TEATR KWADRAT

 

2021, październik

4000 DNI
Peter Quilter

reż. Wojciech Malajkat
Premiera 25 września 2021

Mamy oto salę w szpitalu, pod kroplówkami leży Michael (Patryk Pietrzak), który po nieszczęśliwym wypadku jakiś czas temu zapadł w śpiączkę, obok niego czuwa matka, może lepiej napisać „mamusia” (Ewa Wencel), a z rytualną wizytą i kwiatami wpada jego partner Paul (znakomita rola Andrzeja Nejmana). Wkrótce Michael się zbudzi, kłopot jednak w tym, że nie będzie pamiętać tytułowych 4 tysięcy dni. Więcej może nie napiszę, żeby Wam nie zepsuć radości oglądania tego spektaklu, i – uprzedzam pytanie - nie – to nie jest romans gejowski.
Peter Quilter napisał fantastyczny, momentami zwiewnie dowcipny, ale i chwilami poruszający tekst o… kurczę, no - najważniejszych sprawach w życiu. O pamięci, o marzeniach, o samotności, o tym, że w życiu zdarza nam się coś bardzo ważnego zyskać, ale i zdarza się, że – tracimy, o tym – że tylko my możemy o bilansie tego rachunku zdecydować; wreszcie mamy tu po prostu piękną opowieść o miłości, tej romantycznej i - tej atawistycznej, nieznoszącej przeszkód i sprzeciwu, matczynej, jakkolwiek to zabrzmiało… 

Zwracam uwagę na znakomicie wybraną muzykę do spektaklu, „wzięło mnie” przy Boys Don’t Cry, łezkę ukradkiem wytarłem, i cały w skowronkach donoszę, że 4000 dni jest jednym z najlepszych przedstawień, jakie można zobaczyć teraz w Warszawie.

 
2020, luty, Katowicki Karnawał Komedii
CIOTKA KAROLA 3.0

Brandon Thomas

reż. Andrzej Nejman

premiera 30 listopada 2013 

Mamy niestety do czynienia ze spektaklem archiwalnym, dziękuję więc KKK za możliwość obejrzenia Ciotki, na żywo w Kwadracie nie było przez te lata okazji, bywa i tak. „Niestety” – bo rzecz i wdzięczna i okropnie śmieszna, pewien jestem, że dawano by ją przy kompletach gdyby wciąż była na afiszu, ale rozumiem dyrekcję, trzeba naprzód.

Właściwie pomysł był dość ryzykowny, bo XIX-wieczną farsę, klasyczną komedię pomyłek, reżyser nieco uwspółcześnił, niekiedy takie zabiegi kończą się zgonem. Ale nie tu, oglądałem i słuchałem z dziecięcą niemal radością, to były dwie godziny znakomitej zabawy konwencją, kostiumem, scenografią, słowem – teatrem, pełne kpinek i uroczych żarcików, szarża – jak to w farsie - była, przeszarżowania – szczęśliwie nie, reżyser i aktorzy dokładnie wiedzieli, gdzie granica. Czapka z głowy przed dwiema (dwoma? Bo jeden to jednak mężczyzna… ciekawe, jak będzie poprawnie) głównymi bohaterkami – ciotką - jak zawsze fantastyczna Lucyna Malec - i udającego ciotkę niespełnionego aktora hr. Babbsa – Michała Lewandowskiego. P. Michał w tej kiecce i tresce, próbujący radzić sobie z zainteresowaniem płci przeciwnej (tzn. wiecie, co mam na myśli), jest NAPRAWDĘ zabawny.

Na scenie także m.in. uroczo nieśmiały okropny poeta Lord Wykeham (Kamil Kula) i – konsekwentnie, dla równowagi – jego nieco nadaktywny Chesney (Michał Rolnicki), oraz Czesław jako zupełnie współczesny dżin z balladami Michała Zabłockiego, a czytał – Tomasz Knapik.

Sic.

 
2021, styczeń
ROMA I JULIAN

Krzysztof Jaroszyński

reż. Paweł Wawrzecki

premiera 26 stycznia 2019 

Mamy oto szpital, w którym sale obok siebie zajmują tytułowi Roma (Ilona Chojnowska) i Julian (Mateusz Łapka) czekający na operację zmiany płci. Romie towarzyszy jej dużo starszy mąż (Paweł Wawrzecki), Julianowi – mamusia (Hanna Śleszyńska). I choć z góry możemy trafnie z grubsza przewidzieć bieg wypadków, choć całość - powie wybredniejszy widz - balansuje na krawędzi efekciarstwa, to jednak oglądaliśmy spektakl niesłychanie zabawny, znakomicie zagrany i traktujący - mimo swoją zwiewność – o sprawach naprawdę ważnych.  Nie, nie o kwestiach genderowych, choć kuszące ale i wulgaryzujące byłoby stwierdzenie, że to komedia o zmianie płci, to bowiem – jak sądzę - rzecz najbardziej o tym, jak bardzo jesteśmy zbudowani z języka, którym się posługujemy i jak bardzo konstrukcja ta jest jednocześnie i krucha i niereformowalna. Znamy znaczenia podstawowych słów i one bezpiecznie opisują rzeczywistość, która nas otacza, co jednak jeśli w tej logicznej dotychczas układance przełożymy jeden tylko klocek?

Gdybym miał wskazać jeden tylko powód, dla którego warto Romę  i Juliana obejrzeć – tym powodem byłaby Hanna Śleszyńska, po prostu fantastyczna i cudownie zabawna w naprawdę trudnej roli mamusi Juliana. Mam też dwie drobne uwagi – niepotrzebnie podłożono pod ten spektakl śmiech z taśmy, bo po pierwsze to nie sitkom, po drugie – był ździebko za głośno, a po trzecie – co, jeśli śmiałem się w innym miejscu niż przewidział śmiech-majster?
Tekst jest wystarczająco zabawny i do tego tak zagrany, że wywoła reakcję widzów bez żadnych wspomagaczy; można byłoby też pomyśleć o minimalnie staranniejszym montażu. Z tych też powodów zgromadzone przed monitorem w piątkowy wieczór jury odjęło jeden punkcik, ale to wciąż 9/10.
 

2018, kwiecień

NIE TYLKO STARSI PANOWIE, CZYLI WASOWSKI DO KWADRATU

z tekstami piosenek różnych autorów, scen. Monika i Grzegorz Wasowscy

reż. Jacek Bończyk

premiera 18 lutego 2018

Trochę spektakl, trochę koncert czy też recital, ale przede wszystkim - pełen ciepła, subtelnego humoru i poezji - hołd złożony talentowi i osobie Jerzego Wasowskiego. Proszę się jednak nie spodziewać patosu, wielkich słów itepe; Grzegorz, syn p. Jerzego, prowadzi nas przez jego twórczość (i życie) lekko, nieledwie z przymrużeniem oka, a opowieści te przeplatane są pięknymi piosenkami autorstwa NieTylkoStarszegoPana, piosenkami zdecydowanie mniej znanymi, w fantastycznej interpretacji Klementyny Umer. Dodajmy, że z towarzyszeniem akordeonu, kontrabasu i instrumentu klawiszowego i w pięknej scenografii Wojciecha Stefaniaka. 

No cóż, jestem nieco staromodny, więc owe dwie godziny spędzone na kameralnej scenie Kwadratu, były jak cudowne przeniesienie się w czasie, jak podróż do przestrzeni, w której słowa łączą się w tylko piękne frazeologizmy, w której muzyka sama się do tych słów układa, w której świat rozumie, co to przenośnia, co to niedomówienie, czy anafora. 

Wśród anegdot opowiadanych przez Grzegorza o swoim ojcu, było kilka, które chciałbym zapamiętać w całości, a niestety z tej o radiu zapamiętałem tylko tylko,

że Wasowski z Przyborą (obaj radiowcy) uknuli bonmot, że z radia powstałeś i w radio się obrócisz. Zapomniałem niestety, co było w środku... Następnym razem wezmę zeszycik.

PS. Pani Klementyno, dziękuję!

 

2016, grudzień

CZEGO NIE WIDAĆ

Michael Frayn

reż. Andrzej Nejman

premiera 19 listopada 2016

Może wstyd się przyznać, ale wiedziałem, że Andrzej Andrzejewski na tych sardynkach w końcu się wywróci, wiedziałem również, że wywoła to lawinę śmiechu, oraz – że także się tej lawinie poddam. Nie sądziłem jednak, że zareaguję na ten w sumie dość tani slapstickowy gag niemal wodospadem łez.

Mój Boże, już nie pamiętam, kiedy dziecięco śmiałem się w teatrze… Jesteśmy oto świadkami powstawania przedstawienia zatytułowanego „Co widać”. Czasu do premiery mało, a nie wszystko wychodzi, bo aktorzy nie tylko ździebko zdekoncentrowani, ale i pochłonięci emocjami, które w tym zespole z rozmaitych powodów buzują. To, że dochodzi na premierze do katastrofy, da się przewidzieć, ale powiedzieć o niej, że jest „piękna”, to tak jakby nic nie powiedzieć. 

Każdy ruch każdej z postaci na scenie został przemyślany i precyzyjnie zagrany (to akurat widać), bo najmniejszy nawet kiks groziłby katastrofą – jak to w farsie bywa. Spektakl naprawdę starannie wyreżyserował Andrzeja Nejman, który gra także na zmianę z Pawłem Domagałą Fellowesa i jego bohater jest uroczym, będącym nieco slow-motion safandułą. Lucyna Malec (Dotty) jest wprost do zjedzenia, z wspomnianymi (nomen omen) sardynkami, zresztą -  świetni są wszyscy. 

 „Czego nie widać” jest koncertowo zagranym, nieprawdopodobnie zabawnym spektaklem o teatrze i jego magii, w sam raz do obejrzenia następnego dnia po Garderobianym. Tak, żeby nie zapominać, że jest na świecie miejsce i dla Szekspira i dla Frayna.