Sezon 2020/2021

 
 
Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu
PRZEWODNIK DLA LEWICY O PRAWICY

Marcin Napiórkowski, Katarzyna Szyngiera reż. Katarzyna Szyngiera

premiera 17 kwietnia 2021

Wysłuchałem uważnie, zgodnie z apelem. Argumenty prawicy były niekiedy zupełnie sensowne, ale ich zderzenie z również czasem sensownymi lewicowymi wyszło niestety trywialnie. Powód był taki, że oglądane przeze mnie postaci były totalnie papierowe, a język, jakim się posługują – tak egzaltowany, że aż irytujący. Wiem, że były to „głosy prawdziwych ludzi”, ale czy dramaturg naprawdę nie słyszał, jak sztucznie brzmiały w ustach aktorów cytaty z przeprowadzonych wywiadów? Z niedowierzaniem oglądałem ciekawą skądinąd rozmowę znanych publicystów, rodziców pięciorga dzieci o „dziecioróbstwie”. Czy koturnowość tej pogawędki była próbą ośmieszenia bohaterów? Najwyraźniej.

Zastanawiam się, po co ten spektakl powstał, co – mianowicie - chcieli mi twórcy opowiedzieć, czego bym już nie wiedział, oglądając od czasu do czasu tv i przeglądając Internet?

Po co miałbym pójść do teatru? Żeby się dowiedzieć, że jesteśmy – „my, naród” - podzieleni? Że nie rozmawiamy ze sobą? Że żyjemy w swoich bańkach i że każdy ma swoją rację i nie przyjmuje racji innych?

No błagam.

 
Teatr Mały w Tychach
MAGNETYZM SIECI, CZYLI ALEKSANDRA FREDRY „ŚLUBY PANIEŃSKIE”

Aleksander Fredro

reż. Paweł Drzewiecki

premiera 28 marca 2021

Żeby była jasność – także uważam, że teatr bez żywego widza nie ma sensu. Ale – przepraszam za banał - czasy są wyjątkowe, więc i teatr powinien choćby próbować na wyzwania tychże czasów odpowiedzieć. Tyski teatr odpowiedział w punkt, ten spektakl jest dowodem na to, że wystarczy chęć i dobry pomysł, a pomysłem na Śluby – były WŁAŚNIE ograniczenia epidemiczne.

Otrzymujemy zrobiony za przysłowiowe 5 złotych (gdyby nie kostiumy – byłoby 3 zł), świetnie nagłośniony, dynamicznie zmontowany i brawurowo (przez zooma!) zagrany spektakl, który po prostu znakomicie się ogląda. Fredro – jak wiemy - jest najsroższym sprawdzianem warsztatu dla aktorów (jedenastozgłoskowiec, jedno zająknięcie i mamy katastrofę), w ustach tyskiej obsady ta słynna „fraza fredrowska” brzmiała fantastycznie, słuchało się tego jak zupełnie współczesnej, delikatnie tylko stylizowanej opowieści o kaprysach młodości, o dziewczyńskich tajemnicach i o tym, jak jedno „kocham” z chłopca czyni mężczyznę, naturalnie w pewnym uproszczeniu mówiąc.

Można? Można!

 
Teatr Słowackiego w Krakowie
TYSIĄC NOCY I JEDNA. SZEHEREZADA 1979        

Magda Fertacz
reż. Wojciech Faruga

premiera 26 marca 2021

Iran 1979 roku jest tylko pretekstem, żeby opowiedzieć historię zupełnie współczesną o śpiącym rozumie i zbudzonych demonach. O tym, co się dzieje, gdy papież zostaje prezydentem (niezwykle trafne słowa reżysera). O rewolucji, która jednym przynosi wybawienie, skazując na śmierć i tortury innych, i o tym – że te śmierci to poszczególni ludzie, czyiś synowie, kochankowie, nauczyciele; o wyrokach, od których nie ma do kogo się odwołać, czy o torturach za czytanie niewłaściwych książek…

Chciałbym uniknąć publicystyki, ale przecież nasz najbliższy sąsiad przeżywa dziś właściwie dokładnie to samo, co Iran 40 lat temu. To się dzieje tu, teraz, za naszym węgłem, z podobnymi w sumie sztandarami. Czy Oriana Fallaci zdecydowałaby się dziś na wywiad z Łukaszenką? Czy spytałaby o te gwałcone w więzieniach dzieciaki, o tych wszystkich ginących bez wieści, tak jak odważyła się zdjąć hidżab w obecności Chomeiniego i wtedy pytać go o masowe egzekucje i na winnych i na przypadkowych? Bardziej niż kiedykolwiek dziś Oriany Fallaci brakuje, jej odwagi i nieznoszącego sprzeciwu głosu w obronie ludzi chcących żyć normalnym życiem, tak – po prostu.

Byłem w Iranie, dwukrotnie, dla turysty nieznającego perskiego podróż po tym kraju jest dużym wyzwaniem, bo znalezienie kogokolwiek mówiącego w jakimkolwiek zachodnim języku jest bardzo ale to bardzo trudne, i to także pokłosie rewolucji. Oczywiście jest tam i alkohol i narkotyki i seks pozamałżeński i gejowski i wszystko, co chcesz, a za co (teoretycznie) idzie się na szubienicę. Coś ta rewolucja niespecjalnie się udała, podwójne życie toczy się w Iranie jak nigdzie chyba indziej na świecie. Tylko ofiary, o których niekiedy słyszymy, są niestety prawdziwe, choćby ci zapaśnicy, dwudziestokilkulatkowie skazani i straceni za rzekome morderstwa, a tak naprawdę – za udział w antyrządowych protestach.

Spektakl poruszający, znakomicie przez Magdę Fertacz napisany, z kilkoma bardzo pięknymi scenami i z budzącym grozę Andrzejem Grabowskim w roli Chomeiniego.
 
ONKO

Weronika Szczawińska, Sebastian Pawlak

dram. Piotr Wawer Jr

reż. Weronika Szczawińska

premiera 21 marca 2021

Mamy oto bohaterkę, tak się złożyło, że jest nią reżyserka. Mamy i bohatera – jest nim aktor się weń wcielający. Taka sytuacja jest bardzo delikatna, gdzieś tam daje okazję do przekraczanie rozmaitych granic, co może być ryzykowne, ale po co mi teatr, który ich nie przekracza, prawda? I faktycznie, Onko wydało mi stąpaniem po bardziej cienkiej linii, za którą jest strefa intymności, wkraczanie do której jest dla mnie osobiście jakoś niesłychanie krępujące. Bohaterka (głównie ustami bohatera) opowiada nam o życiu z chorobą, o bolesnych kontaktach z SYSTEM służby zdrowia, o reakcjach otoczenia na jej chorobę i na skutki leczenia; bohater z kolei - o swoich początkach w zawodzie, o ścieżce zawodowej (wybaczcie korporacyjne sformułowanie), po której się piął, a która była najeżona kolcami – ujmijmy to delikatnie, bo w aktorstwie jest i piękno i magia, ale zdarzają się i lekceważenie i upokorzenie, i - głęboka niesprawiedliwość.  Co łączy tych oboje?

To nie jest wbrew pozorom spektakl terapeutyczny, choć – w sumie - i tak można go oglądać jeśli ktoś chce, to nie jest rzecz o raku ani o przemocowych sytuacjach w teatrze (tutaj autorzy się - niezamierzenie zapewne - ale idealnie „wstrzelili” w dyskusję na ten temat), a o tym – jak sądzę - że i rak i bycie ofiarą przemocy - mogą być czymś dobrym, jakkolwiek to zabrzmi - dać nową perspektywę, nowe życie.
Ale zupełnie nie uwierzyłbym w ów morał, gdyby tę historię opowiedział mi ktoś, kto tego nie przeżył. Było więc w tej transgresji coś bardzo osobistego, odważnego, wciągającego, poruszającego, zabawnego i - zachwycającego. Bardzo mnie ta opowieść obeszła.
 
Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu
PILNIE KUPIĘ BIOGRAFIĘ

pilgrim/majewski

reż. Krzysztof Popiołek

premiera 19 marca 2021

Mamy oto kameralne przedsięwzięcie o – mówiąc najkrócej - wałbrzyskiej porcelanie, a raczej o kobietach pracujących w trzech miejscowych fabrykach owego „białego złota”. Spektakl fantastycznie rozpoczyna się śląską godką debiutującego na tej scenie Mikołaja Krzeszowca, która to opowieść kończy się koniecznością wstawienia zęba wybitego podczas gry w piłkę. Ząb będzie z porcelany, a porcelana - z Wałbrzycha. I mamy zatem piękne wprowadzenie, niestety, ciąg dalszy tej opowieści już trochę dezorientował.

Prawdopodobnie spektakl miał mieć przede wszystkim walor edukacyjny, i istotnie – ciekawa była opowieść o strajkach z 1980 roku czy - monolog wypalarki z Krzysztofa (jedna z fabryk), a całkiem zabawna - anegdotą o przerabianiu napisów na gotowych już wyrobach. A teatralnie – najefektowniejszą sceną tego przedsięwzięcia wydało mi się finałowe rzucanie talerzami z wściekłej bezradności, i istotnie miało ono walor widowiskowości (jak to rzucanie talerzami), ale wściekłości niestety nie było tam jak na lekarstwo, wyczułem, że coś nie zadziałało.

Ciekawe, że wałbrzyski spektakl jest właściwie o tym samym, co łódzki (Tango Łódź), i ciekawe, że obejrzałem oba tego samego dnia, pozwolę sobie także na tę samą uwagę - otóż pewien jestem, że wałbrzyszanie zobaczyli na ekranach coś znacznie więcej niż ja. Albo coś innego. Cytując Boya – zabrakło tu trochę „tajemniczego dotknięcia Sztuki”, dzięki któremu Wałbrzych stałby się także MOIM miastem.
 

Teatr Collegium Nobilium

PRAWIEK I INNE CZASY
Olga Tokarczuk
adapt. i reż. Anna Sroka-Hryń
premiera 19 marca 2021
Anna Sroka-Hryń wraz ze studentami IV roku ATM i z zespołem zrealizowała nie tylko znakomity dyplom, ale i jeden z najlepszych spektakli tego sezonu. Przedstawienie jest wciągające, poruszające i mądre, wychodzi się po tych prawie czterech godzinach zupełnie bez poczucia czasu spędzonego na widowni, wybaczcie egzaltację - niemal na skrzydłach.
Aktorzy, cała trzynastka, są fantastycznie utalentowani, nawet niepodobna kogokolwiek wyróżnić. Widać, ile katorżniczej pracy w to przedstawienie zostało włożone, i widać tej pracy wspaniałe efekty – nie tylko znakomite aktorstwo i śpiew, ale i - choreografia, muzyka, światło, kostiumy, świetna adaptacja, słowem - wszystko. W normalnych czasach spektakl mógłby zarabiać fortunę i nie schodzić latami z afisza. Choć – gdyby nie zaraza – czy właśnie TAKI by powstał? Ciekawe.
Może nie będę pisał, o czym Prawiek jest, kto zna książkę, zaskoczony nie będzie. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie dałoby się tekstu choć minimalnie skrócić, ale – nie.

W tym wypadku skrócenie oznaczałoby zubożenie, a nie wzbogacenie, każda chwila tego spektaklu jest przemyślana i każda wydała mi się potrzebna, zaś scena z arcydzięglem jest jedną z najpiękniejszych scen erotycznych, jakie można zobaczyć we współczesnym polskim teatrze.

To jest bardzo piękny spektakl, gratuluję!

 
Teatr Narodowy
ŚNIEG

Stanisław Przybyszewski

reż. Anna Gryszkówna

premiera 19 marca 2021

To ładny spektakl.

Z pięknym światłem, muzyką, scenografią, kostiumami i - dobrym aktorstwem. Trudno jednak zgadnąć, dlaczego Anna Gryszkówna sięgnęła po ten zakurzony dramat, niespecjalnie cośkolwiek ciekawego dziś z tego tekstu wynika, ale mimo to oglądnąłem (regionalizm, dopuszczalne) z przyjemnością, gdyż – jako się rzekło – to ładny spektakl.

O tym mianowicie, że mężczyźni wolą zołzy i że Bronia (Dominika Kluźniak), która zołzą nie jest, w sumie postawiła się na pozycji straconej, wiedziała, zobaczywszy Ewę, że Tadeusza (Oskar Hamerski) straci, gdyż – jak wspomnieliśmy – mężczyźni wolą zołzy. Akurat Ewa (Patrycja Soliman) nie jest zołzą jakąś odrażającą, raczej całkiem przyjemną, a do tego - znakomitą architektką wnętrz, Tadeusz raczył urządzenie jej mieszkania skopiować w swoim, która to zbieżność w którymś momencie wywołała daleko idącą konfuzję. Jest jeszcze brat Tadeusza, Kazimierz (Henryk Simon), który wyznaje Bronce miłość, ta Kazika umizgi odrzuca, bo „chce kochać naprawdę” i oboje idą się oboje na końcu zabić, co jest sensownym wyjściem z tej okropnej sytuacji, ale nie wiadomo czy do zgonu dochodzi, gdyż ich wyjście w siną dal ma charakter metaforyczny. Wiadomo natomiast, że w tym czasie ex-kochankowie zupełnie niemetaforycznie spacerują w pobliskim ogrodzie. Makrynę gra Masza Wągrocka i jej obecność, Makryny, nie p. Maszy oczywiście, nadaje całości nutkę oniryczną, zaś wielokrotnie przywoływany przez bohaterów tytułowy śnieg – symboliczną.

Słyszałem w foyer głosy zachwytu, że - o miłości i że takie szlachetne i że ładne. Tak, to ładny spektakl, troszkę jednak zakurzony i dziś jednak nieco naiwny, ufam więc, że p. Przybyszewski wybaczy, że ździebko sobie z niego dworuję.
 

Teatr Jaracza w Łodzie

WOJNA NA TRZECIM PIĘTRZE

Pavel Kohout

opieka reż. Marcin Hycnar

premiera 18 marca 2021

Jest druga w nocy, mecenas Emil Blaha wraz ze ślubną małżonką zażywają snu. Ich odpoczynek zostaje jednak przerwany, oto do mieszkania wchodzi listonosz z wezwaniem do wojska. To dopiero początek problemów mecenasa, choć powiedzieć o następujących później wydarzeniach per „problemy” to tak jakby nic nie powiedzieć…

Jest i straszno i smieszno, wszystko - jak to się mawia – zostało podlane kafkowskim sosem, obserwujemy wydarzenia owszem - absurdalne, ale czy aż tak nieprawdopodobne? Wojna napisana przez Kohouta w roku 1970 robi wrażenie, jakby wyszła spod pióra dramaturga wczoraj może dlatego, że choć napisana o władzy totalitarnej, to jednak przede wszystkim o władzy – a ta zawsze JAKAŚ jest? I zawsze ma jakieś zakusy? Może.

Ten uroczy (choć nie wiem, czy to właściwy w tym przypadku przymiotnik) drobiazg od Jaracza zobaczyłem na moment dosłownie przed kolejnym lockdownem. Świetny Mariusz Witkowski w roli Blahy i fantastyczna robota działu technicznego teatru, proszę jednak osobiście przekonać się – dlaczego, niechaj widza nie zwiedzie grzeczna i nieskomplikowana z pozoru scenografia mieszczańskiej sypialni państwa Blahów...
 
Teatr Baza
SZKLANA MENAŻERIA

Tennessee Williams

reż. Tomasz Zadróżny

premiera 13 marca 2021

Znów widziałem dobry spektakl w Bazie. Tym razem aktorzy wzięli na warsztat klasykę amerykańską, kameralny spektakl Williamsa idealnie nadaje się także na maleńką scenę Bazy, mamy oto mieszkanie Amandy, w którym mieszka z dwojgiem dorosłych dzieci, do trójki naszych bohaterów dołącza przyjaciel Toma – Jerry.

Może nie będę streszczał tekstu dramatu, pozwolę sobie tylko zauważyć, że chociaż dramaty Williamsa są przecież arcydziełami, to jednak na afiszach polskich teatrów jakoś ich brak, w Warszawie ostatnio oglądaliśmy zdaje się Kotkę w Narodowym, Menażeria pojawiła się kilka lat temu w Bagateli, poza tym chyba nic. Czyżby dlatego, że teraz moda na Czechowa?

Oglądało się ten spektakl naprawdę dobrze (to gdzieś tam decydująca kwestia, prawda?), Laury z jej kruchością naprawdę było żal, a heroiczne wręcz wysiłki Amandy -

- żeby córkę ożenić, żeby – w ogóle zmienić życie swoich dzieci były momentami cudownie zabawne - (świetna w tej roli, niekiedy zbliżająca się do granicy przerysowania postaci mamusi, ale... jednak jej nie przekraczająca Magdalena Dudek) - a momentami poruszające.
Fajny pomysł z wystawieniem tryptyku TW, zaintrygowany czekam na pozostałe tytuły!

 
Potem-o-tem
ŻEGNAMY ŚWIAT

Marcin Zbyszyński

reż. Marcin Zbyszyński

premiera 12 marca 2021

No więc zostaje tylko godzina.

Jak ją spędzić? Jasne, na imprezie, w gronie najbliższych, przyjaciół, zespołu, jeszcze jest chwilka, żeby przekonać się, że zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, żeby było dobrze. Że kochaliśmy mocno, że co złego – to nie my. Może jeszcze zostaje ciekawość – jak to by było być przez chwilę kimś innym. Proszę, spróbujmy, czemu nie? Możemy się przecież powygłupiać, bo i tak jesteśmy uprzywilejowani, przecież marzeniem każdego aktora jest umrzeć na scenie, i właśnie to nas czeka. Widzowie są z nami, po drugiej stronie streamu, czego chcieć więcej? Kto wie, może nawet się w tę pożegnalną imprezę jakoś włączą?

Ale kiedy przychodzi czas, gdy mijają ostatnie minuty tej godziny niepozbawione przecież beztroski, to jednak - kurczę – smutno. Bo przecież nie zagrało się wszystkiego, nie spróbowało, nie dotknęło, nie poczuło, nie pokochało i nie odwzajemniło. Zawsze jest za krótko, prawda?

Marcinie, Zespole, dajcie proszę znać, jak będziecie taką imprezę we wspomnianym terminie organizować, wezmę jakąś flaszkę i wpadnę. Mógłbym?
 

Sofokles

reż. Adam Nalepa

premiera 9 marca 2021

Trochę za dużo miałem podane na tacy, nie było wątpliwości o kim i o czym był ten spektakl. Bez tak jaskrawych napomknień do współczesności w obu pokazanych tekstach, całość wywarłaby – jak sądzę - dużo większe wrażenie. Odrobinkę zbyt grubym flamastrem podkreślono tym samym, że ta klasyka jest żywa, ale umówmy się - Ateńczycy mogli użyć spreju do dezynfekcji rąk jeden raz, zrozumielibyśmy przecież - bez ciągłego psikania w dłonie - że i oni borykali się z zarazą; również w Antygonie odniesienia do rzeczywistości 2021 były jednoznaczne, wolę w teatrze metaforę, polityki mam potąd włączywszy telewizor.

Ale intencje rozumiem i było wielu widzów aktualnością Sofoklesa zachwyconych, jednak – jak można z powyższego wywnioskować - wolę ponadczasowość. Znakomicie natomiast słuchało się tekstu, który w przekładzie Antoniego Libery brzmiał prosto, jasno, współcześnie, bez patosu i ozdobników.

Za studentów dyplomowego IV roku trzymam kciuki, mają straszliwego pecha z pandemią, to przedstawienie kilkakrotnie było przekładane, dobrze przynajmniej że udało się przed kolejnym zamknięciem zdążyć i z premierą i kilkoma przebiegami po, ze sceny otrzymaliśmy dużo energii i – mimo wszystko – optymizmu, zwracam także uwagę na Krzysztofa Żarowskiego w roli Kreona.
 

Teatr Bagatela

REWIZOR

Mikołaj Gogol
reż. Mikołaj Grabowski

premiera 6 marca 2021

Jechałem do Krakowa z duszą na ramieniu, bo – z jednej strony okropnie się lękam uwspółcześnień, gdy oryginał jest jeszcze zupełnie dobry, cóż, sądzę, że klasyczne tłumaczenie Tuwima jest wciąż świetne, a fachowcy przebąkują coś o „kongenialności”; z drugiej jednak strony – owej „parafrazy przekładowej” podjął się Tadeusz Nyczek, więc jakby z góry było wiadomo, że powstanie coś ciekawego. I istotnie – słuchało się tego tekstu świetnie, było prosto, bez zbędnych ozdobników, konkretnie, tak lubię. Miałbym może tylko dwie ciche uwagi – mimo wszystko lepiej, żeby Chlestakow brał wziątki w rublach a nie złotówkach i żeby nie jechał do Hrubieszowa, bo umieszczenie całości w polskich ramach troszkę mogło zaboleć.

Ale poza tym miód. Spektakl jest fantastycznie zagrany. Chlestakow (Maciej Sajur) jest ubranym w niedbałe dresy (Gogol sugerował, że ma być wg mody, jest) kompletnie nieogarniętym urzędniczyną mitomanem, choć – czy głupcem? Przecież we właściwym momencie wyjeżdża, a i list, który pozostali w miasteczku bohaterowie czytają w finale, nie jest pozbawiony ani sensu ani jednak jakiegoś ostrego zmysłu obserwacji. Nie można było też oderwać oczu od Anny i Marii, żony i córki Naczelnika (Anna Rokita i Izabela Kubrak), ich rozmowy były cudownie zabawne, panie jakimś cudem komunikowały się ze sobą, niezupełnie jednak się słuchając, zrobił Mikołaj Grabowski z ich relacji po prostu cudeńko. Znakomitą, do przerysowania neurotyczną Dyrektorkę szkoły zagrała Ewelina Starejki, i znów – krótka scena z torebką jest majstersztykiem.

Jak sobie Naczelnik (Dariusz Starczewski) poradzi sobie z prawdziwym rewizorem (prawdziwą rewizor – właściwie), który już puka do drzwi?
No właśnie mam wrażenie, że katastrofa po wizycie poprzedniego jakby po nim spłynęła, jakby tylko go musnęła, owszem, ruble (tutaj niestety złotówki) na łapówki wydane, wstyd jest - bo córce absztyfikant zwiał sprzed ołtarza, ale wszystko na to wskazuje, że on jeden z całego tego towarzystwa wyszedł z tego ambarasu dużo silniejszy. Jak to zwykle z takimi typami niestety bywa.
 

Teatr WARSawy

INWIGILIACJA

Daniel Kehlmann

reż. Adam Krawczuk

premiera 6 marca 2021

Mamy oto wigilijny wieczór i – no właśnie – przesłuchanie? Pogawędkę? W każdym razie Judith (Monika Mariotti) nie przyszła dobrowolnie, nie zna swojego statusu podczas tej rozmowy i dlatego nie chce odpowiadać na pytania Thomasa (Dominik Bąk). A ten, ku jej zdziwieniu, wie o swoim gościu prawie wszystko. Judith jest profesorem, zajmuje się strukturalną przemocą, jeden z jej tekstów seminaryjnych na prywatnym laptopie wydał się służbom szczególnie niebezpieczny, czy to ją czyni podejrzaną? Thomas ma dosłownie minuty, żeby zapobiec zamachowi bombowemu, zrobi więc wszystko, żeby wydobyć informację o miejscu podłożenia mającej za chwilę wybuchnąć bomby. Więc – gdzie ta bomba jest?

Oglądamy thriller, umieszczony w naszych czasach i nas wszystkich dotyczący, szczęśliwie Kehlmannowi udało się uniknąć publicystycznych diagnoz, w sprawie tego – co i ile wolno aparatowi państwowemu żeby zapewnić ludziom bezpieczeństwo. Ta dyskusja przetoczyła się po świecie szczególnie po 11 września, ale przecież ani wygasła ani nie skończyła się żadnymi sensownymi wnioskami. A zatem – po czyjej staniemy stronie – Thomasa czy Judith?

Więc tekst bardzo mi się podobał, mniej – wykonanie. Thomasa było jakby za dużo, a Judith – za mało, relacja zaś między nimi wydała mi letnia, zabrakło i stopniowania napięcia – wszak to thriller, i - napięcia w ogóle.
 
TR Warszawa
SERCE

Wiktor Bagiński, Martyna Wawrzyniak

reż. Wiktor Bagiński

premiera 5 marca 2021

Nie umiem się odpędzić od anegdoty - miałem na studiach czarnoskórego kolegę, na pierwszych zajęciach jeden z prowadzących spytał – skąd pan pochodzi? Z Łodzi – panie doktorze. (Kłopotliwa cisza) A gdzie sięgają pańskie korzenie? A korzenie – panie doktorze - to Zduńskiej Woli. Z czarnoskórej polskości jak widzimy można pięknie i pociesznie sobie dworować, ale można też np. formułować atrakcyjne w przekazie oskarżenia o brak tolerancji, wykluczenie, rasizm itp. Mamy więc oto 30-letniego czarnoskórego bohatera (fantastyczny Dobromir Dymecki, jako jasny blondyn obsadzony idealnie po warunkach), który jest alter ego reżysera.

Rzecz nie jest jednak ani o złożonej tożsamości czarnoskórego Polaka czy o jej poszukiwaniu (no, może pośrednio), oglądamy bowiem spektakl, owszem, tożsamościowy, ale z nie z pytaniem „kim ja jestem”, a – „gdzie jest mój ojciec”. Kim był? Gdzie go szukać? W Kenii? Czy tam w tej może Abudży? I - dlaczego odszedł? Heroiczna matka wychowująca czarnoskóre dziecko w małym mieście (równie fantastyczna Magdalena Kuta) zbywa te pytania i zbywa, aż w końcu przychodzi czas na poważniejszą rozmowę...

Rzecz inspirowana Jądrem Ciemności, obecność Conrada wydała mi się tutaj najzupełniej zbędna i to jest jedyna uwaga, jaką mam do tego bardzo udanego przedstawienia. 

 

Beniamin Bukowski, Michał Zdunik
reż. Michał Zdunik

premiera 27 lutego 2021

Rzecz o odchodzeniu – w różnym zresztą sensie, o ucieczce, o tytułowych powrotach, o dorosłości, o przeszłości, wreszcie - o istocie i sensie żałoby… Mamy oto troje bohaterów, dorosłe rodzeństwo, które spotyka się w rodzinnym domu, żeby pochować matkę. Magda, która opiekowała się chorą przy finansowym wsparciu Igi, nowoczesnej kobiety sukcesu, jest też Mariusz, ukochany synek mamy - bardzo zapracowany, a stale bez grosza przy duszy – aktor.

Po pogrzebie przychodzi czas na uporządkowanie różnych spraw… Dlaczego Magda zdecydowała się opiekować matką, rezygnując całkowicie z własnego życia? Czy Iga wyjechała na studia, po to żeby faktycznie pomagać matce w utrzymaniu domu i rodzeństwa? A Mariusz, który opuścił dom jak tylko mógł, w oczach sióstr – wręcz „uciekł”, to - przed kim, przed czym była ta jego ucieczka? Pogrążone w żałobie rodzeństwo dopiero w momencie śmierci matki dowiaduje się, jak wszyscy byli od siebie daleko dorastając w tym samym domu. Czy jej odejście ich połączy, albo chociaż - zbliży?

Bardzo dobry tekst, ale wykonanie ździebko uwierało. Każdy żałobę przeżywa na swój sposób, ale mimo wszystko miałem wrażenie, że czegoś w naszych bohaterach było za dużo, że jakby trochę za głośno i za dużo mówili, że zabrakło półtonów i - ciszy.

Takiej zwykłej, najzwyklejszej, zapadającej przecież, gdy ktoś bliski odchodzi. Wszystko właściwie zostało tam wypowiedziane, wykrzyczane, wypłakane, a nic – przemilczane. I mam wrażenie, że właśnie tych chwil bez słów między rodzeństwem odrobinę tu zabrakło.

 

Teatr Narodowy

TRZY SIOSTRY

Antoni Czechow

reż. Jan Englert

premiera 27 lutego 2021

Siostry Prozorow wcale nie chciały wyjechać do Moskwy. Owszem, coś przebąkiwały, że może, dobrze byłoby, itd., ale przecież wiedziały, że i tak nic z tego projektu nie wyjdzie, że się nie uda, że będą musiały zostać. Zauważmy, gdy wchodzi Wierszynin, siostry reagują nie z entuzjazmem i zazdrością, a – jakby z cieniem pogardy, a na pewno - ironii, ach, pan z Moskwy… Żyją w tym dworze owinięci w grubą folię, bez kontaktu ze światem i ze sobą, zmęczeni, zrezygnowani, wyschnięci, nawet Irinka – najmłodsza przecież, więc wydaje się najmniej przesiąknięta beznadzieją - no owszem, nie kocha barona, ale przecież zostaje narzeczoną, a na jego wiadomość o jego śmierci reaguje nieledwie jak na nagły brak szczypioru w warzywniaku. To, czego tam dużo natomiast – to słowa, piękne, pełne nadziei, wywołujące pozorne spory, ale – ostatecznie puste, padające tylko po to, żeby zapełnić czymś ciszę, w związku z tym - nikt w nie nie wierzy, ani mówiący, ani słuchający.

Wyjątkami w tym towarzystwie są Baron, któremu się po niemiecku po prostu chce – ale może dlatego musi zejść (nomen omen) ze sceny, żeby nie psuł entuzjazmem tego obrazu doskonałej niemocy? Wyjątkiem jest także pełna energii Natalia i może dlatego jest tam postacią wyłącznie ośmieszaną, wreszcie - Masza, chyba naprawdę zakochana w Wierszyninie, dlatego najboleśniej zdająca sobie sprawę ze skazania na wieczność u boku Kułygina, franciszkańsko przyjmującego powolne życie prowincjonalnego miasta na chwilę przed końcem świata.

Znakomite jak zawsze w TN aktorstwo, zwracam uwagę na debiut Piotra Kramera (Baron), na świetną Wiktorię Gorodecką (Masza) i – na Jana Frycza w roli Wierszynina, który subtelnie przypomina, że w
podtytule Trzech Sióstr autor napisał „komedia”.

Ale śmiesznie nie było – to najmroczniejsza z widzianych przeze mnie inscenizacji tego tekstu, a w tzw. roli lustra dawała - jak sądzę - odbicie fałszywe. Naprawdę aż tak gnuśni jesteśmy? Cóż, ja zapewne byłbym dla Czechowa nieinteresującym materiałem na dramatis persona, wyjazd do Moskwy zaplanowałem i zrealizowałem, to łatwe, jeśli się naprawdę chce.

Serio tych chcących aż takie deficyty?

 
Teatr Dramatyczny w Warszawie
KRUK Z TOWER

Andriej Iwanow

reż. Aldona Figura

premiera 19 lutego 2021

Kruk z Tower to mądry, prosty i krótki spektakl o najważniejszych sprawach w życiu, z rewelacyjną Katarzyną Herman i ze świetnym Konradem Szymańskim.

Kostia jest siedemnastoletnim, zamkniętym w sobie chłopakiem, który nie umie pogodzić się ze śmiercią ojca i nie dostrzega rozpaczliwych wręcz wysiłków matki, próbującej go zrozumieć i jakoś się z nim komunikować. On nią gardzi, trzyma na dystans, potrafi być wobec niej bardzo okrutny, cóż – powiedzielibyśmy – to chłopak w tzw. trudnym wieku. Ale… co to tak naprawdę znaczy? Kim jest tytułowy kruk, i - jak skończy się eksperyment, którego podejmie się matka, żeby dotrzeć do swojego jedynego dziecka?

Jeśli macie nastolatka w domu – zabierzcie go do teatru. Być może wrócicie do domu w pewnym takim milczeniu, ale warto ten koszt ponieść, bo spektakl choć dość bolesny, jest po prostu znakomity. Nie, nie o uzależnieniu od Internetu.
O dojmującej samotności, o niemożności i niechęci do komunikowania się z najbliższymi, o sensie żałoby, o koszmarze dojrzewania i - o prozie dorosłości. Jest niekiedy dość wprost, bez cienia hipokryzji, ale i bywa całkiem zabawnie, szczególnie gdy matka poznaje specyfikę i język social mediów; finał – uprzedzam - wyciska łzy z oczu, wyszedłem z teatru głęboko poruszony.
 

Paweł Demirski
reż. Monika Strzępka
premiera 19 lutego 2021

Kuchenne Rewolucje nie są oczywiście programem kulinarnym, właściwie jakość kuchni w odwiedzanych przez Magdę Gessler restauracjach jest mało istotna. Zauważmy, że gdyby show ów istotnie traktował o sztuce przyprawiania flaków czy o tajemnicy formowania mielonych, nie zaistniałby tak mocno w kulturze popularnej. Paliwem bowiem dla p. Gessler oraz jej widzów, paliwem dodajmy niewyczerpalnym, nie są rozbef, wodzianka czy wuzetka na deser, a – no cóż – naszość, polskość.

To na przykład, że knajpę może otworzyć przecież każdy, bo co to za filozofia; no a literalnie każdy może byc jej szefem, gdyż każdy Polak to urodzony przywódca; to, że w kuchni może być syf, bo tego na zewnątrz nie widać, że można gotować z najgorszych, a najlepiej nieświeżych składników, bo się zmarnują, a durny konsument i tak wszystko zje. Że można też – a jakże – nie płacić pracownikom, bo niech się cieszą, że w ogóle maja pracę, prestiżową - dodajmy. O tym, że jeśli w jakimś mieście na końcu świata jest knajpa, to z pewnością będzie to kebab lub pizzeria, i że w ogóle nic się nie da zrobić i robić nie ma sensu, więc może faktycznie niech Gessler przyjedzie, to przynajmniej cośkolwiek się może ruszy. No i M.G. przyjeżdża, a Bogu ducha winna kelnerka (świetna Marta Nieradkiewicz) ze stresu zjada jadłospis… Eliza Borowska znakomicie zagrała p. Gessler, choć – może się narażę – zagrać tę postać wydaje się, że dość łatwo.

Spektakl jest zasadniczo o tym samym, o czym program, z tym, że o 3 godziny dłuższy. I w którymś momencie tego zdecydowanie przydługiego i miejscami nudnawego przedstawienia skupiłem się na obserwacji sąsiadów, na moim przebiegu część widzów zanosiła się od śmiechu i dała owacje na stojąco, inni wzruszali ramionami, jakby to wszystko albo ich nie dotyczyło, albo i po nich spłynęło, a jeszcze inni siedzieli z grobową miną wciśnięci w fotel nie bardzo rozumiejąc o co chodzi, w tym piszący te słowa.

W sumie - trochę jak w życiu – my, oni, i – cała reszta. 
 
Stary Teatr
TONĄCA DZIEWCZYNA

Karol Klugowski na podstawie T. Różewicza, H Müllera, T. Borowskiego, T. S. Eliota

reż. Karol Klugowski

premiera 17 lutego 2021

Było to coś jednocześnie podłużnego i poprzecznego, bezczelnego i kruchego, improwizowanego i starannie przygotowanego, brawurowego i spokojnego, i tak dalej. Patrzyłem w każdym razie z zachwytem, z trudem próbując - zresztą niepotrzebnie - nazwać to, co widzę, gdyż czuję się bezpieczniej mając wkoło siebie rzeczy i zjawiska ponazywane. No, niech będzie kolaż. Albo może – i to lepsze - symfonia na słowa, choć naturalnie muzyki (znakomitej zresztą) nie zabrakło, wszak reżyser jest i muzykiem i – co ważniejsze - kompozytorem.

Bo odniosłem takie wrażenie, że Tonąca dziewczyna nie została napisana czy wyreżyserowana, a właśnie SKOMPONOWANA. I to z elementów do siebie pozornie nie pasujących, a jednak wszystko pięknie się układało, nie mam co do tego wątpliwości – w dużej mierze dzięki aktorom NST, którzy – co było widać – nie tylko weszli z dziecięcą ciekawością w tę zabawę (tak, zabawę), ale i wspaniale się w niej odnaleźli, nie wychodząc jednak poza klasyczną hm… pięciolinię, choć przecież okazje do szarży były, a świecącą się jasno perełką tego spektaklu jest cudowny dialog Ewy Kaim z Błażejem Peszkiem.

Czytelnicy zawsze pytają, „o czym to było”. No właśnie o tym, że tworzenie to zabawa, że można łączyć ze sobą niekoherentne nawet światy i słowa, i może powstać z tego coś zupełnie nowego, czasem zachwycającego, ciekawego czy choćby - zabawnego… Komu talent służy – może i tak!
 

Stary Teatr

SAVANNAH BAY

Marguerite Duras

reż. Józef Opalski

premiera 14 lutego 2021

A może to jest jeden z tych spektakli, który nie powinien być pokazywany on-line? Może - skoro to rzecz o istocie aktorstwa i sensie teatru, to po prostu MUSI być zagrany dla widzów na widowni, a nie - po drugiej stronie Internetu? No nie wiem, bo - mimo bowiem pewnego wzruszenia, że za moment, po latach przerwy, zobaczę ukochaną aktorkę; mimo zupełnego wyłączenia otoczenia na tę godzinę, żeby nic nie przeszkadzało, mimo ogromnego skupienia, w jakim oglądałem ten spektakl - coś nie zadziałało, nie chwyciło, nie wystarczająco mocno obeszło, o zgrozo – również w którymś momencie znużyło. Co?

Ano – pozwolę sobie na taką oto rebeliancką tezę – ten tekst wcale nie był godny talentu Anny Polony. Co prawda nie jestem aktorem, ale zastanawiam się, cóż to za wyzwanie dla wspaniałej aktorki - zagranie wspaniałej aktorki? Nie było w tym (znów zaryzykuję) dość trudnym spektaklu tajemnicy, jakiejś niespodzianki, nic nie zaskoczyło, nie wywołało ani zaskoczenia ani poruszenia, było w nim coś… przewidywalnego.

Słowem - dostałem podczas tego spektaklu dokładnie to, co teatr zapowiadał - poszarpany dialog o zawodności ludzkiej zawodnej pamięci. Boję się, że nieświadomie nieco wzruszyłem ramionami podczas oklasków.

Tyle refleksji internauty, bardzo jestem ciekaw wrażeń tych, którzy mieli okazję Savannah Bay zobaczyć na żywo.
 
Teatr Dramatyczny w Warszawie
FATALISTA. SINGEROWSKA HISTORIA W V AKTACH

Tadeusz Słobodzianek

reż. Wojciech Urbański

premiera 13 lutego 2021

Przed dwoma laty poznaliśmy Leę i Benjamina (znakomici Magdalena Czerwińska i Robert T. Majewski) podczas ich dyskusji nad szabasowym rosołem, Benjamin bowiem wrócił do domu nie tylko nasycony szczawiową Goldbergowej (olśniewająca Anna Gorajska), ale i ze śladem jej szminki. Ciąg dalszy tej historii następuje…

Oto Leę odwiedza jej adorator, generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski (fantastyczny Grzegorz Małecki) i proponuje pracę w Rzymie. Lea jednak za granicę nie wyjeżdża, wyprowadza się pod Warszawę, zdąży jeszcze wpaść na herbatę właśnie wyjeżdżający do Paryża Leszek Serafinowicz (Piotr Siwkiewicz), z którym za dawnych czasów rozmawiała w kawiarni o poezji. A potem wybuchnie wojna, i potem wojna się skończy, i fatalista Benjamin będzie musiał – chcąc nie chcąc – raz jeszcze przyjrzeć się temu, o co tak naprawdę Spinozie chodziło.

Widzieliśmy – jak to u Tadeusza Słobodzianka - proste, logiczne i konsekwentne, piękne, poruszające ale i momentami zwiewne, bardzo jednak gorzkie przedstawienie, o tym że historia - nie bacząc na nasze oczekiwania czy pragnienia -  i tak zrobi co będzie chciała.

Tak jak ongiś skazała Hekabe na karę życia, tak też okrutnie bawi się naszymi bohaterami, stawiając ich – wedle wyłącznie własnego uznania – przed wyborami, bądź - jakiegokolwiek wyborów brakiem.

Tylko Goldbergowa wydaje się rozumieć, że nic się nie da w tej sprawie zrobić. I że skoro żyjemy – to żyć trzeba, i już.
 

Teatr Solskiego w Tarnowie

MADY-BABY.EDU

Gianina Cărbunariu

reż. Krzysztof Prus

premiera 7 lutego 2021

Najkrócej – mamy oto Irlandię i troje rumuńskich emigrantów - artystę Bogdana, sutenera Voicu i jego podopieczną, bezwolną zupełnie Mădălinę. Nie najlepiej im się w tej Irlandii wiedzie, wpadają więc na pomysł stworzenia strony internetowej z domowym porno. Niestety, pomysł nie okazuje się najszczęśliwszy…

Ten współczesny rumuński dramat powraca na tarnowską scenę po 12 latach, zastanawiam się jednak – po co? Tekst jest głęboko anachroniczny, może w latach 90-tych, kiedy temat emigracji był bardziej obecny, może byłby to głos jakoś istotny, dziś - jest po prostu naiwny. Nie znalazłem też powodu, dla którego powinienem w jakikolwiek sposób przejąć się losem rumuńskich emigrantów, wszyscy troje bowiem ciężko zapracowali na swoje – przyznaję, nie do pozazdroszczenia – położenie. Wspomniany Voicu, prymitywny alfons leżąc w łóżku ze „swoją” dziewczyną i ich „przyjacielem” wygłasza nieledwie historiozoficzny monolog o sensie emigracji, niezamierzony jak sądzę komizm tej sceny pokazuje tylko, jak papierowe i wymyślone są postacie p. Cărbunariu.

Mam też uwagi techniczne. Otóż w jednej ze scen bohaterowie dłuższą chwilę rozmawiają po angielsku, ten dialog nie został przetłumaczony a – powinien; ponadto - dostęp do spektaklu wydał mi się dość ekscentryczny, otóż można było (w każdym razie w premierowym przebiegu) zalogować się na stronę ze streamingiem dopiero w momencie rozpoczęcia przedstawienia, a ja bardzo nie lubię spóźniać się do teatru, także tego onlajnowego, z pewnością tak być nie powinno.

Ciekawe swoją drogą, czy ten dramat był wystawiany w Irlandii, myślę bowiem, że byłby dla tamtejszych służb więcej niż pouczający.
 
Teatr Powszechny w Warszawie
BIEGUNI

Olga Tokarczuk

reż. Michał Zadara

premiera 30 stycznia 2021

Ze wstydem przyznaję, że przez książkę nie przebrnąłem, spektakl natomiast obejrzałem z zainteresowaniem, momentami nawet - z rozbawieniem. Było w tej scenicznej opowieści coś wciągającego, narkotycznego, onirycznego. Tak, wiem, w tym momencie część widzów powie „pas”, ale może to i dobrze, bo to nie przedstawienie dla każdego. Ktoś bowiem, kto nie doświadcza podróży w swoim życiu, może przejść obok Biegunów obojętnie, a nawet może nieco się nudzić. A więc – dla tych z nas, dla których podróż (szerzej – w ogóle przemieszczanie się, ruch, bieg) jest stanem naturalnym, kasa biletowa na dworcu, czy lotnisko – są miejscami tak bezpiecznymi i naturalnymi jak domy rodzinne. Czy więc jesteśmy jak tytułowi bieguni, oswajający świat ruchem? Wyjeżdżamy – bośmy ciekawi owego świata, bo chcemy go za wszelką cenę oswoić, zrozumieć i – co ważne – nazwać i opisać? (Wikipedia jest jedną z bohaterek Biegunów, może nie pierwszoplanową, ale w pewien sposób istotną) Czy też wcale nie chodzi o ciekawość, a - o ucieczkę? Jeśli tak – to przed kim?

No dobrze, pan tu tak pięknie pisze, ale o czym jest ten spektakl? - zapyta ktoś przeczytawszy powyższe. Pytanie trafne, a i odpowiedź wcale niejednoznaczna, najbardziej chyba o tym, że podróżowanie to nie czynność, a - stan umysłu. Jeśli jesteście gotowi na taką konstatację to wybierzcie się do Powszechnego i dajcie się w tę piękną podróż zabrać.

PS. Bieguni byli pierwszym spektaklem, jaki widziałem po poluzowaniu (absurdalnych oczywiście) ograniczeń epidemicznych, po tej kilkumiesięcznej teatralnej abstynencji.

Tęskniliśmy za sobą, prawda? I to jak cholera.

 
Těšínské Divadlo - Scena Polska
DOM OTWARTY
Michał Bałucki reż. Adam Sroka

premiera 30 stycznia 2021

Kraków, rok 1883, państwo Żelscy postanawiają wydać bal. Nie jest to jednak aż tak proste, komplikacje pojawiają się już na etapie konstruowania listy gości.

Taka ramotka, wystawiona zdaje się bez jakichś większych pretensji. Była o tym, co tam i wtedy, momentami nawet zabawna i całkiem wdzięcznie zagrana. W sumie – warto sobie przypomnieć (albo dowiedzieć się), dlaczego Bałucki był najbardziej kasowym dramatopisarzem swoich czasów.

I jeszcze dwa słowa o mojej obsesji – otóż, jak się okazało, dźwięk jest piętą achillesową nie tylko polskich, ale i czeskich scen. Owszem, JAKOŚ był słychać, z telewizorem na cały regulator, ale wolałbym się skupić na Bałuckim a nie na usłyszeniu, co mianowicie miał mi do powiedzenia. Mikroporty, zwłaszcza działające, są jednak fantastycznym wynalazkiem.

 
Teatr Współczesny w Szczecinie
BECKOMBERGA

Sara Strindberg

reż. Anna Augustynowicz

premiera 29 stycznia 2021

Tytułowa Beckomberga a to sztokholmska dzielnica, znana z opuszczonego już szpitala psychiatrycznego. I do szpitalnego budynku wracają byli pacjenci, po co? Dlaczego to miejsce wciąż daje im poczucie bezpieczeństwa? Co jest w nim takiego pociągającego, a może - uzależniającego, czego świat poza murami dać nie może? Wreszcie - czym jest choroba psychiczna, gdzie się kończy „normalność”, a gdzie zaczyna szaleństwo, i - co to tak naprawdę znaczy? Niełatwo na te pytania odpowiedzieć, a i odpowiedzi mogą uwierać.

Beckomberga to pierwszy chyba na polskich deskach spektakl o pandemii. Nie ma w przedstawieniu na ten temat ani słowa, ale nie mam żadnych wątpliwości, to właśnie o nas zamkniętych w domach podczas telepracy, o nas – przestraszonych, zagniewanych, zdezorientowanych, wariujących, rozwodzących się, przesuwanych jak pionki po szachownicy przez władze, decydujące sensownie lub idiotycznie, że teraz wolno to, a tamtego – nie.

Jacy będziemy kiedy ta epidemia się skończy? I gdzie się będziemy chować w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca? A może… właśnie żeby nie zwariować - właśnie tych pytań zadawać nie wolno?
Piękny, poruszający, wspaniale zagrany i doskonale technicznie (tak!) zrealizowany spektakl, to jedno z najlepszych przedstawień jakie widziałem on-line w czasie zarazy.
 
Białostocki Teatr Lalek
NA PEŁNYM MORZU

Sławomir Mrożek

reż. Jacek Malinowski

premiera 21 stycznia 2021

Dla nie białostoczan pewną niespodzianką może być fakt, że na scenie BTL-u nie mamy lalek, a znakomitych aktorów z krwi i kości we własnych osobach; także nieobeznanych z tematem może zaskoczyć to, że teatr lalkowy pokazuje nie-bajkę. Piszący te słowa zaskoczony nie jest, gdyż pochodzi z Białegostoku, do BTL-u chadzał i profil działalności tejże placówki jest dlań czymś nie tylko zupełnie oczywistym ale i wzorcowym. Ad rem.

Tekst jakby napisany wczoraj i jak zwykle u Mrożka – o tym, co tu i teraz. Oczywiście zawsze tak było, bez względu na rok wystawienia tego drobiazgu i bez względu na miejsce, widziałem kiedyś NPM w Teatrze Narodowym w Kiszyniowie, believe it or not - było w punkt o ówczesnej Mołdawii. Przypomnę tylko, że mamy pełne morze i tratwę, na której trzech rozbitków, z kiszkami marsza grającymi, zastanawia się, który z nich ma zostać posiłkiem dla pozostałych. A ponieważ są ludźmi kulturalnymi, więc nie wchodzą w rachubę rozwiązania siłowe, a – no cóż – „wspólnie” wypracowane procedury. I białostocki spektakl wydał mi się najbardziej właśnie nie tyle o sensowności powstawania procedur - co o ich ograniczeniach, z których to ograniczeń nie zdajemy sobie sprawy, bo… zdawać sobie nie chcemy, w pewnym uproszczeniu naturalnie.

To jest teatr dla wszystkich (Wieśku, pozdrowienia), dawno nie widziałem tak uniwersalnego przedstawienia, mniej wymagający widzowie mają tu „zabawną historyjkę”, bardziej wymagającym -narzucą się interpretacje historiozoficzno-socjologiczno-polityczne. Bo gdy obejrzawszy spektakl widz przełączył kanał w telewizorze i obejrzał jakieś informacje, to mógł mieć nieodparte wrażenie, że przed chwilą już o tym słyszał…
 

Teatr Druga Strefa

PRZYGODA Z METRAMPAŻEM

Aleksander Wampiłow

reż. Sylwester Biraga

premiera 21 stycznia 2021

Słodki, trochę gogolowski, napisany pół wieku temu drobiazg zza naszej wschodniej granicy.

Czytamy o Wampiłowie w Wikipedii – „autor sztuk teatralnych podejmujących problemy konformizmu i problemów moralnych”. I właściwie - nic dodać, nic ująć, choć nie znalazłbym w sobie odwagi nazwania tej jednoaktówki moralitetem. Potapow, fan futbolu, chce posłuchać transmisji meczu, niestety, w jego pokoju nie działa radio. Wprasza się więc do sąsiadki, ale po 11 wieczorem gości przyjmować nie wolno, regulamin nie pozostawia pola do interpretacji i do egzekucji prawa przystępuje więc kierownictwo hotelu. Z jakim skutkiem? I co ma z tym wspólnego tytułowy metrampaż? Może uprzedzę, ten wątek jest dość przewidywalny, ale na tyle uroczo pokryty patyną i kurzem, żeby z przyjemnością obejrzeć owo 40-minutowe dzieło, dłuższa forma byłaby trudna do zniesienia.

Mam jednak kilka uwag, niepotrzebnie część bohaterów przerysowano, sam tekst Wampiłowa dziś brzmi wystarczająco absurdalnie, zagranie go „farsowo”, bez pozostawienia najmniejszych nawet niedopowiedzeń, tutaj zdecydowanie odbierało niż dodawało.
Poza tym – dźwięk gdzieś troszkę uciekał, i to jest niestety pięta Achillesa epidemicznych większości rejestracji teatralnych, osobiście muszę przyznać, że dość lubię słyszeć, co aktor ma mi do powiedzenia.
 

Teatr Słowackiego w Krakowie

BORN BY BONEY M

Boney M

reż. Krzysztof Głuchowski

premiera 31 stycznia 2020

Głównym bohaterem tego spektaklu, może nieobecnym na scenie w uchwytnej formie, takim bohaterem domyślnym, jest – przepraszam za egzaltację – po prostu ludzka pamięć. Reżysera - który PAMIĘTA do dziś (pacholęciem będąc) wyjście z rodzicami na koncert tego zachodnioniemieckiego zespołu, i dla którego w związku z tym Boney M, mimo niekiedy mizerii artystycznej, będzie zawsze zespołem „ważnym”.  Także - pamięć widzów z pokolenia, którego życie w socjalistycznej ojczyźnie w latach 70-tych, umajane przez owo pogodne przebojowe disco, jakoś łatwiej było znieść. Nawet jeśli te rozważania są niepotrzebne czy zbyt przesadzone i nawet jeśli spektakl powstał wyłącznie po to, żeby dać publiczności niczym nie skrępowaną rozrywkę, to też nie szkodzi. Największe przeboje - także już te trochę zapomniane (bo nie grane przez radio), jak na przykład znakomite Heart Of Gold, w wykonaniu aktorów Słowaka, ze znakomitą choreografią Maćka Prusaka, kostiumami glamour Mirka Kaczmarka i Krystiana Szymczaka, w świetnym tłumaczeniem Rafała Dziwisza – zabrzmiały po prostu fantastycznie, zdumiewająco współcześnie, choć wydawać się mogło, że to trochę jednak anachronizm, że oldskul, a tymczasem - od wczorajszego wieczoru nie wyjmuję z odtwarzacza płyty z największymi hitami Boney M.

Mamy oto godzinny show ze szlagierami, mamy utalentowanych aktorów na scenie, jest pewna opowieść pisana dźwiękiem (sic!) disco, znakomita choreografia i kostiumy. Ale czy to jest w ogóle teatr – może zapytać ktoś. Otóż - nie mam pojęcia, ale to, co zobaczyłem, bardzo mi się to podobało i uprzejmie proszę stosowne władze o zniżkową wejściówkę na pierwszy dostępny pokaz analogowy Born by Boney M.

 
Stary Teatr
JEŃCZYNA

Paweł Demirski
reż. Monika Strzępka

premiera 31 grudnia 2020

Pomysł był świetny, mianowicie porozmawiać z widzami o ich seksie codziennym. O - nieumiejętności mówienia o seksie, nazywania swoich potrzeb, o uprawianiu tegoż seksu, a przede wszystkim – o jego nieuprawianiu, z rozmaitych zresztą powodów, kulturowych czy politycznych. Poznajemy m.in. chorą na raka pacjentkę, która wierzy w swoje uzdrowienie dzięki seksowi grupowemu z koszykarzami, matkę księdza, która odkrywa orgazm podczas startu samolotu, mamy polityka, nie w stu procentach heteroseksualnego i gotowego na wiele (naprawdę wiele), żeby utrzymać władzę, jest para z wieloletnim stażem w poczekalni terapeutki, czy – Harvey Weinstein – odbywający karę w więzieniu i sarkający na nienowoczesność systemu penitencjarnego i niedogodności, jakich muszą doznawać osadzeni – jeśli wiecie, co mam na myśli. No i ci bohaterowie poruszają w mniej lub bardziej udany sposób rozmaite kwestie związane właśnie z seksem.

Niestety, coś nie wyszło. Spektakl był nie tylko o połowę za długi i bardzo nudny, ale także niezabawny, a zauważmy, że premiera miała miejsce w sylwestrowy wieczór, więc można byłoby się spodziewać się czegoś choćby „pogodnego”, co pewnie byłoby wykonalne, przypomnę sylwestrową premierę spektaklu pt. Triumf woli, ci sami twórcy, ta sama scena, ale to dawno temu.

W sumie najśmieszniejsze było to, że Jeńczyna była rekomendowana widzom od 18 roku życia, tak jakby młodsi nie wiedzieli do czego służą sztuczne penisy i nie widzieli (z oddali) męskich nagich pośladków.

Wspaniali aktorzy NST robili, co mogli, żeby uratować to przedsięwzięcie, ale niestety nie uratowali.
 
PUŁAPKA NA MYSZY

Agatha Christie
reż. Katarzyna Minkowska
premiera 19 grudnia 2020

Nie za wiele można napisać, bo po pierwsze to kryminał i jednak napisanie w pierwszym zdaniu, kto zabił, jest pewną niegodziwością, a po wtóre – spektakl jest na afiszu, więc nie będę psuł niespodzianki, choć muszę dodać, że od razu wiedziałem, że…

Tekst klasyczny, pamiętacie – hotel na odludziu, drogi z powodu śnieżyc nieprzejezdne, telefon nie działa, tajemnica sprzed lat, a każdy z gości jest podejrzany, do tego tytułowe myszki… Toruński spektakl nie jest wierną inscenizacją tego opowiadania, a pewnego rodzaju żartem scenicznym, zabawą z publicznością, która może na bieżąco komentować na zoomie wydarzenia, których jest świadkiem, i dlatego też na każdy ze spektakli jest pewna ograniczona pula biletów, zoom wszystkich chętnych pewnie by nie pomieścił.

Nie mam do końca pewności co sądzić o tym pomyśle, trochę jestem rozdarty, bo – z jednej strony dobrze, że teatr jakoś włącza widzów i ich angażuje, tak trzeba, z drugiej jednak – może odrobinę za bardzo zaakcentowano (w moim przebiegu w każdym razie) tę interaktywność, z której zresztą nie za wiele wynikało, proszę o wybaczenie zainteresowanych – pojawiające się komentarze momentami przypominały mi narrację mojej ex-sąsiadki Leokadii zgorszonej zalotami Ridża do Dony.

Summa summarum oglądało się dość fajnie, ale byłbym gotowy na Pułapkę na myszy także bez udziału drugiej strony zooma.



 
Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu
PANI BOVARY

G. Flaubert/Nabokow; adapt. M. Podstawny

reż. Maciej Podstawny

premiera 19 grudnia 2020

Rzecz nietuzinkowa, pełna eksperymentów formalnych, które szczęśliwie nie przykrywają i nie mącą ani sensu ani istoty obu arcydzieł, oglądamy spektakl znakomicie zagrany przez p. Dorotę Furmaniuk, napisać, że to rola pełna poświęceń, to jakby nic nie napisać i wcale nie mówię tu tylko o zimnych Odry wodach.

Aktorka ma tutaj niełatwe zadanie balansowania na bardzo, ale to bardzo cienkiej linii stanowiącej granicę między graniem p. Bovary a – byciem nią, na czym się zresztą pomysł tego spektaklu opierał. I jakkolwiek to porównanie brzmi egzaltowanie („granie” a „bycie”), rzecz dzięki tej - powiedzmy, że transgresji – jest naprawdę poruszająca, jakoś mocno dotyka to jej rozpaczliwe szukanie szczęścia, ukojenia, spokoju, miejsca, miłości, adrenaliny, sensu, życia. Właśnie - życia. Tak bardzo różnimy się od naszych przodków z połowy XIX wieku, że nie różnimy się wcale - to akurat najoczywistszy morał płynący z tego przedstawienia. (Scena w karocy w powieści, fiakier – jeśli pamiętacie – zdumiony był nieco, że jego pasażerowie mają aż taką „żądzę lokomocji”, może nie wnikajmy co kochankowie w tym pojeździe porabiali…).

Emmę w gorset wciska garderobiana. Może w sumie Pani Bovary w tej odzieży jakoś żyć, coś tam będzie uwierać, może trochę pokłują fiszbiny; może też nabrać w pierś powietrza z taką siłą, że sznurki pękną, ale - może i umrzeć, z braku tlenu.

Będzie w ogóle miała wybór?
 
Teatr Ateneum
ŁAWA PRZYSIĘGŁYCH

Ivan Klima

reż. Jakub Krofta

premiera 19 grudnia 2020

Jak to jest „czarna komedia” - czytam na stronie Teatru – to ja jestem baletnicą. Najmocniej przepraszam, ale tam naprawdę nie było z czego się śmiać, rzecz jest raczej przerażająca niż śmieszna. Choć w sumie – może i zależy od tego, kto ogląda.

Mamy oto posiedzenie tytułowej ławy przysięgłych, która musi wydać wyrok w sprawie zabójstwa. Kłopot w tym, że skład jest niepełny (swoją drogą - co się stało z szóstym ławnikiem?), adwokat oskarżonego rezygnuje przed rozpoczęciem obrad, brakuje wreszcie oskarżonego. Sędzia jednak (znakomita Maria Ciunelis) nie widzi problemu, ława ma wydać wyrok. Ławnicy więc konfrontują się z własnym sumieniem, ze strachem, ale i ze sobą – jest wśród nich jeden, który nie ma w ogóle żadnych wątpliwości co do winy oskarżonego, a jakoś podejrzanie dużo wie o innych ławnikach (świetny Grzegorz Damięcki). Oskarżony się w końcu znajduje, dodajmy, że w stanie niekompletnym, a ława wydaje wyrok przy jednym głosie sprzeciwu, ten ławnik jako jedyny odważył się być nie tylko uczciwy, ale i odważny, dobrze wiedząc, jaką może zapłącić za swój sprzeciw cenę. I mielibyśmy piękne, mimo wszystko optymistyczne zakończenie, ale jest jeszcze ostatnia scena...

Mamy tu narysowany trochę jak w krzywym lustrze obraz wymiaru sprawiedliwości, w którym i sądzący i sądzeni nie dopuszczają do glosu ani rozumu ani sumienia - a tylko strach i w którym wyroki są przez „system” bez procesu wydane, a sąd ma je tylko – w sumie - przeczytać.

Tylko, czy to zwierciadło aby na pewno aż tak krzywe? Zatrważające, bo niestety możliwe.

Dwunastu gniewnych ludzi a rebour.

 

Molier; dram.P. Sablik

reż. Wiktor Bagiński

premiera 18 grudnia 2020

Dzisiejszy tekst to palimpsest. Pod spodem znajdziecie setki powieszonych psów, cytaty z najbardziej złośliwych recenzji Słonimskiego, soczyste opisy włosów wyrwanych z głowy, itepe. Gdy przecież – uświadomiłem sobie po napisaniu - że teatr ma swoje określone funkcje społeczne, tutaj np. ostrzega przed skutkami nadużywania rozmaitych substancji, i to ostrzeżenie było zaiste dojmujące.

Może jedna uwaga natury estetycznej – nagi aktor, bądź – w tym wypadku - odziany w stringi, wygląda okropnie z pasem od mikroportu. Okropnie. Albo nie rozbierać, a jak się nie da – to dobrze nagłośnić z zewnątrz, taki może miałbym dezyderat.

 
Teatr Słowackiego w Krakowie
CUD MNIEMANY, CZYLI KRAKOWIACY I GÓRALE

Wojciech Bogusławski

reż. Cezary Tomaszewski

premiera 12 grudnia 2020

 Było istotnie o krakowiakach i góralach.

Informuję, gdyż publiczność gdybała o czym Tomaszewski zrobi, i czy przypadkiem nie o sytuacji w Rodezji, w formie np. moralitetu. Żart. Wyszło nawet zupełnie klasycznie, Bogusławski jak sądzę rozpoznałby swój tekst od razu, mamy tu elementy – o zgrozo – patriotyczne, dochodzi też do zgody, jest i ślub (ale tej niespodzianki może nie będę psuł). Najtrudniejsze do uwierzenia jednak, że i ta rozbrykana nieco inscenizacja – podobnie jak w przy premierze pod koniec XVIII wieku, że użyję określenia nieco archaicznego – naprawdę dodaje otuchy w naszych obecnych rozmaitych zgryzotach. Oczywiście, ktoś nieprzywykły do widzenia świata przez reżysera może się raz czy drugi żachnąć i skądinąd słusznie skonstatować, że w oryginale na pewno nie oglądano Koła Fortuny, no może, nie bądźmy drobiazgowi, wszak Mogiła jest tylko lustrem, w którym się z rosnącym zachwytem przyglądamy. Cóż tam widzimy?

Otrzymaliśmy przedstawienie kierowane do tzw. szerokiej publiczności. Jedni widzowie obejrzawszy je powiedzą - że „ładnie tańczyli i śpiewali”, inni – że pojawił się wreszcie spektakl, który łączy, a nie dzieli (sic!), jeszcze inni – poruszeni zamykającym spektakl monologiem rewelacyjnej Lidii Bogaczówny, powiedzą, że...

Cały zespół Słowaka na scenie – fantastyczny, z połączenia pasji, talentu, niczym nieograniczonej wyobraźni i niewyobrażalnej pracy (choreografia!) powstało znakomite, porywające, cóż – również wzruszające - przedstawienie o nas tu i teraz, właściwie dokładnie takich samych jak oni – tam, wtedy.

P.S. Restauracje typu Chłopskie Jadło to jedno wielkie oszustwo.

 
Teatr Dramatyczny w Warszawie
PANI DALLOWAY

Virginia Woolf
reż. Magda Miklasz

premiera 11 grudnia 2020

Jeden z najbardziej wyczekiwanych spektakli Spotkań bo - trudno uwierzyć - nikt przedtem w polskim teatrze nie sięgnął po ten tekst. Magda Miklasz, także autorka adaptacji, podeszła do dzieła Virginii Woolf z szacunkiem, może nawet ze zbyt dużym, pobaraszkowałbym coś więcej, trochę może połobuził, gdzieś ta inscenizacja była zbyt może grzeczna. Mimo tych rebelianckich tęsknotek oglądało się Panią Dalloway dobrze, było zwiewnie, trochę onirycznie, momentami całkiem zabawnie, jednak przede wszystkim – refleksyjnie. Bo to rzecz o sensie tworzenia, o tym, czego w sztuce przekazać się nie da, co jest uchwytne tylko w prawdziwym życiu, a więc i bezpowrotnie ulotne. Nad tym także, jak poradzić sobie z przeszłością (Septimus sobie nie poradzi, nigdy), jak traktować teraźniejszość - to z kolei główny problem Klarysy, wreszcie – czy wyznacznikiem przyszłości jest jedynie śmierć, która łączy wszystko i wszystkich, zamykając dość ostatecznie to, co do zamknięcia. No cóż, w pewnym uproszczeniu pisząc.

Jak wynika z moich postspektaklowych rozważań - jest to troszkę snuj i żeby wszystkie smaki tegoż spektaklu wyłapać, trzeba się w pokazanym nam podlondynie mocniej umościć, odciąć od doznań dostarczanych przez naszą strony laptopa, kto się odpowiednio mocno nie wloguje – może się trochę rozczarować, cała radość oglądania Pani Dallowey jest w szczegółach, to jeden z tych spektakli, który zdecydowanie nie zyskuje na onlajnie, to medium dlań niezbyt odpowiednie.

Ale nawet jeśli ktoś oglądał tylko „pobieżnie” zobaczył, że aktorzy lubią swoich bohaterów, że bawią się nimi, i - że był czas na pracę nad tymi rolami, tak, żeby z każdej postaci – i pierwszoplanowej i epizodycznej - wydobyć pełnię kolorów.
 
Teatr Miejski w Gliwicach
BIAŁORUŚ OBRAŻONA

Andrei Kureichik
reż. Jan Jerzy Połoński

premiera 10 grudnia 2020

To nie jest fikcja, niestety, to się dzieje naprawdę, niecałe 200 km od Warszawy zaczyna się świat, którego nie chcemy znać, świat z aresztowaniami, torturami, zabójstwami i szykanami na porządku dziennym; świat, w którym omonowiec może zrobić z zatrzymanym co tylko zechce i nie poniesie za to żadnych konsekwencji; świat, w którym ludzie giną bez wieści i najbliższym „radzi” się, żeby lepiej nie szukali. Oto Białoruś, na której mści się jej przywódca; w której do więzień wsadza dzieci; zamyka za karę „zbuntowane” teatry, wyrzuca studentów z uczelni i zwalnia ludzi z pracy, co w tej sytuacji wydać się być nieledwie nagrodą.

Nie, nie oglądamy jednak bieżącej publicystyki, ten spektakl to klasyczna zupełnie tragedia, rozgrywająca się jednak nie tyle między władzą a ludem, a - w tejże władzy gabinetach i więzieniach, powstała z rozpaczy, furii i bezsilności, i takie też wywołuje emocje. Oglądałem głęboko poruszony, z wściekłością wynikającą – właśnie - z bezsilności, co bowiem można w tej sprawie zrobić? Niby niewiele, a jednak…  - po prostu interesujmy się tym, co tam się dzieje, niech nam się nie wydaje, że świat się kończy na Bugu w Terespolu, nasza zwykła ludzka solidarność, zainteresowanie, są tam dziś  bardzo potrzebne, najpotrzebniejsze.
Białoruś obrażona jest jednym z najlepszych projektów onlajnowych, jakie powstały w polskim teatrze w czasach zarazy, z fantastycznymi rolami gliwickich aktorów. Obejrzyjcie koniecznie, uprzedzam – nie będzie ani miło ani przyjemnie, jednak – i warto i - trzeba.
 

Teatr Łaźnia Nowa w koprodukcji z Nowym Teatrem w Warszawie

POWRÓT DO REIMS

Beniamin Bukowski na podstawie D. Eribona

reż. Katarzyna Kalwat

premiera 9 grudnia 2020

 

Motto: „Napisałem Powrót do Reims, żeby przeczytać Powrót do Reims, żeby dowiedzieć się, kim jestem”.

 

Wywiad i redaktorzy go przeprowadzający nie zostali stworzeni na potrzeby tego spektaklu. To tylko kalka, zresztą bez większych przerysowań, to przykry obraz tzw. elity intelektualnej. Przepełnionej zachwytem nad sobą, przeegzaltowanej, przeintelektualizowanej, zamkniętej hermetycznie w swojej bańce, przejętej cudem własnego istnienia na świecie, i - last but not least - w ogóle nie zainteresowani kimkolwiek i czymkolwiek innym. Poza – naturalnie – sobą.

W roli dziennikarzy – Marta Malikowska i Yacine Zmit, oboje cudowni, pytanie, jak profesor odkrył w sobie homoiskierkę wydało mi się jakby wzięte ze słynnego koszalińskiego wywiadu z Wojciechem Waglewskim. Głównym jednak bohaterem tego spektaklu był rewelacyjny Jacek Poniedziałek, mogę sobie tylko wyobrazić, jak trudna była rola Eribona, w której musiał milczeć i więcej odcinać niż dodawać, zupełnie a rebour (uhm)  niż na rodzimej scenie.

Tylu zachwytów i jednocześnie tylu powieszonych psów nad spektaklem dawno nie słyszałem, spotkałem widzów mocno tym przedstawieniem zdenerwowanych, niektórych... bardzo. Znaczy – zadziałało.

Olśniewające.







 

Teatr Łaźnia Nowa

BEZPIECZNE MIEJSCE

Piotr Froń

reż. Tomasz Fryzeł

premiera 8 grudnia 2020

Bardzo mi się to przedstawienie podobało i jeśli miałbym wskazać spektakl, który najbardziej korespondował z hasłem tegorocznej Boskiej, właśnie byłoby to Bezpieczne miejsce. Ten narrator jest naprawdę czuły. Piszę bez ironii, w tym kameralnym przedsięwzięciu znaleźliśmy coś niesłychanie kruchego, niezwykle ujmującego, właśnie – czułego. Mamy oto opowieść dwojga nadwrażliwców o zbliżającym się końcu świata. Czy istnieje jakieś tytułowe bezpieczne miejsce, w którym mogą się przed nim schronić? A raczej – w którym można tej katastrofy doczekać przez nikogo nie niepokojonym? Ano – jest. Chciałbym tutaj zrobić teatralną pauzę i odesłać do spektaklu, żebyście sprawdzili, co to za miejsce, ale ponieważ zostało to napisane, więc zdradzę – to nasze wnętrze, cokolwiek przez nie rozumiemy, bo - i to mierzone w metrach kwadratowych, na przykład oklejone taśmą, i to – niemierzalne, przepraszam za egzaltację przymiotnika.

Przy okazji - będę się z przyglądał poczynaniom zawodowym p. Adama Borysowicza, ten aktor ma w sobie jakąś tajemnicę, wydaje mi się, że bardzo duży potencjał, oby trafiały się tylko dobre role.
 

Teatr Łaźnia Nowa

AUTOBIOGRAFIA NA WSZELKI WYPADEK

Michał Buszewicz

reż. Michał Buszewicz

premiera 6 grudnia 2020

Najpierw byłem nieco zdezorientowany, bo podmiot liryczny istotnie okazał się autorem, można mieć wrażenie, że jakby ździebko jeszcze za młodym na inscenizację autobiografii, przepraszam za pewną taką protekcjonalność. Za chwilę jednak mój sui generis oburzyzm został ze sceny wyśmiany, ach – żachnąłem się teatralnie - czyli ta zabawa będzie na waszych warunkach... no dobrze. I oglądałem już bez skonfundowania a z frenezją, zresztą rosnącą z każdą kolejną sceną.

Bo ten na poły ekshibicjonistyczny spektakl wydał mi się przede wszystkim (jakkolwiek to zabrzmi) hołdem złożonym teatrowi, jednak emanacją radości faktu, że można dlań tworzyć, można w nim być, spotkać tutaj tak samo wrażliwych ludzi, opowiadać im o najbardziej fantastycznych światach, jakie tylko przyjdą do głowy czy - wyspowiadać się szczerze ze swojego prawdziwego życia. Można też wszystko ze sobą pomieszać i poplątać, dodać do akcji garść faktów z życia rodziców i dziadków, a aktorzy zagrają to tak, że publiczność nawet się nie zorientuje, że ma do czynienia z wytworem wyobraźni i talentu dramaturga, cóż – cierpiącego troszkę z powodu poczucia upływającego czasu, żałującego nienapisanych z lenistwa albo braku weny tekstów, tęskniącego się za miłościami, które przegapił, czy nieumiejącego zapomnieć o epizodzie, który doprowadził go do przychodni na Chmielną. A ile w tych zwierzeniach prawdy? I czy to w ogóle ważne?

Spektakl jest istotnie nieco bezczelny i megalomański, ale także - znakomicie napisany, inteligentny, przewrotny, autoironiczny, wzruszający - i cóż – mądry. Wspomniany już podmiot liryczny objawia nam się poprzez postacie trzech panów porządkujących sprawy i rzeczy po jego zmarłej osobie (sic), Tomasz Cymerman, Daniel Dobosz i Konrad Wosik są fantastyczni, widać, ile katorżniczej pracy - wraz z reżyserem - włożyli w ten tylko z pozoru prościutki spektakl.

P.S. Muzyka – Baasch.

 
TR Warszawa
2020 BURZA

Weronika Murek, Grzegorz Jarzyna na motywach Williama Szekspira

reż. Grzegorz Jarzyna

premiera 27 listopada 2020

To normalne, że każda kilkukrotnie przekładana (z różnych powodów) premiera wzbudza większe niż zwykle zainteresowanie, a gdy do tego niezamierzonego zabiegu marketingowego dołożymy nazwiska twórców, no to trudno się dziwić, że i oczekiwania wobec niej są także ponadstandardowe. Właśnie w takim, dość uroczystym nastroju, zasiadłem w piątkowy wieczór przed laptopem...

Nie odpisywałem na burzę (uhm) smsów, które przychodziły podczas emisji, z pytaniem „jak się podoba”, bo po pierwsze - to nie jest teatr, podlegający takiej ocenie, ta kategoria jest tutaj jakby niekoherentna, a po wtóre – jeśli już zaryzykować - ani nie „nie podobało” ani „podobało”. Po prostu – i właśnie to najbardziej rozczarowujące – troszkę za mało mnie to wszystko obeszło, nie poruszyło żadnej większej struny, nie umiałem w ten świat wejść, w czym przeszkadzały liczne fałszywe nuty, które dopisano do partytury Szekspira, cóż, nie wszystko także zrozumiałem, teatrolodzy z pewnością wkrótce rozjaśnią ten półmrok. Pewien jestem tylko tego, że ta Burza jest o wiemy jakiej burzy, trop może prymitywny, ale wk... Kalibana wyrażane popularnym ostatnio bezokolicznikiem nie pozostawia przecież najmniejszych wątpliwości, zresztą to nie jedyne w tym spektaklu raczej ostentacyjne odniesienie do tego co tu i teraz. O czym wobec tego był ten spektakl wiosną, wszak gotowy już przecież kilka miesięcy temu? A może lepiej spytać – czy ten, który zobaczyliśmy, będzie tak samo zrozumiałą przestrogą i za rok? Czy wściekłość i bezsilność, z których się zrodził, będą jakoś żywe za dziesięć lat? (nieprzypadkowo 10, bo mamy i odniesienia do Smoleńska. Sic.). Z perspektywy mojej sofy także zastosowanie skanów, animacji, wizualizacji czy AI niewiele w tę Burzę wniosło, było czymś, bez czego ten spektakl mógłby się obejść, takim „bajerem”, zabawą formą.

Może to po prostu nie jest spektakl do oglądania na laptopie? Obejrzałem, bo inaczej się teraz nie da, ale mam wrażenie, że choć całość była profesjonalnie nagłośniona, pięknie i sensownie przy użyciu kilku kamer pokazane, to jednak ta czwarta ściana ekranu laptopa od czegoś istotnego mnie odcięła, coś jakby zabiła, tak najordynarniej - zmieniła chyba sens. Obejrzę raz jeszcze, wyłącznie na żywo, prosiłbym o jak najszybsze spełnienie mojej prośby. 

 

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

reż. Ewa Domańska

premiera 20 listopada 2020

Przed premierą tej tragikomedii jej twórcy podkreślali, że rzecz jest uniwersalna i że nie musi być odczytywana jako komentarz do tu i teraz. Niestety, na scenie tej uniwersalności nie udało się osiągnąć, a za bieżącą publicystyką (oraz publicystyką w ogóle) w teatrze nie przepadam.

Zacznę może od pochwał – dobrze, że spektakl był streamowany, oczywiście zapachu kurzu z kurtyn nie czuliśmy, ale „coś” żywego w tym onlajnowym przekazie jednak było. Coś, czego prawdopodobnie rejestracja by nie pokazała, może świadomość, że aktorzy są na Karasia, że dla nas wychodzą na scenę, że mają tę samą tremę, że nie da się zrobić dubla, jak coś nie wyjdzie. Poza tym – spektakl był ładnie pokazany i takoż nagłośniony, jak nauczyła nas pierwsza fala pandemii – to onlajnowym teatrze to wcale nie takie oczywiste, że dobrze widać i słychać...

Nie zrozumiałem natomiast po co twórcy aż tak przerysowali wszystkich właściwie bohaterów? Czy Valida Vrana bez tej swojej emfazy, bez tych pohukiwań, „strasznych” min, bez karykaturalności, byłaby mniej porażająca? Czy jej dwór bez przesadnej – no właśnie – groteskowej - usłużności przestałby być gremium oślizłym? Raczej nie. Było w tej manierze – jak to w manierze - coś fałszywego, coś, co nie dawało potraktować poważnie niegłupiego przecież ostrzeżenia przed zamordyzmem, i – co nie pozwoliło Validzie współczuć, choć przecież Pawlikowska właśnie tak ją napisała, w sumie przecież niejednoznacznie. Ale coś nie zagrało i chyba zabrakło też konsekwencji.

Bo - w tym trudno znośnym dość przesterowanym towarzystwie były jednak dwie osoby, które mówiły i zachowywały się normalnie, jeśli w takich okolicznościach można mówić o normalności, mianowicie Norman (Dominik Łoś) i Agatika (Katarzyna Skarżanka), tak, jakby byli z innej planety, jakby się tej grotesce tylko przyglądali.

Być może ich „normalność” była zabiegiem celowym. Jeśli tak - to dlaczego dotyczyła tylko ich dwojga? Bo cóż np. zawiniła Petronika, do której Norman mówił, a ona do niego - przemawiała? Czy choćby Halima i Kołopuk, między którymi – choć przecież są parą - chemia była jakby ujemna...

A jeśli - nie?

 
Teatr Dramatyczny w Warszawie
JEZIORO

Zuzanna Bojda

reż. Daria Kopiec

premiera 6 listopada 2020

Pewien znajomy teatrolog twierdzi - nie mam powodu, żeby mu nie wierzyć - że nie istnieje podział na teatr kobiecy i męski, a – na dobry i zły. I z tą myślą oglądałem tenże spektakl, dodajmy, że z dwoma tylko męskimi nazwiskami na liście płac. W skrócie – trzy nurkujące przyjaciółki spotykają się nad tytułowym jeziorem chcąc pobić rekord głębokości, a tym samym - własne rozmaite ograniczenia.

Oglądałem uważnie, niestety niewiele zrozumiałem, przedstawienie wydało mi się przemetaforyzowane, a niektóre z rozważań przyjaciółek - dość banalne, żeby nie powiedzieć, że egzaltowane - np. „czas trwa tyle, ile chcę, żeby trwał”, czy - „sierpień zdarza się raz na rok i to jest za krótko, to nie jest normalne”.

Tymczasem jedna z moich koleżanek z redakcji przyszła kolejnego dnia do pracy jakaś odmieniona, poruszona, widać było, że coś się stało.
Jako empatyczny kolega zaproponowałem wszechstronne wsparcie, a ona – nic, nic, to tylko wczorajszy spektakl trochę mnie rozbił, jeszcze nie doszłam do siebie. Cóż, teza z pierwszego akapitu jest najwyraźniej do głębokiej weryfikacji.
 
Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu
CUDOWNE I POŻYTECZNE. O SEKSIE.

Remigiusz Ryziński, Martyna Majewska

reż. Martyna Majewska

premiera 6 listopada 2020

Momentami jest naprawdę grubo.

Ale widzowie są uprzedzani i - jak ktoś nie lubi, nie chce, wstydzi się, albo trafił przypadkiem, to ma możliwość wyłączenia się, zatem sprawa postawiona jest uczciwie. Dodajmy dla porządku, że przedstawienie jest nie tyle o seksie, co o mówieniu o nim, a to przecież trochę co innego.

Jak opowiedzieć na przykład o tym - dlaczego żony uprawiają seks z mężami jakoś dwa razy w miesiącu? Albo - dlaczego transwestyta podczas seksu nie może, pod żadnym pozorem, wyjść ze swojej roli? (Rewelacyjny i bardzo poruszający epizod Aleksandra Kalety, brawo charakteryzacja!) Czy też - co sądzić o fakcie, że pewna korzystająca na co dzień z aplikacji randkowej dama traktująca erotykę jako nieodzowną i całkiem przyjemną część życia, jest umówiona na bzykanko się z 18-letnim synem znajomej? Jak się zresztą dowiemy od samej zainteresowanej - wolałaby coś bardziej na poważnie z Piotrem, strażnikiem więziennym, pięknym, umięśnionym i hojnie obdarzonym mężczyzną, cóż, kiedy on… ale może nie będę psuł tej niespodzianki. Więc - jak o tym wszystkim opowiedzieć? O tych meandrach i o codziennej codzienności naszej seksualności? Jest pewien sposób, otóż – WPROST.

I właśnie wprost o pożyciu swoich bohaterów opowiada nam p. Angelika Cegielska, ten spektakl jest popisem jej talentu, nie wiem czy praca przy Seksie była trudna czy łatwa, wiem jednak na pewno. że cień wstydu czy zgorszenia zniweczyłby cały spektakl.

Tymczasem p. Angelika zagrała każdą z postaci w punkt, co do milimetra, bez wątpienia lubiąc swoich bohaterów, szanując ich, oraz – co istotne - rozumiejąc ich potrzeby i upodobania. Moją ulubioną postacią z tego spektaklu jest menadżerka tancerek w klubie, niewiasta nieprawdopodobnie wulgarna (co ja, kurwa, Szewczyk Dratewka jestem?), jej monolog do pracownic jest po prostu cudeńkiem, śmiałem się do telewizora jak sroka do sera.

W Wałbrzychu powstał znakomity, nietrywialny spektakl, faktycznie – rzecz raczej dla widzów dorosłych, a i to nie dla wszystkich, ale – odwagi! Ma bowiem rację Hubert Michalak, pisząc, że jest w tym przedstawianiu coś niesłychanie czystego, szczerego, przejrzystego i last but not least – oczyszczającego. Pełna zgoda.



 

Teatr Powszechny w Warszawie

MARTWA NATURA

Mateusz Atman, Agnieszka Jakimiak
reż. Agnieszka Jakimiak

premiera 6 listopada 2020

Nie chciałbym być uznany za radykała, ale ze wszystkich widzianych przeze mnie spektakli „ekologicznych” (a trochę ich na afiszach mamy) wychodziłem zirytowany, w cudzysłów biorę nie żeby ośmieszyć, ale – żeby rozszerzyć znaczenie tego przymiotnika. Martwa Natura też nastroiła mnie negatywnie, choć trudno mi sformułować jakąś poważniejszą uwagę do tego przedstawienia.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli – także uważam, że idziemy (my, ludzkość) ku samozagładzie. Problem jednak w tym, że jest w tej sprawie tak wiele słów, apeli, konstatacji, przestróg, ostrzeżeń i gróźb, spektakli, filmów, narracji, fundacji, i relacji - a sensownego działania dojmująco brak. Nie ma bowiem (nieco generalizując, bo są wyjątki) ani realnej woli politycznej państw ani chęci ich obywateli do ponoszenia rozmaitych – a nieuchronnych i niemałych – kosztów, ot i cała filozofia. Widziałem zresztą niedawno badanie, z którego wynika, że Polacy są bardzo za ekologią, pod warunkiem, że nie muszą za nią płacić, zapewne nie tylko Polacy.

Zatem owe elegie o odchodzącym świecie, choć poetycko i z czułością w TP pokazane, wydały mi się przekonujące dla już przekonanych, uczulające już uczulonych, uświadamiające już świadomych, wszystko ładnie, metaforycznie, z adekwatną scenografią, itepe, co jednak miałem z tego spektaklu wynieść – niestety nie wiem, gdyż jestem prawdopodobnie za mało wrażliwy na te kwestie. Zdarzają się wśród widzów i takie przypadki.
 

Teatr WARSawy

ZAMKNIĘCI W SOBIE. STAND-UP

reż. Aneta Wróbel, Bartosz Wierzbięta

premiera 6 listopada 2020

Poznaliśmy w TW ośmioro debiutujących artystów, którzy wybrali gatunek sztuki niełatwy, więc zupełnie normalne, że jednym poszło lepiej a innym - gorzej. Część stand-upów była bardzo zabawna, a pozostałe mniej, były też – no cóż - niezabawne. Niecenzuralne słowa, bez których obyć się tu niepodobna, zabrzmiały w ustach części aktorów fałszywie, a u innych - niczym pełnokrwiste mięso. Nad dykcją i stresem u jednych można byłoby popracować, podczas gdy inni nie mieli z tym problemu. Były występy ździebko za długie, były takie, które zostawiły niedosyt i były również takie „w sam raz”.

Przepraszam za mizerię tych obserwacji, ale jak sądzę – w tym wypadku nie ma potrzeby jakiejś głębszej analizy obejrzanego dzieła, bo spędziłem w TW po prostu bardzo sympatyczny (ostatni przed lockdownem) wieczór. Tylko tyle i aż tyle.

 

Potem-o-tem

NIE DO POWIEDZENIA
Marcin Zbyszyński

reż. Marcin Zbyszyński

premiera 31 października 2020

Kto nie marzył o tym, żeby mięć doskonałą pamięć, zapamiętywać wszystko, bez wyjątku? Wiecie, ciągi cyfr, składy drużyn piłkarskich itepe. A... gdyby tak a rebour? COŚ przeżyć, a potem nie pamiętać nic? Tabletki o takim działaniu Kuba dostaje od tajemniczego dostawcy jedzenia (Jerzy Radziwiłowicz) i przywozi je na nocną naradę z przyjaciółmi.

Kuba (Marcin Bubółka w dublurze z Piotrem Piksą) od lat nie ma odwagi powiedzieć Jakubowi (Filip Kosior), że przyjaźń jest dla niego tylko namiastką miłości. Po pigułce nareszcie może to nie-do-powiedzenie wyznać otwarcie. I raz w życiu przytulić go z całej siły, fantastyczna swoją drogą scena w aucie. Marlena (Małgorzata Mikołajczak) jest pozbawiona umiejętności zapominania, więc nie dziwimy się, że jest najbardziej podekscytowana działaniem pastylek. Adela (Eliza Rycembel) natomiast chciałaby raz choć wejść w skórę swojej wszystko pamiętającej siostry. I mamy oto nocną naradę operacyjną przed ślubem Adeli i Kuby, obok jednak i wyznanej i wyseksionej miłości tych dwojga jest między nimi coś nie-do-powiedzenia.

Z pozoru - rzecz o skutkach odlotu, ale nie, to nie przestroga przed uzależnieniem, raczej pretekst do snutej przed wrażliwców opowieści o życiu i całej reszcie, w których nie zawsze wszystko wychodzi, mimo najlepszych chęci, bo to materie przecież skomplikowane. Na szczęście jednak obok niezbywalnego prawa do spieprzenia czegoś od czasu do czasu, mamy też prawo do pamiętania i – zapominania.

Finał tego uroczego spektaklu zbyt optymistyczny jednak nie jest, na końcu bowiem budzimy się z tych pięknych snów, niestety – z kacem.
 

Teatr Bogusławskiego w Kaliszu

PROSNA. KRYMINAŁ MUZYCZNY

Michał Chludziński, Łukasz Czuj
reż. Łukasz Czuj
prapremiera 24 października 2020
Bohaterem tego musicalu jest nieistniejący ekskluzywny niegdyś hotel Prosna i – mówiąc najkrócej - ludzie z nim związani: lokalny bandzior, prostytutki, oszuści, sekretarz partii, dziennikarz, mamy także - zgodnie z tytułem – historię kryminalną, jest trup, jest śledztwo, a kto zabił – tego nie zdradzę, bo w przypadku kryminału byłoby to spojlerowanie mocno nieuczciwe, a ponadto – tutaj to wszystko nie jest... aż tak bardzo proste. Chociaż – może lepiej napisać, że bohaterem tego musicalu jest Historia, która lubi być pisana na nowo, z której świat wybiera tylko to, co wygodne, która – jakkolwiek to zabrzmi – lubi się powtarzać. Więc nieznoszących nostalgii informuję, że kaliski spektakl jest o tym, co tu i teraz, z odniesieniami do współczesności, które zwykle w teatrze wybrzmiewają jak tania publicystyka, w tym wypadku jednak proszę się nie lękać, bowiem libretto napisano z talentem, pewną lekkością i szacunkiem dla inteligencji także bardziej wymagającego widza.
Mam jednak do tego spektaklu jedną uwagę, kilkadziesiąt pierwszych minut jest po prostu słabych, coś nie zadziałało, aktorzy byli jakby z boku, może to stres premiery, może świadomość, że rękawica jest naprawdę ciężka, a zespół nienawykły do grania musicali jednak ją podnosi. Aż tu nagle rozbrzmiewa fantastycznie napisany i świetnie pokazany song Sekretarza o śpiącym Jabłońskim, potem song Kobylaka czy o wylanej Prośnie, i - jakbyśmy się przenieśli do zupełnie innej, dużo lepszej rzeczywistości.
Akt drugi był energetyczny, przebojowy, ze świetnym finałem – a raczej finałami, bo naliczyłem ich kilka, co akurat w tym wypadku mi nie przeszkadzało, bo rewelacyjnie zaśpiewaną Bella Ciao twórcy jakby antycypowali najbliższe wydarzenia w kraju.
 

Teatr Studio

KONIEC Z EDDYM

Édouard Louis
reż. i adapt. Anna Smolar
premiera 24 października 2020
Rzecz się dzieje na francuskiej z przeproszeniem prowincji, w czasach nam względnie współczesnych, ale patrząc na scenę widziałem ni mniej ni więcej tylko moje rodzinne miasto lat 80-tych, z tą jedynie różnicą, że w owym czasie w metropolii nad Białą homoseksualistów nie było – jeśli wiecie, co mam na myśli. Scena wyboru zawodu przez siostrę bohatera z mułowatym nieco nauczycielem, narzekająca na cały świat matka i nieobecny ojciec marzący o synu macho, bida będąca nie tylko stanem portfela ale i umysłu – taki właśnie jest świat dzieciństwa naszego bohatera, plus jeszcze piekło nietolerancji małego miasta. Eddy z tego świata ucieka, jak wielu z nas - zaczyna nowe życie, może używając częściej słowa „wyjeżdżać” niż „uciekać”. Ale czy taka ucieczka w ogóle jest możliwa? – pyta Louis, wraca przecież nasz bohater do swoich rodziców już jako człowiek sławny, z nagrodami na koncie, wciąż jest ich synem, a jednak... jakby był kimś już trochę obcym.
Zatem inaczej niż w książce, jak mi się wydaje, spektakl Anny Smolar jest opowieścią nie tyle o koszmarze życia w nietolerancyjym środowisku, ale o tym że każda nasza zeń ucieczka skazana jest na niepowodzenie, chyba że wymyślimy się na nowo, radykalnie, z żelazną konsekwencją, tak Louis – zaczynając od zmiany nazwiska. Udało mu się?
Spektakl jest znakomicie zagrany, szczegolnie przez panie, nie mogłem wzroku oderwać od Eweliny Żak, Dominiki Biernat i Soni Roszczuk. Ale także znow świetna rola Roberta Wasiewicza (szacunek za empatyczne odegranie zapalenia korzonków czy ischiasa) oraz bardzo pasującego do Studia - Daniela Dobosza.
Mateusz Smoliński natomiast w jednej ze scen gra redaktora, miałem wobec tej roli wyjątkowo dużo empatii, doskonale bowiem wiem, co czuje dziennikarz radiowy mający przeprowadzić na żywo wywiad z introwertycznym bądź zgoła milczącym rozmówcą. Właśnie tak to wygląda, choć chwała Bogu, że w radiu NIE wygląda.
 

Teatr Żydowski

MYKWA

Hadar Galron
reż. Katarzyna Kirsz
premiera 23 października 2020
Nie dałoby się tego tak precyzyjnie wyreżyserować – chwilę po zakończeniu premierowego spektaklu, tuż obok siedziby teatru, placem Bankowym przeszedł pierwszy marsz protestacyjny przeciw orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. I ta nieprawdopodobna zbieżność obu wydarzeń była bez wątpienia dziewiątą bohaterką tego przedstawienia.
Mykwa – zbyt skrótowo określana jako spektakl o przemocy wobec kobiet - wydała mi się przede wszystkim głosem sprzeciwu wobec oportunizmowi, koniunkturalizmowi i tchórzostwu. „To nie nasza sprawa” - powtarza jak mantrę Szoszana (znakomita Ernestyna Winnicka) – wiedząc, że ślady na ciele Hadwy nie są efektem wypadku, zresztą wszyscy wiedzą, że mąż ją katuje, radzą jednak pogodzić się z losem, a bunt przeciw wpływowemu mężowi nazywają idiotycznym.
Ale pojawia się nowa pracownica, która bezczelnie wtrąca się w życie przychodzących do mykwy kobiet. Szira (Ewa Tucholska) nie dość, że miala „jakieś” kłopoty w poprzednim miejscu pracy, to jeszcze nie wraca do domu na noce, cóż, najpewniej i ona ma swoje za uszami – domyślają się Szoszana i Hindi (świetna Alina Świdowska). Jednak i one mają coś do ukrycia. Czego się tak bardzo boją i czego wstydzą? A czego w mykwie szuka Michal (świetna Monika Chrząstowska), wyzwolona gwiazda muzyki, wydawałoby się – będąca ponad nakazami tradycji?
Bo i ona, w końcu zmywszy lakier z paznokci – zanurza się w wodzie i oczyszcza. A – czy Tehili dane będzie zaznać szczęścia w małżeństwie z człowiekiem, którego nie kocha, czy też posłucha przewrotnej rady Michal? Obejrzyjcie, bo - Mykwa to świetnie zagrane, mądre i wciągające (oraz – naturalnie - aktualne)przedstawienie o cenie, jaką się płaci za nieposłuszeństwo.
 
DWOJE BIEDNYCH RUMUNÓW MÓWIĄCYCH PO POLSKU

Dorota Masłowska
reż. Rafał Fudalej
premiera 18 października 2020

Upewniłem się tego wieczoru w przypuszczeniach, że DBRMPP jest jednym z najważniejszych tekstów polskiej dramaturgii współczesnej, z pewnością – pierwsza piątka. Ale – jak to z arcydziełem - trzeba się z nim obchodzić ostrożnie, z szacunkiem, bo inaczej wyjdzie faktycznie beka o nieogarniętych polskojęzycznych autostopowiczach z Rumunii. Trudna sprawa, bo przecież Masłowska napisała tekst celowo efekciarski, a nie można go efekciarsko pokazać, bo wyjdzie efekciarsko, a zatem źle, bo się przerysuje, a już jest przerysowane. Jednak aktorzy Bazy doskonale wiedzą, gdzie ta granica leży, owszem, zbliżali się do niej, jakby ją obwąchiwali, ale jej nie przekroczyli. Szarżowali - gdzie było miejsce na szarżę, a byli po masłowsku liryczni, gdzie Masłowska liryzmu żąda. Nie zdziwcie się - z plakatu przedstawienia wynika, że role są wielokrotnie dublowane, można się zatem zastanawiać nad sensem tylu dublur, ale - nie nie - to niezupełnie tak, nie będę wam jednak psuł niespodzianki, pomysł reżysera na obsadę, choć może zaskakujący, to w swojej prostocie olśniewa.

Na scenie oglądamy słuchaczy Studium Teatralnego działającego przy Teatrze Baza, którzy nie są (jeszcze) zawodowymi aktorami, i - może nimi będą a może nie. Jest w nich jednak tu i teraz pasja, zaangażowanie i talent, co – w połączeniu z ciężką pracą i mającym pomysły reżyserem - przełożyło się na przedstawienie, które można śmiało pokazać na każdej scenie kraju, o którym tak żartobliwie opowiada ten zupełnie przecież nieśmieszny spektakl.

 

Mazowiecki Teatr Muzyczny

THRILL ME. HISTORIA LEOPOLDA I LOEBA

Stephen Dolginoff

reż. Tadeusz Kabicz

premiera 16 października 2020

Rzecz faktycznie raczej dla dorosłych, cóż, jesteśmy świadkami morderstwa i autor faktów raczej nie owija w bawełnę, więc co wrażliwsi mogą uronić łzę czy mieć kłopoty z zaśnięciem. Ale Thrill me to nie tylko wciągający kryminał, ale także poruszająca i bardzo smutna opowieść o sile manipulacji, o potrzebie miłości, oraz - o cenie, jaką za chwile bliskości niekiedy trzeba zapłacić.

Thrill me jest jedną z największych niespodzianek – a może i sensacji - tego sezonu, debiutujący bowiem w teatrze młody reżyser (Tadeusz, wybacz ten cień protekcjonalności, intencje jak najlepsze!) zrealizował w MTM spektakl wprost znakomity. Libretto zostało fantastycznie spolszczone przez Małgorzatę Lipską, aktorom towarzyszy bardzo utalentowana pianistka, p. Karina Komendera, dodajmy, że równorzędna bohaterka tego przedstawienia, a w rolach głównych oglądamy i słuchamy Macieja Pawlaka i Marcina Januszkiewicza, których może nie będę komplementował, bo aż głupio.

Zobaczcie sami, olśniewające.

 
Teatr Polski w Warszawie
TRZY WYSOKIE KOBIETY

Edward Albee
reż. Maksymilian Rogacki
premiera 14 października 2020

Polska prapremiera tego spektaklu miała miejsce ćwierć wieku temu w Teatrze Wybrzeże, później ten Albee pojawił się na scenach jeszcze kilkukrotnie, ostatni raz – jak czytam w Encyklopedii Teatru – w 1999 roku. I od tamtej pory nic, ciekawe – dlaczego? Ano pewnie dlatego, że tekst – choć nagrodzony Pullitzerem – jest jednak i dość trudny i dość niewdzięczny. Nie da się go zrozumieć bez poznania choć z grubsza historii Albe'ego, który był dzieckiem adoptowanym przez ludzi, którzy nigdy nie powinni mieć żadnych dzieci, wychowywał się bowiem w domu zupełnie pozbawionym miłości. Jego matka była – no właśnie - wysoką kobietą, która bez żalu wysłała dorosłego już, bo przecież osiemnastoletniego chłopaka, w świat, nie spełnił bowiem jej oczekiwań, wyrósł bowiem na homoseksualistę.

Albee twierdził, że ten dramat NIE jest zemstą na pozbawionej uczuć matce, jednak właśnie ta nieznośna myśl bzyczy w głowie od podniesienia kurtyny aż po oklaski. Z drugiej jednak strony - Grażyna Barszczewska w znakomitej roli Kobiety A - zrobiła wiele, żebyśmy i jej nie oceniali zbyt surowo,

bo – mówiąc w pewnym uproszczeniu - „oprogramowanie” jakie jej wgrano w dzieciństwie, również nie było pozbawione błędów, także tych krytycznych.
 

Teatr Narodowy

SONATA JESIENNA
Ingmar Bergman

reż. Grzegorz Wiśniewski

premiera 10 października 2020

Wybitna pianistka Charlotta (Danuta Stenka) przyjeżdża w odwiedziny do córki, której nie widziała od siedmiu lat. Ewa (Zuzanna Saporznikow) mieszka z dużo starszym mężem pastorem (Jan Englert) i niepełnosprawną siostrą na skromnej prowincjonalnej plebanii. Co wyniknie ze spotkania obu kobiet – wiemy z filmu Bergmana.

Serio - wiemy?

Nie będę może pisał o czym Sonata jest, a o czym - nie, bo pojawiające się w recenzjach zdania o „cenie, jaką się płaci za...”, „o roli sztuki w życiu”, itepe itede, w ogóle nie oddają sensu tego przedstawienia, i uprzedzam – jeńcy brani nie są, wychodzi się z teatru w krytycznym stanie emocjonalnym, bufet na Wierzbowej powinen być czynny po tym spektaklu, a nie tylko przed, bo jako tako można dojść do siebie po jednym, a raczej dwóch głębszych.

Danuta Stenka zagrała rolę wielką, to jest aktorstwo totalne, przeszło mi przez myśl, że gdybym był aktorem nie odważyłbym się pójść tak daleko, bo pogubiłbym się w drodze powrotnej. Wspaniała w roli Ewy - Zuzanna Saporznikow - którą zagrała pewnie stąpając po cienkiej granicy między miłością a nienawiścią do swojej matki, między furią a pokorą, litością a oschłością; Jan Englert tym razem w cieniu swoich aktorek.

Nie wiem, jak obejrzycie to wspaniałe przedstawienie, zważywszy na absurdalne ograniczenia epidemiologiczne. Ale przegapienie Sonaty Jesiennej w Narodowym nie będzie błędem, a – zbrodnią.

 
KWARTET

Ronald Harwood
reż. Wojciech Adamczyk

premiera 3 października 2020

Kwartet jest pogodnym spektaklem o miejscu sztuki w naszym życiu i – o starości, jeśli naturalnie starość może być „pogodna”. Nasi bohaterowie – mimo dokuczających „siątek”, zarówno ze strony ciała jak i umysłu, mimo dożywania swoich dni w domu seniorów, a nie z rodziną - próbują jakoś żyć, z zachowaniem szacunku dla siebie i współpensjonariuszy, co łatwe nie jest, bo mamy do czynienia z artystami, a więc indywidualistami. Sytuacja dość gwałtownie się pogarsza, gdy do trojga już oswojonych ze sobą bohaterów, dołącza była żona jednego z nich, która – o zgrozo - wcale nie ma zamiaru się dostosować do ustalonych i praktykowanych tu zasad. Czy uda się zatem całej czwórce przygotować i wystawić tytułowy kwartet z Rigoletta? Zdradzę – uda się, co zresztą i tak wiadomo, bo to przecież komedia, a nie trzymający w napięciu moralitet.

To jest teatr taki już trochę pokryty - niesłychanie szlachetną, dodajmy - patyną, czy też „teatr jak kiedyś”, z aktorami, którzy w tym wypadku muszą być obsadzeni po warunkach, bo młodsi zrobiliby by z tego tekstu okrutną farsę. A obsadę mamy w Ateneum gwiazdorską – Magdalenę Zawadzką, Krzysztofa Tyńca, Krzysztofa Gosztyłę i Marzenę Trybałę, która dubluje rolę Jean z Sylwią Zmitrowicz, i - choć w wypadku tych wspaniałych aktorów może zabrzmieć to nieco protekcjonalnie, zaryzykuję – wszyscy są świetni.

Spędziłem więc w Ateneum miły wieczór, siedzenia na widowni właśnie zainaugurowanej sceny Teatru (o nazwie 20) są wygodne, zadrżałem jedynie w teatralnej kawiarni, gdzie pozwoliłem sobie na lampkę białego, tyle bowiem płacę za całą butelkę, a nawet półtorej... Cóż, to Warszawa, musi więc kosztować, przynajmniej można płacić kartą.
 

SpektakLOVE

KOLACJA DLA GŁUPCA

Francis Veber

reż. Cezary Żak

premiera 2 października 2020

Może zacznę od tego, że Kolację warto zobaczyć dla Bartłomieja Topy, którego – owszem – widujemy na stołecznych deskach w „lekkich” produkcjach, ale tutaj jego Pignon po prostu kradnie kolegom scenę, jest w tej roli nieodparcie zabawny, wie jednak gdzie leży cienka granica między dworowaniem ze swojego bohatera a - poniżeniem go. I choć spędziłem na Otwockiej tzw.miły wieczór, mam do tego przedstawienia kilka uwag.

Po pierwsze sam tekst – choć oczywiście wciąż śmieszy – mocno się jednak zestarzał. Zauważmy, że dziś nie dałoby się tych intryg uknuć, bo mamy komórki, u Vebera telefon stacjonarny jest archaicznym już nieco motorem większości nieporozumień. Może zaryzykowałbym i poszukał czegoś bardziej współczesnego? Secundo - czy ktoś może mi wytłumaczyć, po co Michał Zieliński naśladował na scenie polityków? Wszyscy wiedzą, że jest urodzonym parodystą, niestety miało się to do tekstu doskonale nijak i było wyłącznie popisem, zupełnie okropnym mizdrzeniem się do publiczności. Dalej - Agnieszka Więdłocha niepotrzebnie przerysowała swoją bohaterkę, Marlene, było w jej neurotycznym zachowaniu jednak czegoś odrobinkę za dużo.
Wreszcie – zatknijcie uszy podczas finału, morał jest tak egzaltowany, że ręce opadają, wiem, że tak jest napisane, ale - na Boga - dramaturg przecież dysponuje klawiszem backspace. Albo chociaż nożyczkami.
Zresztą, może czepiam się bez sensu? W Ateneum będzie za chwilę 1000. wystawienie, może i na Otwockiej – mimo moich utyskiwań - Kolacja dla głupca będzie na afiszu jeszcze w 2050? Kto wie?
 

Teatr Studio

DRAMA

Paweł Sakowicz

reż. Paweł Sakowicz

premiera 27 września 2020

Pisanie o tańcu współczesnym przychodzi mi z pewną trudnością, gdyż się na nim nie znam. Ale staram się oglądać wszystkie spektakle Pawła Sakowicza, gdyż jestem jego fanem. C/U się błyskawicznie wyprzedało, co niesłychanie cieszy, nie bez problemów zatem udało mi się Dramę obejrzeć i bardzo się z tego faktu cieszę. Mamy oto dwoje tancerzy na scenie, pianino, a... jest jeszcze trzeci – powiedziałbym, że równorzędny bohater tego spektaklu – mianowicie muzyka Justyny Stasiowskiej. Czytam, że „zainspirowany Sylfidą (…) za pomocą tańca i dwóch ciał Paweł Sakowicz bada, to, co realne i nierealne, własne i zapożyczone, świat i zaświat, rozsądek i uczucie”. A może... opisywanie - zręczne zresztą i jak sądzę kompetentne - tego spektaklu jest wprowadzaniem pewnego rodzaju ograniczeń? A może nie jest, bo jeśli nawet świat gdzieś się kończy, to zaświat przecież nie... O granicach i ich braku w naszym kosmosie miałem okazję przeprowadzić (ze sobą) dysputę podczas tego pięknego wieczoru. Wieczoru – dodam - pełnego talentu, wyobraźni, pasji i efektu ciężkiej pracy obojga aktorów.

Od sceny transowego tańca do specjalnie spowolnionego hitu muzyki popularnej, (dalibóg nie pamiętam przez kogo wykonywanego), nie mogłem oczu oderwać, było to wręcz narkotycznie ubezwłasnowalniające.

Stunning.

 

Teatr Polonia

CRAVATE CLUB

Fabrice Roger-Lacan

reż. Wojciech Malajkat

premiera 24 września 2020

Mamy oto biuro projektowe, którego współwłaściciel - Bernard kończy 50 lat. Jego partner - Adrien – jak się okazuje - nie przyjdzie na urodzinową imprezę, co Bernarda mocno rozczarowuje, bo panowie są przyjaciółmi. Jakież to Adrien ma ważniejsze plany na ten wieczór? Historia jest błaha i lekka tylko z pozoru, bo rzecz jest o sprawach bardzo istotnych - na przykład – czym jest przyjaźń? Co możemy zataić przed przyjacielem, a co z naszego życia możemy zostawić dla siebie bez narażenia się na zarzut nielojalności? Dlaczego frustracja może mieć siłę huraganu? Czy też – co jesteśmy w stanie zrobić, żeby być zaakceptowanym? Wiem, piernik, wiatrak, Sas i las, więcej jednak nie napiszę, żeby nie spojlerować zbyt mocno, ale zapewniam, jest w tym spektaklu i ład i sens. Są w nim także momenty bardzo zabawne, ale proszę się nie zdziwić, jeśli ktoś wyjdzie z teatru w stanie pewnego takiego wzburzenia.

Znakomity Wojciech Malajkat jako Bernard, którego zagrał z więcej niż zegarmistrzowską precyzją, a Adrien – to chyba najlepsza z dotychczasowych ról Marcina Stępniaka.
 

Nowy Teatr w Warszawie

GRUPA WARSZAWSKA

Michał Telega
reż. Eglė Švedkauskaitė
premiera 24 września 2020

Nie będę ukrywał – jestem uczulony na apele ekologiczne w teatrze, gdybym się zatem miał znów dowiedzieć, ze mam przestać używać słomek bo zabijam świat, to pewnie bym po angielsku spektakl opuścił. Na szczęście – choć duch Grety T. jest jakoś tam na scenie obecny – to jednak Grupa Warszawska nie jest przedstawieniem ginącej planecie, a - o dojrzewaniu. Oczywiście nie da się tego procesu wyjąć z tu i teraz, nasi bohaterowie chcą lepszego świata dla siebie, czystszego, z rozsądniejszymi politykami itd., ale jak sądzę rzecz jest o tym, że najtrudniej tę zmianę świata zacząć od siebie, czego dowodem były jakoś poruszające w swojej prostocie (i szczerości) wspomnienia z czasów kwarantanny, która była znakomitym pretekstem, żebyśmy czegoś nie zrobili - nie przeczytali książki, odłożyli zadane lekcje czy czekającą pracę - na bardziej sprzyjający czas, z przeproszeniem – prokrastynowali.

Pracę nad spektaklem zaczęto w lutym, ale część tekstu dopisała się przez tych kilka miesięcy właściwie sama, pewnie miało być o czym innym, a epidemia sprawiła, że był TAKŻE o epidemii. Chociaż - gdyby się bliżej przyjrzeć – czy na pewno?

Atutem Grupy Warszawskiej są aktorzy występujący w tym przedsięwzięciu – naturalni, nie szarżują, nie spinają się, nie „bawią się w teatr”. Oni występują, opowiadają, zwierzają się, nie grają, po prostu „są”. Tak, jak ich widzowie. Czwarta ściana byłaby oczywiście w takim spektaklu nieporozumieniem.
 

Teatr Powszechny w Warszawie

RONJA, CÓRKA ZBÓJNIKA

Astrid Lindgren

reż. Anna Ilczuk

premiera 18 września 2020

Ronja jest - powstałym z pewnej tęsknoty czy nostalgii za dzieciństwem, bardzo kolorowym, słodkim, zwiewnym, dowcipnym i – z pasją zagranym przedstawieniem familijnym dla widza jak czytamy - od lat 7. I trochę co innego zobaczą w na scenie dzieciaki, a o czym innym będzie ten spektakl dla ich rodziców.

Mamy na scenie dużo „dziejstwa”, jest fantastyczna scenografia (Mateusz Stępniak) i zabawa możliwościami teatru, którą to zabawę publiczność właściwie od razu podjęła.

W tym barwnym świecie, w lesie zamieszkałym przez dzikie konie i groźne Wietrzydła i Szaruchy, żyje sobie nasza bohaterka - Ronja (jakby stworzona do tej roli Klara Bielawka), córka zbójnika (fantastyczny Mateusz Łasowski). Co było dalej – pewnie wiecie, bo pamiętacie z dzieciństwa oraz czytaliście swoim dzieciom.

A że Powszechny jest teatrem, który się wtrąca, więc i Ronja mówi o Bardzo Ważnych Sprawach - o uczciwości, głównie wobec siebie, o odwadze, o wrażliwości na świat, o sile przyjaźni (świetny Andrzej Kłak w roli Birka), o szacunku do ludzi i do świata, i – pewnie najbardziej o tym, co to znaczy być rodzicem, czego się uczyć i co czerpać z wrażliwości swojego dziecka oraz - jakie granice mu wyznaczać (jakkolwiek to konserwatywnie to brzmi).

Bawiłem się na Ronji pierwszorzędnie, zaskoczył mnie Michał Czachor, jak się okazało - obdarzony nieprawdopodobnym (-ą?) vis comica, ale... bardzo jestem ciekaw opinii widzów przed 10-tym rokiem życia, bo – jako się rzekło – niewykluczone, żeśmy na scenie widzieli dwa zupełnie inne przedstawienia.

Co – podkreślę – nie jest akurat wobec Ronji uwagą krytyczną, tylko definiującą dobrze zrealizowany spektakl rodzinny.

Enjoy!

 

Instytut Teatralny

ŚWIĘTO WIOSNY NA ATURI I MIMOZY WSTYDLIWE

Klaudia Hartung-Wójciak

reż. Klaudia Hartung-Wójciak

18-20 września 2020

Dodajmy do tytułu, że i na dwoje performerów – Małgorzatę Bielę i Oskara Malinowskiego - choć istotnie aturi i mimozy odgrywały w tym projekcie role sprawcze. Jednak w sobotni wieczór, kiedy brałem udział w tym uroczym eksperymencie, rośliny wydały mi się niezbyt skłonne do współpracy, ich ruchy były gnuśne, mało zauważalne, przyznam więc, że z kilkoma mimozami wszedłem w głębszy kontakt, lekko je muskając i z obserwując, jak się kuliły i jak chowały przede mną listki. Aturi natomiast były przez twórców zmotywowane lekkim podmuchem z wentylatora, oczekiwany efekt wizualny osiągnięto szczególnie przy odpowiednim ustawieniu świateł. Ponadto – to już uwaga na marginesie – rośliny trzeba było na potrzeby tego performansu trochę „oszukać”, bo 19.00 to dla nich naturalna pora snu i inaczej zobaczylibyśmy rzecz o śpiących aturi i mimozach, a zupełnie nie o to chodziło. (Może więc były najzwyczajniej w świecie senne? - no nie wiadomo).

Strawińskiego właściwie tu nie było, poza wyświetlanymi na monitorach podtytułami jego dzieła i - poza odniesieniami do legendarnej choreografii Wacaława Niżyńskiego. Słynne melodie z baletu każdy sam sobie nucił jeśli znał, jeśli nie znał – nie nucił, i taka strategia również była przez autorkę przewidziana. Publiczność bowiem – z muzyka w głowie i bez niej – podążała za performerami, robiła im zdjęcia na tle roślin, dotykała je i wąchała (rośliny, nie performerów), albo - po prostu siedziała i patrzyła, słowem - uczestniczyła w tym misterium i była jego niezbędną częścią. Ale czy najważniejszą?

Bo może głównym bohaterem tego Święta Wiosny był prawie nieobecny tu Strawiński? A może jednak - rośliny, które chcąc nie chcąc zwijają listki albo zwracają się ku źródłu muzyki i światła, „tańcząc” właśnie?

A może - o tym, że tak bardzo – z jakichś powodów - chcemy te ich atawizmy zobaczyć?

 

Nowy Teatr

UNTITLED (HOLDING HORIZON)

Alexander Jenkins-Baczyński
13 września 2020
Mam z tańcem współczesnym pewien problem, bo zawsze się lękam, że nie zrozumiem przesłania, że jestem za mało merytorycznie przygotowany na właściwą percepcję dzieła, że ktoś czymś będzie epatował, będzie radykalny albo ostentacyjny. Ale z biesami walczyć trzeba, własne horyzonty poszerzać, najwyżej – pomyślałem - Ania Sańczuk mi wytłumaczy o co chodziło jeśli wyjdę ogłupiały. (Jakąż to bitwę niekiedy trzeba stoczyć ze sobą przed pójściem do teatru.)
Mamy oto zwykłą przestrzeń wygospodarowaną z dużej sceny Nowego, pięcioro performerów, ekran z projekcjami i - widzów siedzących na co drugiej poduszce. Mamy też muzykę będącą bez wątpienia szóstym bohaterem tego przedsięwzięcia. Artyści tańczyli, poruszali się z pewną dezynwolturą, lekkością, może improwizując, a może ów układ został wyćwiczony do milimetra na próbach? Nie wiem. Wiem tylko, że przenioslem się na tę godzinkę dość niespodziewanie do jakiegoś lepszego świata, zabawiłem tam trochę i - cało i zdrowo wraz z oklaskami wróciłem (no chem).
Było to wciągające, w klasyczny sposób piękne, była w tym i jakaś dyskusja i krzyk i szept i patos, zwyczajność i last but not least - gorączka sobotniej nocy.
Za Antonim Słonimskim – utwór pt. Untitled (sic) dał mi zadowolenie artystyczne.
 

PWSFTvIT w Łodzi

MEWA

Antoni Czechow
reż. Grzegorz Wiśniewski
premiera 12 września 2020
Spędziłem w Studyjnym prawie 3 godziny zupełnie bez świadomości upływu czasu, od pierwszej sceny wciągnęło mnie za twarz i sadystycznie niemal trzymało do końca. Chłonąłem zachłannie każde słowo, gest, ruch, nutę, pauzę, kilkukrotnie zbliżając się do granicy silnego poruszenia, raz ją przekraczając oraz - gdzieniegdzie rechocąc bo to przecież to komedia. Aktorzy są fantastyczni, WSZYSCY. Każdy z nich miał okazję pokazać na scenie swoją wrażliwość, warsztat i talent, reżyser bowiem doskonale rozumie specyfikę spektakli dyplomowych.
Mewa jest cudowną, inteligentną i przewrotną zabawą teatrem, jego możliwościami i konwencjami; zabawą światłem, ciałem, słowem, jest emanacją radości bycia w tym miejscu, w tym czasie i - wśród tych ludzi, jest wreszcie – cóż – gorzką momentami - refleksją nad najważniejszymi rzeczami na świecie – nad miłością i - nad teatrem.
Przepraszam za pewną taką egzaltację, proszę bez dyskusji jechać do Łodzi i zobaczyć ten zachwycający spektakl. Dziękuję.
 

Teatr Narodowy

MATKA JOANNA OD ANIOŁÓW

Jarosław Iwaszkiewcz, dram. J.Holewińska
reż. Wojciech Faruga
premiera 5 września 2020
To jest spektakl na dużą, a nie małą scenę. Aktorzy nieledwie nadeptywali mi na buty, nie mam nic przeciwko,zdarza się przecież, ale w większej przestrzeni byłby głebszy oddech, większe pole do popisu miałby Krystian Łysoń, a scena z siekierą nie wywołałaby w publiczności aż tak wielkiego przerażenia, zakryłem się ramionami, nie dostrzegłszy, że rekwizyt był jednak przymocowany do nadgarstka aktorki, no ale nigdy nie wiadomo...
Matka Joanna jest dlugo wyczekiwanym, fantastycznym powrotem na scenę znakomitej aktorki, jaką jest Małgorzata Kożuchowska, którą proszę o wybaczenie, bo uważam, że scenę jej skradła najlepszą rolą w tym spektaklu - Edyta Olszówka. Jej – nomen omen – Małgorzata, jak pamiętamy była jedyną nieopetaną w tym towarzystwie, ale przecież dlatego, że żyła naprawdę. Owszem, porzucona ostatecznie przez Chrząstowskiego (Adam Szczyszczaj) wiedziała jednak o co toczy się ta gra, i – choć w końcu zrozpaczona – umiała przegrać. Przegrać? Zwracam uwagę na cudowną scenę świnuszenia dwojga kochanków, którzy wyrażają swoje potrzeby względem drugiego posługując się barokową poezją, ten obcy wydawałoby się wtręt zabrzmiał w spektaklu fenomenalnie, oboje aktorów proszę o audiobuka z tym materiałem.
Suryn (Karol Pocheć) – wydaje się, że coraz bardziej zakochany w Joannie i jednocześnie przerażony tą miłością - przejmuje jej demony, ale żeby została świętą, bo tylko to jej dogadza, musi zabić Juraja i Kaziuka, których związek – zauważmy - jest ledwie przez Iwaszkiewicza zaznaczony, jakby muśnięty, w spektaklu jednak znalazł się na pierwszym planie (obaj aktorzy świetni – Mateusz Kmiecik i Kamil Studnicki). Czy to coś znaczy?
I czy - żeby ktoś został świętym, kto inny musi być na wieki potępiony?
 
Teatr WARSawy
TRZY DNI DESZCZU

Richard Greenberg
reż. Rafał Mohr
premiera 27 sierpnia 2020
Mamy oto bardzo kochające się rodzeństwo – Nan i Walkera, którzy spotykają się po dłuższej przerwie, Walker był bowiem we Włoszech, o czym Nan nie wiedziała, wariując z obawy o brata, bo Walker mówi co prawda dużo, ale nie o tym, co trzeba. Spotykają się ze smutnej okazji – odczytania testamentu ich ojca. Dołącza do nich Pip, syn wspólnika ich taty, który to Pip ku zdumieniu wszystkich dziedziczy dom, który zgodnie z ustaleniami rodzeństwa miał przypaść Walkerowi. I mamy akt drugi, o którym napisać nie mogę nic, żeby po prostu nie zepsuć Wam spektaklu.
Trzy dni deszczu to wciągający, mądry, świetnie zagrany, taki typowo „warsawowy” spektakl, cóż – o życiu i całej reszcie. O tym np. że od genów nie uciekniemy, że - choć mówimy tym samym językiem, często zupełnie się nie rozumiemy. I że trzeba w związku z tym zrozumieć strategię tych, którzy w ogóle przestali się ze światem komunikować, nie odnajdując w tym procesie sensu. O - przyjaźni, która jest uczuciem silniejszym od miłości, o miłości, która jest trudną sprawą, i - która niestety albo i stety mija. O tym wreszcie, że wszystko, ale to zupełnie wszystko, co robimy ma swoje konsekwencje – widoczne i niewidoczne, dokuczliwe i przyjemne, prędzej czy później, ale – zawsze ma.
Na scenie - Justyna Kowalska, Piotr Ligienza i Maciej Raniszewski, całą trójkę świetnie się ogląda, a reżyserowi gratuluję bardzo udanego debiutu.
 

Teatr Studio

POWRÓT TAMARY

Michał Buszewicz

reż. Cezary Tomaszewski

premiera 15 sierpnia 2020

Nie widziałem Tamary 30 lat temu, nie byłem wówczas gotowy na wydanie całego stypendium z hakiem na bilet do teatru (120 000 zł), brakowało mi też stosownych znajomości, gdyż owe bilety były towarem wysoce deficytowym. Ale tamte czasy dość dobrze pamiętam, a że jestem w klubie nostalgików więc - te fragmenty przedstawienia, które nawiązywały do premiery w 1990, do siermiężności i szarości początków naszego kapitalizmu, do bidy ale i rozbudzonych ambicji - wydały mi się najlepsze, właśnie tak było, właśnie to się nosiło i tak się wyglądało - fantastyczne kostiumy autorstwa Braci są jednym z głównych bohaterów Powrotu Tamary.

Spędziłem w Studiu tzw. miły wieczór i ocena tego przedstawienia jest pozytywna, jednak... jakiś drobiazg tam nie zagrał, jakieś ziarko piasku uwierało, coś było nie tak. Co?

Na pewno nie aktorstwo – fantastyczny jest Jan Peszek (D'Annuzio), który bezskutecznie próbuje się z Tamarą (Sonia Roszczuk) przespać, mamy świetną rolę Moniki Switaj, czy – bardzo dobrą Mateusza Smolińskiego, zresztą oglądamy na scenie fantastyczny zespół i słabszych ról tu brak. Widać też, że aktorzy lubią Tamarę, że się bawią konwencją spektaklu, tekstem, muzyką i skojarzeniami. Nie wiem tylko, czy nie bawią się... za bardzo. W którymś momencie poczułem się jakoś samotny, chyba przy wtręcie o potrzebie kupna reflektora do Akademii Teatralnej, najwyraźniej była to kwestia z jakimś niedostępnym mi kluczem interpretacyjnym.

I tutaj – jak sądzę - jest ta psina pogrzebana. Otóż – bez choćby pobieżnego przygotowania merytorycznego widz zobaczy tylko rewię, z tancem, śpiewem, żartami i dyskretnym świntuszeniem.
Żeby ten spektakl zrozumieć na wszystkich płaszczyznach, trzeba najpierw choćby z grubsza dowiedzieć się, o co chodziło w 1919 w Rijece, trzeba znać podstawowe fakty z biografii Łempickiej, wreszcie – z grubsza wiedzieć, jaki był kontekst powstawania premiery Macieja Wojtyszki i – jakie realia tamtych czasów.
To nie jest zarzut wobec tego olśniewającego przedstawienia, bynajmniej. Ale – choć oglądałem i słuchałem dość uważnie momentami czułem się ździebko wykluczony. Cóż, trzeba było doczytać, mea culpa.
 
Teatr Wybrzeże
ŻYCIE INTYMNE JAROSŁAWA

Magda Kupryanowicz, Michał Kurkowski, Kuba Kowalski na podstawie korespondencji, dzienników i wątków opowiadań Jarosława Iwaszkiewicza
reż. Kuba Kowalski

premiera 24 lipca 2020

Obejrzałem poruszający, z wyczuciem napisany i fantastycznie zagrany spektakl o pięknie, zwyczajności i o meandrach ludzkiej seksualności. Mówi się bowiem niekiedy, że Iwaszkiewicz miał „skomplikowane życie intymne”. Nie wiem, co w nim skomplikowanego, był – jak większość ludzi (tzw. znakomita większość, w tym jego żona, de facto główna bohaterka tego spektaklu) – biseksualny. W przeciwieństwie jednak do owej większości, nie miał z tym faktem większego problemu, Anna – jak się wydaje – również, zwróćmy uwagę na poruszającą scenę, w której i ona chciałaby poddać się urokowi Jurka, dla tej chwili jest gotowa się upokorzyć.

Kuba Kowalski słowami samego Iwaszkiewicza opowiada o głośnym romansie 60-letniego pisarza z nieco pogubionym, bardzo pięknym chłopcem mogącym być jego wnukiem. O co w tym związku chodziło? Czy Błeszyński został kochankiem Iwaszkiewicza w zamian za daleko idącą pomoc wpływowego pisarza, co stawia go w pozycji – cóż - żigolaka? Czy była w tym związku jakakolwiek symetria? Dlaczego Iwaszkiewicz tak kurczowo trzymał się tego akurat chłopaka, choć – powiedzmy to szczerze – mógł mieć ze swoją pozycją dowolnego? Wreszcie – dlaczego Anna była tak wyrozumiała wobec tego romansu? Sekret może tkwi w jednym zdaniu, którego tu przytoczyć nie mogę bo dość wulgarne - otóż ludziom się wydaje – mówi Iwaszkiewicz, że między mężczyznami chodzi o... (i tu mówi, o co chodzi – jak się ludziom wydaje). Podczas gdy to nie tak..

Ten skazany na śmierć - dosłownie - związek z ciężko chorym Jurkiem zaowocował, choć może to nieodpowiednie słowo, kilkoma arcydziełami nowelistyki, choćby Tatarakiem, nikt nie ma wątpliwości, że Boguś to Jerzy, motyw choroby, zauroczenia i śmierci w młodym wieku pojawiał się już i we wcześniejszych nowelach Iwaszkiewicza, tak więc może on wypisał, wyśnił, wymarzył, stworzył tę miłość? Może...

A tak na marginesie – polecam sześciotomowy zbiór opowiadań JI, tą naprawdę wielką literaturą pięknie wypełniłem czas tego pierwszego tak absurdalnego przecież lockdownu.

 

Och-Teatr

WSPÓLNOTA MIESZKANIOWA

Jiří Havelka

Reż. Krystyna Janda

premiera 16 lipca 2020

Mam to szczęście, że mieszkam w bloku administrowanym przez dość staromodną spółdzielnię mieszkaniową, z kasą, działem technicznym itd., jak coś się zepsuje – to się dzwoni i przychodzi pan Tomek i naprawia, wiecie. I niespecjalnie wiele więcej poza płaceniem czynszu mnie interesuje, co jest dosyć komfortowe. Więc gdybym musiał uczestniczyć w takim zebraniu, jakiego przebieg oglądamy w Ochu, chyba bym panią Procházkovą (świetna Katarzyna Żak) po prostu udusił... W największym skrócie – bo i nie można za wiele napisać i wcale nie jest to najważniejsze kto z kim i dlaczego - podczas zebrania wspólnota mieszkaniowa pewnej kamienicy musi podjąć ważne decyzje m.in. o sprzedaży strychu. Spotkanie prowadzi przewodnicząca - młoda matka trojga dzieci, pani Zahrádková (Agnieszka Więdłocha), której bez przerwy przeszkadza formalistka Pani Roubíčková (cudowna Izabela Dąbrowska), na nic się nie zgadza były przewodniczący wspólnoty zgorzkniały nieco pan Kubát (Grzegorz Warchoł w dublurze z Witoldem Dębickim), a enfant terrible owego spotkania, nie do końca rozumiejący, gdzie jest i o co chodzi, jest niepełnosprawny Pan Švec (Michał Zieliński). Poza tym - pan Sokol milczy, pani Bernášková rodzi, a pełen koncyliacji Čermák – choć jakby trzyma się na uboczu, odegra jednak w tym misterium rolę główną. Zwracam uwagę na najlepszą scenę tego spektaklu, kiedy pan Zahrádka (Piotr Ligienza) w pewnym momencie nie wytrzymuje i ku zdumieniu połowicy - mówiąc delikatnie – podsumowuje swoje małżeństwo, dekompensacja biednego Zahradki po prostu wciska w fotel.

Oglądamy znakomite, nieodparcie zabawne, świetnie zagrane, ale uprzedzam - bardzo, ale to bardzo gorzkie przedstawienie, z pytaniem Havelki, na które ewentualna odpowiedź może tylko uwierać - Quo vadis, ludzie? Quo – kurwa - vadis?

Top of Och.

 

Teatr Siemaszkowej w Rzeszowie

IWONA, KSIĘŻNICZKA BURGUNDA

Witold Gombrowicz

reż. Waldemar Śmigasiewicz

premiera 11 lipca 2020

Jeden z moich ulubionych i jeden z najwdzięczniejszych polskich tekstów dramatycznych w rzeszowskiej inscenizacji zionął dojmującą nudą. Cudowna scena czytania wierszy własnych przez Małgorzatę, to jej marzenie o giętkości zawsze przecież wywołujące u publiczności reakcje – w zależności od odczytania i talentu aktorki - od podszytego empatią uśmiechu po sardoniczny wręcz rechot,  w Rzeszowie - choć p. Mariola Łabno-Flaumenhaft robiła co mogła - publiczność oglądała tę scenę w głębokim milczeniu, bądź - jak piszący te słowa – w rozpaczy. także z powodu niemożności zrozumienia intencji reżysera. Rachityczne drzewko na scenie i post apokaliptyczna scenografia wskazywałyby – jak usłyszałem w kuluarach – że rzecz jest o ekologii, niestety, więcej tropów w tej sprawie odnaleźć było niepodobna. O czym więc był ten spektakl? Ach, o czym?

PS. Sukienka Iwony okropna. Wiem, że ma być okropna, ale – na Boga – niech JAKOŚ inaczej będzie okropna.
 

Teatr Powszechny w Warszawie

DOBROBYT

Juli Jakab, Árpád Schilling, Éva Zabezsinszkij

reż. Árpád Schilling

premiera 10 lipca 2020

Wera i Jakub przyjeżdżają do ekskluzywnego hotelu na weekend, to jest nagroda w konkursie, którą Jakubowi przekazała jego mama. Czy to ważne? Może tak, może nie. Trochę dziwny ten hotel, nie dochodzi tam co prawda do katastrof jak w Hotel Zacisze, ale… jednak. Na basenie nie wszędzie można pływać, nie wszystkie stoliki są dostępne dla wszystkich gości, ba, nawet trzeba po sobie sprzątać. Jakub nie zwraca większej uwagi na ekscentryczność tego miejsca, ale Wera – tak. I Jakub bardziej się zaprzyjaźnia z nowymi bogatymi znajomymi, a Wera – nie. Czy dlatego, że jest ze wsi, czy są może inne powody? A w ogóle – kim tak naprawdę są ci nowi przyjaciele? A czym - ten ekscentryczny hotel?

Dawno nie widziałem w teatrze przedstawienia tak umiejscowionego tu i teraz i – jednocześnie – tak metaforycznego; tak bardzo politycznego, a przecież – wcale nie o polityce traktującego. Było to coś pionowego i poziomego jednocześnie, irytującego i - wciągającego, obrazoburczego, a przecież nie sposób sobie wyobrazić tego przedstawienia bez TYCH scen, a szczególnie TEJ jednej (przyznaję, że na moment zamarłem, bom się zląkł, że…, ale nie będę Wam psuł niespodzianki). To moralitet? Przestroga? Diagnoza w teatralne szaty ubrana? Czy obyczajowa opowieść z życia wyższych klas, znudzonych tytułowym dobrobytem?

Bez względu na to, czy to Wasza bajka, czy nie, jedno nie podlega dyskusji – przedstawienie jest znakomicie zagrane.

Wiktor Loga-Skarczewski jest świetny w pełnej poświęceń roli Jakuba, Anna Ilczuk - bezbłędna jako zepsuta bogata znajoma, Klara Bielawka ze swojego epizodu zrobiła perełkę i wreszcie – wzbudzająca we mnie autentyczny lęk Ewa Skibińska jako bezkompromisowa menadżerka naszego dziwnego hotelu.

 

Nowy Teatr w Słupsku

WZÓR NA POLE TRÓJKĄTA

Michał Zdunik

reż. Jan Hussakowski

premiera 5 lipca 2020

Bog troicu ljubit – jak wiemy, gdy tymczasem bycie w trójkącie to nie tylko grzech, ale i ambaras, co przyznają ze sceny sami bohaterowie. Świat jest nastawiony na podwójność, ta trzecia czy ten trzeci to w każdym właściwie wymiarze codzienności o jedno za dużo. Jednak naszym bohaterom to nie przeszkadza, łączy ich uczucie, wspólne życie, seks i - pragnienie posiadania dziecka, które – jak się okazuje – może przyjść na świat z genami trojga. No ale dochodzi do tzw. wpadki i jedna z dziewczyn zachodzi w ciążę w układzie najzupełniej dwójkowym. Jakie to będzie miało konsekwencje? I czy w ogóle takie życie we troje ma jakikolwiek sens? A może - sensu nie ma tabu z takim związkiem związane?

Coś jednak w tym związku było nie tak. Relacje trojga naszych bohaterów wydały mi się bardzo powierzchowne, sztuczne, momentami nawet nieco egzaltowane, choć nie brakowało w nich seksu, to jednak nie było między nimi chemii. Może właśnie tak to jest trójkątach? No nie wiem. Momentami tekst był dość wulgarny, niepotrzebnie, nieparlamentarne wyrazy po prostu źle brzmiały w ustach aktorów (zapewniam, że wszystkie je znam),
a scena seksu, czy też pozycji miłosnych w trójkącie – choć pomysłowa, estetyczna i nawet zabawna – też trochę nie pasowała do całości, jakby twórcy nie mogli się zdecydować, czy ma powstać moralitet czy - jednak komedia obyczajowa.
 

Teatr Studio

ZWIASTOWANIA

Karolina Szczypek
premiera 4 lipca 2020

Punktem wyjścia do tych z wdziękiem zagranych (zaimprowizowanych?) rozważań o rodzicielstwie było tytułowe zwiastowanie, może przypomnę na wszelki wypadek - Maria Magdalena, dowiaduje się od Archanioła Gabriela, że ma zostać matką Wiemy Kogo. I przyglądanie się sytuacji macierzyństwa Marii z dzisiejszego punktu widzenia, w oderwaniu może od boskości całego przedsięwzięcia, jest niezwykle ciekawe, uprzedzając jednak, że widzowie zbliżeni do toruńskiego skrzydła Kościoła, mogą wyjść ze Zwiastowań nieco zdezorientowani, bo padają ze sceny różne kłopotliwe pytania np. o to, czy Józef kochał Marię? Czy Jej pożądał? Ergo – czy miłość rodziców do nas (i odwrotnie) jest wkodowana, bezwarunkowa czy wyuczona? I co to w ogóle znaczy – być rodzicem? Czy należy dawać dziecku maksimum wolności, czy też raczej w trosce o nie – ją ograniczać? Itepe.

Dawno nie widziałem w teatrze tak zachwycającej i jednocześnie prościutkiej sceny, Paweł Sablik w sukni ślubnej swojej mamy jak sądzę – zatańczył Marię Magdalenę (sic!) Sandry, a w tle widzieliśmy oryginalne nagranie video z wesela z 1993 roku. Fantastyczny był także monolog wycofanego nieco Wojciecha Jastrzębskiego, powiedzmy, że o niemożności zaczęcia, a zatem – i skończenia, świetna – zabawa Disneyem Magdaleny Osińskiej. Mam do tego bardzo udanego przedsięwzięcia tylko dwie nieśmiałe uwagi – całość skróciłbym o pół godziny, a list Andrzeja kończący przedstawienie lepiej zabrzmiałby w innym miejscu,
skończyłbym albo pogawędką Marii z Gabrielem albo - rewelacyjną sceną przedostatnią, bez wnikania w szczegóły, bo może będziecie mogli Zwiastowania jeszcze gdzieś zobaczyć, więc nie chcę psuć tej niespodzianki.