TEATR NARODOWY W WARSZAWIE

 
2019, listopad

LETNICY

Maksym Gorki

reż. Maciej Prus

premiera 9 listopada 2019

Gdyby ktoś nie wiedział, że to Gorki, pomyślałby, że Czechow, bo tak siedzą na tym letnisku, wypowiadają słowa, wiele słów, nie słuchając się jednak i właściwie nie obchodząc, tak się kiszą, pozwalając sobie z tej nudy na małe żarciki i na większe podłości. Tyle tylko, że u Czechowa Solony jednak zabija Barona, Konstanty – siebie, a w Letnikach, cóż, letnio – Włas się zaledwie postrzela, a i to niegroźnie. Będzie żył – prorokuje w finale dr Dudakow - jak my wszyscy, dodaje.

Pierwszy akt był nużący i to nie była nuda z Becketta, kilka foteli opustoszało. Podczas antraktu zauważyłem jednak, że ten bezruch komentowali i to z przejęciem właściwie tylko najstarsi widzowie, próbując łączyć wypowiadane przez letników zdania, byli tym spleenem jakoś poruszeni. Może zatem ta nuda była próbą sił, pytaniem - kto z was to wytrzyma? Kto się umie wsłuchać w te od niechcenia rzucane słowa? Kto w nich odnajdzie sens, jeśli on jest? Czyżby właśnie najstarsi, bo tylko jeszcze oni umieją słuchać? Czy to chciał powiedzieć 82-letni reżyser?

I oto w akcie drugim, podczas poruszającej sceny wyznania miłości Marii Lwownej (fantastyczna Beata Ścibakówna) przez młodszego od niej znacznie Własa, gdy zapadła głęboka cisza, gdy publiczność się chciwie się przysłuchiwała i przyglądała… kilkukrotnie zadzwonił na widowni telefon wesołym dzwonkiem. Pomyślałem wtedy (choć myśl ta jest i nieznośna, i niesforna) że WŁAŚNIE o tym był ten męczący spektakl.

O niewyłączonym inteligenckim telefonie podczas spektaklu o inteligentach, którzy nie traktują się poważnie, interesują się tylko sobą, a kiedy ktoś ma powiedzieć coś ważnego, prawdziwego, kiedy ma się wydarzyć coś realnego - dzwoni telefon. Tak, właśnie o tym.

A o czym będą Letnicy bez dzwoniącego na widowni telefonu?

 
2019, maj
HEDDA GABLER

Henrik Ibsen

reż. Kuba Kowalski

premiera 10 maja 2019

Wariatka, głęboko niezrównoważona? Czy też właśnie dojmująco normalna, tyle tylko, że z zestawem lęków, o których nie można było wówczas mówić wcale, a i dziś jakoś półgębkiem? Z pewnością byłaby fantastyczną pacjentką Freuda… Największym bowiem lękiem Heddy (wspaniała Wiktoria Gorodeckaja) jest nuda, i to jest lęk niczym z greckiej tragedii, do której ten dramat Ibsena porównywał Oscar Wilde. Jest Hedda zatem znudzona swoim istotnie nudnym mężem, jest znudzona podróżą poślubną, którą odbyli, rozpaczliwie szuka piękna w swoim życiu, w końcu pięknie niszcząc wybitny rękopis Løvborga, w końcu dając mu pistolet, żeby „zabił się pięknie”. Niestety, piękna w jego zgonie brak – zabija go własnoręcznie wystrzelona w przyrodzenie kula, dodajmy, że w burdelu. Hedda jest wyraźnie rozczarowana („Za wszystkim, czego się tylko dotknę, snuje się śmieszność i proza”.) Zresztą - kto tam wie, co Heddzie chodziło po głowie, skoro jako dziecko była sadystką i ciągnęła małe rudowłose dziewczynki za warkoczyki. Serio. I pani Elvsted doskonale to pamięta.

O czym jest ten spektakl? Odpowiedź tkwi chyba w mogącej umknąć a najistotniejszej scenie, w której Tesman z wspomnianą panią Elvsted z pasją układają notatki Løvborga. Hedda pyta czy jest im do czegoś przydatna. Nie, nie jesteś – mówi z nieobecnym wzrokiem mąż, nie mając przecież nic złego na myśli.

 
2019, marzec
IRONBOUND. ZA TORAMI ZA MOSTEM
Martyna Majok
reż. Grzegorz Chrapkiewicz
premiera 30 marca 2019

Niestety nie byłem w stanie wykrzesać nawet odrobiny empatii dla Darii (Ewa Konstancja Bułhak), w całej bowiem rozciągłości ciężko zapracowała na swoją sytuację. Naprawdę, nauczenie się angielskiego w stopniu komunikatywnym, zwłaszcza jeśli jest się w Ameryce, nie jest aż takim problemem, jeśli się chce. Ale ona nie chce, wydaje się że to co robi, w zupełności jej odpowiada, zdziwiona jest tylko, że nie ma pieniędzy, które są w jej życiu wyjątkowo ważne. Nie bardzo wiem zatem, dlaczego miałbym jej współczuć? Nie ułożyło się jej w życiu, no zdarza się, ale żeby od razu pisać o tym tekst dla teatru?

Z samym tekstem też coś jest nie tak, źle się tego słucha, jest niewiarygodny, „teatralny”, tak ludzie nie mówią, nawet w emigranci w Ameryce. Czytam jednak, że właśnie język zachwycił krytykę, że „postaci mówią łamanym angielskim z twardym polskim akcentem, przestawioną składnią, tworząc z prostych, surowych, niemal zderzanych ze sobą słów, lingwistyczną strukturę nasyconą znaczeniami i wypełniona głębia emocji” (z programu). Niestety, tego wszystkiego nie dostaliśmy. Najwyraźniej w tłumaczeniu coś zniknęło - lost in translation… Jedyną postacią tego dramatu, która jest mówi ludzkim głosem, która nie jest papierowa, wymyślona, jest Tommy (bardzo dobry Karol Pocheć).



Dobrze jednak, że w końcu poznajemy rodaczkę z Pulitzerem. Trochę mniej dobrze, że w słabym tekście.

 

2019, luty

JAK BYĆ KOCHANĄ

Kazimierz Brandys, adapt. M.A. Maciejewska

reż. Lena Frankiewicz

premiera 2 lutego 2019

 Spektakl dla dorosłych.

Dla tych, którzy mają pewien chaos we wspomnieniach, którzy mają kłopot z uporządkowaniem swojej pamięci, a zatem – dla tych, którzy i mają co wspominać i - mają co pamiętać... W przypadku Felicji ten chaos wywołała historia, która jak wiemy lubi sobie z nas zakpić, np. wywołując wojnę właśnie wtedy, kiedy wkraczamy w dorosłość, z nadziejami na dobre życie, z talentem, z wielką miłością. Czy nasze decyzje podjęte w czasie, kiedy najważniejsze słowa - takie jak „życie”, „śmierć”, „odpowiedzialność” czy „strach” mierzone są inną walutą – również powinny być inną miarą oceniane? Czy w tzw. normalnych czasach podjęlibyśmy te same decyzje? Ten spektakl może nawet przede wszystkim jest także o tym, „czy można się odpamiętać”, czy jesteśmy zdefiniowani jako byt wyposażony w pamięć i zobowiązany zeń korzystać, chcemy czy nie, czy zatem – „można o wszystkim zapomnieć i zacząć od nowa”? I wreszcie o tym, jak mogłaby wyglądać próba Hamleta 31 sierpnia 1939 roku? Jak zabrzmiałyby wyznania Ofelii dzień później na scenie?

Tak jak w filmie nie można oderwać wzroku od Barbary Krafftówny, na scenie w Narodowym nie mogłem oderwać oczu od Gabrieli Muskały, ten spektakl jest symfonią jej talentu, warsztatu i charyzmy. To jest to miejsce, ten czas, ten tekst i ta aktorka.

Dlatego prośbę mam do Gabrysi, żeby nie zapominała o teatrze, chociaż raz na jakiś czas i żeby Wassa w Jaraczu wróciła na afisz. Udany debiut Adama Szczyszczaja (ex Polski Wrocław) w TN i bardzo dobre role Michaliny Łabacz, Jerzego Łapińskiego i Jacka Mikołajczaka.
 

2019, styczeń

ZEMSTA NIETOPERZA

Johann Strauss

reż. Michał Zadara

premiera 18 stycznia 2018

 Żart, oczywiście.

Ale dopiero zrozumiałem to w 3. akcie, jak Paweł Paprocki na podłodze kierowanego przezeń więzienia tak ładnie bawił się piłeczkami i spektakularnie upadał (ku uciesze widowni) nie zrobiwszy sobie krzywdy. Nie tylko żart ale i ostra satyra – jak sądzę - na pożądliwość takiego repertuaru przez mainstream widzów. Znaczy miałkiego, pustego, wybitnie rozrywkowego, a broń już Boże niosącego ze sobą jakąś myśl, refleksję, takiego wreszcie, przed którym lektor życzy widzom „przyjemnego wieczoru”. Czy jednak intencje reżysera zostaną zrozumiane? Już oczami wyobraźni widzę te niekończące się kolejki po bilety do Narodowego na ten wesoły spektakl, cóż, czasy okropne, to chociaż w teatrze dają coś przyjemnego – usłyszałem podczas antraktu. No właśnie.

Aktorzy Narodowego śpiewają do muzyki na żywo, czy dobrze czy źle – nie wiem, bo się na tym nie znam i mam słuch nieabsolutny. Acz kilka razy jednak byłem wręcz pewien, że zaśpiewano ździebko obok.

Naturalnie, tak miało być, przecież to żart, no oczywiście. Szkoda też, że scena balu odbywała się za zamkniętymi drzwiami, byłem przekonany, że właśnie bal jest sensem tej operetki. Ale i to nie szkodzi, bo przecież ten spektakl to żart sceniczny, a sensem żartu jest przecież niekiedy niedopowiedzenie, prawda?

Premierowa publiczność dała długie owacje na stojąco, były bisy, ochy i achy. Ja tylko czegoś smutny wyszedłem z teatru, może opuściło mnie poczucie humoru? No może.

 

2018, grudzień

BURZA WILLIAMA SZEKSPIRA

William Szekspir i in.

reż. Paweł Miśkiewicz

premiera 1 grudnia 2018

Paweł Miśkiewicz w wywiadzie na stronie TN:

Z jakimi Pan mierzy się ograniczeniami, pracując nad Burzą?
Ograniczenie zawsze jest jedno – moja wyobraźnia, która konstruuje obrazy. Dla mnie są one czytelne i jasne. Chciałbym, aby zafunkcjonowały równie trójwymiarowo w głowie widza. Tak, próbuję myśleć o widzu idealnym, który byłby jakoś podobny do mnie. I to jest pewne niebezpieczeństwo i ograniczenie, bo w pewnym sensie robię też spektakl o sobie (…)”

We mnie niestety owe obrazy skonstruowane przez reżysera nie zafunkcjonowały prawie wcale. Przyglądałem się co prawda z zachwytem scenografii Barbary Hanickiej i świetnym aktorom na scenie, ale o czym do mnie mówili, niestety nie wiem.

Naprawdę się starałem, przyszedłem przygotowany bo nawet przejrzałem sobie przed przyjściem do teatru tekst (w tłumaczeniu Słomczyńskiego zresztą), ale to nie pomogło.

No trudno.

 

2018, listopad

KILKA DZIEWCZYN

Neil Labute

reż. Bożena Suchocka

premiera 24 listopada 2018

Mamy oto spotkanie Mężczyzny z czterema kobietami, z którymi kiedyś był związany. Po co się z nimi po latach spotyka? Co chce sprawdzić? Do czego wrócić? I wreszcie – dlaczego one się zdecydowały z nim ponownie zobaczyć? Facet grany przez Grzegorza Małeckiego to drań, i do tego – z punktu widzenia dziewczyn – drań zimny. Gdy tymczasem on funkcjonuje w związkach jak każdy normalny mężczyzna – trochę ściemni, niechcący złamie serce, a jak się przestraszy - to ucieknie i zostawi. A co najważniejsze – nigdy nie wie, czy to TA jedyna, więc próbuje, i ma w związku z tym – powiedzmy, że problemy z dochowaniem wierności.

Nie, nie jest to jeden z tych modnych w ostatnim czasie spektakli androfobicznych, choć słyszałem widzki, jednoznacznie negatywnie i w niewybrednych słowach oceniające postępki naszego bohatera. Ale nie. Labute bowiem napisał tekst o tym, że każdy z nas ma święte i niepodważalne prawo popełnienia w swoim życiu błędów czy też - zrobienia z siebie idioty.I że niestety, niekiedy tych błędów czasem po prostu nie da się naprawić, próba popełnionych przez nas niegodziwości - zapomnianych, zasklepionych, przepracowanych - może być po prostu okrucieństwem. I najgłośniej o tym mówi naszemu bohaterowi Sam (świetna i zdecydowanie za rzadko grająca Anna Grycewicz). Tak, to wybitnie męski punkt widzenia na Kilka dziewczyn, ale dlaczego miałbym ten spektakl oglądać z jakiejkolwiek innej perspektywy?

Przedstawienie jest koncertowo zagrane – i nawet jeśli dla „doświadczonych życiem” i zblazowanych może się wydać nieco naiwne – warto je zobaczyć dla całej piątki na scenie, oraz - dla fajnego, nieoczywistego i bardzo dobrze napisanego tekstu.

 

2018, listopad

ŚLUBY PANIEŃSKIE

Aleksander Fredro

reż. Jan Englert

premiera 21 kwietnia 2007

Od jedenastu lat na scenie, ponad 150 zagranych spektakli i wciąż pełne widownie, w nieznacznej tylko części licealistami wypełnione, a i oni na ten – zdawałoby się nieco niedzisiejszy teatr – reagowali zaiste żywiołowo. Dopiero teraz udało mi się Śluby panieńskie zobaczyć i cieszę się, że tę zaległość nadrobiłem. Choćby dlatego, że przypomniałem sobie, że ten lekturowy, „przerabiany”, pomnikowy Fredro był znakomitym dramatopisarzem, i że ów tekst się zupełnie nie zestarzał i - że fraza hrabiego jest wymuskaną zwiewną poezją, która i ponosi i wciąga, a - przecie choć i melodyjna i rytmiczna, w ogóle nie słychać, że aktorzy mówią wierszem. Umiejętność owa nazywa się warsztatem.

Całą historię intrygi, choć wiemy jak się skończy, i choć wiemy kto kim jest, ogląda się z dziecięcą niemal radością, także dlatego, że aktorzy bawią się (a nawet mają ździebko bekę – jak do niedawna mawiałby widz gimnazjalny) swoimi postaciami, tekstem, nawet żartują z samego Hrabiego autora.

Drwinek także nieco (i nie nieco) dwuznacznych zaiste nie brakuje, tylko je wyłapywać i się z nich cieszyć, bo przecież o tym jest ten tekst, o radości życia i o miłości, w której wszystko jest dozwolone, i która jest jedyną wojną, którą warto toczyć i wygrać.

W sumie - bez względu na koszty.

 

2018, październik, gościnnie Akademia Teatralna im. A. Zelwerowicza w Warszawie

LUNAPARK

Grzegorz Ciechowski

ar. Mateusz Dębski

reż. Anna Sroka-Hryń

premiera 10 października 2018

Był w tym koncercie talent, była muzykalność, był teatr, były wrażliwość i wyobraźnia.

Nie było jednak jednego, czegoś, co muzykę Grzegorza definiuje najbardziej i najpełniej – mianowicie – pasji, gniewu, krzyku bezsilności. Obroniła się tylko Sexy Doll, było w tym wykonaniu najwięcej przekory czy bezczelności, reszcie utworów przysłuchiwałem się z niedowierzaniem. Słyszałem też opinię widzów, którzy określili koncert mianem „ładnego”. O muzyce Grzegorza Ciechowskiego powiedzieć, że „ładna” to tak, jak ją zabić.

Dopiero w takich momentach dokładnie rozumiem, że jestem „z innego pokolenia”. Raczej dojmujące odczucie.

 

2018, wrzesień

TCHNIENIE

Duncan Mcmillan

reż. Grzegorz Małecki

premiera 8 września 2018

Gdybym ja był bohaterem tego przedstawienia, partnerem dziewczyny tak toksycznej i pilnie potrzebującej psychoterapii, spektakl trwałby 2 minuty, nie zaś na półtorej godziny. Ale – z drugiej strony – tak właśnie wygląda codzienne życie (i pożycie) wielu ludzi będących w wieku bohaterów tego kameralnego spektaklu, i w Anglii i wszędzie indziej, życie pełne padających słów pozbawionych znaczenia, niechęci i niemożności komunikacji, pochopnych decyzji i żalu po nich, pełne niedojrzałości wreszcie. Bo cóż ich trzyma ich razem do później starości, do śmierci? Tylko ten dzieciak, którego - excuse le mot – zrobili w jakimś trudno wytłumaczalnym uniesieniu, współczuciu, niewytłumaczalnym porywie namiętności. Dlatego wręcz chciałem wyć, widząc jak jedno bądź drugie robi w tym związku wszystko dokładnie odwrotnie niż rozum by nakazywał. No cóż, ale to spektakl o emocjach, a wtedy rozum zwykle śpi.

Na scenie utalentowani Justyna Kowalska i Mateusz Rusin. I Tchnienie jest spektaklem dla widzów mniej więcej w wieku aktorów, jestem pewny, że „middle-twenties” i „thirties” najbardziej „złapią fazę”. Starsi mogą się zirytować, przeżywszy pewnie setki takich psychodram w życiu, a młodsi - raczej nie zrozumieją. 

 

2018, czerwiec

ŚLUB

Witold Gombrowicz

reż. Eimundas Nekrosius

premiera 15 czerwca 2018

Brakuje mi narzędzi do teatrologicznej analizy tego spektaklu, bom widziałem przedtem jeden jedynie Ślub (rewelacyjna inscenizacja A Augustynowicz), nie jestem ani teatrologiem, ani literaturoznawcą, jedynie – widzem. Więc z punktu widzenia przeciętnego widza, kilka słów na temat tego już głośnego spektaklu.

Szedłem na spotkanie z absolutem nieledwie, bo przecież to najważniejszy polski dramat XX wieku, no może drugi, po Weselu. I dlatego, że Nekrosius, który jest jednym z najwybitniejszych europejskich reżyserów. Jak Litwin przeczytał tak bardzo polski tekst? Pojawiły się już głosy, że najzwyczajniej Gombrowicza nie zrozumiał. Cóż, mało kto w Polsce ten diablo trudny tekst rozumie, niestety, po tej inscenizacji ten stan rzeczy nie ulegnie - jak sądzę – większej zmianie.

Zadałem sobie bowiem w którymś momencie spektaklu pytanie – o czym Nekrosius zrobił ten Ślub, i nie umiem na nie odpowiedzieć. Tak trochę jakby… o niemożności wystawienia Gombrowicza, ale też nie. Jakby o daremności naszych działań, ale też nie do końca. I tak oglądam to przedstawienie, pełne jakichś dziwnych gestów, pełne pomysłów reżyserskich, których nie rozumiałem, i tak myślę i myślę… 

A z drugiej strony – przecież wszystko się dzieje we śnie Henryka. A we śnie wszystko się może zdarzyć i wszystkie chwyty są dozwolone, czyż nie?

Wymęczył mnie jednak ten Ślub. I może właśnie o tym to było?
 

2018, marzec

TARTUFFE ALBO SZALBIERZ

Molier

reż. Jacques Lasalle

premiera 25 marca 2006

12 lat czekaliśmy na siebie, ale w końcu… (Kto czeka, ten żyje wielokrotnie.)

Wszedłem do foyer i zobaczyłem młodzież, dużo młodzieży, od razu chciałem sobie tego Moliera darować, no cóż, miałem wielokrotnie fatalne doświadczenia z osobami w wieku licealnym w charakterze współwidzów. A tymczasem - młoda publiczność nie tylko w skupieniu oglądała, ale i podczas antraktu dyskutowała, dzieliła się dojrzałymi zupełnie spostrzeżeniami o tekście, o grze aktorów, o urządzeniu sceny. Lęki zatem niepotrzebne, najwyraźniej poprzednio miałem pecha albo -narodowe mury wyzwalają pewien taki rodzaj szlachetnego skupienia.

Na scenie gwiazdy – m.in. Danuta Stenka, Beata Ścibakówna, Anna Chodakowska, Jerzy Radziwiłowicz, w roli tytułowej Wojciech Malajkat, w epizodzie rzadko już niestety występujący Marek Barbasiewicz.

Czy taki teatr będzie jeszcze istniał w 2118 roku? Czy komuś się będzie chciało szyć kostiumy, obijać krzesła piękną wełną w pepitkę? Wytwarzać misterne peruki z frywolnymi loczkami? Czy znajdzie się tłumacz, który jeszcze bardziej na nowo (hm, świeziej?) przełoży tego zakurzonego Moliera tak, żeby dobrze brzmiał i miał sens? Czy aktorzy z taką samą jak dziś szlachetnością i pasją taką poezję będą chcieli i umieli to zagrać? Ach, cóż to za głupiutkie pytania, wszak z piszącego te słowa zostanie może na wietrze pyłek. No tak, ale gdyby te same pytania postawić w związku z przyszłością bliższą? Znacznie bliższą… Nie mam pewności, czy nie jest to teatr, który powoli odchodzi, niczym Król w Ceremoniach Ionesco.

 

A może się mylę? Może być i tak, 12 lat po premierze niemała przecież Narodowa widownia wypełniona była w środowy wieczór właściwie w komplecie. 

 

2018, marzec

UŁANI

Jarosław M. Rymkiewicz

reż. Piotr Cieplak

premiera 10 marca 2018

Zosia, kobieta świadoma swoich potrzeb, faworyzuje Grafa. Ponieważ jednak ma przyjść na świat Dzieciątko (wielka litera celowo), będzie jej pisany - nie cudzoziemiec, więc wróg – lecz POLSKI ułan, Lubomir. Niestety, rzeczony jest nie tylko niezrozumianym przez świat poetą, ale również jakby ma się ku wspomnianemu Grafowi. No a żeby Zosia się skłoniła ku ułanowi, próbują zadbać Ciotunia z Majorem, który zresztą do Ciotuni ma jakby słabość. (Scena pogoni Majora za ciotuniną spódnicą – po prostu słodka). Co z tego wyniknie? I jaką rolę odegra w tej komedii Widmo? I czy na pewno – komedii?

Cudowna zabawa konwencją, możliwościami teatru, poezją, po prostu – emanacja radości bycia na scenie. Fantastyczna rola Anny Seniuk (Ciotunia), świetna jak zawsze Dominika Kluźniak (Zosia), wsobny nieco acz zwiewnie liryczny (jak to poeta) Hubert Paszkiewicz w roli Lubomira, znakomite role Jerzego Radziwiłowicza, Mariusza Benoit, Arkadiusza Janiczka i Piotra Grabowskiego. Wszystkich. Proszę zatem bez dyskusji iść do teatru, choć – dalibóg – nie wiem, jak zdobędziecie bilety, na widowni jest zaledwie kilkadziesiąt miejsc. 

 

W najwyższym stopniu jest to zachwycający spektakl, wyszedłem z teatru jednocześnie rozentuzjazmowany, wzruszony, zadumany, rozchichotany i przeszczęśliwy.

Oraz – last but not least - najedzony.

 

2018, luty

ŚMIERĆ DANTONA

Georg Buchner

reż. Barbara Wysocka

premiera 3 lutego 2018

Tak, Śmierć Dantona jest o niezmienności świata, mimo rewolucji i mimo gilotyn. O tym, że kto ścina, ścięty będzie. Ale najbardziej… Jak obuchem uderzyła mnie scena z – no cóż, onanizującym się Robespierrem (uspokajam, wykorzystano umowność, jaką daje teatr), i pytanie, które stawia Danton – czy ktoś, kto nie ma życia osobistego, nie ma rodziny, kto jest sam – może rządzić krajem? Narodem? Danton oczywiście nie jest święty, żona w ciąży, a on bawi z dziwkami w burdelu, jakby chwytając to życie, jakby wiedząc, że i na jego kark gilotyna już jest ostrzona, choć przecież zlekceważył otrzymane ostrzeżenie…

Nie wiem, dlaczego Przemysława Stippę obsadzają ostatnio w rolach tyranów (Angelo w TD), wiem natomiast że jako Robespierre jest świetny. Zagrał bezwzględnego, idącego po trupach (nomen omen) do celu cynicznego dyktatora, kata i manipulatora. W garniturze przypominał mi jednego z moich ex-szefów. Trudna, ale pełna życia rola Oskara Hamerskiego, którego Danton jest lustrzanym odbiciem Robespierre’a, zwróciłem, uwagę na fenomenalny epizod Patrycji Soliman, zadowolonej z siebie kokoty i - znakomitą jak zawsze scenografię Barbary Hanickiej. 

Wciągający, bardzo dobrze zagrany spektakl, na szczęście bez krzty publicystyki, stawiający jak sądzę pytania przede wszystkim o sens, nieuchronność i – ostatecznie – fatalizm zmiany w naszym życiu i w świecie.

Oczywiście, że warto. 

 

2017, grudzień

ELEMENTARZ

Barbara Klicka

reż. Piotr Cieplak

premiera 7 grudnia 2017

Przez pierwszą połowę spektaklu zastanawiałem się, dlaczego jest Elementarz polecany widzom od 16 roku życia. No ale później to się dojmująco wyjaśnia, choć – jak słusznie zauważyła widzka obok mnie – owo słowo pisze się przez c, a nie przez h. Rzecz jednak nie tylko o tym, że z 32 liter alfabetu możemy ułożyć najpiękniejsze oraz najohydniejsze słowa. Że piękne - uwznioślają i dodają skrzydeł, że brzydkie – zabijają. Bo to również przypomnienie, że na którymś etapie naszego życia z liter budują się tylko dobre rzeczy, ale potem… abecadło spada z pieca i robi się chaos. Autorzy więc dorosłą Alę przenoszą z powrotem do świata Falskiego (genialny pomysł z Marianem Falskim i Falskim Marianem), żeby sprawdzić, co tam się - i z tymi literkami, i z Alą i z jej tatą -  po drodze stało. Brak litery P w tym przedstawieniu – tak jak oznajmia to ze sceny Dominika Kluźniak – jest właśnie jej obecnością i - czy tego autorzy chcą czy nie – daleko idącą manifestacją i polityczną i patriotyczną.

Nie od razu Elementarz mi się ułożył, potrzeba było chwili na „umoszczenie”, chwili na zastanowienie, na nadejście kilku skojarzeń. 

Autorka - Barbara Klicka jest poetką i to przedstawienie jest poezją napisane, warto o tym wiedzieć, zanim zabierzemy nasze epickie osobowości na ten piękny spektakl, tak, żeby nie było rozczarowań.

 

2017, październik

NIKT

Hanoch Levin

reż. Artur Tyszkiewicz

premiera 21 października 2017

Taki Nikt zawsze jest potrzebny, żeby było się z kim porównywać i żeby poczuć się przy nim lepiej. Więc właściwie jest zawsze, w każdym kosmosie. To, że i on może mieć jakieś potrzeby, np. szacunku, uwagi, współczucia, może dla otoczenia wydawać się dość egzotyczne, wszak Nikt winien za sam fakt swojego istnienia jedynie przepraszać. I właściwie o tym jest to przedstawienie. Oraz – jak to u Levina – o bezbrzeżnej samotności, z którą niepodobna sobie poradzić mimo pragnień (zwróćcie uwagę na scenę zrywania zaręczyn Chany i Adasia przez Chefeca).

Wszystko dobrze, tylko niezbyt mnie to obeszło. Co prawda Mariusz Benoit świetny, Ewa Konstancja Bułhak do zjedzenia, Anna Ułas wreszcie w większej roli, znakomity Jacek Mikołajczyk, dobre debiuty Lidii Pronobis i Huberta Paszkiewicza, a jednak - jakoś letnio, jakoś za mało, za słabo, czegoś trochę brak. 

Coś nie zagrało również z muzyką, która przeszkadzała w odbiorze, wydawało mi się przez cały niemal spektakl, że dwa piętra wyżej jest próba zespołu rockowego albo grany jest beatowy wariant Fortepianu pijanego. Zagadkę stanowiła także scenografia – za nic nie mogę rozgryźć, co też symbolizowała w tym przedstawieniu plaża na fototapecie.

 

2017, wrzesień

TWÓRCY OBRAZÓW

Per Olov Enquist

reż. Artur Urbański

Premiera 17 września 2017

Mamy oto atelier, w którym powstaje film na podstawie powieści Selmy Lagerlof (wspaniała Anna Seniuk). Przed obejrzeniem fragmentów filmu uznana pisarka i noblistka poznaje młodą, bezczelną, nieco wulgarną aktorkę Torę Teje (świetny debiut Marty Wągrockiej w TN), z którą wdaje się w niewinną na początku rozmowę. Do czego to spotkanie dwóch kobiet doprowadzi?

Może nie będę pisał, o czym jest to przedstawienie, bo dla każdego ono będzie trochę o czym innym. Najbardziej jednak chyba o tym, że dzieciństwo zostaje z nami na całe życie i że wspominamy je takim, jakim być powinno, a nie – takim jak było. Ale też o tym, że mamy prawo nie wybaczać. I o rażącej niesprawiedliwości, jaka dotknęła małego Judasza. 

Poruszający, mądry i świetnie zagrany spektakl, siedziałem wpatrzony i wsłuchany w Annę Seniuk, która w Twórcach Obrazów zagrała rolę po prostu - wielką.

Znakomity początek sezonu w Narodowym i bardzo wysoko postawiona poprzeczka przed kolejnymi premierami. 

 

2017, czerwiec

KRÓLOWA MARGOT

Aleksander Dumas

reż. Grzegorz Wiśniewski

premiera grudzień 2012

Czasem tak jest, że się mijamy ze spektaklami, próbuję np. trafić na Szalbierza i nie wychodzi, albo on jest zajęty albo ja… Tym bardziej się cieszę, że wreszcie zobaczyłem Królową, bo to bardzo dobre przedstawienie.

Proszę sobie wyobrazić, że Grzegorz Wiśniewski nie zatrudnił dramaturga, który uwspółcześniłby nieco tekst Dumasa np. wtykając gdzieniegdzie słowa na ka bądź odniesienia do tu i teraz. Ba – niesłychane również, że nie użył reżyser projekcji video. Tudzież niezwykłe, że aktorzy grają bez mikroportów – i co nieprawdopodobne – doskonale ich słychać.

Mamy koniec XVI wieku, w Paryżu krew się leje, wydaje się, że jedynym sposobem na zakończenie wojny religijnej jest małżeństwo Małgorzaty z Henrykiem Nawarskim. Ale nie wszystko wychodzi tak, jak Katarzyna Medycejska zaplanowała… Spektakl wciąga bez reszty, niczym kryminał, aktorzy – fantastyczni, wszyscy. Ale pierwsze skrzypce grają Danuta Stenka i Marcin Hycnar, wcielając się w tragiczne role królowej matki i króla, a przecież – przede wszystkim – matki i syna. 

Czy jednak na pewno – „przede wszystkim”? Czy wola króla wobec brata to rozkaz czy kaprys? Czy prawa matki wobec syna są ważniejsze niż poddanej wobec monarchy?  Całe szczęście prostych odpowiedzi ani Dumas ani Wiśniewski nie dają.

 

2017, maj

OPOWIEŚĆ ZIMOWA

William Szekspir

reż. Marcin Hycnar

premiera 19 maja 2017

Po pierwszym akcie można było snuć przypuszczenia, że powstało kolejne koturnowe wystawienie Szekspira. Nowe tłumaczenie Piotra Kamińskiego jest co prawda świetne, bardzo współczesne i dzięki niemu oraz dzięki skorzystaniu przez reżysera z możliwości technicznych sceny, ta pierwsza część Opowieści nie nuży. Lenteks (Oskar Hamerski) kompletnie owładnięty szaleństwem zazdrości doprowadza do skazania a następnie śmierci swojej żony Hermiony (Patrycja Soliman), oczywiście w pewnym skrócie mówiąc. 

Druga część dramatu rozgrywa się kilkanaście lat później i na narodowej scenie jest nieledwie jazdą bez trzymanki… Część widzów nie dowierzała własnym oczom i uszom, bo w Czechach – bawią się na całego! W kiczowatych przerysowanych kostiumach, w maskach, tańcząc i cieszą się życiem w przeciwieństwie do zimnej (sic!) Sycylii. Całość wydarzeń komentuje ważny na scenie - oraz nad nią - Autolikus (bardzo dobry i wreszcie obsadzony w większej roli Piotr Piksa), błazen, który także przypomina widzom, że to teatr, że tutaj zło i dobro, miłość i nienawiść są jednak umowne, są konwencją, są zabawą. Więc bawmy się… Choćby i przy Vondrackovej.

Zabawa światłem nieziemska, w ogóle piękne wizualnie przedstawienie. Mnie ta Opowieść wciągnęła, ale widziałem na widowni także widzów rozczarowanych. Tak się zastanawiam – przesytem czy niedoborem czegoś…

 

2017, luty

IDIOTA

Fiodor Dostojewski

reż. Paweł Miśkiewicz

premiera 11 lutego 2017

Idiota jest jednym z najlepszych spektakli, jakie można oglądać teraz w Narodowym. Rzecz jasna – zawsze się można do czegoś przyczepić, ale nawet jak ktoś marudzi, to przyznać musi, że Wiktoria Gorodeckaja w roli Nastazji jest po prostu nieziemska.

W ogóle to przedstawienie powinno nosić tytuł Nastazja, bo jednak ona jest główną bohaterką całości. Ale nie jest prawdą, że tytułowego księcia tu zabrakło. Owszem, jest on nieco eteryczny, nie z tej ziemi przybyły (fakt - ze Szwajcarii przecież!), ale przecież taki jest też u Dostojewskiego. Enfant terrible, niespokojny duch, nie mogący znaleźć spokoju i zrozumienia, bo – do bólu wszak logiczny.  Wieki temu czytając tę powieść, wyobrażałem sobie Myszkina właśnie mniej więcej jak - bardzo dobrego skądinąd -  Pawła Tomaszewskiego. Poza tym Jan Frycz przypomina, że jest wielkim aktorem, choć jeden z jego monologów brzmiał jak z Wycinki Lupy (może specjalnie?), ale bank moim zdaniem rozbija - obok p.Wiktorii – Mateusz Rusin (Rogożyn), który zagrał rolę po prostu wielką. Scena rozmowy Parfiena w rozchełstanym kożuchu z księciem, nad ciałem Nastazji, zostaje w głowie i swoją ciszą wali jak obuchem (wyjątkowo dumny jestem z tego porównania).

I uwagi: drugi akt może nie tyle gorszy, ale w którymś momencie zaczyna nużyć. Choć może to też być kwestia niewygodnych krzeseł na Wierzbowej. Poza tym - przed najmłodszym pokoleniem aktorów Narodowego jeszcze trochę pracy, także tej u podstaw.

 

2016, grudzień

GARDEROBIANY

Ronald Harwood

reż. Adam Sajnuk

premiera 10 grudnia 2016

Mam to szczęście, że ten Garderobiany był moim pierwszym, że nie mam porównania z innymi inscenizacjami, także tymi, które weszły do historii polskiego teatru. Więc oglądałem spektakl będąc białą tablicą i ciekaw byłem bardzo, co też tam się na niej wypisze.

Zarówno Janusz Gajos (Norman) jak i Jan Englert (Sir) są wielkimi aktorami, ich pierwsze spotkanie na scenie jest faktycznie czymś nadzwyczajnym. Dla kunsztu obu – i warto i trzeba.

Całość jednak nie „zagrała”. Poruszający przecież dramat i kreacje obu aktorów nie wzbudziły we mnie specjalnie wielkich emocji. Bo – po pierwsze - prawdy o teatrze i o życiu aktora wydały mi się jednak ździebko archaiczne. Czyżby ten tekst się już zestarzał? No może. Ale jest coś jeszcze. Otóż niestety drugi plan nie zgrał się z pierwszym. Edyta Olszówka (Madge) z obrażoną miną chodziła po scenie w tę i z powrotem, Beata Ścibakówna w roli żony aktora trochę paradoksalnie - była nieprzekonująca, a przed Michaliną Łabacz (studentka AT, główna rola w „Wołyniu”) jeszcze dużo pracy. Obronił się tylko Jacek Mikołajczak w roli Thorntona. 

Byłem więc białą tablicą, nie znaczy to jednak, że szedłem na spektakl bez oczekiwań. Przeciwnie, z wielkimi. 

Może więc tutaj pies pogrzebany?

 

2016, listopad

MATKA COURAGE I JEJ DZIECI

Bertold Brecht

reż. Michał Zadara

premiera 26 listopada 2016

Tym razem wiele emocji dostarczył mi nie tylko sam spektakl, ale także pierwsze recenzje, które się już ukazały. Odniosłem bowiem nieodparte wrażenie, że widziałem zupełnie inne przedstawienie niż PT recenzenci. A najbardziej dźgnęła mnie opinia jednego z kolegów, że swoje role położyli Ewa Konstancja Bułhak i Arkadiusz Janiczek (moim zdaniem byli świetni), zaś wyróżniła się Kamila Baar (będę się upierał, że właśnie ona w swojej roli... nie czuła się najlepiej). I tak dalej... No ale to bardzo dobrze. Fatalnie byłoby wszak, gdyby najważniejsza premiera sezonu na dużej scenie Teatru Narodowego nie wywołała w widzach żadnych emocji ani kontrowersji. 

Songi Brechta do muzyki granej na żywo przez Budynia i jego zespół odnalazłem może nieco chropowatymi, ale wpisywały się one idealnie w tę opowieść, może nie będąc jej spoiwem, ale to nie przeszkadzało, o ile się zostało w ten świat wessanym. Mnie wessało. Scenografia Roberta Rumasa ze zburzoną Warszawą i starą beczką (w sensie mercedesem) - świetna. 

Bardzo dobry drugi plan (Sławomira Łozińska!), trochę jak sądzę niedodefiniowana rola Zbigniewa Zamachowskiego (Pastor), ździebko też przeszarżował Oskar Hamerski.

Danuta Stenka fantastyczna, jak zawsze. Barbara Wysocka też.

 

2016, czerwiec

SOPLICOWO – OWOCILPOS. SUPLEMENT

Adam Mickiewicz (?)

reż. Piotr Cieplak

Cały dowcip polega na tym, że aktorzy nie mówią, lecz warczą, pomrukują i w jednej scenie artykułują spółgłoski. Całe nieszczęście natomiast – że również plują, charczą i wciągają gluty (z przeproszeniem). Tak miało być, bo reżyser chciał pokazać również życie poza soplicowskim dworem, gdzie chłopi wersalskiej etykiety zapewne nie przestrzegali, jednak w którymś momencie owe organiczne odgłosy padające ze sceny były po prostu obrzydliwe.

Więc owo Soplicowo „z drugiej strony” warczy na obcych, wegetuje, prawo dżungli pozwala tu na bitki między sobą, ludność odgrywa jakieś rytuały wpatrzone w prawdziwe Soplicowo, a całość jest pośmiewiskiem. I co? Ano i niestety nic. Rowery wjeżdżają i wyjeżdżają i tak bez końca, Przemysław Stippa podciąga opadające portki, co któryś raz z kolei naprawdę irytuje, zaś Jerzy Radziwiłowicz co i raz wciąga na scenę kolejnego trupa w worku. 

Spektakl ma dobre recenzje, i faktycznie może się podobać, choć to złe słowo, może zatem – robić wrażenie. Najwyraźniej piszący te słowa intencji twórców bądź ich przestróg najzwyczajniej nie zrozumiał. Jego zbójeckie prawo.

 

2016, kwiecień

MADAME DE SADE

Yukio Mishima

reż. Maciej Prus

Mamy oto znanego nam wszystkim Markiza Alfonsa de Sade, który trafił za swoje sprawki do więzienia. I temu faktowi oczami otaczających go kobiet przygląda się Yukio Mishima, zabierając nas w pełną niespodzianek podróż po zakamarkach kobiecej duszy. Dla wielu panów może to być podróż w nieznane.

Bo pyta Mishima – czy mamy prawo być zepsuci? Ba, czy takie prawo mają kobiety? Czy to jest moralne, że pociąga nas rozpusta? Czy można się od niej uzależnić i jak silne jest to uzależnienie? To także pytania o kobiecą miłość, czułość oraz o czyste pożądanie - z dojmującą sceną końcową, którą można interpretować na kilka (przyzwoitych i mniej przyzwoitych) sposobów…

Fantastyczna jest Beata Ścibakówna jako hrabina de Saint-Fond, gra prostytutkę, czy też wręcz kurwę – z pewną taką dezynwolturą i brawurą jednocześnie – jakkolwiek to zabrzmi – dzięki czemu w tym mrocznym świecie Mishimy jest postacią pełną światła. 

Po raz kolejny (przedtem w Ateneum w spektaklu Barbary Sass) Ewa Wiśniewska gra Madame de Montreuil, moralną teściową Markiza, a samą Madame gra Dominika Kluźniak. 

Podobno były badania, wskazujące, że mężczyźni są w stanie zrozumieć kobiety w zaledwie 2%. Po obejrzeniu Madame de Sade w Narodowym skonstatowałem, że to całkiem możliwe.

 

2016, marzec

DZIADY

Adam Mickiewicz

reż. Eimuntas Nekrošius

Do długo wyczekiwanych Dziadów w Narodowym mam kilka uwag.  Zacznę od refleksji ogólnej. Uważam, że widz płacący 85 złotych za normalny bilet ma prawo oczekiwać widowiska, nie zaś kameralnego spektaklu z ciekawą acz skromną scenografią. Ale rozumiem – licentia poetica. Ciekaw więc byłem jak w tejże scenografii pokazany zostanie Bal u Senatora. Nie został. Tę akurat scenę litewski reżyser w swojej inscenizacji ominął. Szkoda. No ale to Michał Zadara mógł sobie pozwolić na 14 godzin Dziadów we Wrocławiu, w Narodowym całość trwa ponad cztery, niestety momentami dłużące się.

Na scenie najlepszy jest Marcin Przybylski w rolach Guślarza i Diabła. Zwracam również uwagę na Mateusza Rusina - Księdza Piotra. Z uwagą obserwuję rozwój tego aktora (który ma diabła - nie księdza - w oczach) , w Kordianie w reż. Jana Englerta był także rewelacyjny. Arkadiusz Janiczek w roli Senatora ofermowaty ale ciekawy, pomysł na tę postać kupiłem, i wreszcie na troszkę dłużej pojawia się na scenie mocno niedoceniana aktorka TN – Magdalena Warzecha, która gra Kmitową. Gustawa-Konrada gra Grzegorz Małecki. Uważam, że jest najlepszym polskim aktorem swojego pokolenia, ale w Dziadach na jego postać reżyserowi albo zabrakło pomysłu, bądź ja tego pomysłu nie zrozumiałem. 

Wykonywanie przez aktorów gestów szaleńca, jakiegoś tańca Św.Wita, chwyt, po który sięga się często ostatnio na scenach, jest czymś okropnym. Tak, wiem, że to miała być parodia patetycznych min i patriotycznych gestów, ale mnie jedynie zirytowała. Pomysł obłożenia aktora dziełami Mickiewicza po pierwszej części Improwizacji – choć krytyka uznała za odkrywczy – niestety wydał mi się nie tyle nieporadny, co jakiś… wzięty z obcej stylistyki. Publiczność się śmieje gdy Gustaw z trumny wpisuje dedykacje choćby Słowackiemu czy Towiańskiemu, ale nie mam kontaktu z komizmem tej sceny – mówiąc zupełnie szczerze. Zbieranie „na Wilno” podczas Salonu Warszawskiego też jakieś w tym oceanie symboliki zbyt dosłowne. 

O czym są Dziady Nekrosiusa? Chyba najbardziej o tym, że jesteśmy niewolnikami Mickiewicza. Ale… jakoś zbyt łatwo taki wniosek się nasuwa.  

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Nullam porttitor augue a turpis porttitor maximus. Nulla luctus elementum felis, sit amet condimentum lectus rutrum eget.