TEATR ŚLĄSKI

 

2024, maj

FOLWARK ZWIERZĘCY

George Orwell

reż. Jan Klata

premiera 19 kwietnia 2024

 

Jest w tym spektaklu ciekawa jakby perwersja, taka mianowicie, że Folwark ów jest naprawdę o zwierzętach. Kusząca, bo jednocześnie nieco zmieniająca zakorzenioną recepcję Orwella, że totalitaryzm itd. Oczywiście, twórcy od genialnej przecież metafory zamordyzmu (oraz reakcji nań tzw. mechanizmów społecznych) nie uciekają, ale… rzućmy choćby okiem na plakat czy -  zwróćmy uwagę na kluczowy jak się wydaje - finał. Uspokajam, katowicki Folwark nie jest kolejnym wściekłym atakiem wegetarian na mięsożerców, ale trudno go nie traktować TAKŻE jako i słyszalnego i poruszającego głosu w obronie zwierząt. Przed nami, ludźmi.

Być może w wypadku przedstawienia jednego z najlepszych reżyserów opinia, że „świetnie się je ogląda”  jest ździebko protekcjonalna – ale zaryzykuję. Otóż - ten spektakl świetnie się ogląda, wciąga właściwie od pierwszej sceny, trzymając do finału w napięciu niczym dobry polityczny thriller. Rzecz jest znakomicie zagrana, na scenie widzimy dużą część zespołu TŚ oraz – gości (celowo dłużąca się scena masowych mordów). 

Major Romana Michalskiego to po prostu majstersztyk, postać naprawdę wzbudzająca grozę, ale fantastyczna jest także Anna Kadulska jako Kruk czy Bartłomiej Błaszczyński w roli Napoleona. Jestem również fanem Owiec, powtarzających usłyszane od propagandzistów mantry,  bo choć to epizody, to jednak i istotne i - z wdziękiem zagrane przez  Katarzynę Błaszczyńską, Alinę Chechelską i Katerynę Vasiukową. Z wdziękiem i – jak sądzę – pewnym również poświęceniem, wyobrażam sobie, jak nieprzewiewne muszą być ich skądinąd fantastyczne kostiumy (Justyna Łagowska), które są które są - obok światła, scenografii, muzyki i koronkowej wręcz choreografii (Maćko Prusak)  - równorzędnym bohaterem tego niepokojąco wciągającego przedstawienia.

 

2024, maj

GODEJ DO MIE. INTYMNY SPEKTAKL HOTELOWY.

Tekst i reż. Robert Talarczyk

premiera 5 kwietnia 2024

 

To jest teatr naprawdę bliski widza, bliższy chyba być nie może.

Na widowni - na stołkach właściwie ustawionych wzdłuż ścian pokoju – mieści się maksymalnie trzydzieści osób, idących notabene po przedstawieniu na kolację z aktorami, a ekskluzywny apartament hotelu Diament Plaza, w którym spektakl jest pokazywany, także jest bohaterem tej opowieści, „grającym” dom naszych bohaterów – Darka i Agnieszki. Darek jest prawnikiem, Agnieszka – psychologiem, ich małżeństwo znalazło się na zakręcie.

Historia jest  co prawda dość prosta, ale gdyby zadać całkiem podstawowe pytania, to odpowiedzi na nie już tak proste nie są. Na przykład - czy to istotne, że w role małżonków wcieliło się prawdziwe małżeństwo? Czy ma znaczenie fakt, że nasi bohaterowie noszą te same imiona co aktorzy, są ich alter ego, czy też - mamy do czynienia z prawem teatru do prowokacji? Czym jest śląskość w tym przedstawieniu i czym - godka, którą jakby łatwiej mówić o pewnych sprawach, a o innych – trudniej? 

(Można pomyśleć, że spektakl grany w połowie po śląsku odbierze historii uniwersalności, czyniąc ją w pełni zrozumiałym dla Hanysów,  nieco zaś mętnym – dla Goroli, a wcale tak nie jest). Wreszcie – czy ten spektakl jest dla Agnieszki Radzikowskiej i Dariusza Chojnackiego – zadaniem aktorskim łatwym, czy też – trudnym (a rzecz jest fantastycznie zagrana), to robota business as usual czy jednak z różnych powodów – wyjątkowa?

I tyle mogę napisać, żeby Wam nie zepsuć tego wyjątkowego wieczoru, ale ponieważ widz płacący 250 złotych za bilet zwykle chce wiedzieć, o czym jest przedstawienie, więc donoszę – ano o życiu. Tylko tyle i – zapewniam – aż tyle.


 

2024, styczeń

BOSKA!

TEATR ŚLĄSKI

Peter Quilter

reż. Tadeusz Łomnicki

premiera 5 stycznia 2024

 

Prawda, że jest w tej doskonale przecież znanej historii coś i uzależniającego i wzruszającego? Coś takiego, co motywuje reżyserów do kolejnych inscenizacji, które dawane są przy kompletach na widowni, właściwie zawsze z owacjami  na stojąco… Cóż, historia straszliwie fałszującej damy jest opowieścią o sile marzeń, o odwadze niezbędnej by je spełnić, o cenie, jaką niekiedy musimy za to zapłacić. A także - o przyjaźni, o ludziach, którzy przypadkowo, z niekiedy trudno zrozumiałych powodów – stają się dla nas po prostu centrum wszechświata.

Florence Jenkins to jedna z najtrudniejszych ról teatralnych, szczególnie dla aktorki posiadającej minimalny choćby słuch. Jeśli bowiem w którejkolwiek z wykonywanych arii trafiłaby  w pożądaną tonację, cały spektakl przestaje mieć sens. Grażyna Bułka jednak dała sobie radę z tym zadaniem śpiewająco (sic), były momenty, że ramiona się same kuliły i uszy więdły, zwłaszcza w górnych rejestrach, z którymi Jenkins tak zachwycająco się mocowała.


Na pierwszym planie mamy relację Florence z Cosme (świetny Mateusz Znaniecki), którego życie prywatne znamy tylko z dyskretnych ale bardzo zabawnych niedopowiedzeń, pozostałe postaci w tej adaptacji (St.Clair czy Dorothy) schodzą w tym spektaklu na plan dalszy, ustępując miejsca trzeciemu głównemu bohaterowi tego spektaklu – szalonym, kolorowym, olśniewającym kostiumom Gosi Baczyńskiej.

Mam smutną wiadomość - wszystkie terminy Boskiej są wyprzedane i w ogóle mnie to nie dziwi. Dyrekcję namawiam na częstszą eksploatację, w widzów - na polowanie!

 

2023, maj

63. KALISKIE SPOTKANIA TEATRALNE

PŁATONOW

Anton Czechow

reż. Małgorzata Bogajewska

premiera 10 czerwca 2022

 

Mamy oto jadalnię w majątku Generałowej (znakomita Anna Kadulska), scena pierwsza, akt pierwszy. No i co? – pyta Nikołaj (wybitna rola Mateusza Znanieckiego) niedwuznacznie łapiąc ją za rękę. Nic. Nudno – odpowiada Anna Wojnicew.

Powoli zacznie się schodzić towarzystwo i Siergiej z żoną, i pozbawiona poczucia humoru Maria, będą Głagoliewowie, z których jeden właśnie przybył z Paryża, gdzieś tam raz czy drugi pojawi się Osip. Jednego jednak, najbardziej wyczekiwanego gościa - brak. Płatonow, och - Płatonow… Jak się zjawi, to wreszcie ta nieznośna nuda minie, wreszcie w majątku zacznie się coś dziać NAPRAWDĘ, przy Płatonowie nawet upokarzający brak pieniędzy, ci nieznośnie rezonujący nad uchem wierzyciele przestaną przeszkadzać. Wszystko się zmieni, jak Płatonow przyjedzie, jest już w drodze – radość panuje w dworze, już niedługo, już zaraz będzie. Nie przybył jednak. Cóż, majątek – jak wiemy - trafia na licytację, ale lokatorzy mogą mieszkać jeszcze nawet Bożego Narodzenia, zawsze to coś, a jak Bugrow zaprotestuje weksle, to niech sobie protestuje… Osipa tylko jakoś szkoda. Niby zasłużył na swój los, ale – szkoda…

O czym jest ten Płatonow bez Płatonowa? Nasz biedna Maria (Agnieszka Radzikowska) w którymś momencie – w bardzo pięknej i poruszającej scenie - zadaje kilka prostych pytań, które giną niesłuchane przez to coraz bardziej pijane i pogrążone w nieistotności towarzystwo. Chyba właśnie najbardziej o tym.

Oglądamy olśniewające, wspaniale zagrane,  gorzkie jednak i bardzo bolesne przedstawienie. Pomyślałem w pewnym momencie, że Płatonow nie boli tutaj jednak Płatonowa, boli – nas. Nieczęsto z takim bólem wychodzi się z teatru.

 

2023, marzec

GERMINAL

Emil Zola

reż. Krzysztof Garbaczewski

premiera 3 marca 2023

 

Nie aż tak bardzo wiele wspólnego ma spektakl z powieścią Zoli, ale też nikt się nie spodziewał, że mieć będzie. Górnicy u Zoli wydobywają  - jak to górnicy - węgiel, bohaterowie Garbaczewskiego też wydobywają, coś jednak zgoła innego. I można byłoby na pierwszy rzut oka pomyśleć, że mamy oto bezwzględną krytykę kapitalizmu (co jednak w kraju bądź co bądź kapitalistycznym jest nieco naiwne), ale – to jedynie pewna maska, Zola zaś jest tylko pretekstem, do postawienia - powiedzmy - zdecydowanie pozaekonomicznych diagnoz. Nie zdradzę wielkiej tajemnicy - rzecz jest o emocjach, które – jak powiedział w wywiadzie reżyser – są „węglem współczesności”. Jaka jest zatem dziś cena ich wydobycia?

Jest w tym spektaklu kilka znakomitych scen, a najbardziej mi się podobała reakcja właścicieli kopalni na strajk, było w tym coś niesłychanie obyczajowego, niektóre były całkiem zabawne, choć komedią Germinal nazwać niepodobna. Poza tym – jak to u Krzysztofa Garbaczewskiego bywa – mamy ekrany, projekcje, mnóstwo multimedialnego „dziejstwa” i niepodrabialną scenografia Aleksandry Wasilkowskiej, bardzo starannie przemyślanie i wykonane kostiumy (te „teletubisiowe” i te arystokratyczne), oraz last-but-not-least zespół Śląskiego oraz gościnnie tu grającego Stefana Pawła Smagałę - w znakomitej dyspozycji.

Germinal wydał mi się spektaklem komunikatywnym, zagrano go w aż trzech językach (PL, ŚL, UKR), co zresztą nie zawsze się tłumaczyło, trochę jednak męczyła deformacja absolutnie wszystkiego – od Zoli, przez bohaterów po muzykę, no ale cóż, właśnie taki świat artysta stworzył i albo się to "kupuje", albo - nie.  Bez wątpienia jednak skrócenie całości o jakieś dwa kwadranse dodałoby temu przedstawieniu zdecydowanie więcej rumieńców.

 

2023, marzec

ZANURZENIE

Michael Rubenfeld, Marcin Wierzchowski

reż. Marcin Wierzchowski

premiera 1 marca 2023

 

Mamy oto dom wziętej prawniczki Łucji Kamockiej, która mieszka z dorosłym synem Mikołajem, (mężczyzna jest mocno poobijany, bo stał się ofiarą awarii windy w swojej firmie) i - z prowadzącą dom Ukrainką Iriną. Irina właśnie sprząta, gdy do mieszkania wchodzi Nieznajomy, od tego momentu nic nie będzie takie samo. 

W Zanurzeniu Marcin Wierzchowski sięgnął do języka kultury popularnej, właściwie cały 1. akt to telenowela, ale proszę się nie dać nabrać – „obyczajowość” tego przedstawienia jest tylko maską, mamy bowiem do czynienia - właściwie jak zawsze u tego reżysera – z moralitetem, z pytaniami o obcych w naszym domu, o najbliższych, o tajemnicach, które wychodzą na jaw w najmniej odpowiednim momencie, wreszcie o - czas, którego nie da się cofnąć, żeby naprawić swoje błędy.


Historia Kamockich, zauważmy, że dziejąca się (jak to u tego reżysera bywa) w różnych światach, jest znakomicie napisana, nie mam jedynie pewności, czy opowiadając ją ździebko nie przesadzono z ekspresją (z pewnością przesadzono), żachnąłem się raz czy drugi, gdyż serialowe klisze na deskach teatralnych zakłuły mnie dość mocno, zabieg to oczywiście celowy, ale pewien jestem też, że podczas oglądania spektaklu o tak znacznym  ładunku emocjonalnym to przecież ja, widz powinienem szlochać ze smutku i wrzeszczeć            (wewnętrznie) z bezsilności, a nie – aktorzy.  Ta wiwisekcja naszych bohaterów – choć bardzo mię wciągnęła - to i dość mocno wyczerpała. Jak to zresztą z wiwisekcjami bywa.


 

2022, listopad

LOBOTOMIA

Marek Rachoń

reż. Marek Rachoń

premiera 14 października 2022


Nasi bohaterowie (Hera, Koka i Hasz oraz panowie – alfons Zły i Psychol, nazwany tak nie bez powodu) żyją w dość okropnym świecie płatnej miłości, narkotyków, i sexbiznesowej bezwzględności, wiedzą, że ich życie jest ślepą ulicą, że nie ma stąd ucieczki. Można co najwyżej wyłączyć mózg, dokonać tytułowej lobotomii, „myślenie bowiem boli, a bezmyślność – nie”, jak słyszymy w jednym z songów.

Teatr uprzedza, że spektakl jest tylko dla widzów pełnoletnich. Rozumiem, że to (boyowski zresztą) chwyt reklamowy, bo siedząc centralnie w 1.rzędzie nie zauważyłem niczego, co mogłoby zgorszyć maluczkich, ani nie wyłapałem ponadstandardowych pieprzności. Ba, nastawiłem się na ostrą publicystykę społeczną, a otrzymałem historię niepozbawioną, by nie rzec - pełną - liryczności, świetnie opowiedzianą, znakomicie zagraną i zaśpiewaną. Trudno mi wyróżnić kogokolwiek z obsady, bo wszystkie songi są popisem ich warsztatu i talentu, a osobne brawa należą się Annie Mach za fantastyczne tłumaczenie tekstów The Tiger Lillies – song z wymyślaniem nowego abecadła, w którym każdej z liter przyporządkowane jest słowo z ciemnej strony życia, od apatii po – upadek, jest po prostu majstersztykiem.



Proszę Lobotomii nie przegapić, mamy bowiem do czynienia ze spektaklem co prawda dość gorzkim, ale pod każdym względem niezmiernie udanym, na tak niewielkiej przestrzeni Malarni udało się zrealizować porywające widowisko, co się zowie!

 

2022, listopad

ŁASKAWE

Jonathan Littell; adapt. M. Kleczewska i D.J. Neć

reż. Maja Kleczewska

premiera 18 listopada 2022

Głównym bohaterem tego spektaklu jest co prawda Maximilian Aue (znakomity Mateusz Znaniecki), ale bohaterem równorzędnym – adaptacja! Mai Kleczewskiej i Damianowi Neciowi udało się w sposób – nie zawaham się napisać – kongenialny przepisać Littella na scenę, nie odbierając niczego tej wielkiej (w każdym sensie) prozie, unikając przy tym uproszczeń, prowadząc historię Maximiliana w matematycznie wręcz logiczny sposób i jednocześnie zachowując jej – nomen omen – epickość.

Nie będę może dokładnie pisał, o czym ten spektakl jest, oczywiście o wojnie – w uproszczeniu. O tym, że traktuje się ją jako coś, co BYŁO, podczas gdy taka powieść mogłaby powstać – to już wiemy – po 9 miesiącach wojny w Ukrainie, i w tej beletrystyce pojawiłby historie tak samo wzbudzające niedowierzanie, pozornie nieprawdopodobne i przesuwające znane nam dotychczas granice szeroko rozumianego człowieczeństwa. Czy ten fakt nie jest trzecim równorzędnym dramatis persona tego przedstawienia?

Myślę, że inscenizowanie Łaskawych usprawiedliwia na scenie prawie wszystko. W powieści mamy wiele historii bezwzględnie/naturalistycznie dopowiedzianych, jak to pokazać w teatrze, żeby nie naruszyć granicy, za którą jest już pornografia? Reżyserce się to udało, uspokajam, ale – wydaje mi się, że można było pójść dalej, znacznie nawet dalej. Owszem, część publiczności mogłaby tego nie wytrzymać, ale i książkę przecież kończą tylko najsilniejsi.

Ergo, Łaskawe – choć są pięknym wizualnie i starannie dopracowanym w detalach spektaklem, to z pewnością nie przeznaczonym dla każdego, nie spędzicie „miłego wieczoru” w teatrze, przeciwnie. Nawet nie tyle z powodu tego, o czym Łaskawe są, ale z powodu nieznośności pytań o naturę zła,  w prologu - będący już u schyłku życia, nieukarany za swoje zbrodnie Max (Roman Michalski) przekonuje nas, żebyśmy nie śmieli go osądzać, bo na jego miejscu zrobilibyśmy dokładnie to samo. 

A co - jeśli ma rację?


 

2022, wrzesień

WĘGLA NIE MA

Przemysław Pilarski

reż. Jacek Jabrzyk

prapremiera 16 września 2022

Mamy oto katowicko-sosnowiecki projekt teatralny mający na celu – mówiąc w największym uproszczeniu – zasypanie dzielącej oba miasta niewielkiej rzeki Brynicy. Choć rzeczka mała, to podziały ogromne, teatr wydaje się być narzędziem do zszywania idealnym, mamy już za sobą Nikaj w Sosnowcu w reżyserii dyrektora Teatru Śląskiego – Roberta Talarczyka, teraz w Katowicach reżyseruje dyrektor z Sosnowca – Jacek Jabrzyk. I temu ciekawemu śląsko - zagłębiowskiemu przedsięwzięciu pokojowemu przygląda się widz spoza wspomnianego kosmosu, gorol, czyli - ja.
I niestety poczułem się trochę niedotulony, nie dlatego, żem godki nie zrozumiał, ale dlatego, że rzecz wydała mi się en bloc w pełni zrozumiała jednak tylko dla tutejszych. Uniwersalności tej opowieści  nie poczułem, a kilka razy reakcji widowni wręcz nie zrozumiałem. Ale...  ta hermetyczność była dla widzów  wyraźnym atutem, w foyer słyszałem wiele pochwał, że  jest spektakl  o nas i naszej ziemi.
Najkrócej - detektyw Edward (skojarzenia jak najbardziej pożądane, w tej roli Michał Majnicz) ma przeprowadzić śledztwo w sprawie zniknięcia Ślązaków. Momentami jest całkiem zabawnie, naszego bohatera sufluje,  prowadzi  przez spektakl fantastyczną rolą Mirosława Żak, to bardzo fajny pomysł,  a towarzyszką podróży naszego detektywa jest niema Pola, sosnowieckie skojarzenie związane z jej imieniem jest właściwe. W pewnym jednak momencie ich wędrówki zaczyna się robić dość onirycznie, (jestem stosunkowo uczulony na oniryzm w teatrze), rzeczy zaczną się dziać we śnie czy - w głowie naszego bohatera. I znów  zderzenie z vox populi - podsłuchani  widzowie  tę  część spektaklu oceniali bardzo wysoko.

Nie jestem pewien, co sądzić o finale, czy też o – finałach. „Kochajmy się” wyszło nieco naiwnie, raczej tak miało być, ale wyłapałem w tej scenie jakąś nutkę fałszu, a monolog nie tak jednak niemej jak się okazało Poli był zupełnie na serio, żeby nie powiedzieć mocniej, podczas gdy cała reszta – nie. 
Nie byłem chyba gotowy na aż tak radykalną zmianę tonacji.
 

2020, grudzień 40. Warszawskie Spotkania Teatralne

KURT GERRON. FÜHRER DAJE MIASTO ŻYDOM

Jolanta Janiczak

reż. Wiktor Rubin

premiera 7 czerwca 2019
Jak wygląda życie, gdy wiadomo, że za chwilę przyjdzie śmierć?

Gwiazda niemieckiego przedwojennego filmu, Kurt Gerron, osadzony w Theresienstadt, otrzymuje propozycję, powiedzmy – nie do odrzucenia, żeby nakręcić propagandowy film o modelowym żydowskim getcie, gdzie życie osadzonych prawie nie różni się od beztroski kuracjuszy w uzdrowisku. I jesteśmy świadkami powstawania tego „dzieła”, na zrealizowanie którego Gerron ma 11 dni. Plan zdjęciowy jest jak najprawdziwszy, są rekwizyty, nieznane kuchni obozowej jedzenie na stołach, są zatrudnieni przy produkcji przebywający w Terezinie artyści, statyści, aktorzy.

To będą wyjątkowe dni ich życia, kompletnie absurdalne – biorąc pod uwagę okoliczności i – dla wielu z nich – ostatnie, z czego doskonale zdają sobie sprawę. Zatem – jak wygląda życie, gdy wiadomo, że za chwilę przyjdzie śmierć?

Po zakończeniu zdjęć, Gerron wraz z innymi artystami, których zatrudnił do pracy nad tym filmem, został wysłany do Auschwitz i tam zamordowany. Film, który nakręcił, nigdy nie został dokończony i ocalał we fragmentach.
Twórcy przyglądali się tej - ekstremalnej w swój upiorny sposób - sytuacji w Terezinie z dystansu, ja jako widz – też. Przeszedłem obok tego spektaklu doskonale obojętnie.
 

2018, grudzień, 11. Międzynarodowy Festiwal Teatralny Boska Komedia

POD PRESJĄ

Łukasz Chotkowski, Maja Kleczewska na podst. filmu J. Cassavetesa

reż. Maja Kleczewska

premiera 23 marca 2018

Faworyt do Grand Prix i laureat tejże nagrody na tegorocznej Boskiej Komedii i – zdecydowanie zasłużona nagroda dla najlepszej aktorki (Sandra Korzeniak), spektakl Mai Kleczewskiej podium podzielił – równie zasłużenie - z przedstawieniem Magdy Umer z warszawskiej Polonii, o którym pisałem tu.

No cóż, o presji właśnie. O tym, czego się oczekuje od kobiety, ściślej – czego „społeczeństwo” odeń oczekuje, i co – jeśli ta kobieta, matka, żona itd. – owych oczekiwań nie spełnia. Ale także poruszająca próba zdefiniowania tego, co „normalne” a co nie. I jaka jest cena bycia „normalnym”. Przedstawienie przemyślane w każdym calu, dojmujące nieoczywiste, z faktycznie wielką rolą Sandy Korzeniak, ale i z dopracowanym drugim planem, bardzo dobry Piotr Bułka jako Nick, rewelacyjny epizod Antoniego Gryzika (ojciec Mabel). Wypełniona po brzegi krakowska sala ICE oglądała to przedstawienie jak zahipnotyzowana, widziałem łzy w oczach, długie owacje itd.

Jednak… No cóż, nie umiem niestety ani tego choć z grubsza nazwać, i ani wskazać gdzie i jak, ale wyczułem w tym spektaklu cień maleńki ale jednak – jakiejś… manipulacji, coś mi się tam nie zgadzało, jakaś nuta zagrała mi fałszywie, nie wiem co to, wciąż szukam i próbuję to nazwać, ale owo „coś” nie pozwoliło mi w pełni podzielić zachwytów nad tym – podkreślam – ważnym i przejmującym spektaklem.

 

2016, październik

LENI RIEFENSTAHL

I.Gańczarczyk, Ł.Wojtysko

reż. Ewelina Marciniak

premiera 5 listopada 2016

Jechałem do Katowic z ogromnymi oczekiwaniami, zachwycony Księgami Jakubowymi pani Eweliny w stołecznym Powszechnym. Leni jednak rozczarowała. Aktorzy co prawda grają świetnie (i z poświęceniem), ale tekst wydał mi się jakby niedokończony, poszarpany, bez kropek ani nawet znaków zapytania. A pytania są ważne – czy cel uświęca środki? Czy Riefenstahl powinna była kręcić filmy tylko dlatego, że mogła, bo mieli do niej słabość Hitler z Goeringiem? Wreszcie - czy talent usprawiedliwia kolaborację z mordercami. Cóż, jest kojarzona do dziś z faszyzmem i ten epizod w jej bardzo długim życiu opisywała w kilku autobiografiach. Która z nich i - czy w ogóle któraś - jest prawdziwa? Nie mam pewności, czy Elfriede Jelinek – ważna w spektaklu postać, pewnego rodzaju prokurator pamięci – zna na to pytanie odpowiedź.

Ewelinie Marciniak świetnie wychodzą sceny choreograficzne z nagimi aktorami. Ta erotyczna, nie pornograficzna ze Śmierci i Dziewczyny, orgia w Księgach, taniec Nubijczyków w Leni. I jakkolwiek to zabrzmi – jest p. Ewelina jedynym reżyserem w kraju, który aktora umie rozebrać i wie, po co to robi. Dlatego i w tym przedstawieniu tenże kostium nie wywołuje zażenowania ani u aktorów, ani u widzów. Ale faktycznie – Leni jest raczej dla widzów dorosłych. 

I mała uwaga… Na widowni w ostatnich rzędach pięknego skądinąd Szybu Wilson było bardzo źle słychać. Niestety, nie udało mi się wejść dostatecznie mocno w tę opowieść, bo skupiałem się na zrozumieniu aktorów, szczególnie tych, którzy grali w maskach… Mam nadzieję, że akustycy już to naprawili, bo na premierze było naprawdę fatalnie.

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Nullam porttitor augue a turpis porttitor maximus. Nulla luctus elementum felis, sit amet condimentum lectus rutrum eget.