OCH-TEATR

 
2019, grudzień

HUŚTAWKA

William Gibson, Michael Bennett, Dorothy Fields

muz. Cy Coleman

reż. Anna Sroka-Hryń

premiera 29 listopada 2019

Rzecz jest o dwojgu zakochanych ludziach żyjących w wielkim mieście, mówiąc w pewnym uproszczeniu.

Niestety, między Giselą i Jerrym jest taka chemia, jak między mną a moją matematyczką z podstawówki. W związku z powyższym cały ten spektakl jest trochę bez sensu, a powierzchowność i sztuczność ich relacji publiczność wyłapuje natychmiast. Niestety, znakomity drugi plan, świetna choreografia, przemyślane kostiumy i muzyka na żywo, nie ratują tego przedstawienia.

PS. Powiem Ci, pokażę Ci, nie „Tobie” – rusycyzm (dwukrotnie) wyłapany z libretta przeze mnie i uwaga usłyszana podczas antraktu. Publiczność uważnie słucha…

 
2019, maj
8 KOBIET
Robert Thomas

reż. Adam Sajnuk

premiera 30 maja 2019 

Najlepszą rolę w tym przedstawieniu zagrała Izabela Dąbrowska. To było bowiem miejsce i czas na przerysowanie swoich bohaterów, nawet na pewnego rodzaju szarżę (i p. Izabela istotnie ze swojej Albertynki cudownie sobie dworuje), jeśli oczywiście reżyser inspirował się także filmem, w którym – jak pamiętamy – jazda ta trzymanki właściwie nie ma. Pozostałe postacie były mniej wyraziste, tak, jakby chciano zwrócić naszą uwagę nie na ekscentryczność naszych bohaterek, a na ich faktyczne motywacje, na ich strategie przetrwania w tym zamkniętym babińcu, na sposób, w jaki radzą sobie – czy też raczej nie radzą - z emocjami. Dlatego ten spektakl nie jest do końca ani kryminałem, ani komedią czy też farsą, a raczej – w lekkiej co prawda formie, ale - poważniejszą próbą przyjrzenia się więzom, które łączą owe bohaterki, które stworzyły sobie w domu na odludziu ni mniej ni więcej – tylko ładnie opakowane piekło.

 

2019, marzec

STOWARZYSZENIE UMARŁYCH POETÓW

Tom Schulman

reż. Piotr Ratajczak

premiera 28 marca 2019

 W spektaklu jest kilka pięknych scen, najbardziej mnie „wzięło” nieprzeczytanie własnego wiersza przez Andersona (znakomity Adrian Brząkała), także chwyta za gardło pięknie zagrany finał Snu nocy letniej, Maciej Musiał świetny w roli Puka w roli Neila, to także jeden z najlepszych momentów tego przedstawienia.

Jednak docelowym odbiorcą Stowarzyszenia nie jestem, może 30 lat temu, kiedy wchodziłem w dorosłość, kiedy byłem chyba 5 razy na filmie, który akurat wchodził na ekrany, (gdzież te śniegi?) może – gdybym był bardziej romantyczny niż cyniczny, to bym się jakoś zaangażował mocniej. No może.  Tymczasem trochę się wierciłem na początku, scena czytania poezji przez chłopaków w jaskini jednak trąciła naiwnością, niespecjalnie też wiadomo, dlaczego uczniowie zaczynają się poezją interesować, odniosłem wrażenie, że ich przemiana następuje jednak zbyt szybko, trochę deus-ex-machina, jakby twórcy – siłą rzeczy, ograniczeniami sceny i czasu - odwoływali się do znajomości filmu przez widzów. Bo w filmie jednak Keating musiał wykonać kawał ciężkiej roboty, na scenie zaś Wojciechowi Malajkatowi poszło to wyjątkowo łatwo.

Spektakl – jak pamiętamy - kończy się podpisywaniem lojalki, wyroku właściwie na Keatinga. Na winku po premierze usłyszałem głos, że to „wyraźne odniesienie do naszej politycznej współczesności”.

Czy ktoś zatrzyma to szaleństwo?

 

2018, listopad

OSY

Iwan Wyrypajew

reż. Iwan Wyrypajew

premiera 29 listopada 2018

Czy Sara spędziła poniedziałek z Marcusem, czy też Marcus spędził ten dzień z Donaldem? Sara twierdzi, że z nią, Donald zapewnia, że z nim, co potwierdza jego żona i sąsiadka. Zresztą, sąsiadki nie ma. Kto kłamie? I dlaczego? I co na to Robert?

Właśnie o tym NIE jest to przedstawienie. Jest natomiast o wszystkim innym, najbardziej o tym, że jesteśmy mało znaczącymi pyłkami na wietrze, trzciną myślącą wśród traw, podczas gdy świat i wszechświat i tak pójdą swoją drogą, bez względu na nasze słowa, pragnienia, myśli i przekonania. Bóg zrobi, co będzie chciał, nawet, a może – zwłaszcza – jeśli weń nie wierzymy. Początek jest groteskowy, aktorzy (świetni, cała trójka) przesadzają granie, zwracają się do siebie z emfazą, jakby biorąc udział w podrzędnej farsie. Potem tylko łapiemy się, że owa farsowa i tak mocno niepoważna dyskusja o diecie i wierze, o aborcji i zdradzie jest celowo miałka, bo nie daj Boże, gdyby zacząć o tym wszystkim myśleć i mówić na poważnie, to…

Widzowie po premierze wychodzi w czterech stanach emocjonalnych: walnięci jak obuchem, rozentuzjazmowani, zdezorientowani oraz obojętni. Piszący te słowa w grupie nr 3.

 

2018, październik

TRUCICIEL

Eric Chapell

reż. Cezary Żak

Premiera 28 maja 2015

Po ponad trzech latach od premiery, w jesienny piątkowy wieczór, niemała ochowa widownia wypełniona była w całości. Myślę, że to najkrótsza i najlepsza recenzja tego uroczego spektaklu. Przybywa do inteligenckiego domu przedstawiciel firmy Exodus, która pomaga chętnym w przeniesieniu się na tamten świat. Walter chce „pomóc” swojej depresyjnej żonie Celii spełnić marzenie o odejściu, by dalszą część życia spędzić ze swoją sekretarką. No cóż, nie wszystko jednak idzie po jego myśli – tyle w skrócie.  Rzecz choć z wierzchu zabawna, momentami nawet bardzo śmieszna, to w sumie mówi o sprawach ważnych i poważnych, jednak bez pompatyczności i bez tabu, otaczającego odchodzenie z tego świata. Gagi i nieporozumienia w Trucicielu, choć balansują na granicy farsowości, jednak nie obrażają inteligencji także nieco bardziej wymagającego widza, całość zaś jest brawurowo zagrana. Widać, że aktorzy lubią ten spektakl, bawią się swoimi rolami, na szczęście nie przeszarżowując, choć okazje są. 

Celię, depresyjną żonę Waltera gra Dorota Segda, będę chciał zobaczyć ten spektakl raz jeszcze, z Dorotą Pomykałą, obie panie wprost uwielbiam. Henryk Niebudek tym razem jako nieco neurotyczny psycholog z telefonu zaufania, a cały spektakl oparty jest na dwóch znakomitych rolach - Cezarego Żaka i Mirosława Kropielnickiego.

Cieszę się, że tę zaległość nadrobiłem, to był dobry czas!

 

2018, sierpień

UWAGA… PUBLICZNOŚĆ!

Frederic Sabrou

reż. Edward Wojtaszek

derniera 3 sierpnia 2018

Spektakl schodzi z afisza zaledwie po 34 wystawieniach. Szkoda, bo dobre, choć – przepraszam Pani Krystyno – raczej nie na tę scenę.

Owszem, widzowie Ochu – i jak sądzę wszystkich pozostałych scen świata – uwielbiają spektakle o teatrze w teatrze, stąd powodzenie Czego nie widać czy Prapremiery dreszczowca. Gagi, anegdotki, wpadki za kulisami są zawsze dla widza smakowite, jakby dodając aktorom ludzkiej zwyczajności, utwierdzając publiczność w (słusznym skądinąd) przekonaniu, że ci tam na scenie są tacy sami jak my tu na widowni, oczywiście nieco wulgaryzując.

W tym spektaklu mamy sytuację na starcie podobną – w teatrze, w którym stanem normalnym jest pusta widownia, pewnego wieczoru zjawia się komplet. Byłby cudowny materiał na farsę – jak to aktorzy ze stresu robią różne głupotki. Tymczasem – dwie aktorki odmawiają wyjścia na scenę, bo – jak się okazuje – zgromadzona publiczność to narodowcy, aktorki zatem jako wyraz protestu przeciwko ich ideologii grać nie chcą. No i mamy klops.

Rzecz jest zatem o stanie umysłu aktorów, o tym, że skoro „są tacy sami jak my”, to również mogą mieć o publiczności swoje zdanie, niekoniecznie pochlebne. I – uwierzcie – mają, choć w zdecydowanej większości wypadków jest to temat tabu. I owo tabu zostało jednak w tym spektaklu przełamane. To słynne zdanie Dejmka także padło w przedstawieniu – „d. jest od s…, aktor jest od grania”. 

Bezwarunkowo i zawsze? No a jeśli na widowni są nie narodowcy, a np. pedofile? Albo idioci? Też się wychodzi i „normalnie” gra, hm? No właśnie, mam wrażenie, że publiczność nie jest gotowa stawić czoła takim pytaniom, mimo, że spektakl był momentami bardzo zabawny, nawet farsowy, oraz – świetnie zagrany – fantastyczna rola Szymona Kuśmidera i świetna - Marii Seweryn.

 

2018, lipiec

WEEKEND Z R.

Robin Hawdon

reż. Krystyna Janda

premiera 27 listopada 2010

Dobrze, że Och i Polonia grają przez całe wakacje, bo można nadrobić zaległości. Pewnie tę samą myśl miała w głowie publiczność wypełniająca niemałą przecież ochową widownię w parny letni piątkowy wieczór. Bawiłem się bardzo dobrze, farsa jak to farsa, nagromadzenie absurdów i nieporozumień, misternie uszyte przez Hawdona prowadzi do wodospadów łez na widowni, aktorzy wiedzą, gdzie granica przerysowania (może poza jednym wyjątkiem), a że spektakl się podoba, świadczy ćwierć tysiąca wystawień.

Krystyna Janda (Clarice) w swoim żywiole, jest naprawdę zabawna, zastanawiałem się, jak to jest, kiedy trzy wieczory gra się główną rolę w farsie a następnego dnia w duszoszczypatielnym monodramie. Jak bym chyba od takiej sinusoidy zwariował. W moim przedstawieniu grał Leszek Łotocki (dublura z Cezarym Żakiem), pierwszy raz widziałem Leszka w takim repertuarze i tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że to nieprawdopodobnie wszechstronny aktor. 

Świetna również w roli nieco neurotycznej kochanki Rogera – Aleksandra Justa, która gra tę rolę na zmianę z Katarzyną Gniewkowską.

Było miło i zabawnie.
 
 

2018, maj

BAL MANEKINÓW

Bruno Jasieński

reż. Jerzy Stuhr

premiera 27 kwietnia 2018

Wydaje mi się, że czas Jasieńskiego albo już minął, albo – jeszcze nie wrócił. Ten klasyczny tekst polskiego futuryzmu dziś - niestety dość mocno nuży i razi jednak naiwnością. Całe szczęście reżyser bardzo subtelnie puszcza oko, aluzje do współczesności trzeba wychwytywać, a przy tych nieco mniej zawoalowanych publiczność śmieje się niczym na farsie. No w sumie czasy straszne, więc przynajmniej w teatrze pośmiać się można.

W spektaklu biorą udział studenci Jerzego Stuhra z Wydziału Tańca AST w Bytomiu, z którymi zrealizował Bal Manekinów jako dyplom, i żeby pokazać ich talent i „roztańczenie” ten tekst wybrano ambitnie i – jak sądzę - trafnie. Niestety, odniosłem również wrażenie, że o ile ten dyplom przed dwóch lat miał dobre recenzje, to już w przeniesieniu na scenę profesjonalną, czy też raczej – komercyjną - i przy obsadzeniu części ról aktorami zawodowymi (w głównej - Maciej Stuhr), spektakl ów coś traci, a może czegoś ma za mało, czy też – jest jakoś nieadekwatny.

Bo o ile z przyjemnością patrzyłem choreografię, o tyle cała reszta i troszkę znudziła i jakoś mało obeszła. Nuż w bżuch co prawda we mnie wbity nie został, ale tym razem jestem na „nie”. (Och, jakie piękne zakończenie, i a propos i z puszczeniem oka

2018, marzec

CASA VALENTINA

Harvey Fierstein

reż. Maciej Kowalewski

premiera 16 lutego 2018

Początek lat 60-tych, Stany Zjednoczone i pensjonat prowadzony przez Ritę i George’a, do którego przyjeżdżają transwestyci z całego kraju. No cóż, wszystko się musi odbywać przy zachowaniu daleko idącej dyskrecji, przypomnę – całość się działa ponad pół wieku temu w niesłychanie purytańskich wówczas Stanach. Z rożnych powodów dochodzi do sytuacji, że goście tego pensjonatu prawdopodobnie będą musieli się przed władzami ujawnić, żeby zalegalizować swoją organizację. Czy się na to zdecydują?

Do któregoś momentu spektakl Macieja Kowalewskiego jest bardzo zabawny, wręcz komediowy, potem – już trochę mniej. Bo rzecz nie tylko o tym, że cena, jaka płacimy za to, żeby móc być sobą - choć przez chwilę, przez weekend – bywa wysoka. Ale także – o tym, co definiuje kobiecość, co męskość, co nam wolno, a czego – na pewno nie. Naprawdę dobrze napisana rzecz.

Kostiumy Doroty Roqueplo są jakby jedenastym aktorem w tym spektaklu. Aktorzy wyglądają w kieckach autorstwa p. Doroty po prostu szałowo, słyszałem nawet w foyer głosy, że jeden z aktorów - nawet lepiej niż w spodniach. 

Ale nawet jeśli ktoś nie lubi tego typu „opowieści z morałem” i tak warto się wybrać dla Cezarego Żaka, który kradnie kolegom (i koleżankom) show nie tylko absurdalną kiecką, ale i najlepiej w tym przedstawieniu skrojoną i zagraną rolą.

 

2017, grudzień

CHAMLET – MONOLOG PARODYSTY

Szymon Majewski, Łukasz Sychowicz, Marcin Sońta

występuje Michał Zieliński

premiera 30 lipca 2016

Ten sceniczny drobiazg (50 min., a nie 70 – jak napisano w internetach – choć może wykonawca skrócił ad hoc? Nie wiadomo) jest naprawdę uroczy. Obśmiałem się serdecznie, tekst niegłupi i zabawny, a wykonawca nie przeszarżowuje, choć mógłby.

A to, o czym Michał Zieliński ze sceny opowiada, można odebrać na co najmniej dwa sposoby. Z jednej strony – Chamlet jest czystą rozrywką, uroczym popisem jego talentu naśladowczego, z którego zasłynął m.in. dzięki programowi Szymona w TV. Z drugiej jednak strony – gdyby tak się na poważnie przyjrzeć… - to rzecz o aktorstwie, i o naturze tego zawodu, z wcale nie aż tak bardzo wesołymi wnioskami, choćby o granicę tego, gdzie kończy się rola, kreacja, a gdzie zaczyna życie. W tym świetle przygoda podmiotu lirycznego w warzywniaku wydaje się wcale nie taka nieprawdopodobna. 

Nie będę może pisał, w kogo i w co wciela się na scenie Michał Zieliński, niech to będzie niespodzianką, mogę sobie tylko wyobrazić, że expremier naprawdę trudno podrobić.

Może słynne broszki mają coś z tym wspólnego?

 

2017, wrzesień

POMOC DOMOWA

Marc Camoletti

reżyseria Krystyna Janda

premiera 9 września 2017

To nie do końca moje klimaty, grube kreski, którymi się i tę i każdą inną farsę rysuje, ździebko mię mięszały, ale kilka razy aktorzy rozbawili niemal do łez, szczególnie w akcie drugim. Uprzedzam jednak, że zakończenie jest dość przewidywalne i naiwniutkie. Rzecz traktuje o nadużywającej alkoholu sprytnej pomocy domowej i jej chlebodawcach, którzy spotykają się ze swoimi kochankami podczas (jak sądzą) nieobecności drugiego – mówiąc w pewnym skrócie, a o to, żeby nie doszło do kompletnej katastrofy dba tytułowa gosposia. Tłumaczenie Bartosza Wierzbięty jest całkiem pieprzne i zabawne, niepotrzebnie tylko moim zdaniem całość została przeniesiona w polskie realia.  Nie mam też pewności czy znakomita skądinąd Katarzyna Gniewkowska nie przeszarżowała w swojej tygrysicowatości. Mimo tych małych tęsknot warto Pomoc Domową zobaczyć choćby dla grającej główną rolę aktorki, bo właściwie każda scena z jej udziałem wywoływała na widowni salwy śmiechu. 

Prośba więc do dyrektor artystycznej i reżyserki Krystyny Jandy, żeby nie zapominała, że ma w zespole aktorkę obdarzoną vis comica, jakiej może pozazdrościć każda komediowa scena miasta i świata, mianowicie – Krystynę Jandę.

 

2017, lipiec

PRAPREMIERA DRESZCZOWCA

Henry Lewis, Jonatan Sayer, Henry Shields 

reżyseria Grzegorz Warchoł

premiera 5 marca 2015

Amatorski teatr z pewnej wyższej uczelni przygotowuje premierę spektaklu, tytułowego dreszczowca. Niestety, nie wszystko idzie tak, jak powinno… Katastrofa jest zaiste piękna. 

Cudowny drobiazg sceniczny, napisany przez trójkę aktorów, nagradzany na festiwalach, z gagami wywołującymi łzy śmiechu na widowni.  Jest bowiem Prapremiera dreszczowca – obok Czego nie widać Cooneya – jednym z najpopularniejszych na świecie spektakli o teatrze w teatrze, a widzowie takie „anatomiczne” przedstawienia lubią najbardziej, może jednak trochę chcąc wiedzieć, jakie są kulisy powstawania iluzji, dla której do teatru przyszli i za którą zapłacili za bilety. 

Czapka z głowy przed aktorami, którzy – by nie było ściemy - muszą wspiąć się na wyżyny i nie przekraczając pewnej cienkiej linii - dobrze zagrać złe aktorstwo. Świetnie – i bez fałszywej nuty - gra cały zespół, ale jednak zaskoczony i zachwycony wyszedłem z Ochu vis comica (vis comicą? hm…) Tomasza Drabka i Izabeli Dąbrowskiej. Także zwracam uwagę na trudną rolę Andrzeja Pieczyńskiego, bo jeśli sądzicie, że łatwo zagrać zwłoki, to się mylicie. 

Pyszna zabawa możliwościami teatru i jego umownością, w niedzielny wieczór idealnie nastraja na cały – choćby najpaskudniejszy - tydzień.

 

2017, czerwiec

DOBRY WOJAK SZWEJK IDZIE NA WOJNĘ

Jaroslav Haszek 

reżyseria i adaptacja Andrzej Domalik

premiera 27 czerwca 2017

Arcydzieło Haszka o głupkowatym Szwejku jest najsłynniejszą pacyfistyczną powieścią wszech czasów, jeśli ktoś jeszcze nie zna – polecam najświeższe tłumaczenie Antoniego Kroha, czyta się je naprawdę świetnie; reżyser skorzystał jednak z klasycznego przekładu Hulki-Laskowskiego z 1931 roku. Temat tej opowieści jest aktualny zawsze - my i historia, której wyroków uniknąć się nie da – mówiąc oczywiście w pewnym uproszczeniu. A jeśli oważ jednostka skonfrontowana z historią ma jeszcze cechy osobowości Szwejka, no to musi być wesoło. No i faktycznie w Ochu jest dosyć wesoło.

Oczywiście nie jest to inscenizacja całej powieści, ze Szwejkiem żegnamy się właśnie w tytułowym momencie pójścia na wojnę wraz ze swoim porucznikiem Lucasem, słusznie skądinąd ukaranym wysłaniem na front za kradzież pieska. Przypomnijmy dla porządku, że psa kradnie Szwejk, a nie Lucas.

Niestety, spektaklem – choć momentami zabawnym - trochę jestem rozczarowany. Bo po pierwsze – tak nie do końca zrozumiałem, o czym chciał reżyser powiedzieć (poza tym, że podczas spektaklu jest „miło” i „zabawnie”), a poza tym całość zrobiła na mnie wrażenie napisanej specjalnie dla (a raczej „pod”) Zbigniewa Zamachowskiego, który przecież nie potrzebuje nikomu niczego udowadniać. 

Role pozostałych postaci  - świetna Krzysztofa Dracza, nieco przeszarżowana przez Milenę Suszyńską, oraz zbyt jednoznacznie komiczna Mirosława Kropielnickiego - są jakby stand-upami, a łączy je postać głównego bohatera oraz - wcielających się w różne role dwóch młodych aktorów warszawskiej AT – Marcina Bubółki i Henryka Simona.

Choć są to role niewielkie, rzekłbym, że nieco również rozbrykane, obaj panowie zwracają na siebie uwagę i talentem i charyzmą. Warto ich nazwiska zapamiętać.

 

2017, czerwiec

TRZEBA ZABIĆ STARSZĄ PANIĄ

Graham Lineham

reż. Cezary Żak

premiera: lipiec 2012

W ramach dobrego nastrojenia się na cały tydzień – zaległy odmóżdżacz w Ochu z Barbarą Krafftówną w roli tytułowej. Aktorka – jak czytam - zadebiutowała 72 lata temu, no cóż, formy szczerze zazdroszczę ufając, że jak może dożyję jej wieku, dostąpię tak znakomitej kompleksji choć w połowie. 

No więc zwiewne (może nawet zbyt zwiewne, nie puszczałbym do widza aż tak ostentacyjnie oka), uroczo zabawne, nieco staromodne i świetnie zagrane, Barbarze Krafftównie towarzyszą na scenie m.in. Wojciech Pokora, Marcin Troński – a z młodszego pokolenia – Rafał Zawierucha i bardzo dobry w roli jugosłowiańskiego zbira – Piotr Żurawski. 

Rzecz o tym, że safandułowaci opryszkowie okradają pociąg z pieniędzmi, a następnie – w szytymi nieco zbyt grubymi nićmi sytuacjami -  sami się wykańczają. Przedtem jednak wykańcza ich pani Wilberforce, 

co chwilę proponując herbatkę, konsekwentnie utrudniając wykonanie misternie uknutego planu, z nieco mniej misternie wybranymi tegoż planu wykonawcami.

Lekkie, łatwe i przyjemne. 

 

2017, kwiecień

Ron Cooney

MAYDAY

reż. Krystyna Janda

premiera marzec 2012

Może wstyd, ale wcześniej Mayday nie widziałem, a przecież teatr w każdym mieście świata ma to w swoim repertuarze. No tak wyszło, teraz więc przedstawienie Krystyny Jandy będzie takim moim wzorcem metra z Sevres. To duża odpowiedzialność…

Dobrze zrobiona farsa jest dobrem rzadkim, nieledwie podlega ochronie. Wymaga bowiem od zespołu i reżysera niesłychanej precyzji, a od aktorów - morderczej pracy i jednak specyficznego vis comica, pewnego wyczucia tej bardzo trudnej formy. Dlatego też kiepscy aktorzy nie powinni grać w farsach, bo publiczność zamiast dobrze się bawić, dojmująco się zażenuje, natychmiast wyłapując w np. cooneyowskich postaciach fałsz. A to dla farsy katastrofa. 

Krystyna Janda doskonale o tym wie, zaprosiła więc do współpracy świetnych aktorów. Na scenie m.in. Rafał Rutkowski jako biedny uroczy bigamista John Smith, w moim spektaklu grali poza tym (niektóre role są dublowane) – Maria Seweryn, Monika Fronczek, wykopany spod ziemi chyba Stefan Friedman, czy świetny Adam Krawczuk jako inspektor, ale… scenę kradnie kolegom Artur Barciś, ba, odniosłem nawet wrażenie, że rolę Stanleya Cooney pisał specjalnie dla niego.

Bardzo zabawne. Choć momentami – szczególnie przy pojawianiu się na scenie Bobbyego – zamierałem, czy aby Stefan Friedman nie pozwoli sobie na zbyt dużo. Na szczęście jednak Krystyna Janda granicę tej jazdy doskonale zna.

 

2016, wrzesień

Michael McKeever

POCZTÓWKI Z EUROPY

reż. Krystyna Janda

premiera maj 2012

To przedstawienie powinni obejrzeć ci wszyscy, którzy uważają, że w ich domach dochodzi niekiedy do nieporozumień. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że w przypadku rodziny Suttonów słowo „nieporozumienie” wydaje się być raczej niedoszacowane, gdyż ich dom jest ni mniej ni więcej wariatkowem. Pozbawiona hamulców babcia, ciotka dorabiająca w seks-telefonie, niemająca kontaktu z rzeczywistością mamusia i obsesyjnie grający w golfa tatuś. Świetny materiał na farsę, prawda? Ale Pocztówki choć momentami naprawdę śmieszne, farsą nie są.

Niestety – żeby nie zabrać Państwu przyjemności z oglądania tego spektaklu – właściwie więcej napisać nie mogę. Poza tym, że nie wszystko okaże się tak proste i zabawne, jakim się na początku wydaje.

Na scenie gwiazdy. Przede wszystkim dziękuję Krystynie Jandzie, że obsadziła w roli ciotki fantastyczną Dorotę Pomykałę, która to panią Dorotę życzyłbym sobie widywać częściej na stołecznych scenach, a nie tylko w Krakowie i w serialu. Także Magdalena Zawadzka, Leonard Pietraszak i – przede wszystkim – Wiesława Mazurkiewicz (lat 90 i ½)  w świetnej formie i cudownie zabawni. 

Bdb. 

 

2016, kwiecień

Mikołaj Gogol

NOS

reż. Janusz Wiśniewski

Najbardziej to zaskoczyła mnie Krystyna Janda, nie sądziłem bowiem, że zdecyduje się pokazać na komercyjnych bądź co bądź deskach TAKIE przedstawienie.

Artystyczne, bajkowe, pełne znaczeń, nie stawiające kropki nad i, wycyzelowane, niełatwe paradoksalnie w odbiorze, i ostatecznie - wcale nieśmieszne, a wręcz dojmująco smutne -  jeśli się tak bardziej zastanowić. Czy złaknieni gogolowego śmiechu widzowie zapełnią niemałą przecież salę Ochu? 

To, że Kowalow zgubił nos to jedno. Ale że on, ten nos, śmie mieć lepsze i pełniejsze życie niż jego właściciel? To dopiero skandal! I ten wątek mocniej akcentuje Janusz Wiśniewski, wciąż jednak pamiętając, że nowela Gogola  jest również cudowną satyrą na uzależnienie od władzy, także tej malutkiej. I ten biedny beznosy Kowalow jest zupełnie nikim i w dojmującym dialogu prosi nos o powrót...









Spektakl jest zagrany koncertowo. W tę półtoragodzinną podróż po XIX-wiecznym Petersburgu zabierają nas  fantastyczni  aktorzy, od Piotra Cyrwusa, przez obdarzoną nieprawdopodobną vis comica Kiksę Kołodziejczyk po debiutującego w Ochu w wymagającej roli Nosa - Michała Barczaka. Do tego świetna muzyka Jerzego Satanowskiego i choreografia Emila Wesołowskiego. 

Bardzo dobry spektakl.