telega
reż. Eglė Švedkauskaitė
premiera 24 września 2020 

Nie będę ukrywał – jestem uczulony na apele ekologiczne w teatrze, gdybym się zatem miał znów dowiedzieć, ze mam przestać używać słomek bo zabijam świat, to pewnie bym po angielsku spektakl opuścił. Na szczęście – choć duch Grety T. jest jakoś tam na scenie obecny – to jednak Grupa Warszawska nie jest przedstawieniem ginącej planecie, a - o dojrzewaniu. Oczywiście nie da się tego procesu wyjąć z tu i teraz, nasi bohaterowie chcą lepszego świata dla siebie, czystszego, z rozsądniejszymi politykami itd., ale jak sądzę rzecz jest o tym, że najtrudniej tę zmianę świata zacząć od siebie, czego dowodem były jakoś poruszające w swojej prostocie (i szczerości) wspomnienia z czasów kwarantanny, która była znakomitym pretekstem, żebyśmy czegoś nie zrobili - nie przeczytali ksiązki, odłożyli zadane lekcje czy czekającą pracę - na bardziej sprzyjający czas, z przeproszeniam – prokrastynowali.

Pracę nad spektaklem zaczęto w lutym, ale część tekstu dopisała się przez tych kilka miesięcy właściwie sama, pewnie miało być o czym innym, a epidemia sprawiła, że był TAKŻE o epidemii. Chociaż - gdyby się bliżej przyjrzeć – czy na pewno?

Atutem Grupy Warszawskiej są aktorzy występujący w tym przedsięwzięciu – naturalni, nie szarżują, nie spinają się, nie „bawią się w teatr”. Oni występują, opowiadają, zwierzają się, nie grają, po prostu „są”. Tak, jak ich widzowie. Czwarta ściana byłaby oczywiście w takim spektaklu nieporozumieniem.

 

2020, wrzesień, Festiwal Nowa Europa

TRZY EPIZODY Z ŻYCIA

Markus Öhrn

reż. Markus Öhrn

premiera: maj 2019

On nie bierze jeńców – słyszę głos widzki podczas pierwszego antraktu. No - nie bierze. Jeśli zatem potrzebna byłaby Wam definicja „radykalnej wypowiedzi artystycznej” w odniesieniu do teatru – to poszukałbym jej właśnie u Öhrna.

Pokrótce - obserwujemy próbę przedstawienia, do trzech performerek dołącza czwarta, nowa. Reżyser jest bardzo wymagający, oczekuje od wszystkich całkowitego oddania, przekraczania granic, ciekawe, co to w tym wypadku będzie znaczyć? Potem przyglądamy się ich wieczorowi, ta nowa przyjmuje zaproszenie do hotelu i wizyta skończy się dość spodziewanie seksem, wreszcie - w części trzeciej reżyser broni się w sądzie przed zarzutami o molestowanie.

Nie ma możliwości, żeby na tym spektaklu pojawiła się przypadkowa publiczność, taka, która chciała spędzić w teatrze „miły wieczór”, jednak nie wszyscy wytrzymywali, szczególnie na początku, gdy w ruch poszły znaczne ilości nutelli (lub substancji do niej podobnej). Öhrn zaczyna tam, gdzie kończy i nie dopowiada np. Schilling w Dobrobycie. To tylko epatowanie, próżność? A może – jest metoda w tym szaleństwie? Wieczór w hotelu – momentami naprawdę śmieszny (np. zabawa szynką) - upokarzał i to nie aktorów, bo gdzieś jednak postawiono granicę, ale – nas, oglądających. Były to obrazy wywołujące dyskomfort, jakoś uwierające i turpistyczne w swojej hm... normalności, a przecież – niby nic wielkiego, spotkanie kobiety z mężczyzną i seks, dodajmy, że oralny.

A propos – dość zaskakująca wydała mi się scena rozpoczynająca tę część spektaklu, otóż nasz bohater będąc gentlemanem, przed przyjściem damy – excuse le mot – goli sobie jajka, co zostało pokazane w sposób niemetaforyczny. I w najmocniejszej jak sądzę części trzeciej, choć może teatralnie najmniej efektownej – mamy tylko (ubranego) aktora i jego tekst, mowę sądową, a de facto - pytanie o sens teatru, o koszty pracy na scenie i o skłonność i potrzebę ich ponoszenia – nieco oczywiście wulgaryzując.

Spektakl został zrealizowany w konwencji starego kina, w TN fantastyczni muzycy grali na żywo, pierwszy raz słyszałem theremin, to intrygujący instrument, oglądaliśmy jednak tylko (tylko?) rejestrację.

Zastanawiam się, czy zagrany na żywo byłby trochę o czymś innym? Ciekawe.

 
2020, wrzesień, festiwal EPHEMERA

UNTITLED (HOLDING HORIZON)

Alexander Jenkins-Baczyński
13 września 2020
Mam z tańcem współczesnym pewien problem, bo zawsze się lękam, że nie zrozumiem przesłania, że jestem za mało merytorycznie przygotowany na właściwą percepcję dzieła, że ktoś czymś będzie epatował, będzie radykalny albo ostentacyjny. Ale z biesami walczyć trzeba, własne horyzonty poszerzać, najwyżej – pomyślałem - Ania Sańczuk mi wytłumaczy o co chodziło jeśli wyjdę ogłupiały. (Jakąż to bitwę niekiedy trzeba stoczyć ze sobą przed pójściem do teatru.)

Mamy oto zwykłą przestrzeń wygospodarowaną z dużej sceny Nowego, pięcioro performerów, ekran z projekcjami i - widzów siedzących na co drugiej poduszce. Mamy też muzykę będącą bez wątpienia szóstym bohaterem tego przedsięwzięcia. Artyści tańczyli, poruszali się z pewną dezynwolturą, lekkością, może improwizując, a może ów układ został wyćwiczony do milimetra na próbach? Nie wiem. Wiem tylko, że przenioslem się na tę godzinkę dość niespodziewanie do jakiegoś lepszego świata, zabawiłem tam trochę i - cało i zdrowo wraz z oklaskami wróciłem (no chem).
Było to wciągające, w klasyczny sposób piękne, była w tym i jakaś dyskusja i krzyk i szept i patos, zwyczajność i last but not least - gorączka sobotniej nocy.

Za Antonim Słonimskim – utwór pt. Untitled (sic) dał mi zadowolenie artystyczne.
 

2019, listopad

MATKA JOANNA OD ANIOŁÓW

na podst. Jarosława Iwaszkiewicza

reż. Jan Klata

premiera 30 listopada 2019

O opętaniu? O miłości? Pożądaniu? Samotności? Może, może, a może… o przemocy wobec kobiet (sic!), a może… o purpuratach i ich monopolu na rozumienie świata? Ale nie, monolog Siostry Małgorzaty, jedynej wolnej od demonów w tym towarzystwie (Ewa Dałkowska) - zupełnie temu przeczy. Więc czyżby o naszej religijności a raczej o faryzeuszostwie? Nie, bo gdyby do odśpiewanego ojczenasz przez Księdza Suryna (Bartosz Bielenia) jednak publiczność się przyłączyła, to WŁAŚNIE stałoby się to publicystyką (a nie jest) i pomijając fakt, że ciąg dalszy spektaklu nie miał by już sensu, więc ciekawe co się wydarzy, gdy trafi się widownia zaangażowana i zacznie śpiewać… Ciekawe również, czy Suryn chłopów zabija, czy może jedynie goni za nimi z siekierą, a to ważne, bo inaczej nie dowiemy się, ile wart jego pakt z diabłem, tutaj ubranym na biało i z jakimś dziwnie niebiańskim spokojem (Maciej Stuhr).

W ogóle – wielu rzeczy w Matce Joannie nie wiadomo tak od razu, i to jest w tym przedstawieniu zarówno irytujące jak i fantastyczne. Wiadomo jednak na pewno, że Oscar należy się za światło (Justyna Łagowska) i za muzykę, od Ihora Cymbrowskiego literalnie nie mogę się od jego muzyki uwolnić, jakby mnie opętało.

Cóż, Pan Bóg ma rozmaite strategie obecności w naszych duszach, być może faktycznie się w nich poprzez diabła umoszcza, ta konstatacja niesie za sobą niesłychanie dużo konsekwencji, których roztrząsanie właśnie w tym, lewicującym hipsterskim teatrze, ma jakiś szczególny urok.

 

2019, wrzesień

JEZUS

Jędrzej Piaskowski, Hubert Sulima

reż. Jędrzej Piaskowski

premiera 22 czerwca 2019

Warto przyjść na ten spektakl (jak zresztą na każdy tandemu Sulima-Piaskowski) trochę przygotowanym, no chyba, że się jest super erudytą. Nie wyłapałem kilku odniesień, ale za to później, już doczytawszy, zachwyciłem się np. faktem, że autorką wiersza który słyszymy z ust Sary Celler-Jezierskiej, jest Danuta Wawiłow, pamiętam tę poetkę z dzieciństwa. A propos pamięci – bo kilku scen w spektaklu nie da się odzobaczyć – nie zapomnę nigdy tańczącej krowy (niewiarygodna zupełnie Małgorzata Biela), ta scena może aspirować do zajęcia godnego miejsca w historii polskiego teatru, poruszająca również (choć jakby skądś już mi znana) jest scena tańca z rakiem.

Dziwię się nieco wpływowej konserwatywnej recenzentce i jej – delikatnie rzecz ujmując – negatywnej ocenie Jezusa, gdyż spektakl ten wydał mi się głęboko religijny, znacznie bardziej niż po trzykroć inscenizowana tu Biblia, zaś nagromadzenie Tej (duża litera celowo) tematyki na Madalińskiego w sumie każe stawiać pod znakiem zapytania „lewicowość” Nowego. Uspokajam zlęknionych - Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima nie stworzyli misterium, ale ta opowieść o Jezusie, którego imię pojawia się zresztą tylko w tytule, bliższa jest jednak Łagiewnikom niż Toruniowi.

Chociaż – czy aby na pewno to NIE jest misterium? Ha.

 

2019, kwiecień

KINO MORALNEGO NIEPOKOJU

Tomasz Śpiewak

reż. Michał Borczuch

premiera 25 kwietnia 2019

 Widziałem w swoim życiu kilka spektakli, których najzwyczajniej w świecie nie zrozumiałem, tak, jakby aktorzy mówi do mnie w obcym, nieznanym mi języku. (Ale widziałem także grane w obcym i nieznanym mi języku, które JEDNAK zrozumiałem, więc to piękny paradoks). To się zdarza, w końcu teatr jest sztuka elitarną, a deficytów, które uniemożliwiły zrozumienie dzieła szukam najpierw u siebie, a dopiero potem na scenie.  

Więc – po tym pięknym acz nieco asekuranckim wstępie wyznaję, że z Kina Moralnego Niepokoju zrozumiałem literalnie nic. Przeczytałem naturalnie recenzje, więc post-factum już wiem mniej więcej, o co chodziło, ale sam nigdy nie wpadłbym na to, że np. spektakl jest „apelem o budowanie strategii życiowych na podstawie indywidualnych doświadczeń” czy „wezwaniem do poznania siebie zanim zmieni się świat”.

Zobaczę zatem raz jeszcze i ponownie całość przemyślę, bo tak być nie może, że cały Internet zrozumiał, a ja jeden – nie.

 
2019, luty
OSTATNI

Agnieszka Jakimiak 

reż. Romuald Krężel

premiera 15 lutego 2019

Od razu zastrzegę – nie moja filiżanka kawy, uczulony jestem bowiem na wizje końca świata z powodu nieszanowania przez nas środowiska. Nawet jeśli ta wizja oparta jest na faktach, nawet jeśli syfimy na potęgę. Ale nie dam się poddać terrorowi sortowania śmieci do pięciu worków w trzymetrowej kuchni. Zdarza mi się również jeździć samochodem i nie zrezygnuję z tego, i – właśnie o tym jest ten spektakl. O takich jak ja. Trudno, przynajmniej nie wygrywam ze światem walk o smog paląc jak lokomotywa, gdyż w ogóle nie palę.

Spektakl miał moje dobre samopoczucie nieco zepsuć i istotnie zepsuł, bo nie lubię „gdy mi ktoś zagląda do kosza” – mówiąc w pewnym uproszczeniu. Nie jest oczywiście tak, że w tekście wyraźnie się wskazuje, żebym nie używał plastikowych słomek, to uratuję planetę, autorzy mówią raczej, że katastrofa klimatyczna odbywa się właśnie teraz, przytaczając rozmaite dane, niekiedy dość przerażające, ale właśnie odniosłem wrażenie, że w Ostatnim tej edukacji jest ździebko więcej niż teatru.

PS. O co chodziło z Bartkiem Bielenią śpiewającym Edytę Bartosiewicz? Że Ostatni? Nie…

 

2018, październik

THRILLER

Anna Smolar, Sonia Roszczuk, Paweł Sakowicz

reż. Anna Smolar

premiera 24 października 2018

Istotnie – “radykalne”, choć zauważmy, że autorzy mają trochę bekę z tego ulubionego przez krytyków sformułowania. Rzecz o jednym dniu pracy Soni i Pawła, którzy przygotowują spektakl. Ich ciała, aktorki i choreografia, są w tym przedsięwzięciu narzędziem, no i oczywiście najlepiej, żeby były zawsze sprawne. No, a jeśli nasze ciało nie działa tak, jak chcemy, to kto jest temu winien? Ergo - czy to my mamy ciało, czy też raczej ciało ma nas? Czy umiemy rozpoznawać i nazywać sygnały, które do nas wypuszcza? Czy dbanie o nasze ciało to tylko codzienna porcja owsianki? I wreszcie - dlaczego z ciałem jest związanych tyle tabu? 

Były momenty, że robiłem się czerwony i ździebko skonsternowany (choć jestem wielokrotnie 13+), ale i młodzież na widowni przestawała chichotać. Bo - choć przecie było zabawnie, bo m.in. o puszczaniu bąków, to jednak widz uświadomiwszy sobie, że robi to każdy, postawił się w miejscu Soni i zadał sobie pytanie, co by zrobił na jej miejscu, hm? No właśnie, co? 

O monologu Pawła przyłapanego przez mamę już nie wspomnę… Tak, nasze ciała miewają swoje osobne życia, często niezależne od naszej woli. Jak się zatem znaleźć w tym kowadle między naturą a kulturą?

I czy to w ogóle możliwe?

 

2018, październik, gościnnie Teatr No 99 w Tallinie

NO43 BŁOTO

reż. Ene-Liis Semper, Tiit Ojasoo

Ten spektakl był czymś równoległym i prostopadłym jednocześnie. Parzystym i nieparzystym, czystym i brudnym, był o kobietach i mężczyznach, o wojnie i pokoju, o gniewie i miłości, o samotności i o byciu w grupie, o brutalności i o czułości, o atawizmach i o kulturze.

Było to coś niesłychanego, osobnego, bezczelnego, zabawnego, i - rewelacyjnie zagranego. Czapka z głowy przed aktorami, doprawdy, wcale nie za to, że grali w błocie, a za to, że TAK w tym błocie zagrali.Kto nie widział – ten trąba. A propos trąby – scena ze słoniami żegnającymi członka stada wyciskała łzy z oczu. Wyszedłem więc z Nowego tym błotem ubrudzony, niedosłownie, gdyż szyby chroniły, wracałem do domu wieczornym Mokotowem liśćmi złotymi błyszczącym, i tak szedłem przeszczęśliwy - bo widziałem fantastyczne przedstawienie (i że Estończycy mnie torfem obrzucili) - że nie dopuściłem do siebie niewesołego jednak przesłania całości.

Zawsze zostaje nadzieja, że małpa, od której pochodzę, była jednak równym gościem.

 

2018, wrzesień

POLACY WYJAŚNIAJĄ PRZYSZŁOŚĆ

reż. Wojciech Ziemilski

premiera 20 września 2018

Jestem zachwycony, że Nowy nie boi się robić spektakli 50-minutowych. Bo tenże drobiazg tyle właśnie trwa i nie ma żadnego powodu, dla którego miałby trwać dłużej. Jest „dziełem skończonym”, niedosytu nie zostawia, a i publiczność nie ma nic przeciwko.

W spektaklu różne osoby, bardziej i mniej znane, wypowiadają swoje zdanie na temat przyszłości, a obok Jaśminy i Piotra, trzecią, bardzo ważną postacią jest ich mama, do której – przyznam – dość pesymistycznych przewidywań oboje się odnoszą i z nadzieją, i z fantazją, i nawet z pewną dezynwolturą. Jest bardzo zabawne i miłe w oglądaniu, bo widać, że aktorzy na scenie czują się ze sobą świetnie. Piotrek absurdalnie wygląda w przebraniu Supermena, Jaśmina - żaby, ale… nie będę Wam psuł niespodzianki.

Spektakl powstał w ramach projektu Teatr 2118. Czy faktycznie życie i teatr będą właśnie takie, jak w opowieści Polaków? No może. A może jutro już nas nie będzie, a może dożyjemy do czasów, kiedy będziemy (widzowie) tylko „powszechnie znanym błędem statystycznym”. No, nie wiadomo. Dlatego można zupełnie bezkarnie gdybać.

 

2018, maj

WYJEŻDŻAMY

Hanoch Levin i in.; dram. P. Gruszczyński

reż. Krzysztof Warlikowski

premiera 14 czerwca 2018

To jest rzecz o tym, że wszyscy umrzemy i właśnie dlatego trzeba żyć. Tu czy tam, w sumie - bez znaczenia, bo to nieprawda, że lepsze życie jest gdzie indziej. No owszem, niekiedy się tak dusimy, że mamy do wyboru – śmierć albo ucieczkę -  i wtedy zwykle wyjeżdżamy. A razem z nami zawsze do samolotu wsiądą nasze lęki, nadziei, śmieszne miłości, popełnione głupstwa i niepopełnione szaleństwa. Zawsze je starannie pakujemy w walizce, bo – choć właśnie od nich uciekamy, to i nie umiemy bez nich żyć. Zabieramy też toksyczną miłość matczyną, tęsknotę za nią i za pamięcią tych, którzy przed nami odeszli. Zresztą, w końcu wszyscy wracamy… Może i to ździebko naiwne, ale przecież wszystko, co Levin napisał, właśnie o tym jest - o banalności, codzienności, nudzie, braku, nadmiarze, seksie i jego braku, czy – o śmierci, i o jej nieuchronności i strachu przed nią. I czekaniem na nią też. 

Piękny, fantastycznie wyreżyserowany i wspaniale zagrany spektakl, aktorzy grają fenomenalnie, wszyscy, bez wyjątku. Dziękuję Teatrowi Nowemu, bo już kończył się sezon, a tu, rzutem na taśmę…

Obecność obowiązkowa.
 

2018, marzec

2118. KARASIŃSKA

reż. Anna Karasińska

premiera 27 marca 2018

Słodkie, szczególnie Dobromir Dymecki w pełnej poświęcenia roli ośmiornicy - ale ździebko rozczarowujące. 

Spodziewałem się bowiem wizji teatru, może jakichś eksperymentów formalnych, a dostałem kilka obrazków z życia w 2118 roku, niespecjalnie nawet wyrafinowanych, acz dość efektownych i momentami całkiem zabawnych. Tzn. widownia się bawiła, ja zaś byłem w nastroju pasyjnym, choć doceniam wyzwanie zagrania rozłożonych zwłok, którego się podjęła (i z tarczą z próby wyszła) – Magdalena Cielecka.

No więc obejrzeć warto, bo jest w Nowym dość miło, są hipsterskie okoliczności przyrody (na moim spektaklu był cały Internet. Cały. Może dlatego, że wielki piątek), poza tym - reżyserka za kilkanaście lat z pewnością będzie w czołówce, a już dziś jest wymieniana jako ta, której oddech czuje się na plecach.

No więc jaki teatr będzie za sto lat? Tego wciąż nie wiem, ufam jednak, że dowiem się z kolejnych spektakli cyklu.

 
 

2018, marzec

BIBLIA RDZ.37-50

reż. Michał Zadara

premiera 23 marca 2018

Trzecia część Biblii jest historią Józefa, w którego wciela się świetna jak zawsze Maja Amsterdamska, znana już widzom poprzednich inscenizacji. Tym razem spektakl zrealizowany z nieco większym rozmachem niż poprzednio, ale mniejszym niż część pierwsza. Jest dość krwawo (jak to w Biblii), na wyobraźnię widzów działa wyjątkowo skutecznie teatrzyk cieni, ale i nie zabrakło też bardzo teatralnej umowności, sam bym wszystkich imion brai Józefa nie spamiętał, jest też puszczenie oka do świata dorosłych, jak choćby wykorzystanie w spektaklu piosenki The Bangles, którą znają raczej widzowie około czterdziestki.

Młodzi teatromani dowiedzieli się, co mamy na myśli, mówiąc o siedmiu krowach tłustych i siedmiu chudych, ja z kolei przypomniałem sobie, dlaczego najmłodszy to Beniaminek, ale mimo tych wartości edukacyjnych ostatnia część tryptyku wydała mi się nieco chaotyczna w sensie teatralnym, jakby ździebko za dużo się działo, i – jednak - najmniej przekonująca. Nie byłem bowiem w stanie zrozumieć, dlaczego Józef przebaczył braciom po tym wszystkim, co mu zrobili.

Ale może motywacje te były jakoś do pojęcia przez młodszych widzów, oraz przez tych nieco większej wiary, więc upierać się nie będę.

2018, luty

UCZTA

Platon, dram. i tłum. A. Serafin

reż. Krzysztof Garbaczewski

premiera 8 lutego 2018

Wyszedłem z Nowego, a właściwie wyleciałem, nieledwie na skrzydłach, gdyż zrozumiałem, co się do mnie ze sceny mówi. Pewnie także dlatego, że aktorzy podają nowo przetłumaczoną frazę Platona z pewną taką szlachetnością, i zapewne dzięki świetnej akustyce w Nowym. No dobrze, trochę pożartowaliśmy, a teraz do rzeczy.

Przedstawienie jest momentami manieryczne, momentami bardzo zabawne, przede wszystkim jednak – wspaniale zagrane. Jaśmina Polak i Bartosz Bielenia – choć nowi w Nowym – wydaje się, jakby grali tu od dawna i bardzo tu pasują (jakkolwiek to brzmi), cudowna scena miłosna Deotymy i Sokratesa (znakomici Magdalena Cielecka i Paweł Smagała), ale najważniejszą rolę w tym spektaklu zagrał Jacek Poniedziałek i nie zawaham się napisać, że rolę wielką. Jego Sokrates oskarżony jest o demoralizację młodzieży (ale halo halo, przecież to Alcybiades uwiódł Sokratesa, a nie odwrotnie), oraz – o brak szacunku do bóstw. Broniąc się przed tymi zarzutami, mówi jednak Sokrates o czymś znacznie ważniejszym, o sprawach pierwszych i o ostatnich, i wtedy, i dziś.

Dziwny nieco kostium Piotra Polaka, nie wiem, czy nie zbyt wyrafinowana (no dobrze, wydumana) tym razem scenografia Aleksandry Wasilkowskiej, ale w całości – zacytuję Antoniego Słonimskiego – utwór daje zadowolenie artystyczne.

 

2017, grudzień

BIBLIA RDZ. 12-25

reż. Michał Zadara

premiera 7 grudnia 2017

To jest właściwie słuchowisko, a nie spektakl. Co prawda słuchowisko jest również spektaklem, ale druga część tryptyku na podstawie Księgi Rodzaju istotnie dzieje się w wyobraźni. Ci zatem, którzy spodziewali się atrakcji jak w części pierwszej, mogli się ździebko rozczarować. Bo się siada i się słucha głosu Michała Zadary, który opowiada o Abrahamie, Sarze i ich potomstwu. O tym, że Bóg zażądał od Abrahama najwyższej ofiary, a ten był skłonny ją złożyć. I nie wiadomo właściwie, dlaczego Abraham dyskutował z Bogiem o liczbie sprawiedliwych w Sodomie i Gomorze, a o tym, że miał zabić swojego syna – nie. No cóż, starotestamentowy Bóg jest okrutny, myślę, że później w domach młodych widzów mogło padać dużo pytań rozmaite sprawy, np. o Hagar, o dwa zepsute miasta, czy też może nawet – o istotę wiary. 

Może o to chodziło, jeśli tak – osiągnięto efekt za pomocą naprawdę skromnych środków. Nie mam tylko pewności, czy nie za skromnych. 

 

2017, listopad, we współpracy z Teatrem PowszechnymTeatrem Studio i TR Warszawa

PROCES

Franz Kafka

reż. Krystian Lupa

premiera 15 listopada 2017

I publicystyka i przestroga i moralitet i sen. 

Improwizowany drugi akt poruszył mnie najbardziej, rzecz o byciu w teatrze, na scenie, o graniu. Było to mocniejsze niż jednak kluczowa rozmowa K. z księdzem. Chyba właśnie o tym jest ten spektakl najbardziej – o wywoływaniu w nas winy. O tym, że łatwiej rządzić i manipulować kimś, kto ma wyrzuty, kto czuje się winny. Czuje się, a - niekoniecznie jest, właśnie tak jak K. Trzeci akt, kończący się o 2 w nocy wysysa siły, część widzów wychodziła, ale i tak spektakl jest niedokończony, z niby-sprytnym zakończeniem „wszyscy wiecie, co było dalej”. Czy na pewno?  Wielka rola Andrzeja Kłaka, fantastyczne video (Bartosz Nalazek), zawiodą się jednak ci, którzy oczekiwali, że ten spektakl wywoła jakąś rewolucję (w sensie dosłownym). 

 

Nic z tych rzeczy.  Ale to wielkie przedstawienie jest także właśnie o nieznośnej niemożności.

I o wielkim zmęczeniu. 

2017, wrzesień

Biblia, Rdz 1-11

reż. Michał Zadara

premiera 1 września 2017

Na stworzeniu świata trochę się wierciłem, ale zabójstwa Abla, potop i jego konsekwencje czy wieża Babel były tak pokazane, że patrzyłem (z przeproszeniem) rozdziawiony zupełnie jak mój pięcioletni sąsiad. No cóż, polski Kościół jest zaczytany w katechizmie, nie w Biblii, nic więc dziwnego, że dla części z nas jest niespodzianką, że wiele kodów którymi się na co dzień posługujemy, pochodzi właśnie z Niej. I że olśniewającym przypomnieniem było choćby to, że że męki porodowe są karą za zjedzenie owocu zakazanego. Mimo, że to była węża wina.

Bogiem u Michała Zadary jest roszczeniowa, nieco rozwrzeszczana nastolatka (bardzo dobra Julia Leszkiewicz), w roli Adama – zdecydowanie za rzadko goszczący na scenie Robert Koszucki, Paulina Holtz jako Ewa, plus Barbara Wysocka i świetne dzieciaki, role „dorosłe” zagrane doprawdy z poświęceniem, dziecięce – z wdziękiem. Do zabawy wciągnięta jest także publiczność. I chociaż niespecjalnie lubię jak się mnie wyciąga z fotela (w tym wypadku z ławki), to tutaj z niemal dziecięcą radością i malowałem ze wszystkim i dałem się nawet obrysowywać. Efektem naszej pracy była rajska przestrzeń, bajecznie kolorowa, tak, jakby stworzył ją scenograf, a nie przypadkowa przecież publiczność.

Bez względu na wyznanie czy też jego brak – idźcie z dzieciakami do teatru. Biblia w Nowym Teatrze naprawdę nie jest katechezą, ale i piękną i dowcipną i mądrą opowieścią o najważniejszej książce świata, przy okazji – także fenomenalną zabawą teatrem, jego możliwościami i umownością.

 

2017, kwiecień, we współpracy z Centrum Nauki Kopernik

HENRIETTA LACKS 

Anna Smolar i aktorzy

reż. Anna Smolar

premiera 2 września 2016

Henrietta jest jedynym człowiekiem, który – choć pochowany – żyje i będzie żyć wiecznie. Jej komórki rakowe – znane nauce jako HeLa - okazały się zdolne do nieskończenie wielu podziałów mitotycznych (dziękuję Wikipedio), i ta ich cecha okazała się przełomem w leczeniu nowotworu.

Problem w tym, że komórki te pobrano Henrietcie bez jej wiedzy i zgody.  Czy George Gey, ówczesny guru badań nad tkankami, miał do tego prawo? Co jest ważniejsze – postęp w medycynie czy prawo chorego człowieka do decydowania o sobie? Czy Henrietta byłaby zadowolona, że weszła do historii, że jest nieśmiertelna? A co – jeśli nie? I czy to ważne?

Mądry spektakl, stawiający pytania, na które nie ma łatwiej i jednej tylko odpowiedzi, świetnie zagrany przez całą czwórkę aktorów. A młodzież, wśród której oglądałem poranny spektakl w Nowym, oglądała przedstawienie w skupieniu i nie spoglądała wciąż na swoje – nomen omen – komórki. 

(Bardzo mi się to podobało). I znaczy to, że reżyserce i aktorom udało się młodą publiczność złapać za buzie i wciągnąć w ten świat. I za to – czapka z głowy.

 

2017, marzec

ZEW CTHULHU 

Tomasz Śpiewak na podstawie opowiadań H.P.Lovercrafta

reż. Michał Borczuch

premiera 24 marca 2017

Nie umiem napisać o tym spektaklu niczego sensownego. Codziennie coś kombinowałem, słów i gramatyki szukałem, a wychodziły banały, zbyt okrągłe zdania. Wcale jednak ta moja niemoc nie oznacza, że przedstawienia nie zrozumiałem czy też wykrzesał on emocje mi obce. Przeciwnie, im więcej czasu mija, tym bardziej o nim myślę. Ale gdybyście spytali, o czym Zew Cthulhu jest - miałbym kłopot z jasną czy krótką odpowiedzią. 

Chyba najbardziej o ojcach – jakby w kontrze czy w odpowiedzi na Wszystko o mojej matce także tandemu Śpiewak/Borczuch. Scena rozmowy ojców z synami kończąca przedstawienie zagrana przez Piotra Polaka i Krzysztofa Zarzeckiego po prostu wciska w fotel, a wysłuchany przez widownię w totalnym milczeniu dialog ojca z córką, Jacka Poniedziałka z Dominiką Biernat o… (tu nie zdradzę), mógł zagrać faktycznie tylko Jacek Poniedziałek. Poza tym – jak zawsze świetne Małgorzata Hajewska-Krzysztofik i Marta Ojrzyńska, instruktaż udoju cudny.

Pytałem reżysera jeszcze przed premierą jak należy ten tytuł wymawiać, Michał jakoś tam się wykręcił… Pewnie dlatego, że dokładną instrukcję wymowy mamy w spektaklu, ale słowo to ani razu nie pada.

Bo może tak naprawdę jest niewymawialne?

 

2017, styczeń

SONATA WIDM 

August Strindberg

reż. Marcus Ohrn

premiera 20 stycznia 2017

Ten spektakl nie jest ani przedstawieniem klasycznym ani eksperymentalnym. Ba, mam wszelkie podstawy przypuszczać, prawie pewność, że w ogóle nie jest to teatr. Sonata Widm jest czymś na kształt instalacji, projektu (to piękne i pojemne słowo), choć aktorzy posługują się strindbergowskim tekstem i całość jakoś tam (tzn. nie „źle” lecz „w pewnym sensie”) jest przez nich grana. W pewnym sensie – bo poprzez maski, w których wszyscy są na scenie i poprzez zmieniacze głosów – jakkolwiek się takie urządzenie nazywa – reżyser wytrąca z ich rąk aktorów istotne przecież atuty mimiki i również modulacji, pozwalając ich głosom brzmieć maszynowo - a to raz piekielnie, a raz jak po zachłyśnięciu się helem. Sam reżyser w wywiadzie, który można poczytać w programie mówi, że tego rodzaju zabieg uwalnia spektakl od psychologicznego realizmu. I jest to istotnie rzecz takiegoż realizmu pozbawiona. 

Widziałem Trylogię Ohrna wiosną (zob.poniżej), dlatego mniej więcej wiedziałem, czego się po wizycie w Nowym spodziewać. I - jak to się ładnie mówi - „ja to kupuję”, ale bardziej dlatego, że gdzieś tam to do trafiło, poruszyło jakieś dawno nie ruszane struny i w tę narrację wciągnęło, a nie dlatego, że Marcus ma nam Strindbergiem do powiedzenia coś ważnego.

Owszem ma, ale w tym wypadku kompletnie szurnięta forma zachwyca (czy to aby dobre i właściwe słowo?) niż obserwacja, że na Facebooku wszyscy udajemy – mówiąc w pewnym uproszczeniu.

I jeszcze jedno. W programie jest nazwisko osoby prowadzącej „warsztaty bondage”. No ciekaw byłem kto kogo jak i za co przywiąże, ta scena jednak okazała się niebywale grzeczna, choć po trylogii widz mógł się spodziewać czegoś idącego znacznie, znacznie dalej. 

 

2016, maj

TRYLOGIA 

Marcus Öhrn

Z komunikatu prasowego poprzedzającego ten maraton wynikało, że reżyser wraz z widzami będzie „badał granice teatru”. Uwielbiam badać granice, więc postarałem się o zaproszenie i o miejsce w pierwszym rzędzie, by niczego nie przegapić.

Widzowie zobaczyli trzy spektakle (?), w każdym razie trzy tytuły, bo to było coś między performansem, widowiskiem i koncertem. Pierwszy – Conte d’Amour – powstał po ujawnieniu austriackiej historii Fritzla. Kolejny – We Love Africa and Africa Loves us – był paradoksalnie wcale nie o Afryce ale o hm… współczesnej rodzinie – jeśli tak można powiedzieć, trzeci zaś – podobno najmocniejszy jeśli chodzi o użyte środki wyrazu – był w sumie najnudniejszy, traktował o pedofilii. Przy czym uwierzcie – to, co i o czym robi Ohrm naprawdę jest trudno definiowalne i jednoznaczne stwierdzenie, że było to to i to o tym i o tym (sic!), byłoby pewnego rodzaju nadużyciem. Ale próbować trzeba.

Aktorów jest czterech i grają z naprawdę dużym poświęceniem. Najmocniejszy był spektakl „afrykański”, rozmowa ojca z odbytem syna była jednak pewną nowością, tym bardziej, że została pokazana dość klasycystycznie. Neoklasycystycznie mówiąc ściśle. Jedna z wpływowych recenzentek teatralnych pisząca dla konserwatywnego dziennika, choć dzielnie zniosła także niezbyt grzeczny Conte d’Amour i obejrzała również ową scenę w spektaklu drugim, to jednak nie zdzierżyła nagiego męskiego ciała skąpanego w substancji imitującej krew i demonstracyjnie wyszła. 

A szkoda, bo jak się po chwili okazało – rozwinięte bandaże zwilżone tą czerwoną cieczą, pięknie imitują jelita.

Aktorzy na scenie erekcji nie doznali, żaden z nich na oczach publiczności się nie zdefekował, z ulgą więc konstatuję, że i tym razem granice teatru przekroczone (na szczęście) nie zostały.