TEATR OSTERWY

 

2019, grudzień

KOWBOJE

Michał Buszewicz

reż. Anna Smolar

premiera 12 kwietnia 2019

Mamy oto pokój nauczycielski stylizowany na saloon, bo tytułowi kowboje to nauczyciele, a szkoła, czy też szerzej – oświata – jest jak Dziki Zachód. I nie ma w tym porównaniu dużego nadużycia, o czym jest ten znakomity, choć bardzo gorzki spektakl.

Najbardziej poruszającą sceną przedstawienia jest monolog Daniela (znakomity Daniel Dobosz), nauczyciela geografii, człowieka wciąż młodego, a totalnie wypalonego, zrezygnowanego, pozbawionego złudzeń i marzeń, zarabiającego za dużo, żeby umrzeć z głodu, za mało, żeby godnie żyć, w bieda-swetrze, bieda-okularach, mówiącego o swoim bieda-małżeństwie, które zostało właściwie zabite przez tzw. życie, w którym to małżeństwie oboje z żoną tkwią, bo tak naprawdę rozstawszy się -nie mieliby gdzie mieszkać. Może lekiem na tę frustrację, może szczepionką jest jakieś odcięcie się emocjonalne od systemu, jakieś zbudowanie skorupy,  tak jak zrobiła to matematyczka Jola (jak zawsze fantastyczna Jolanta Rychłowska), która ma to wszystko, z przeproszeniem w de, robi swoje i wychodzi, owszem, może i z zazdrością patrzy na entuzjazm polonistki Edyty (świetna Edyta Ostojak), ale wie, że i jej za moment przejdzie, za chwilę obie staną się do siebie podobne. Uosobieniem lęków polskiej szkoły jest natomiast jej dyrektor, wuefista Maciej (Maciej Grubich), którego najczarniejszym snem jest wizyta kuratorki (Sonia Roszczuk). I zadowolenie kuratorium wydaje się być dla niego – może i skądinąd słusznie – najsilniejszym motorem jakiegokolwiek działania.

Mimo całej tej mizerii, nieciekawych perspektyw, bidy, nauczyciele mają w sobie chęć doskonalenia, wyskrobują pieniądze na kulturę, czytają, chodzą do teatru, i JAKOŚ spod ich opieki młodzież wychodzi jednak na ludzi (w znacznej większości); myślę, że ten spektakl jest właśnie za ich niezłomność - formą podziękowania, a może nawet hołdu.

 

2018, kwiecień

TRZY SIOSTRY

Antoni Czechow

reż. Jędrzej Piaskowski

premiera 9 marca 2018

Droga jest w głębokiej przebudowie, a tory – złe (trochę się jedzie pociągiem, a trochę autobusem), Lublin więc jest jednym z najbardziej oddalonych od Warszawy miast, choć to zaledwie 150 km z niewielkim okładem. Ale spotkałem w na Ułanach Tomka Domagałę i Tomasz nie mówił o niczym innym, jak tylko o lubelskich Trzech Siostrach. Weekend był piękny, stwierdziłem – „sprawdzam” i się do Lublina wybrałem. I dobrze, bo ostatni raz miałem okazję być tutaj na wycieczce szkolnej w głębokim XX wieku, pamiętam tylko tyle, że pantografy spadały z trolejbusów. A dziś … starówka wymuskana, wieloma językami mówiąca, knajpy z lokalnym jedzeniem jedna na drugiej (cebularze!), a jak przyjadę następnym razem – to wejdę też do lodziarni na Krakowskim Przedmieściu, gdyż jej wyroby muszą – po długości kolejki sądząc – mieć doprawdy super moce.

Trzy Siostry obejrzałem z niedowierzaniem i zachwytem, i śmiejąc się i będąc momentami na granicy silnego poruszenia, zapatrzony i w szaloną scenografię i fenomenalnie przez Jędrka prowadzony zespół aktorski, a szczególnie w Jolantę Rychłowską, która gra szwagierkę i - kogoś na podobieństwo Krystyny Loski.  

Ergo, Jędrzej Piaskowski zrealizował z lubelskim zespołem jeden z najlepszych spektakli tego sezonu, w którym obok niemożności życia, niewypowiedzianych czechowowskich oczekiwań oraz niewyjechania do Moskwy, jest także cudowna zabawa teatralną umownością.

Komu wyobraźnia służy – może i tak!