TEATR MODRZEJEWSKIEJ W LEGNICY

 

2021, maj

MARATON/TREN

Paweł Palcat

konsultacja reżyserska Lecha Raczaka

premiera 7 maja 2021

Cóż wspólnego ma bieg maratoński z żałobą po najbliższej osobie? Ano – ma. Ale to proszę sprawdzić osobiście, jak tylko będzie okazja zobaczyć ten monodram, trudno bowiem o nim pisać nie zdradzając szczegółów, a tego robić nie chcę. Więc w skrócie tylko – mamy oto 21 kwietnia 2015 roku, dzień, który nasz bohater zapamięta do końca życia. Dzwoni telefon z informacją o śmierci matki, nagle trzeba zająć się, cóż, logistyką - świadectwami, urzędami, księżmi, likwidacją kont w bankach i telefoniach… Czas na żałobę przyjdzie musi przyjść później, niekiedy dużo później, bo i sam pogrzeb jest jak z wiersza Szymborskiej i nic się w tej sprawie zrobić nie da, taka pogrzebów uroda. A kim jest nasz bohater dziś, jaki jest stan umysłu osieroconego dorosłego faceta? Jak sobie radzi z tęsknotą? Czy pogodził się ze stratą? I czy to w ogóle możliwe? I – last but not least - co zrobił ze swoim życiem przez tych kilka lat?

Nagranie spektaklu zostało zmontowane z kilku „przebiegów”, podczas których Paweł Palcat występował przed jednym tylko widzem, widzką – właściwie. I one są równorzędnymi bohaterkami tego głęboko poruszającego monodramu, który – uprzedzam - balansuje na bardzo cienkiej granicy wręcz ekshibicjonizmu.

Jednak – mimo wszystko - żadna granica przekroczona nie zostaje. Widać, że włożono w osiągnięcie tego efektu heroiczną pracę, i nie udałoby się go osiągnąć bez wyczucia słowa, ciszy, gestu, w ogóle - sceny, po prostu – bez talentu i autora jak i aktora.

 
2021, kwiecień
E-MIGRANT

Martyna Majewska
reż. Martyna Majewska
premiera 9 listopada 2020
Czasem nie da się uciec, choćbyśmy bardzo chcieli…

Mamy oto pół-zaledwie-godzinną teatralno-filmową opowieść o naszym młodym bohaterze, który na bezludnej wyspie - jakkolwiek to zabrzmi – będzie się próbował schować przed przeładowanym informacjami światem. Na dobry początek - zniszczy na grillu (niczym arbuza) swój telefon. Siłą rzeczy – świat jest taką postawą zaniepokojony. Odwiedzający rodzice nie do końca swoją progeniturę rozumieją, sił próbuje również ksiądz (duma kroczy przed upadkiem - mówi duchowny, na co nasz bohater słusznie odpowiada… - ale nie, sami zobaczcie), brat – zwany tu brackim, przypływa na wyspę z ziołem, więc ta rozmowa się bardzo klei, jest i anglistka, w której nasz bohater się podkochuje. Zwracam uwagę na fantastycznie napisaną, przewrotną i zachwycającą scenę ich „ślubu”.

Ale są i momenty poruszające na tyle, że ja nie miałbym w sobie odwagi nazwania tego spektaklu „młodzieżowym” – np. gdy dużo starszy bracki ma do rodziców żal, że zawsze był tym mniej kochanym, czy - scena, gdy ojciec nie pamięta, jak dał mu (z przeproszeniem) wpi… – „nie, chyba aż tak mocno nie biłem” – jakby się tłumaczył. Nie spodziewajcie się jednak w E-migrancie dogłębnej psychoterapii dysfunkcyjnej rodziny, to wyszło przypadkiem między piwem a kiełbaską przy grillu, jak to w życiu…

Spektakl jest fantastycznie zagrany. Bohater Aleksandra Kalety wzbudził we mnie jakieś wręcz ojcowskie odczucia, jest kurczę – po prostu - normalny, wrażliwy, myślący. Paweł Palcat w punkt zagrał tego mniej kochanego brackiego, rewelacyjni także rodzice - Małgorzata Urbańska i Bogdan Grzeszczak.

Obejrzyjcie koniecznie, sami, albo – znacznie lepiej – z Waszymi nastolatkami. Za darmo, jak wszystko, co w świecie najlepsze.

 

2020, luty

FANNY I ALEKSANDER

Ingmar Bergman

reż. Łukasz Kos

premiera 28 lutego 2020 

Spektakliszcze, 4 h. Ale – jak to się ogląda!

No dobrze, może pierwszy akt trochę się ciągnął, obserwowanie szczęśliwego życia Ekdahlów mogło trochę nużyć, ale… musiało tak być właśnie po to, żeby akt drugi tak poruszał, żeby z fascynacją i wściekłością przyglądać się poczynaniom zła wcielonego, znaczy biskupa Vergerusa, rewelacyjna rola Pawła Palcata. Poza tym ciąć niespecjalnie można, gdyż Bergman był bardzo przywiązany do swojej twórczości, więc – albo w całości, albo – wcale.

W którymś momencie pomyślałem, że przesłanie tego przedstawienia jest JAKBY konserwatywne (i pewnie także dlatego nie mogłoby ono powstać w Warszawie), rzecz bowiem – owszem – o tym, że nie ma życia bez teatru, że życie to teatr, i teatrem jest świat itd., ale przede wszystkim – o sile rodziny, takiej rodziny, jaką każdy z nas pewnie chciałby mieć i w jakiej wzrastać, choć… przecież nikt tu nie jest idealnie bez skazy, jeden z wujów niezbyt dogaduje się ze swoja niemiecką żoną, ta teatralnie to lekceważy, nawet babunia ma swoje za uszami, ale – kurczę, jesteśmy tylko ludźmi i to jest fantastyczne – mówi nam Bergman. W finale – zauważmy - Ekdahlowie cieszą się jak dzieci z przyjścia na świat nieślubnego potomka rozbrykanego wuja, więc ów konserwatyzm jest istotnie „jakby”.

Obejrzałem spektakl zrealizowany z pasją, powstały z myślą o widzu (sic!), wciągający i wzruszający, świetnie zagrany, dopracowany i przemyślany w szczegółach.

Obrotowa scena, projekcje, dzieciaki w niemałych rolach, duchy, psy, włóczęga publiczności po teatralnych zakamarkach - to wszystko miało w tym przedstawieniu sens, było użyte po coś, reżyserowi udało się uniknąć kuszącej przecież efekciarskości.

Gdy już się weszło w tę historię, to już nie chciało się zeń wyjść. To był olśniewający wieczór, dziękuję Modrzejewsko! 

 

2019, kwiecień, 39. Warszawskie Spotkania Teatralne

POPIÓŁ I DIAMENT – ZAGADKA NIEŚMIERTELNOŚCI

Małgorzata Sikorska-Miszczuk

reż. Marcin Liber

premiera 11 listopada 2018

Było efektownie – strzelaniny, konfetti, kostiumy, scenografia, bez wątpienia ten spektakl jest atrakcyjnym wizualnie i - świetnie przez legnickich aktorów zagranym - widowiskiem. Bardzo jednak chciałem zrozumieć choć część odniesień i do powieści Andrzejewskiego i do filmu Wajdy, niestety, książkę czytałem w 1988, film widziałem równie dawno, kojarzyłem tylko, że Maciek, że Szczuka, że Cybulski i że płonące kieliszki. Trudno zatem dysponując tak szczątkową pamięcią dopasować sceniczne asocjacje, dygresje i aluzje do scen, postaci i sytuacji zapamiętanych z książki i z filmu. Więc wrócę do lektury, obejrzę film, zobaczę raz jeszcze ten spektakl i wtedy może coś więcej napiszę.

Z wrażeń „ogólnych” - padają tu oczywiście pytania o polskość – w kontrze „tamtej” polskości i pytań o nią u Wajdy i Andrzejewskiego. Skoro o polskość – to pojawił się i Wyspiański. Nie ułatwiło to zrozumienia intencji autorki, również obecność Stańczyka jako narratora tej historii nieco ją skomplikowało (historię, nie intencję naturalnie). Przenikanie się światów duchów i żywych trochę mało mistycznie wyszło, może celowo,

ale decydowanie zabrakło mi pewnej dominacji Maćka Chełmickiego (Albert Pyśk) – w końcu głównego bohatera i u Wajdy i Andrzejewskiego, pierwsze skrzypce zagrał w tym spektaklu bowiem Wiesław Cichy (Szczuka). Nie mam pewności, czy otrzymaliśmy wystarczające wyjaśnienie takiego przesunięcia.

Gdyby był to koncert, powiedziałbym – „za dużo tam było nutek”.

 

2018, grudzień, 11. Międzynarodowy Festiwal Teatralny Boska Komedia

BIESY 

Fiodor Dostojewski

reż. Jacek Głomb

premiera 23 listopada 2017

Tak, jak najbardziej - teatr polityczny (za którym nie przepadam), jednak ta budząca lęk dostojewska prowincja, ta duszność wciągnęła mnie od pierwszej sceny i trzymała bez znużenia do końca. Nie potrzeba było żadnych widocznych odniesień do tu i teraz, i – chwała Bogu ich nie ma - powieść Dostojewskiego jest jakoś zawsze o tym, co tu i teraz, zawsze jest jakiś Szygalew, jakiś Wierchowieński i zawsze jest jakaś 1/10, która chce pełni i władzy i wolności. 

Anita Poddębniak zagrała w tym spektaklu rolę wielką. Jednocześnie przywiązana, może nawet zakochana w starym Wierchowieńskim, nie umie nim też nie gardzić, jakby miotała się między przyzwyczajeniem, wdzięcznością, miłosierdziem a rozsądkiem. I jej Warwara jest chyba mniej ślepo zapatrzona w swojego syna niż literacka odpowiedniczka, jednak mimo wszystko - kocha go bezgranicznie. Świetny – i wydaje się, że bardzo bliski (w każdym razie fizycznie) wyobrażeniu Dostojewskiego – w roli Mikołaja – Robert Gulaczyk. Niewiedzący, co zrobić ze swoją wolnością, męczony wyrzutami sumienia, zagubiony między ty „co powinien”, a tym – „co chce”. I wreszcie – znakomita rola Rafała Cielucha, który zagrał Piotra Wierchowieńskiego, pluskwy i manipulatora, inteligentnego i bezwzględnego rewolucjonisty, za którym – z trudno wytłumaczalnych przecież powodów – idą całkiem światli ludzie, jak choćby gubernatorowa.

Poruszający, fantastycznie zagrany i bardzo szlachetny spektakl, niestety – wydaje mi się, że nieco przez boską publiczność niedoceniony. Szkoda.