TEATR ŁAŹNIA NOWA

 

2020, grudzień, koprodukcja z Nowym Teatrem w Warszawie, Festiwal Boska Komedia

POWRÓT DO REIMS

Beniamin Bukowski na podstawie D. Eribona

reż. Katarzyna Kalwat

premiera 9 grudnia 2020

 

Motto: „Napisałem Powrót do Reims, żeby przeczytać Powrót do Reims, żeby dowiedzieć się, kim jestem”.

 

Wywiad i redaktorzy go przeprowadzający nie zostali stworzeni na potrzeby tego spektaklu. To tylko kalka, zresztą bez większych przerysowań, to przykry obraz tzw. elity intelektualnej. Przepełnionej zachwytem nad sobą, przeegzaltowanej, przeintelektualizowanej, zamkniętej hermetycznie w swojej bańce, przejętej cudem własnego istnienia na świecie, i - last but not least - w ogóle nie zainteresowani kimkolwiek i czymkolwiek innym. Poza – naturalnie – sobą.

W roli dziennikarzy – Marta Malikowska i Yacine Zmit, oboje cudowni, pytanie, jak profesor odkrył w sobie homoiskierkę wydało mi się jakby wzięte ze słynnego koszalińskiego wywiadu z Wojciechem Waglewskim. Głównym jednak bohaterem tego spektaklu był rewelacyjny Jacek Poniedziałek, mogę sobie tylko wyobrazić, jak trudna była rola Eribona, w której musiał milczeć i więcej odcinać niż dodawać, zupełnie a rebour (uhm)  niż na rodzimej scenie.

Tylu zachwytów i jednocześnie tylu powieszonych psów nad spektaklem dawno nie słyszałem, spotkałem widzów mocno tym przedstawieniem zdenerwowanych, niektórych... bardzo. Znaczy – zadziałało.

Olśniewające.

 

2020, grudzień, Festiwal Boska Komedia

AUTOBIOGRAFIA NA WSZELKI WYPADEK

Michał Buszewicz

reż. Michał Buszewicz

premiera 6 grudnia 2020 

Najpierw byłem nieco zdezorientowany, bo podmiot liryczny istotnie okazał się autorem, można mieć wrażenie, że jakby ździebko jeszcze za młodym na inscenizację autobiografii, przepraszam za pewną taką protekcjonalność. Za chwilę jednak mój sui generis oburzyzm został ze sceny wyśmiany, ach – żachnąłem się teatralnie - czyli ta zabawa będzie na waszych warunkach... no dobrze. I oglądałem już bez skonfundowania a z frenezją, zresztą rosnącą z każdą kolejną sceną.

Bo ten na poły ekshibicjonistyczny spektakl wydał mi się przede wszystkim (jakkolwiek to zabrzmi) hołdem złożonym teatrowi, jednak emanacją radości faktu, że można dlań tworzyć, można w nim być, spotkać tutaj tak samo wrażliwych ludzi, opowiadać im o najbardziej fantastycznych światach, jakie tylko przyjdą do głowy czy - wyspowiadać się szczerze ze swojego prawdziwego życia. Można też wszystko ze sobą pomieszać i poplątać, dodać do akcji garść faktów z życia rodziców i dziadków, a aktorzy zagrają to tak, że publiczność nawet się nie zorientuje, że ma do czynienia z wytworem wyobraźni i talentu dramaturga, cóż – cierpiącego troszkę z powodu poczucia upływającego czasu, żałującego nienapisanych z lenistwa albo braku weny tekstów, tęskniącego się za miłościami, które przegapił, czy nieumiejącego zapomnieć o epizodzie, który doprowadził go do przychodni na Chmielną. A ile w tych zwierzeniach prawdy? I czy to w ogóle ważne?

Spektakl jest istotnie nieco bezczelny i megalomański, ale także - znakomicie napisany, inteligentny, przewrotny, autoironiczny, wzruszający - i cóż – mądry. Wspomniany już podmiot liryczny objawia nam się poprzez postacie trzech panów porządkujących sprawy i rzeczy po jego zmarłej osobie (sic), Tomasz Cymerman, Daniel Dobosz i Konrad Wosik są fantastyczni, widać, ile katorżniczej pracy - wraz z reżyserem - włożyli w ten tylko z pozoru prościutki spektakl.

P.S. Muzyka – Baasch.

 

2019, grudzień

MATERIAŁY DO MEDEI

na podstawie H. Müllera
reż. Jakub Porcari

premiera 25 października 2019 

Z nadziejami i niecierpliwością zabłądziłem przed tym spektaklem, bo bramka przy boisku była zamknięta a płot wysoki i trzeba było iść jakoś naokoło, a tu o 19 pusto, strach, Nowa Huta…

A niecierpliwie – bo p. Sandrę Korzeniak uważam za aktorkę wybitną, niesłychanie utalentowaną, osobną, trudno klasyfikowalną, jeśli w ogóle. Cóż, pewnie nie tylko ja. A – z nadziejami – na to, że Medea będzie – owszem - miała twarz p. Sandry, ale i jej nie będzie miała, że ten bardzo trudny tekst obejdzie mnie bardziej niż do tego świadomie dopuszczę, że rozgrzeszę (sic!) Medeę z jej czynów, bo przecież miałem ją oglądać (podglądać może) nie kiedy zabija swoje dzieci, a podczas codziennych rytuałów, szczotka do włosów, kosmetyki, makijaż może zbyt ostentacyjnie robiony, może żeby zakryć coś więcej, co?

Okrucieństwo, nienawiść, chorą złość, to wszystko p. Sandra zagrała w punkt, milimetr w „tę” lub w „tamtą” stronę trąciłby fałszem, widać pracę włożoną w to przedstawienie i przez reżysera i aktorkę, najbardziej chyba w części, gdy Medea zmienia się w Jazona. Zaskoczenia jednak – niestety - nie było.

Taką Sandrę Korzeniak już znam.

 

2018, grudzień, 11. Międzynarodowy Festiwal Teatralny Boska Komedia

KONFORMISTA 2029

Alberto Moravia, adapt. M. Pakuła

reż. Bartosz Szydłowski

premiera 20 kwietnia 2018

Mamy rok 2029 i świat, którego dziś się boimy (jak sądzę), świat całkowicie opanowany przez ideologię, co się przyjmuje z dobrodziejstwem inwentarza, bez najmniejszych protestów. I w tym świecie Marcel Klerykoski (fantastyczna rola Szymona Czackiego) próbuje normalnie funkcjonować, chce – jak każdy - być potrzebny. Nie jest jakoś do owej ideologii przywiązany, no ale skoro właśnie ona nadaje ton życiu, więc tak trzeba żyć. Zabić profesora? No problem, zabije. Misja w Paryżu? No jasne, to przy okazji weźmie romantyczny ślub (świetna w roli żony Anna Paruszyńska). Słowem – Marcel taki facet, który nie wiadomo, co myśli, któremu wszystko jedno, który – przekręcając trochę Kisiela – nawet nie wie, że jest w dupie, ale próbuje się tam urządzać.

Świetny, rewelacyjnie zagrany i – trafny niestety – spektakl polityczny, może utopia, może wizja, a z pewnością – próba pokazania tego, że chcemy tego czy nie – wszystko jest polityką i że od polityki ucieczki nie ma, co oczywiście ma swoją cenę. Konformista zahacza o groteskę, np. cudownie zabawne są sceny Marcela z Orlandem, jego oficerem prowadzącym z Chicago, ale śmiech ten w którymś momencie grzęźnie, robi się zupełnie niewesoło, ta wizja jednak wywołuje strach…

Czy jest zatem ratunek? Quadri ustami Krzysztofa Globisza daje Barańczakiem jakąś nadzieję. Nikłą, ale jednak.

Zdecydowanie zasłużone Grand Prix dla Szymona Czackiego za najlepszą rolę męską Festiwalu.

 

2018, grudzień, 11. Międzynarodowy Festiwal Teatralny Boska Komedia

WAŁĘSA W KOLONOS

Jakub Roszkowski

reż. Bartosz Szydłowski

premiera 8 września 2018

Postać Lecha Wałęsy (fantastyczny Jerzy Stuhr) jest w tym spektaklu jedynie pretekstem, żeby zastanowić się nad znaczeniem mitów w naszym życiu. Czym i kim byliby Grecy bez swojej mitologii? Jak to możliwe, że czcili bogów, którzy mieli – mówiąc delikatnie – poważne skazy w swoim życiorysie? Przecież Dejanira mogła wyprać w czymś innym koszulę dla Heraklesa… Wszak Parys mógł być gejem. No ale mity przetrwał w formie, jaką znamy dziś, i nikt sobie nie wyobraża, żeby było inaczej. A jednak – gdyby było? A kim bylibyśmy my, Polacy, bez mitów naszych?

Nie ma chyba nikogo obojętnego wobec postaci (no i mitu) Lecha Wałęsy, ta nasza zasklepiona i przecież niezmienna o nim opinia, jest też częścią innych polskich postaw – pogardy, nienawiści, źle pojętej wspólnoty opartej na zawiści i destrukcji, obojętności – w najlepszym wypadku. Tę sytuację wpisał Bartosz Szydłowski w antyczną opowieść o starzejącym się Edypie, który przybywa dożyć swoich dni w Kolonos. A na scenie, obok Edypa/Wałęsy, także jeżdżący na hulajnodze Polinejkes, przebiegły Kreon, kupujący – dosłownie – poparcie chóru, czy nijaki Tezeusz. Każdy z nich chce przy Edypie uszczknąć coś dla siebie. Skądś to znamy?

A Wałęsa, jak to Wałęsa, z krzywo przypięta Matką Boską, siada sobie na taboreciku i niespiesznie naprawia radyjko, patrząc na to wszystko z takim jakby uśmieszkiem, trochę jakby wiedział, jak i czym to wszystko się skończy. 

 

2017, marzec - Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi

WSZYSTKO O MOJEJ MATCE

Tomasz Śpiewak

reż. Michał Borczuch

premiera 22 kwietnia 2016

Tym razem na łódzkim festiwalu – sztuka „nieprzyjemna”. Choć, gdyby się tak zastanowić głębiej? 

Wszystko o mojej matce jest projektem (nośne słowo) zaprzyjaźnionych ze sobą artystów – reżysera Michała Borczucha i aktora Krzysztofa Zarzeckiego. Obaj urodzili się w tym samym roku, obaj mają na drugie imię Karol – łatwo więc zgadnąć, z którego są rocznika. I obaj są półsierotami, ich mamy zmarły na raka, kiedy Michał był dzieckiem, a Krzysztof – maturzystą. 

Jednak wbrew tytułowi to przedstawienie jest nie o matkach, ale - o pamięci. O tym, że wbrew naszej woli zmienia obrazy tego co było w to, co mogłoby być, upiększa brzydką, ale minioną codzienność, że ci, których kochaliśmy, zostają w naszej pamięci wcale nie takimi jakimi byli, ale takimi, jakimi chcielibyśmy, żeby byli. To także rzecz o zwyczajności życia i tego w fabryce kosmetyków i tego w teatrze, i o zwyczajności choroby i śmierci. Od razu mówię – nie spodziewajcie się elegijnego spektaklu o tęsknocie i bezwarunkowej miłości dziecka do matki, są tam także sceny, które mogą dość mocno skonsternować i wbić w fotel, a monolog kończący spektakl - prawie wyciska łzy.

Przedsięwzięcie ryzykowne, bo można było popaść w tanią łzawość. Ale myślę sobie, że mamy obu panów pewnie za każdym razem mają niezłą bekę, kiedy skądś tam z góry patrzą na scenę. Bo miało być o matkach i kobietach, a wyszło o mężczyznach. I o naszej męskiej nieumiejętności radzenia sobie z odchodzeniem, ze stratą i ze śmiercią.