Sezon 2020/2021

DWOJE BIEDNYCH RUMUNÓW MÓWIĄCYCH PO POLSKU

Dorota Masłowska
reż. Rafał Fudalej
premiera 18 października 2020

Upewniłem się tego wieczoru w przypuszczeniach, że DBRMPP jest jednym z najważniejszych tekstów polskiej dramaturgii współczesnej, z pewnością – pierwsza piątka. Ale – jak to z arcydziełem - trzeba się z nim obchodzić ostrożnie, z szacunkiem, bo inaczej wyjdzie faktycznie beka o nieogarniętych polskojęzycznych autostopowiczach z Rumunii. Trudna sprawa, bo przecież Masłowska napisała tekst celowo efekciarski, a nie można go efekciarsko pokazać, bo wyjdzie efekciarsko, a zatem źle, bo się przerysuje, a już jest przerysowane. Jednak aktorzy Bazy doskonale wiedzą, gdzie ta granica leży, owszem, zbliżali się do niej, jakby ją obwąchiwali, ale jej nie przekroczyli. Szarżowali - gdzie było miejsce na szarżę, a byli po masłowsku liryczni, gdzie Masłowska liryzmu żąda. Nie zdziwcie się - z plakatu przedstawienia wynika, że role są wielokrotnie dublowane, można się zatem zastanawiać nad sensem tylu dublur, ale - nie nie - to niezupełnie tak, nie będę wam jednak psuł niespodzianki, pomysł reżysera na obsadę, choć może zaskakujący, to w swojej prostocie olśniewa.

Na scenie oglądamy słuchaczy Studium Teatralnego działającego przy Teatrze Baza, którzy nie są (jeszcze) zawodowymi aktorami, i - może nimi będą a może nie. Jest w nich jednak tu i teraz pasja, zaangażowanie i talent, co – w połączeniu z ciężką pracą i mającym pomysły reżyserem - przełożyło się na przedstawienie, które można śmiało pokazać na każdej scenie kraju, o którym tak żartobliwie opowiada ten zupełnie przecież nieśmieszny spektakl.

 

Teatr Narodowy

SONATA JESIENNA
Ingmar Bergman

reż. Grzegorz Wiśniewski

premiera 10 października 2020

Wybitna pianistka Charlotta (Danuta Stenka) przyjeżdża w odwiedziny do córki, której nie widziała od siedmiu lat. Ewa (Zuzanna Saporznikow) mieszka z dużo starszym mężem pastorem (Jan Englert) i niepełnosprawną siostrą na skromnej prowincjonalnej plebanii. Co wyniknie ze spotkania obu kobiet – wiemy z filmu Bergmana.

Serio - wiemy?

Nie będę może pisał o czym Sonata jest, a o czym - nie, bo pojawiające się w recenzjach zdania o „cenie, jaką się płaci za...”, „o roli sztuki w życiu”, itepe itede, w ogóle nie oddają sensu tego przedstawienia, i uprzedzam – jeńcy brani nie są, wychodzi się z teatru w krytycznym stanie emocjonalnym, bufet na Wierzbowej powinen być czynny po tym spektaklu, a nie tylko przed, bo jako tako można dojść do siebie po jednym, a raczej dwóch głębszych.

Danuta Stenka zagrała rolę wielką, to jest aktorstwo totalne, przeszło mi przez myśl, że gdybym był aktorem nie odważyłbym się pójść tak daleko, bo pogubiłbym się w drodze powrotnej. Wspaniała w roli Ewy - Zuzanna Saporznikow - którą zagrała pewnie stąpając po cienkiej granicy między miłością a nienawiścią do swojej matki, między furią a pokorą, litością a oschłością; Jan Englert tym razem w cieniu swoich aktorek.

Nie wiem, jak obejrzycie to wspaniałe przedstawienie, zważywszy na absurdalne ograniczenia epidemiologiczne. Ale przegapienie Sonaty Jesiennej w Narodowym nie będzie błędem, a – zbrodnią.

 
KWARTET

Ronald Harwood
reż. Wojciech Adamczyk

premiera 3 października 2020

Kwartet jest pogodnym spektaklem o miejscu sztuki w naszym życiu i – o starości, jeśli naturalnie starość może być „pogodna”. Nasi bohaterowie – mimo dokuczających „siątek”, zarówno ze strony ciała jak i umysłu, mimo dożywania swoich dni w domu seniorów, a nie z rodziną - próbują jakoś żyć, z zachowaniem szacunku dla siebie i współpensjonariuszy, co łatwe nie jest, bo mamy do czynienia z artystami, a więc indywidualistami. Sytuacja dość gwałtownie się pogarsza, gdy do trojga już oswojonych ze sobą bohaterów, dołącza była żona jednego z nich, która – o zgrozo - wcale nie ma zamiaru się dostosować do ustalonych i praktykowanych tu zasad. Czy uda się zatem całej czwórce przygotować i wystawić tytułowy kwartet z Rigoletta? Zdradzę – uda się, co zresztą i tak wiadomo, bo to przecież komedia, a nie trzymający w napięciu moralitet.

To jest teatr taki już trochę pokryty - niesłychanie szlachetną, dodajmy - patyną, czy też „teatr jak kiedyś”, z aktorami, którzy w tym wypadku muszą być obsadzeni po warunkach, bo młodsi zrobiliby by z tego tekstu okrutną farsę. A obsadę mamy w Ateneum gwiazdorską – Magdalenę Zawadzką, Krzysztofa Tyńca, Krzysztofa Gosztyłę i Marzenę Trybałę, która dubluje rolę Jean z Sylwią Zmitrowicz, i - choć w wypadku tych wspaniałych aktorów może zabrzmieć to nieco protekcjonalnie, zaryzykuję – wszyscy są świetni.

Spędziłem więc w Ateneum miły wieczór, siedzenia na widowni właśnie zainaugurowanej sceny Teatru (o nazwie 20) są wygodne, zadrżałem jedynie w teatralnej kawiarni, gdzie pozwoliłem sobie na lampkę białego, tyle bowiem płacę za całą butelkę, a nawet półtorej... Cóż, to Warszawa, musi więc kosztować, przynajmniej można płacić kartą.
 

SpektakLOVE

KOLACJA DLA GŁUPCA

Francis Veber

reż. Cezary Żak

premiera 2 października 2020

Może zacznę od tego, że Kolację warto zobaczyć dla Bartłomieja Topy, którego – owszem – widujemy na stołecznych deskach w „lekkich” produkcjach, ale tutaj jego Pignon po prostu kradnie kolegom scenę, jest w tej roli nieodparcie zabawny, wie jednak gdzie leży cienka granica między dworowaniem ze swojego bohatera a - poniżeniem go. I choć spędziłem na Otwockiej tzw.miły wieczór, mam do tego przedstawienia kilka uwag.

Po pierwsze sam tekst – choć oczywiście wciąż śmieszy – mocno się jednak zestarzał. Zauważmy, że dziś nie dałoby się tych intryg uknuć, bo mamy komórki, u Vebera telefon stacjonarny jest archaicznym już nieco motorem większości nieporozumień. Może zaryzykowałbym i poszukał czegoś bardziej współczesnego? Secundo - czy ktoś może mi wytłumaczyć, po co Michał Zieliński naśladował na scenie polityków? Wszyscy wiedzą, że jest urodzonym parodystą, niestety miało się to do tekstu doskonale nijak i było wyłącznie popisem, zupełnie okropnym mizdrzeniem się do publiczności. Dalej - Agnieszka Więdłocha niepotrzebnie przerysowała swoją bohaterkę, Marlene, było w jej neurotycznym zachowaniu jednak czegoś odrobinkę za dużo.
Wreszcie – zatknijcie uszy podczas finału, morał jest tak egzaltowany, że ręce opadają, wiem, że tak jest napisane, ale - na Boga - dramaturg przecież dysponuje klawiszem backspace. Albo chociaż nożyczkami.
Zresztą, może czepiam się bez sensu? W Ateneum będzie za chwilę 1000. wystawienie, może i na Otwockiej – mimo moich utyskiwań - Kolacja dla głupca będzie na afiszu jeszcze w 2050? Kto wie?
 

Teatr Studio

DRAMA

Paweł Sakowicz

reż. Paweł Sakowicz

premiera 27 września 2020

Pisanie o tańcu współczesnym przychodzi mi z pewną trudnością, gdyż się na nim nie znam. Ale staram się oglądać wszystkie spektakle Pawła Sakowicza, gdyż jestem jego fanem. C/U się błyskawicznie wyprzedało, co niesłychanie cieszy, nie bez problemów zatem udało mi się Dramę obejrzeć i bardzo się z tego faktu cieszę. Mamy oto dwoje tancerzy na scenie, pianino, a... jest jeszcze trzeci – powiedziałbym, że równorzędny bohater tego spektaklu – mianowicie muzyka Justyny Stasiowskiej. Czytam, że „zainspirowany Sylfidą (…) za pomocą tańca i dwóch ciał Paweł Sakowicz bada, to, co realne i nierealne, własne i zapożyczone, świat i zaświat, rozsądek i uczucie”. A może... opisywanie - zręczne zresztą i jak sądzę kompetentne - tego spektaklu jest wprowadzaniem pewnego rodzaju ograniczeń? A może nie jest, bo jeśli nawet świat gdzieś się kończy, to zaświat przecież nie... O granicach i ich braku w naszym kosmosie miałem okazję przeprowadzić (ze sobą) dysputę podczas tego pięknego wieczoru. Wieczoru – dodam - pełnego talentu, wyobraźni, pasji i efektu ciężkiej pracy obojga aktorów.

Od sceny transowego tańca do specjalnie spowolnionego hitu muzyki popularnej, (dalibóg nie pamiętam przez kogo wykonywanego), nie mogłem oczu oderwać, było to wręcz narkotycznie ubezwłasnowalniające.

Stunning.

 

Teatr Polonia

CRAVATE CLUB

Fabrice Roger-Lacan

reż. Wojciech Malajkat

premiera 24 września 2020

Mamy oto biuro projektowe, którego współwłaściciel - Bernard kończy 50 lat. Jego partner - Adrien – jak się okazuje - nie przyjdzie na urodzinową imprezę, co Bernarda mocno rozczarowuje, bo panowie są przyjaciółmi. Jakież to Adrien ma ważniejsze plany na ten wieczór? Historia jest błaha i lekka tylko z pozoru, bo rzecz jest o sprawach bardzo istotnych - na przykład – czym jest przyjaźń? Co możemy zataić przed przyjacielem, a co z naszego życia możemy zostawić dla siebie bez narażenia się na zarzut nielojalności? Dlaczego frustracja może mieć siłę huraganu? Czy też – co jesteśmy w stanie zrobić, żeby być zaakceptowanym? Wiem, piernik, wiatrak, Sas i las, więcej jednak nie napiszę, żeby nie spojlerować zbyt mocno, ale zapewniam, jest w tym spektaklu i ład i sens. Są w nim także momenty bardzo zabawne, ale proszę się nie zdziwić, jeśli ktoś wyjdzie z teatru w stanie pewnego takiego wzburzenia.

Znakomity Wojciech Malajkat jako Bernard, którego zagrał z więcej niż zegarmistrzowską precyzją, a Adrien – to chyba najlepsza z dotychczasowych ról Marcina Stępniaka.
 

Nowy Teatr w Warszawie

GRUPA WARSZAWSKA

Michał Telega
reż. Eglė Švedkauskaitė
premiera 24 września 2020

Nie będę ukrywał – jestem uczulony na apele ekologiczne w teatrze, gdybym się zatem miał znów dowiedzieć, ze mam przestać używać słomek bo zabijam świat, to pewnie bym po angielsku spektakl opuścił. Na szczęście – choć duch Grety T. jest jakoś tam na scenie obecny – to jednak Grupa Warszawska nie jest przedstawieniem ginącej planecie, a - o dojrzewaniu. Oczywiście nie da się tego procesu wyjąć z tu i teraz, nasi bohaterowie chcą lepszego świata dla siebie, czystszego, z rozsądniejszymi politykami itd., ale jak sądzę rzecz jest o tym, że najtrudniej tę zmianę świata zacząć od siebie, czego dowodem były jakoś poruszające w swojej prostocie (i szczerości) wspomnienia z czasów kwarantanny, która była znakomitym pretekstem, żebyśmy czegoś nie zrobili - nie przeczytali książki, odłożyli zadane lekcje czy czekającą pracę - na bardziej sprzyjający czas, z przeproszeniem – prokrastynowali.

Pracę nad spektaklem zaczęto w lutym, ale część tekstu dopisała się przez tych kilka miesięcy właściwie sama, pewnie miało być o czym innym, a epidemia sprawiła, że był TAKŻE o epidemii. Chociaż - gdyby się bliżej przyjrzeć – czy na pewno?

Atutem Grupy Warszawskiej są aktorzy występujący w tym przedsięwzięciu – naturalni, nie szarżują, nie spinają się, nie „bawią się w teatr”. Oni występują, opowiadają, zwierzają się, nie grają, po prostu „są”. Tak, jak ich widzowie. Czwarta ściana byłaby oczywiście w takim spektaklu nieporozumieniem.
 

Teatr Powszechny w Warszawie

RONJA, CÓRKA ZBÓJNIKA

Astrid Lindgren

reż. Anna Ilczuk

premiera 18 września 2020

Ronja jest - powstałym z pewnej tęsknoty czy nostalgii za dzieciństwem, bardzo kolorowym, słodkim, zwiewnym, dowcipnym i – z pasją zagranym przedstawieniem familijnym dla widza jak czytamy - od lat 7. I trochę co innego zobaczą w na scenie dzieciaki, a o czym innym będzie ten spektakl dla ich rodziców.

Mamy na scenie dużo „dziejstwa”, jest fantastyczna scenografia (Mateusz Stępniak) i zabawa możliwościami teatru, którą to zabawę publiczność właściwie od razu podjęła.

W tym barwnym świecie, w lesie zamieszkałym przez dzikie konie i groźne Wietrzydła i Szaruchy, żyje sobie nasza bohaterka - Ronja (jakby stworzona do tej roli Klara Bielawka), córka zbójnika (fantastyczny Mateusz Łasowski). Co było dalej – pewnie wiecie, bo pamiętacie z dzieciństwa oraz czytaliście swoim dzieciom.

A że Powszechny jest teatrem, który się wtrąca, więc i Ronja mówi o Bardzo Ważnych Sprawach - o uczciwości, głównie wobec siebie, o odwadze, o wrażliwości na świat, o sile przyjaźni (świetny Andrzej Kłak w roli Birka), o szacunku do ludzi i do świata, i – pewnie najbardziej o tym, co to znaczy być rodzicem, czego się uczyć i co czerpać z wrażliwości swojego dziecka oraz - jakie granice mu wyznaczać (jakkolwiek to konserwatywnie to brzmi).

Bawiłem się na Ronji pierwszorzędnie, zaskoczył mnie Michał Czachor, jak się okazało - obdarzony nieprawdopodobnym (-ą?) vis comica, ale... bardzo jestem ciekaw opinii widzów przed 10-tym rokiem życia, bo – jako się rzekło – niewykluczone, żeśmy na scenie widzieli dwa zupełnie inne przedstawienia.

Co – podkreślę – nie jest akurat wobec Ronji uwagą krytyczną, tylko definiującą dobrze zrealizowany spektakl rodzinny.

Enjoy!

 

Instytut Teatralny

ŚWIĘTO WIOSNY NA ATURI I MIMOZY WSTYDLIWE

Klaudia Hartung-Wójciak

reż. Klaudia Hartung-Wójciak

18-20 września 2020

Dodajmy do tytułu, że i na dwoje performerów – Małgorzatę Bielę i Oskara Malinowskiego - choć istotnie aturi i mimozy odgrywały w tym projekcie role sprawcze. Jednak w sobotni wieczór, kiedy brałem udział w tym uroczym eksperymencie, rośliny wydały mi się niezbyt skłonne do współpracy, ich ruchy były gnuśne, mało zauważalne, przyznam więc, że z kilkoma mimozami wszedłem w głębszy kontakt, lekko je muskając i z obserwując, jak się kuliły i jak chowały przede mną listki. Aturi natomiast były przez twórców zmotywowane lekkim podmuchem z wentylatora, oczekiwany efekt wizualny osiągnięto szczególnie przy odpowiednim ustawieniu świateł. Ponadto – to już uwaga na marginesie – rośliny trzeba było na potrzeby tego performansu trochę „oszukać”, bo 19.00 to dla nich naturalna pora snu i inaczej zobaczylibyśmy rzecz o śpiących aturi i mimozach, a zupełnie nie o to chodziło. (Może więc były najzwyczajniej w świecie senne? - no nie wiadomo).

Strawińskiego właściwie tu nie było, poza wyświetlanymi na monitorach podtytułami jego dzieła i - poza odniesieniami do legendarnej choreografii Wacaława Niżyńskiego. Słynne melodie z baletu każdy sam sobie nucił jeśli znał, jeśli nie znał – nie nucił, i taka strategia również była przez autorkę przewidziana. Publiczność bowiem – z muzyka w głowie i bez niej – podążała za performerami, robiła im zdjęcia na tle roślin, dotykała je i wąchała (rośliny, nie performerów), albo - po prostu siedziała i patrzyła, słowem - uczestniczyła w tym misterium i była jego niezbędną częścią. Ale czy najważniejszą?

Bo może głównym bohaterem tego Święta Wiosny był prawie nieobecny tu Strawiński? A może jednak - rośliny, które chcąc nie chcąc zwijają listki albo zwracają się ku źródłu muzyki i światła, „tańcząc” właśnie?

A może - o tym, że tak bardzo – z jakichś powodów - chcemy te ich atawizmy zobaczyć?

 

Nowy Teatr

UNTITLED (HOLDING HORIZON)

Alexander Jenkins-Baczyński
13 września 2020
Mam z tańcem współczesnym pewien problem, bo zawsze się lękam, że nie zrozumiem przesłania, że jestem za mało merytorycznie przygotowany na właściwą percepcję dzieła, że ktoś czymś będzie epatował, będzie radykalny albo ostentacyjny. Ale z biesami walczyć trzeba, własne horyzonty poszerzać, najwyżej – pomyślałem - Ania Sańczuk mi wytłumaczy o co chodziło jeśli wyjdę ogłupiały. (Jakąż to bitwę niekiedy trzeba stoczyć ze sobą przed pójściem do teatru.)
Mamy oto zwykłą przestrzeń wygospodarowaną z dużej sceny Nowego, pięcioro performerów, ekran z projekcjami i - widzów siedzących na co drugiej poduszce. Mamy też muzykę będącą bez wątpienia szóstym bohaterem tego przedsięwzięcia. Artyści tańczyli, poruszali się z pewną dezynwolturą, lekkością, może improwizując, a może ów układ został wyćwiczony do milimetra na próbach? Nie wiem. Wiem tylko, że przenioslem się na tę godzinkę dość niespodziewanie do jakiegoś lepszego świata, zabawiłem tam trochę i - cało i zdrowo wraz z oklaskami wróciłem (no chem).
Było to wciągające, w klasyczny sposób piękne, była w tym i jakaś dyskusja i krzyk i szept i patos, zwyczajność i last but not least - gorączka sobotniej nocy.
Za Antonim Słonimskim – utwór pt. Untitled (sic) dał mi zadowolenie artystyczne.
 

PWSFTvIT w Łodzi

MEWA

Antoni Czechow
reż. Grzegorz Wiśniewski
premiera 12 września 2020
Spędziłem w Studyjnym prawie 3 godziny zupełnie bez świadomości upływu czasu, od pierwszej sceny wciągnęło mnie za twarz i sadystycznie niemal trzymało do końca. Chłonąłem zachłannie każde słowo, gest, ruch, nutę, pauzę, kilkukrotnie zbliżając się do granicy silnego poruszenia, raz ją przekraczając oraz - gdzieniegdzie rechocąc bo to przecież to komedia. Aktorzy są fantastyczni, WSZYSCY. Każdy z nich miał okazję pokazać na scenie swoją wrażliwość, warsztat i talent, reżyser bowiem doskonale rozumie specyfikę spektakli dyplomowych.
Mewa jest cudowną, inteligentną i przewrotną zabawą teatrem, jego możliwościami i konwencjami; zabawą światłem, ciałem, słowem, jest emanacją radości bycia w tym miejscu, w tym czasie i - wśród tych ludzi, jest wreszcie – cóż – gorzką momentami - refleksją nad najważniejszymi rzeczami na świecie – nad miłością i - nad teatrem.
Przepraszam za pewną taką egzaltację, proszę bez dyskusji jechać do Łodzi i zobaczyć ten zachwycający spektakl. Dziękuję.
 

Teatr Narodowy

MATKA JOANNA OD ANIOŁÓW

Jarosław Iwaszkiewcz, dram. J.Holewińska
reż. Wojciech Faruga
premiera 5 września 2020
To jest spektakl na dużą, a nie małą scenę. Aktorzy nieledwie nadeptywali mi na buty, nie mam nic przeciwko,zdarza się przecież, ale w większej przestrzeni byłby głebszy oddech, większe pole do popisu miałby Krystian Łysoń, a scena z siekierą nie wywołałaby w publiczności aż tak wielkiego przerażenia, zakryłem się ramionami, nie dostrzegłszy, że rekwizyt był jednak przymocowany do nadgarstka aktorki, no ale nigdy nie wiadomo...
Matka Joanna jest dlugo wyczekiwanym, fantastycznym powrotem na scenę znakomitej aktorki, jaką jest Małgorzata Kożuchowska, którą proszę o wybaczenie, bo uważam, że scenę jej skradła najlepszą rolą w tym spektaklu - Edyta Olszówka. Jej – nomen omen – Małgorzata, jak pamiętamy była jedyną nieopetaną w tym towarzystwie, ale przecież dlatego, że żyła naprawdę. Owszem, porzucona ostatecznie przez Chrząstowskiego (Adam Szczyszczaj) wiedziała jednak o co toczy się ta gra, i – choć w końcu zrozpaczona – umiała przegrać. Przegrać? Zwracam uwagę na cudowną scenę świnuszenia dwojga kochanków, którzy wyrażają swoje potrzeby względem drugiego posługując się barokową poezją, ten obcy wydawałoby się wtręt zabrzmiał w spektaklu fenomenalnie, oboje aktorów proszę o audiobuka z tym materiałem.
Suryn (Karol Pocheć) – wydaje się, że coraz bardziej zakochany w Joannie i jednocześnie przerażony tą miłością - przejmuje jej demony, ale żeby została świętą, bo tylko to jej dogadza, musi zabić Juraja i Kaziuka, których związek – zauważmy - jest ledwie przez Iwaszkiewicza zaznaczony, jakby muśnięty, w spektaklu jednak znalazł się na pierwszym planie (obaj aktorzy świetni – Mateusz Kmiecik i Kamil Studnicki). Czy to coś znaczy?
I czy - żeby ktoś został świętym, kto inny musi być na wieki potępiony?
 

Teatr Studio

POWRÓT TAMARY

Michał Buszewicz

reż. Cezary Tomaszewski

premiera 15 sierpnia 2020

Nie widziałem Tamary 30 lat temu, nie byłem wówczas gotowy na wydanie całego stypendium z hakiem na bilet do teatru (120 000 zł), brakowało mi też stosownych znajomości, gdyż owe bilety były towarem wysoce deficytowym. Ale tamte czasy dość dobrze pamiętam, a że jestem w klubie nostalgików więc - te fragmenty przedstawienia, które nawiązywały do premiery w 1990, do siermiężności i szarości początków naszego kapitalizmu, do bidy ale i rozbudzonych ambicji - wydały mi się najlepsze, właśnie tak było, właśnie to się nosiło i tak się wyglądało - fantastyczne kostiumy autorstwa Braci są jednym z głównych bohaterów Powrotu Tamary.

Spędziłem w Studiu tzw. miły wieczór i ocena tego przedstawienia jest pozytywna, jednak... jakiś drobiazg tam nie zagrał, jakieś ziarko piasku uwierało, coś było nie tak. Co?

Na pewno nie aktorstwo – fantastyczny jest Jan Peszek (D'Annuzio), który bezskutecznie próbuje się z Tamarą (Sonia Roszczuk) przespać, mamy świetną rolę Moniki Switaj, czy – bardzo dobrą Mateusza Smolińskiego, zresztą oglądamy na scenie fantastyczny zespół i słabszych ról tu brak. Widać też, że aktorzy lubią Tamarę, że się bawią konwencją spektaklu, tekstem, muzyką i skojarzeniami. Nie wiem tylko, czy nie bawią się... za bardzo. W którymś momencie poczułem się jakoś samotny, chyba przy wtręcie o potrzebie kupna reflektora do Akademii Teatralnej, najwyraźniej była to kwestia z jakimś niedostępnym mi kluczem interpretacyjnym.

I tutaj – jak sądzę - jest ta psina pogrzebana. Otóż – bez choćby pobieżnego przygotowania merytorycznego widz zobaczy tylko rewię, z tancem, śpiewem, żartami i dyskretnym świntuszeniem.
Żeby ten spektakl zrozumieć na wszystkich płaszczyznach, trzeba najpierw choćby z grubsza dowiedzieć się, o co chodziło w 1919 w Rijece, trzeba znać podstawowe fakty z biografii Łempickiej, wreszcie – z grubsza wiedzieć, jaki był kontekst powstawania premiery Macieja Wojtyszki i – jakie realia tamtych czasów.
To nie jest zarzut wobec tego olśniewającego przedstawienia, bynajmniej. Ale – choć oglądałem i słuchałem dość uważnie momentami czułem się ździebko wykluczony. Cóż, trzeba było doczytać, mea culpa.
 

Och-Teatr

WSPÓLNOTA MIESZKANIOWA

Jiří Havelka

Reż. Krystyna Janda

premiera 16 lipca 2020

Mam to szczęście, że mieszkam w bloku administrowanym przez dość staromodną spółdzielnię mieszkaniową, z kasą, działem technicznym itd., jak coś się zepsuje – to się dzwoni i przychodzi pan Tomek i naprawia, wiecie. I niespecjalnie wiele więcej poza płaceniem czynszu mnie interesuje, co jest dosyć komfortowe. Więc gdybym musiał uczestniczyć w takim zebraniu, jakiego przebieg oglądamy w Ochu, chyba bym panią Procházkovą (świetna Katarzyna Żak) po prostu udusił... W największym skrócie – bo i nie można za wiele napisać i wcale nie jest to najważniejsze kto z kim i dlaczego - podczas zebrania wspólnota mieszkaniowa pewnej kamienicy musi podjąć ważne decyzje m.in. o sprzedaży strychu. Spotkanie prowadzi przewodnicząca - młoda matka trojga dzieci, pani Zahrádková (Agnieszka Więdłocha), której bez przerwy przeszkadza formalistka Pani Roubíčková (cudowna Izabela Dąbrowska), na nic się nie zgadza były przewodniczący wspólnoty zgorzkniały nieco pan Kubát (Grzegorz Warchoł w dublurze z Witoldem Dębickim), a enfant terrible owego spotkania, nie do końca rozumiejący, gdzie jest i o co chodzi, jest niepełnosprawny Pan Švec (Michał Zieliński). Poza tym - pan Sokol milczy, pani Bernášková rodzi, a pełen koncyliacji Čermák – choć jakby trzyma się na uboczu, odegra jednak w tym misterium rolę główną. Zwracam uwagę na najlepszą scenę tego spektaklu, kiedy pan Zahrádka (Piotr Ligienza) w pewnym momencie nie wytrzymuje i ku zdumieniu połowicy - mówiąc delikatnie – podsumowuje swoje małżeństwo, dekompensacja biednego Zahradki po prostu wciska w fotel.

Oglądamy znakomite, nieodparcie zabawne, świetnie zagrane, ale uprzedzam - bardzo, ale to bardzo gorzkie przedstawienie, z pytaniem Havelki, na które ewentualna odpowiedź może tylko uwierać - Quo vadis, ludzie? Quo – kurwa - vadis?

Top of Och.

 

Teatr Siemaszkowej w Rzeszowie

IWONA, KSIĘŻNICZKA BURGUNDA

Witold Gombrowicz

reż. Waldemar Śmigasiewicz

premiera 11 lipca 2020

Jeden z moich ulubionych i jeden z najwdzięczniejszych polskich tekstów dramatycznych w rzeszowskiej inscenizacji zionął dojmującą nudą. Cudowna scena czytania wierszy własnych przez Małgorzatę, to jej marzenie o giętkości zawsze przecież wywołujące u publiczności reakcje – w zależności od odczytania i talentu aktorki - od podszytego empatią uśmiechu po sardoniczny wręcz rechot,  w Rzeszowie - choć p. Mariola Łabno-Flaumenhaft robiła co mogła - publiczność oglądała tę scenę w głębokim milczeniu, bądź - jak piszący te słowa – w rozpaczy. także z powodu niemożności zrozumienia intencji reżysera. Rachityczne drzewko na scenie i post apokaliptyczna scenografia wskazywałyby – jak usłyszałem w kuluarach – że rzecz jest o ekologii, niestety, więcej tropów w tej sprawie odnaleźć było niepodobna. O czym więc był ten spektakl? Ach, o czym?

PS. Sukienka Iwony okropna. Wiem, że ma być okropna, ale – na Boga – niech JAKOŚ inaczej będzie okropna.
 

Teatr Powszechny w Warszawie

DOBROBYT

Juli Jakab, Árpád Schilling, Éva Zabezsinszkij

reż. Árpád Schilling

premiera 10 lipca 2020

Wera i Jakub przyjeżdżają do ekskluzywnego hotelu na weekend, to jest nagroda w konkursie, którą Jakubowi przekazała jego mama. Czy to ważne? Może tak, może nie. Trochę dziwny ten hotel, nie dochodzi tam co prawda do katastrof jak w Hotel Zacisze, ale… jednak. Na basenie nie wszędzie można pływać, nie wszystkie stoliki są dostępne dla wszystkich gości, ba, nawet trzeba po sobie sprzątać. Jakub nie zwraca większej uwagi na ekscentryczność tego miejsca, ale Wera – tak. I Jakub bardziej się zaprzyjaźnia z nowymi bogatymi znajomymi, a Wera – nie. Czy dlatego, że jest ze wsi, czy są może inne powody? A w ogóle – kim tak naprawdę są ci nowi przyjaciele? A czym - ten ekscentryczny hotel?

Dawno nie widziałem w teatrze przedstawienia tak umiejscowionego tu i teraz i – jednocześnie – tak metaforycznego; tak bardzo politycznego, a przecież – wcale nie o polityce traktującego. Było to coś pionowego i poziomego jednocześnie, irytującego i - wciągającego, obrazoburczego, a przecież nie sposób sobie wyobrazić tego przedstawienia bez TYCH scen, a szczególnie TEJ jednej (przyznaję, że na moment zamarłem, bom się zląkł, że…, ale nie będę Wam psuł niespodzianki). To moralitet? Przestroga? Diagnoza w teatralne szaty ubrana? Czy obyczajowa opowieść z życia wyższych klas, znudzonych tytułowym dobrobytem?

Bez względu na to, czy to Wasza bajka, czy nie, jedno nie podlega dyskusji – przedstawienie jest znakomicie zagrane.

Wiktor Loga-Skarczewski jest świetny w pełnej poświęceń roli Jakuba, Anna Ilczuk - bezbłędna jako zepsuta bogata znajoma, Klara Bielawka ze swojego epizodu zrobiła perełkę i wreszcie – wzbudzająca we mnie autentyczny lęk Ewa Skibińska jako bezkompromisowa menadżerka naszego dziwnego hotelu.

 

Nowy Teatr w Słupsku

WZÓR NA POLE TRÓJKĄTA

Michał Zdunik

reż. Jan Hussakowski

premiera 5 lipca 2020

Bog troicu ljubit – jak wiemy, gdy tymczasem bycie w trójkącie to nie tylko grzech, ale i ambaras, co przyznają ze sceny sami bohaterowie. Świat jest nastawiony na podwójność, ta trzecia czy ten trzeci to w każdym właściwie wymiarze codzienności o jedno za dużo. Jednak naszym bohaterom to nie przeszkadza, łączy ich uczucie, wspólne życie, seks i - pragnienie posiadania dziecka, które – jak się okazuje – może przyjść na świat z genami trojga. No ale dochodzi do tzw. wpadki i jedna z dziewczyn zachodzi w ciążę w układzie najzupełniej dwójkowym. Jakie to będzie miało konsekwencje? I czy w ogóle takie życie we troje ma jakikolwiek sens? A może - sensu nie ma tabu z takim związkiem związane?

Coś jednak w tym związku było nie tak. Relacje trojga naszych bohaterów wydały mi się bardzo powierzchowne, sztuczne, momentami nawet nieco egzaltowane, choć nie brakowało w nich seksu, to jednak nie było między nimi chemii. Może właśnie tak to jest trójkątach? No nie wiem. Momentami tekst był dość wulgarny, niepotrzebnie, nieparlamentarne wyrazy po prostu źle brzmiały w ustach aktorów (zapewniam, że wszystkie je znam),
a scena seksu, czy też pozycji miłosnych w trójkącie – choć pomysłowa, estetyczna i nawet zabawna – też trochę nie pasowała do całości, jakby twórcy nie mogli się zdecydować, czy ma powstać moralitet czy - jednak komedia obyczajowa.
 

Teatr Studio

ZWIASTOWANIA

Karolina Szczypek
premiera 4 lipca 2020

Punktem wyjścia do tych z wdziękiem zagranych (zaimprowizowanych?) rozważań o rodzicielstwie było tytułowe zwiastowanie, może przypomnę na wszelki wypadek - Maria Magdalena, dowiaduje się od Archanioła Gabriela, że ma zostać matką Wiemy Kogo. I przyglądanie się sytuacji macierzyństwa Marii z dzisiejszego punktu widzenia, w oderwaniu może od boskości całego przedsięwzięcia, jest niezwykle ciekawe, uprzedzając jednak, że widzowie zbliżeni do toruńskiego skrzydła Kościoła, mogą wyjść ze Zwiastowań nieco zdezorientowani, bo padają ze sceny różne kłopotliwe pytania np. o to, czy Józef kochał Marię? Czy Jej pożądał? Ergo – czy miłość rodziców do nas (i odwrotnie) jest wkodowana, bezwarunkowa czy wyuczona? I co to w ogóle znaczy – być rodzicem? Czy należy dawać dziecku maksimum wolności, czy też raczej w trosce o nie – ją ograniczać? Itepe.

Dawno nie widziałem w teatrze tak zachwycającej i jednocześnie prościutkiej sceny, Paweł Sablik w sukni ślubnej swojej mamy jak sądzę – zatańczył Marię Magdalenę (sic!) Sandry, a w tle widzieliśmy oryginalne nagranie video z wesela z 1993 roku. Fantastyczny był także monolog wycofanego nieco Wojciecha Jastrzębskiego, powiedzmy, że o niemożności zaczęcia, a zatem – i skończenia, świetna – zabawa Disneyem Magdaleny Osińskiej. Mam do tego bardzo udanego przedsięwzięcia tylko dwie nieśmiałe uwagi – całość skróciłbym o pół godziny, a list Andrzeja kończący przedstawienie lepiej zabrzmiałby w innym miejscu,
skończyłbym albo pogawędką Marii z Gabrielem albo - rewelacyjną sceną przedostatnią, bez wnikania w szczegóły, bo może będziecie mogli Zwiastowania jeszcze gdzieś zobaczyć, więc nie chcę psuć tej niespodzianki.