TEATR IM. BOGUSŁAWSKIEGO W KALISZU

 

2024, maj

CZERWONE NOSY

Peter Barnes

reż. Anna Wieczur

premiera 25 marca 2023

 

Mamy oto XIV wiek i zdziesiątkowaną przez dżumę Europę, mamy także ździebko nawiedzonego Ojca Flote (znakomity Jakub Łopatka), który nie mogąc pomóc ciałom swoich baranków, postanawia zaopiekować się ich duszami. Jego niosąca ludziom pociechę w czasach zarazy teatralna trupa coraz bardziej się rozrasta, do ojczulka dołączają typy dość niezwykłe - mający ambicje niestety recytatorskie jąkała, dwóch tancerzy z dwiema (w sumie) nogami, czy - ślepy – ale wyjątkowo wyraźnie widzący „oczami duszy” - żongler. Z takim zespołem klapa murowana, prawda?

Czerwone Nosy są zrealizowanym z rozmachem widowiskiem, z całym chyba kaliskim zespołem na scenie, piękną scenografią i kostiumami (Marta Śniosek-Masacz) i świetną muzyką Ignacego Zalewskiego. Choć to kawał spektakliszcza – 3 i pół godziny – w ogóle nie wiadomo, kiedy ten czas upływa. Rzecz jest wręcz matematycznie konsekwentna, każda scena i każde słowo buduje historię, wiadomo, po co się w spektaklu znalazły, niepodobna znaleźć choćby chwili „pustego przebiegu”. (Ta sztuka nazywa się reżyserią).

Pewnie przez kilka pierwszych miesięcy od premiery Czerwone Nosy były trochę o czym innym niż są dziś, ale w październiku ub. r. wiele spektakli zmieniło swoje sensy, bądź sens przestał w nich w ogóle występować. Dziś – choć naturalnie pozostaje wygłoszoną donośnym (a i niekiedy dość rubasznym) głosem krytyką kościoła, czy też kleru, i – szerzej – władzy, wydały mi się owe Czerwone Nosy przede wszystkim pewnego rodzaju (proszę o wybaczenie egzaltacji) wyznaniem wiary w teatr, nie tylko w jego moce uzdrawiające czy oczyszczające, ale i – magiczne.

Oglądamy mądre, świetnie zagrane, bardzo piękne przedstawienie, momentami - nieprawdopodobnie pocieszne, a chwilami - wyciskające łzy z oczu (ździebko się rozkleiłem przy przeobrażeniu się jąkały). Wraca na afisz dopiero w przyszłym sezonie – ale proszę polować. Koniecznie!

 

2024, kwiecień

WSZYSTKO DOBRE, CO SIĘ DOBRZE KOŃCZY

William Szekspir; dram. Ż. Żelisławski

reż. Szymon Kaczmarek

premiera 24 lutego 2024

 

Helena (bardzo dobra rola Malwiny Brych) zrobi wszystko, żeby posiąść Bertrama (Bartosz Cwaliński), w którym jest zakochana. Jej pomysł na postawienie ukochanego przed ołtarzem jest dość szalony, ale – jak się okazuje skuteczny. Może nie będę zdradzał szczegółów dość skomplikowanej intrygi, ale – zgodnie z tytułem – wszystko się dobrze skończy. Czyżby?

Do obojga naszych bohaterów niepodobna mieć ani krzty sympatii. Ona jest zdeterminowaną manipulantką, której miłość odebrała rozsądek, kobietą wzbudzającą lęk. On - może i przystojny, ale jednak nieciekawy, jak bowiem wielkie trzeba mieć w sobie pokłady pogardy, żeby nasikać na świeżo usypany ojcowski nagrobek? A co by się stało, gdyby zamienić role naszych bohaterów? Gdyby Helena była mężczyzną, to byłby… gwałcicielem? Mizoginem? Molestantem? Stalkerem? Maniakiem seksualnym? W najlepszym wypadku – świrem? 

Jak to się dzieje, że dziś w czasach przecież prawie idealnej równości pryzmaty ocen ludzi są tak wciąż zdeterminowane ich płcią?

Oglądamy zrealizowane z rozmachem widowisko z fantastycznymi kostiumami Marty Śniosek-Masacz, momentami - dość drastyczne (scena wyleczenia Króla przez Helenę wydaje się stosunkowo naturalistyczna), chwilami zabawne, ale to nie jest komedia; a momentami - poruszające, jak np. w scenie z wpadającym w pułapkę Parollesem (bardzo dobry Jakub Łopatka).  

 

2022, grudzień

ZŁY

Leopold Tyrmand

reż. Radosław Rychcik

premiera 16 grudnia 2022

 

Każde wystawienie Złego poza stolicą za sobą pewne ryzyko, bo ta powieść – piękny hołd oddany miastu – JEST przecież książką o Warszawie. Pokazany więc na innej szerokości geograficznej nie musi być przez widzów przyjęty entuzjastycznie, podobnie jak pewnego rodzaju egzotyką byłoby dla widzów stołecznych zagranie im tutejszej Prosny (spektaklu, nie rzeki). Jednak dzięki bardzo dobrej adaptacji kaliski spektakl nie ujął ni grama miłości Tyrmanda do Warszawy a widzowie obejrzeli po prostu świetny kryminał.

Historii opowiadać nie będę, bo Złego czytał każdy i przecież wielkiego kwantyfikatora nie nadużywam. Mamy adaptację dość wierną, choć oczywiście okrojoną, gdyż musiał reżyser historię szlachetnego zbira zmieścić w rozsądnym czasie scenicznym, a książka przecież rozmiarów jest słusznych. Z niespodzianek – to mogę napisać nie psując zabawy – Malwinę Brych widzimy w roli reportera Kubusia,  a zamiast Edwina Kolanko – mamy Edwinę. Skoro Konrad może być kobietą, to red. Kolanko tym bardziej, prawda? Ale scena z p. Prokurator była jednak ździebko spoza Tyrmanda, rozumiem, że to odwołanie do współczesności i licentia poetica, jednak coś ździebko zazgrzytało. I właściwie – to moja jedyna uwaga do tego z rozmachem przygotowanego spektaklu (brawa dla Łukasza Błażejewskiego za kostiumy i scenografię).

Trudno wyróżnić kogokolwiek z obsady - kaliski Zły jest bowiem dziełem ze wszech miar zbiorowym, z rolami właściwie równorzędnymi, a  na scenie oglądamy cały zespół Bogusławskiego, wyraźnie dodajmy kontent z możliwości uczestnictwa w tej teatralnej podróży w czasie.

 
2022, wrzesień
IDZIE SKACZĄC PO GÓRACH
Jerzy Andrzejewski
reż. Igor Gorzkowski
premiera 30 września 2022

Nie będę ukrywał, jestem miłośnikiem twórczości Jerzego Andrzejewskiego, pewnie także dlatego 
wciągnąłem się więc w tę historię od samego początku i w całości. Wnioski zeń takie, że z pozornie ateatralnego tekstu powstało przedstawienie mądre i jakoś tak po ludzku ciepłe – o sztuce, o cenie, jaką się płaci za…, o wierności (głównie sobie), o wyobraźni, o mitach, czy – o starości i młodości, choć o tym paradoksalnie najmniej. Wiaterku dwuznaczności, jaki powiał z kameralnej sceny Bogusławskiego, sam autor pokazać lepiej by chyba nie umiał, siła tego spektaklu tkwi bowiem właśnie w niedopowiedzeniach, w takim szepcie, a przecież można było - i dopowiedzieć i rozebrać i postawić kropkę i to wciąż JAKOŚ byłby Andrzejewski. Szczęśliwie Igor Gorzkowski podszedł do materii z pewną czułością, mamy więc uniwersalną refleksję o życiu i mechanizmach nim rządzących, oraz - o sztuce, bez której tegoż życia nie ma.
Stojący już nad grobem wybitny malarz Antoni poznaje na plaży młodego artystę (Karol Biskup) z narzeczoną (Malwina Brych). Proponuje im zamieszkanie w należącej do niego willi. To układ – czy przysługa? Antoni, mizantrop, zgadza się też na wywiad, który ma z nim przeprowadzić młody dziennikarz (bardzo dobry Błażej Stenzel), wygląda bowiem na to, że zafascynował się tym młodym mężczyzną. Czyżby?
Antoniego zagrał obchodzący 50-lecie pracy artystycznej Lech Wierzbowski, okolicznościowe sto lat na premierze wyszło i bezpretensjonalnie i wzruszająco, trochę tak, jakby to była jeszcze jedna scena z tego bardzo dobrego przedstawienia.
 

2020, grudzień

TRANSFUGIUM

Olga Tokarczuk, opr. Krzysztof Rekowski

reż. Krzysztof Rekowski

premiera 14 kwietnia 2019

 Renata, znużona dotychczasowym życiem, postanawia zostać wilkiem czy też wilczycą. Zjawia się więc w tytułowej klinice, gdzie nastąpi jej transfugacja. Przed przeistoczeniem bohaterkę odwiedza rodzina, która nie jest zadowolona z decyzji podjętej przez wspomnianą, a najmniej – syn, który ze złości biega po scenie i bardzo głośno wykrzykuje brzydkie wyrazy. Pan doktor próbuje zrozumieć postawy odwiedzających serwując zdania, które swoją mocą wbijają w fotel, np. ”emocje są prawdziwe, nieprawdziwe mogą być ich przyczyny”. Renata istotnie zostaje wilczycą, przygarnia ją wataha (której rozmowa była tłumaczona w napisach na polski), gdyż – uzasadniają wilki - jako nowa w tej skórze sama nie przeżyłaby zimy. Kurtyna.

No błagam.

 
2020, październik

PROSNA. KRYMINAŁ MUZYCZNY

Michał Chludziński, Łukasz Czuj
reż. Łukasz Czuj
prapremiera 24 października 2020
Bohaterem tego musicalu jest nieistniejący ekskluzywny niegdyś hotel Prosna i – mówiąc najkrócej - ludzie z nim związani: lokalny bandzior, prostytutki, oszuści, sekretarz partii, dziennikarz, mamy także - zgodnie z tytułem – historię kryminalną, jest trup, jest śledztwo, a kto zabił – tego nie zdradzę, bo w przypadku kryminału byłoby to spojlerowanie mocno nieuczciwe, a ponadto – tutaj to wszystko nie jest... aż tak bardzo proste. Chociaż – może lepiej napisać, że bohaterem tego musicalu jest Historia, która lubi być pisana na nowo, z której świat wybiera tylko to, co wygodne, która – jakkolwiek to zabrzmi – lubi się powtarzać. Więc nieznoszących nostalgii informuję, że kaliski spektakl jest o tym, co tu i teraz, z odniesieniami do współczesności, które zwykle w teatrze wybrzmiewają jak tania publicystyka, w tym wypadku jednak proszę się nie lękać, bowiem libretto napisano z talentem, pewną lekkością i szacunkiem dla inteligencji także bardziej wymagającego widza.
Mam jednak do tego spektaklu jedną uwagę, kilkadziesiąt pierwszych minut jest po prostu słabych, coś nie zadziałało, aktorzy byli jakby z boku, może to stres premiery, może świadomość, że rękawica jest naprawdę ciężka, a zespół nienawykły do grania musicali jednak ją podnosi. Aż tu nagle rozbrzmiewa fantastycznie napisany i świetnie pokazany song Sekretarza o śpiącym Jabłońskim, potem song Kobylaka czy o wylanej Prośnie, i - jakbyśmy się przenieśli do zupełnie innej, dużo lepszej rzeczywistości.

Akt drugi był energetyczny, przebojowy, ze świetnym finałem – a raczej finałami, bo naliczyłem ich kilka, co akurat w tym wypadku mi nie przeszkadzało, bo rewelacyjnie zaśpiewaną Bella Ciao twórcy jakby antycypowali najbliższe wydarzenia w kraju.

 
2019, kwiecień, 39. Warszawskie Spotkania Teatralne
7 MINUT

David Desola

Reż. Adam Biernacki

Premiera 4 listopada 2018 

Ostatni tydzień Bezana (Maciej Grzybowski) w pracy, po 30 latach w magazynie odchodzi na emeryturę. Na przeszkolenie przychodzi jego następca, młody chłopak Fok - cóż to za imię? (Jakub Łopatka) i jesteśmy świadkami – powiedzmy – przekazywania obowiązków. Jak się okaże magazyn ów ma pewne tajemnice…

Wydaje mi się, że czytanie tego tekstu tylko jako zderzenia „młodego ze starym” mocno go zubaża i jednak czyni trochę efekciarskim. Dlatego te różne światy naszych bohaterów są jedynie pretekstem, do opowieści o… atawizmach, o przyzwyczajeniach, niekiedy mało sensowych, ale jednak nieusuwalnych; o ceremoniach, których istnienie trudno wytłumaczyć, a bez których byłoby pusto, także - o tych, co zmieniają świat i tych, co się doń dostosowują.

To jest spektakl także o naszej codzienności, o naszych pracach, często nawet w galopującym kapitalizmie bezsensowych i niepłodnych, które jednak wykonujemy, bo „jakoś trzeba żyć”, bo „jest jak jest”. I mimo tego jakoś próbujemy być szczęśliwi, co niekiedy wychodzi, a niekiedy nie. Może po prostu trzeba zamknąć oczy i robić swoje? Tak jak mrówki, ten trzeci bohater przedstawienia?

No może.

 

2017, wrzesień

NOCE I DNIE (TOM VI: NIE WIEM, O CZYM JEST JUTRO)

na podstawie Marii Dąbrowskiej

reż. Sebastian Majewski

premiera 8 kwietnia 2017

Barbara Niechcic - tak po ludzku - potrzebowała w alkowie dawki solidnego mocnego seksu. Niestety, najbardziej zainteresowany, czyli Bogumił – nigdy się o tym nie dowiedział, gdyż nie zdradziła mu tego pragnienia. I był łagodny jak baranek, można sobie wyobrazić, że jakoś nieledwie poetycko spłodził czwórkę młodych Niechciców. Nie doszukamy się na szczęście analizy i skutków freudowskiej frustracji u Barbary, bo kaliski spektakl najbardziej jest o tym, że na całe nasze życie ma wpływ to, co mówimy, ale także -  to, co przed światem i najbliższymi ukrywamy. 

Wydaje się, że jednym z głównych bohaterów przedstawienia są nenufary. Właściwie nie znikają ze sceny, pojawiają się na weselu, na pogrzebie, przy zaręczynach. Po prostu są. Tak, jakby tylko one wiedziały, co będzie i o czym będzie jutro – nieco w nawiązaniu do podtytułu spektaklu. Jakby zawsze tej biednej Barbarze (ale i Bogumiłowi) przypominały o ich niespełnieniu, o niewykorzystanych szansach i możliwościach. 

Nieco bezczelne pokazanie pięciotomowej historii Niechciców w ciągu dwóch godzin spektaklu jest czymś bardzo brawurowym. Ale i Sebastianowi Majewskiemu i Tomaszowi Jękotowi udało się to i z wdziękiem, i z szacunkiem do powieści. 

Zainteresowanym licealistom radzę jednak przeczytać oryginał, bo po pierwsze – to piękna książka, a po drugie – panie polonistki lubią pytać o chwast, z jakim walczyli Niechcicowie. 

A to napomknienie zaledwie o perzu może umknąć.

 

2017, kwiecień - 37. Warszawskie Spotkania Teatralne

NAJGORSZY CZŁOWIEK NA ŚWIECIE

na podst. Małgorzaty Halber

reż. Anna Smolar

premiera listopad 2016

Po obejrzeniu tego spektaklu obiecałem sobie, że już nigdy nie będę czytał recenzji przed zobaczeniem przedstawienia. Bo przeczytałem, poukładałem sobie w głowie – czyli nastawiłem się, a potem odnosiłem dojmujące wrażenie, że pomyliłem w Dramatycznym sale i wylądowałem na czymś innym.

Nie jest to bowiem rzecz – jak pisano – o kobiecym alkoholizmie, czy też o tabu z nim związanym. A w ogóle to jest jakieś tabu? Najgorszy człowiek na świecie bowiem jest spektaklem o niemożności wystawienia spektaklu o kobiecym alkoholizmie, a to zupełnie co innego. 

Anna Smolar książkę Małgorzaty Halber potraktowała tylko jako bazę, wiele kwestii aktorzy improwizowali. Niestety, było to widać, choćby - niemrawa rozmowa z widzami o skojarzeniach była zdecydowanie za długa, jakby aktorka wahała się ją skończyć czy też doprowadzić do puenty. 

Uwag mam więcej, ale co innego istotne - wszystko to spłynęło po mnie jak po kaczce, ani nie obeszło, ani nie zdenerwowało, ani zirytowało. Z ulgą jedynie odnotowałem fakt, że spektakl skończył się 10 minut przed czasem.