Klasyka

 
 
 

WILLIAM SOMERSET MAUGHAM

Księżyc i miedziak

tłum. Jadwiga Olędzka

PIW 1974

Motto:

Wydaje mi się, że niektórzy ludzie rodzą się w niewłaściwym miejscu. Przypadek umieszcza ich w pewnym środowisku, ale oni zawsze tęskną za jakimś nieznanym domem.

 

Arcydziełko.

Zdrabniam nie żeby ośmieszyć, broń Boże, a żeby zwrócić Waszą uwagę na tę NIEWIELKĄ (ok. 200 stron) a znakomitą powieść.

Rzecz – mówiąc najkrócej - o uczciwości wobec siebie i cenie, jaką się za to płaci, o marzeniach i bardzo ciężkiej pracy, którą trzeba wykonać by je zrealizować, o wielkich ludziach, których niekiedy spotykamy na naszej drodze, o sztuce i pięknie w naszym życiu, o kobietach, które robią dla nas wszystko, z wyjątkiem jednego – nie zostawiają nas w spokoju – zauważa w którymś momencie nasz narrator. Wreszcie – o miłości. U mężczyzn z reguły miłość jest epizodem wśród innych spraw codziennych, a nacisk, jaki kładzie się na nią w powieściach, nadaje jej doniosłość sprzeczną z życiem. Niewielu jest mężczyzn, dla których miłość jest najważniejszą rzeczą w świecie, i tacy mężczyźni nie są interesujący. Nawet kobiety, dla których te sprawy są najistotniejsze, pogardzają nimi. Sic. Naprawdę, Maugham miał znakomite pióro, krótko, a trafnie i – choć temat sprzyja - bez egzaltacji.

Karol Strickland, nasz bohater, to Paul Gauguin. Nie spodziewajcie się jednak powieści biograficznej malarza, fakty z jego biografii posłużyły Maughamowi do snucia opowieści o życiu i całej reszcie, opowieści niesłychanie wciągającej, jakoś narkotycznej – choć dramatycznych zwrotów akcji właściwie tu brak, opowieści o najważniejszej sprawie w życiu każdego człowieka, nie tylko artysty – mianowicie - o pasji.

 
 

WILLIAM SOMERSET MAUGHAM

Teatr

tłum. Krystyna Szerer

Czytelnik 1967 

Londyn, dawno temu.

Poznajemy aktorskie małżeństwo Julii i Michała, owszem, łączy ich uczucie, ale są bardziej przyjaciółmi niż małżonkami, najważniejsze w tym stadle wydają się być więzy biznesowe. Michał prowadzi teatr, w którym największą gwiazdą jest Julia, najlepsza - dodajmy - aktorka swoich czasów, on też jest dość utalentowany, ale przede wszystkim – nieziemsko przystojny, o czym autor przypomina nam wielokrotnie i z detalami, jakby – co wcale nie wykluczone – troszkę się w swoim bohaterze podkochiwał.

Julia zasadniczo jest mężowi wierna (męża TE sprawy jakby mniej interesują, bęc, mamy kolejny trop, jednak nawiązuje romans z młodym chłopakiem, księgowym swojego męża, właściwie prawie rówieśnikiem ich syna. Romans ów, owszem, przynosi Julii niezapomniane chwile, ale i wiele goryczy. I za nie w dość przewrotny sposób na Tomie się mści… Czy i ta jej rola, mścicielki a mówiąc ściślej – wielkiej divy - także będzie niezapomniana? A którą ze swoich ról zagrała lepiej, a którą położyła? Bo rolę matki – z pewnością, jej jedyny szczery dialog z synem był katastrofą. A kiedy była tak naprawdę sobą, i - czy w ogóle była?

Maugham pisze pysznie, to rzecz wciągająca, inteligentna, pisana z założeniem, że czytelnik choć część aluzji zrozumie, a kiedy weźmiemy pod uwagę, że autor był gejem (z czym w jego czasach raczej się nie ujawniano), to zupełnie innych wymiarów może nabrać np. zupełnie niewinnie opisana bliska przyjaźń Toma z synem Julii - Rogerem.

Może - ale nie musi. I to jest w Mauhghamie fantastyczne.

 
 

HENRY JAMES

Portret damy

tłum. Maria Skibniewska

Bertelsmann 2002

Ciekawe, że Henry Jamesowi udało się w tej książce coś, co z kretesem przepadło w filmie Jane Campion. Mimo, że wielokrotnie rozebrał do naga (w przenośni naturalnie) swoją bohaterkę, mimo że stawiał ją w sytuacjach, w których podejmowała najgorsze możliwe decyzje, gdzie czytelnik – szczególnie mężczyzna - wrzeszczy „co wyczyniasz kobieto?!” (np. nie wychodzi za mąż za lorda Warburtona, gdyż „za bardzo go lubi”), mimo ukazania nieznośnych dziś meandrów jej rozumowania i pojmowania nowoczesności, mimo to wszystko – jakoś żachnąwszy się teatralnie na końcu mamy jednak do Isabel szacunek, do jej - siły, konsekwencji, inteligencji, mimo wszystko wierzymy, że będzie szczęśliwa – jakkolwiek to brzmi. Bardzo bym chciała, żeby nikt więcej nie oświadczał mi się w najbliższej przyszłości. To mnie rozstraja – słusznie zauważa już na początku powieści nasza bohaterka, dając dowód własnej dojrzałości, a następnie – zdradzę tajemnicę – totalnie nieszczęśliwie wychodzi za mąż, zachwycając się tym, że jej przyszły mąż zdawał się zdolny obywać bez niej tak samo jak ona bez niego, co jest cechą(…) bardzo sprzyjającą dobrym stosunkom. Trafnych obserwacji i diagnoz małżeńskich w powieści nie brak – sugerowałbym dołączyć do nauk przedślubnych także obowiązkową lekturę Jamesa, Ralph np. konstatuje w pewnym momencie, wykazując się zdumiewającą nowoczesnością sądów, że wzajemny brak zrozumienia to najczęstsza postawa związku małżeńskiego.

 

Film złożoności jamesowych postaci nie umiał pokazać, mimo słonecznej obecności Nicole Kidman - coś w ekranizacji uciekło,. To chyba, zaryzykuję tezę, że bohaterowie Jamesa nie tylko z ciał są zbudowani, ale i ze słów, niesłychanie starannie przez autora dobranych, w akuratnej liczbie, a ich zmniejszenie najzwyczajniej zubaża każdą z postaci. Zwróćmy choćby uwagę na moją ulubioną bohaterkę tej powieści, ciotunię naszej bohaterki, w filmie po prostu brytyjską dość oschłą matronę, która wpisuje się w nasze współczesne wyobrażenie zamożnych dam Albionu w balzakowskim wieku. Tymczasem jej syn, Ralf, wie, że matka w myślach i w swoim najściślej i wygodnie zorganizowanym życiu wyznaczyła mu miejsce drugie; pierwsze bowiem zajmowała troska, by wszystkie osoby z jej otoczenia skrupulatnie spełniały jej wolę.

I jak to pokazać na taśmie filmowej?

 

Pyszne.

 
 

CHRISTOPHER ISHERWOOD

Pan Norris się przesiada

tłum. M. Cegieła

Świat Książki 2008

Pan Norris jest Anglikiem, ma pięknie wypielęgnowane paznokcie, główny bohater tej opowieści, młody William spotyka go w pociągu i się z nim zaprzyjaźnia, ba, nawet pozostaje pod pewnym takim jego urokiem, i to nie w TYM sensie, choć do końca nie wiadomo… Mr Norris faktycznie potrafi zaskoczyć, nie wiemy, skąd ma pieniądze, nie wiadomo, czy pracuje dla nazistów czy raczej dla komunistów? Grunt, że pieniądze ma i umie je wydawać, dzięki niemu William poznaje nocne życie Berlina, i - ekscentryczne zwyczaje swojego starszego przyjaciela. W tle powieści – rozchwiane politycznie i gospodarczo Niemcy przełomu lat 20 i 30-tych i Berlin bawiący się jakby nie było jutra.

Gdyby mógł wybrać czas i miejsca, w których chciałbym być, bez wątpienia ów Berlin lat 30-tych byłby jednym z nich, zaznaczmy, że wyłącznie z opcją wyjazdu w ODPOWIEDNIM momencie. Wcale nie tylko dlatego, że przez tych kilka lat miasto stało się mekką hedonistów, ściągającym kolorowe ptaki z całego świata, bawiącym się cały rok całą dobę, z fantastycznymi klubami, rewiami, ale i operą czy teatrami na światowym poziomie, także dlatego że prawdopodobnie właśnie taka jak tamten Berlin byłaby (prawie) cała Europa, oczywiście gdyby Hitler, a potem - wojna

Tylko pozazdrościć Isheroodowi, który jako 25-latek do Berlina przyjechał i tak jak jego bohater bawił w tym mieście kilka lat. Zdaje się, że autor spędzał tu czas nieco intensywniej niż stworzony przez niego bohater, podkreślę - zdaje się, bo urok tej znakomitej prozy właśnie w niedopowiedzeniach, w radości czytania między wierszami.

 
 

MICHAIŁ BUŁHAKOW 

Powieść teatralna

tłum. Ziemowit Fedecki

PIW 1967

Oczywiście wiedział Bułhakow o czym i o kim pisał, o sobie naturalnie, kochał przecież teatr, pamiętamy cudne zupełnie sceny rozgrywające się właśnie na teatralnych deskach w Mistrzu i Małgorzacie, spod jego ręki wyszedł znakomity Molier, wreszcie – przez długie lata współpracował z MCHATem, którego właśnie obraz kreśli w tej niewielkiej i całkiem zabawnej książeczce. Szczególny urok jednak będzie mieć Powieść teatralna dla tych, którzy choć z grubsza znają stosunki panujące za kulisami, dla ludzi teatru i dla widzów to lektura wręcz obowiązkowa, bo - o uzależnieniu od teatru, w wielu aspektach, od specyficznych procedur rządzących tym wyjątkowym miejscem pracy (zakładem – powiadają niektórzy), od - teatralnej niemożności ale i możliwości jakie daje scena, wreszcie - od obecności tamże nam podobnych freaków, dla których trwająca właśnie epidemia jest bolesnym i okrutnym od teatru odwykiem. Ciekawostka historyczna? Och, nie. Stanisławski i Niemirowicz-Danczenko nadal rządzą, jeden – czasami nie zgadza się na strzały na scenie, drugi – bawi głównie w Indiach, czy gdziekolwiek. Mimo wszystko jednak JAKOŚ te spektakle powstają. Zdaje się, że i Bułhakow cudem ich narodzin był szczerze zachwycony.

Do teatru pójść niepodobna, może z początkiem sezonu, we wrześniu, może… Stęsknionym za zapachem kurzu z kurtyny proponuję sobie go wyobrazić, Bułhakow będzie świetnym bodźcem. Lektura na jeden wieczór, sit back and relax, w tym wypadku – sjad’ties’ – i prijatnoj pijesy…

 
 

UMBERTO SABA

Ernesto

tłum. Jarosław Mikołajewski

Czuły Barbarzyńca 2018

Mamy oto Triest końca XIX wieku i nastoletniego Ernesta, który wchodzi w decydującą fazę dojrzewania, mianowicie zaczyna interesować się seksem. Od zainteresowania do realizacji krótka droga krótka w jego wypadku, Saba nie szczędzi fenomenalnie napisanych, acz całkiem pikantnych opisów scen męskiego seksu, gdyż Ernesto – powiedzmy to sobie głośno – jest homoseksualistą. I o zgrozo – nie ma z tym faktem większych problemów, ów fakt mocno wyróżnia spośród tę książkę spośród innych o dojrzewaniu, w których nastolatkowie z własną seksualnością zupełnie sobie nie radzą.

Jest w tej powieści - jedynej zresztą w życiu poety Umberta Saby i wydanej już po jego śmierci, bano się skandalu, może i słusznie – a zatem – jest w niej coś niesłychanie zwiewnego, psotnego, paradoksalnie – niewinnego. Bohater jest chłopcem, którego nie da się nie polubić, wie, czego chce, ma swój nastoletni, a mimo to bardzo dojrzały system wartości i za jego głosem podąża, i to jest zupełnie fantastyczne. Czy tak wtedy w Trieście było? Czy to element autobiografii poety upiększony upływem czasu i dobrymi wspomnieniami – czy – jedynie dezyderat, żal, że właśnie tak nie było? Nie wiadomo. Wiadomo jednak na pewno, że zostawia nas autor z zakochanym po uszy bohaterem i że mocno za niego, za nich - właściwie, trzymamy kciuki.

To bardzo piękna proza.

 
 

HENRY JAMES

Roderick Hudson

tłum. Magdalena Moltzan-Małkowska

Prószyński i S-ka 2015

Bogaty acz nie mający specjalnego pomysłu na życie Rowland Mallet płynie do Europy. W przededniu wyjazdu, u swojej kuzynki poznaje młodego bardzo utalentowanego rzeźbiarza, Rodericka, zachwyca się nim i - proponuje wspólny wyjazd, za który płaci. Co z tego wyjazdu dwóch młodych mężczyzn do Włoch wyniknie? Nie, nie nawet cienia dwuznaczności, obaj hetero.

Najpierw wydawało mi się, że to jest powieść o przykrym uczuciu rozczarowania – miejscami, rzeczami, najbardziej – ludźmi. Jednak nie, bo o… zachwycie – miejscami (w tym wypadku Włochami, nie wiem, ile dziś władze musiałyby zapłacić za taką reklamę), rzeczami, a – najbardziej ludźmi, którzy - bywa - zupełnie na to nie zasługują. A może właśnie istnieją tylko dlatego, by stanowili przedmiot naszego zachwytu? Może. Także o nieznośnych namiętnościach, o sile przyjaźni, o lojalności, miłości, przywiązaniu, sztuce (raczej – niemożność życia bez niej). I to wszystko zostało wystawione przez Jamesa w pewnego rodzaju cenniku, wyznaczającym, ile trzeba zapłacić za możliwość bycia sobą, a każda z cen ma jedną albo – częściej - kilka gwiazdek, zmiennych, które trzeba uwzględniać w ostatecznym rachunku, bardzo jestem dumny z tej metafory.

Świetnie napisane (przepraszam p. Jamesa za protekcjonalność), nieprzyzwoicie wciągające, logiczne, uroczo staromodne, co się jednak objawia nie zapachem naftaliny, a - wymarłą już elegancją i pięknem skojarzeń. Zaznaczam, że nie jestem słaby! Może niekompletny, lecz nic na to nie poradzę. Niekompletność to kwestia bagażu. Słabość to kwestia woli. – mówi Christrinie Roderick.

Ko-nie-cznie.
 
 

JONATHAN SWIFT

Podróże Guliwera

tłum. anonimowe

PIW 1987

Cale szczęście, że Paweł Miśkiewicz niedawno wystawił (w Starym) Podróże Guliwera, bo gotów byłbym pomyśleć, że tylko ja się Swiftem zachłysnąłem. Oczywiście, jakieś skróty, jakieś wersje z obrazkami dawno w szkole były czytane, więc ta książka ma takie wypalone piętno „literatury dziecięcej’ czy też ‘szkolnej”, podczas gdy to rzecz naprawdę dla dorosłych i to nie tylko z powodu istotnie obecnej w powieści – i nieprawdopodobnie zabawnej, jeśli naturalnie kogoś to śmieszy - skatologii.

Wiadomo - mamy cztery opowieści z podróży, podczas których Guliwera spotykają rozmaite przygody, najbardziej znana, pierwsza w kolejności i jednak najlepsza (jeśli Swifta można oceniać), jest ta z krainy Lilliputów. Najsmutniejsza jednak i chyba będąca sensem tych historii, jest opowieść ostatnia, z krainy o trudnej nazwie, zamieszkanej przez konie. Z tego kraju Guliwer wraca odmieniony, już pozbawiony tej dziecięcej ciekawości świata, jakby obcy nawet dla swoich bliskich.

Warto sobie przypomnieć - dlaczego.

 
 

ILJA ILF, EUGENIUSZ PIETROW

12 krzeseł

tłum. Brzechwa i T. Żeromski

Współpraca 1987

Ostap i Hipolit, z cieniem popa zresztą, szukają skarbu. Tyle w jednym zdaniu, reszta w szczegółach, ludzkich typach i detalach. Jak się okazuje i wówczas publiczność nie miała zrozumienia dla awangardowego teatru, wystawiany jest oto „Ożenek” Gogola. „Zalotnicy byli ogromnie zabawni, szczególnie Jajecznica. Zamiast niego wnoszono na scenę patelnię jajecznicy”. Publiczność stołeczna i prowincjonalna patrzyła z niedowierzaniem… Urzekają bezkompromisowe oceny bohaterów szczególnie drugiego planu – „Helutka nie odznaczała się żadnymi szczególnymi cechami, ale nie były one jej potrzebne. Była po prostu ładna”.

Coś „do pociągu” potrzebowałem, Zoszczenka już nie, więc trochę bez przekonania wziąłem zakurzone mocno (i jak się okazało nigdy nie czytane) Krzesła. Wiadomo – „ostra satyra na mieszczuchów, spekulantów i hołotę pozorującą lojalność wobec radzieckiego społeczeństwa”. Jednak – mimo tła, czasu i potrzeby, dla jakiej powieść owa powstała, czyta się ją dobrze i jest całkiem zabawna. Są tu wyraźne odniesienia do NEP-u, ale i fragmenty, które już kilka lat później przez cenzurę z pewnością nie przeszłyby, jak choćby (arcyniewinne) żarty z urzędników. A oprócz całkiem zgrabnej intrygi mamy też opisy podróży przez kurorty i dziury Związku Sowieckiego tamtych czasów, zupełnie zresztą ciekawe. Rzecz jasna dla kogoś, kogo to ciekawi.

 

D.H. LAWRENCE

Zakochane Kobiety

Tłum. Irena Szymańska

Świat Książki 2008

Ta książka ocieka seksem. Nawet jak bohaterki idą zakurzoną pyłem węglowym ulicą, ze sceny tej sączy się seks, nawet całkiem perwersyjny. Z każdej strony, każdego spojrzenia wydziera seks. Nic dziwnego, że powieść owa była zakazana, gdyż w większości wypadków ów seks między bohaterami opisany jest niedopowiedzeniem i sugestią, nie zaś anatomiczną pornografią czy erotycznym szczegółem. Jest też kilka scen opisanych dość wprost – np. jak chłopaki się siłują na golasa. Oczywiście opakowane jest to w męskie zapasy, nie zaś w akt. No, może właśnie dlatego był skandal, bo każdy wyobrażał sobie… co wyobrażał – co też oni tam na tym dywanie robili.

Bohaterowie dojmująco potrzebują psychoterapii, nawet ci, którzy w końcu tworzą szczęśliwe stadło, i – przynajmniej się nie zabijają. Ale wówczas jak wiemy - w latach 20. poprzedniego wieku, psychoanaliza dopiero raczkowała, więc trzeba było sobie z emocjami radzić samemu, a ich amplituda w Zakochanych Kobietach jest tak rozszalała, że i czytelnik może rzucić pod adresem rozegzaltowanego bohatera czy bohaterki jakieś ostrzejsze słowo. A jeśli siostry nie wiedziały, że chłopcy mają się ku sobie (zresztą nie tylko w sensie fizycznym, mamy tu opis naprawdę głębokiej i pięknej przyjaźni), to musiały być albo naiwne, albo głupie. Albo ślepe.

Nie jest to aż tak łatwa lektura, jak np. Synowie i Kochankowie, może trochę nużyć, ale – mimo wszystko warto, bo obraz życia z wyższych sfer z tamtych czasów - ciekawy, a i deficyty emocjonalne z którymi bohaterowie dzielnie walczyli, choć mogą irytować, mogą też wzbudzać empatię.

Zależy, kto czyta.

 
 

D.H. LAWRENCE

Synowie i kochankowie

tłum. Zofia Sroczyńska

Czytelnik 1960

Angielską klasykę świetnie się czyta na wakacjach. Ponieważ cały (tak, cały) Dickens zaliczony, teraz zabrałem się za Lawrence’a. Dość późno, bo tytuł tej stojącej przez lata na regale powieści nasuwał mi okropne skojarzenia z dziełami p. Collins. Ale się przemogłem, tom zapakowałem do plecaka i przeczytawszy polecam, bo rzecz jest naprawdę ciekawym obrazem życia ludzi tam i wtedy, niezupełnie romantycznym zresztą, i – co istotne – wymaga od czytelnika nie tylko użycia mózgu, ale i niewielkiej choć umiejętności czytania między wierszami, o czym poniżej. 

Cóż my tu mamy… I przemoc domową, i małżeństwo bez miłości, ciągnące się do śmierci z przywiązania jedynie czy nawet z litości, ale – zgodnie z tytułem – powieść Lawrence’a jest najbardziej o synowskiej miłości, nawet gdzieś zahaczającej o kompleks Edypa z jednej strony, z drugiej – miłości matczynej tak silnej, że dziś powiedzielibyśmy, że toksycznej. Zważywszy, że powieść jest w zasadzie autobiograficzna, pomyślałem, że Lawrence zostawiłby u Freuda naprawdę duże pieniądze na sesjach psychoterapeutycznych.

Nie będę może streszczał tej książki, sięgnąć warto, choć uprzedzam, że niektóre życiowe wybory Pawełka i jego niezdecydowanie (dziś powiedzielibyśmy nieogarnięcie) naprawdę są w stanie wyprowadzić równowagi najbardziej cierpliwego czytelnika, z drugiej jednak strony bardzo mnie bawiło, jak autor, nie mogąc napisać tego wprost (mamy koniec XIX wieku), opakowuje w niedomówienia seks z sufrażystką, petting (z przeproszeniem) z Miriam, oraz - w piękną przyjaźń związek - bez wątpienia erotyczny - z kowalem, mężem kochanki naszego bohatera. 

 

FRANCIS KILVERT

Dziennik 1870-1897

Wyd. Zysk i s-ka 2016

Wielebny Francis Kilvert zostawił po sobie – oprócz kilku złamanych serc i kochających go wiernych – także dzienniki, które sumiennie pisał przez dziewięć lat i tyleż tomów miałoby wydanie nieskrócone, i ja się zgłaszam pierwszy – jeśli tylko ktoś odważy się to w całości wydać.

Pisał Kilvert o swojej codzienności -  o wiernych, o bliskich, o wycieczkach krajoznawczych i o wypadach do Londynu, gdzie odwiedzał znajomych i bywał w muzeach. Z miłością i bez egzaltacji opisywał ptaszki, które śpiewały mu podczas wycieczki, zachwycał się na grzybami, które dostał w prezencie od wiernych, z pogodą pisał nawet o okropnych deszczach czy mrozie, które kroiły liczbę wiernych w kościele… Wszystko to okraszał cudownym brytyjskim humorem. Był ciekawym świata człowiekiem, wydaje się też, że niesłychanie poczciwym, pozbawionym fałszu, i… dość wyzwolonym jak na wiktoriańskie czasy, lubował się bowiem w morskich kąpielach zupełnie na golasa, obecnością nawet niewiast niespecjalnie się przejmując. 

Kochał pewną młodą damę, niestety jej ojciec nie pozwolił nawet na oświadczyny, Francis – choć przystojny i wykształcony – był po prostu nie dość zamożny. W Dzienniku jednak wyraźnie daje do zrozumienia, że nie tylko płeć piękna go interesowała, ale jak na dżentelmena wątek ten pozostaje (w każdym razie w wydanym w Polsce wyborze) zaledwie draśnięty, a i to niesłychanie eleganckimi niedopowiedzeniami. Szczęście małżeńskie znalazł Francis miesiąc przed śmiercią, zmarł na sepsę w wieku 39 lat.

 

CHARLOTTE BRONTE

Dziwne losy Jane Eyre

PIW 1974

Mój kochany dzienniczku!

Znów stanąłem przed problemem wyboru lekkiej lektury na wczasy, a cóż lepiej się czyta niż klasyczny angielski romans, prawda? Wziąłem więc dwutomową książeczkę pani Bronte o młodej nieładnej nauczycielce, którą spotykają rozmaite przygody i która musi podejmować heroiczne decyzje i ma złą ciocię, która jednak zanim umrze, stanie się ciocią dobrą. No i tam są takie rozdziały naprawdę straszne, jak biedna Jane bez grosza przy duszy ucieka sprzed ołtarza, a później nie chce pojechać do Indii z jednym panem, bo on jej nie kocha i bo słyszy głosy w nocy, a to wołał jej ukochany, ten, który ją zaciągnął przed ołtarz, ale byłby popełnił bigamię. Wszystko kończy się dobrze, bo wtedy pisano takie książki, które musiały kończyć się dobrze. 

Romansik ów – dzienniczku mój drogi – naiwniutki jest okropnie, autorka nie ma zupełnie dystansu do swojej bohaterki, ale nadrobić zaległość było trzeba, a i  chętnie teraz obejrzę ostatnią ekranizację, w której Rochestera zagrał Michael Fassenberder. Ależ – mój Boże – on przecież i za młody i za chudy i za przystojny na Rochestera! 

Pani Bronte musiała się poczuć takim składem obsady szczerze oburzona. 

 

KLAUS MANN

Mefisto

PIW 1957

Zapomniane ździebko arcydzieło - i pokazujące obraz tamtych dni, i dojmująco współczesne. Kiedyś powieść z kluczem, z powodu protestów rodziny bohatera wydana w Niemczech dopiero w latach 80-tych, dziś – przypowieść, może nawet moralitet – o władzy i jej sługach. Hendrik („d” w środku jest istotne) owszem, jest zdolnym aktorem, oklaskiwanym przez publiczność. Ale jego ambicje sięgają znacznie dalej niż do hamburskiego teatru miejskiego. No i to jego marzenie się spełnia, nomen omen rolą tytułowego Mefista. Jaką zapłaci za to cenę?

Oskarowy film z Brandauerem i Krystyną Jandą – jak pamiętamy – świetny. Ale i książka, szczególnie dziś, szczególnie dla teatromanów – jest lekturą obowiązkową. Z bliżej mi nie znanych powodów czytałem to jak mądrze napisaną analizę zdumiewających karier różnego rodzaju miernot, słabych w tym, co robią, ale głośno krzyczących, i – co najważniejsze – wiernych. Natomiast obrazy nastrojów, ambicji, intryg i podchodów w prowincjonalnym teatrze, wypisz wymaluj jak współczesne. Widać - w garderobach niewiele się zmienia.

 

ELIZA ORZESZKOWA

Meir Ezofowicz

Meir jest kolejnym dowodem na to, że p. Elizie zrobiono wielką krzywdę wskazując do szkolnego kanonu niemiłosiernie nudne Nad Niemnem. Owszem, w Meirze Ezofowiczu też są momenty ździebko nużące, ale – summa summarum – czyta się to naprawdę dobrze. Rzecz o „kwestii żydowskiej”, dziejąca się w małej mieścinie gdzieś na prowincji, zamieszkałej wyłącznie przez wyznawców religii mojżeszowej.

Arcyciekawy obraz tej epoki, miejsca i ludzi, którym przyszło wówczas żyć. Poznajemy ich stan i ducha i umysłu, i biedoty, i kupców, z których tytułowy Meir się wywodzi. Ba, mamy nawet Karaimów, wówczas niemal wyklętych, skazanych na łaskę prawowierców. Oczywiście nie dziwimy się, że Orzeszkowa czyni z Gołdy i jej dziadka bohaterów jednoznacznie pozytywnych.

Całkiem wciągająca, momentami nawet zabawna (i pouczająca!) powieść o trudnych narodzinach szeroko pojętej nowoczesności, z niezbyt wesołym morałem. 

 

IWAN GONCZAROW

Obłomow

tłum. Nadzieja Drucka

Obłomowa pochłonąłem błyskawicznie, bo to książka o takiej cesze, która wyjątkowo mocno daje mi się we znaki. Mianowicie - o nieogarnięciu i o strachu przed życiem. Dojmująco współczesna, wielka literatura, bez wątpienia – jedna największych powieści wszech czasów.

To zupełnie niezwykłe, jak wielu ludzi kompletnie nie ma pomysłu na swoje życie, jak je bezmyślnie marnuje na marazm, na nieefektywność, na bezmyślność, jak wielu nie jest w stanie podjąć najprostszej decyzji, pozostawiając sprawy własnemu biegowi. Oczywiście, każdy ma prawo żyć, jak chce i nic nam do tego. Nic, poza może i nieusprawiedliwioną irytacją na to nieogarnięcie. Mam niestety w otoczeniu takich Obłomowów, ciekawe, że to w większości kobiety. Mizoginia czy przypadek? „Normalnym przeznaczeniem człowieka jest przeżyć cztery pory roku, czyli cztery okresy wieku, bez wstrząsów i donieść czarę życia do ostatniego dnia, nie rozlewając na próżno ani jednej kropli, i że równy i spokojny płomień lepszy jest od gwałtownych pożarów, choćby nie wiedzieć, jaka poezja w nich płynęła” – oto obłomowszczyzna, pisze Gonczarow. 

I jeszcze jedno ładne zdanie, nieco bez kontekstu, ale nieprawdopodobnie estetyczne: „Będzie deszcz – powiedział baron i odjechał do domu”.

Trochę Gonaczarow na początku dręczy swojego bohatera, jest trochę miejsca na kpinki, na okrucieństwo nawet, ale uśmierca go całkiem szczęśliwym. A i szczęście znalazł na miejscu, bez ruszania się gdziekolwiek, najwyraźniej łokcie Agafii Matwiejewnej były silniejszym fetyszem niż przyjemna acz mglista i niepewna wizja dobrego życia w Obłomówce roztoczona przez Andrieja. 

Kwestia wyboru. 

 

WILLIAM SOMERSET MAUGHAM

W niewoli uczuć

Główny bohater powieści, Philip Carey, jest właściwie alter ego autora. Philip, podobnie jak William, jest sierotą i kaleką, w przeciwieństwie jednak do swojego twórcy, jest chłopcem heteroseksualnym. Nie dziwię się, był rok 1915. (Niemniej – albo mi się wydaje, że między wierszami coś gdzieś… - albo mam obsesję:)

Od razu mówię – należy zignorować idiotyczny tytuł tej książki, sugerujący doznania raczej rodem z wyobraźni Jane Austin czy Joan Collins. No ale autor sam chciał („Of Human Bondage” – w oryginale). Tymczasem trzeba dużo złej woli, żeby tę powieść nazwać romansem. Owszem, rozmaite uczucia na kartach szaleją, miłość także, ale rzecz jest tak naprawdę świetnie napisaną książką o… dojrzewaniu. Mamy oto przełom XIX i XX wieku i – jak to się mówiło – szeroki przekrój społeczny Anglii. Poznajemy Philipa tuż po urodzeniu, obserwujemy jego dzieciństwo i młodość. Jesteśmy świadkami wielu dziecinnych psot i młodzieńczych gaf, nieprawdopodobnie najgorszych wyborów oraz autodestrukcji, do jakiej młody bohater całkiem świadomie się doprowadza. 

Na szczęście Maughan ani przez chwilę Philipa nie ocenia, byłoby to nieznośne. Mówi nam tylko, szepcze właściwie między wierszami, że przecież byliśmy tacy jak on, robiliśmy głupstwa i za łatwo traciliśmy pieniądze i przyjaciół, broniliśmy do upadłego naszych złych decyzji tylko dlatego, że były… nasze.

44. miejsce na liście najlepszych angielskich powieści wszech czasów wg. Guardiana. Bardzo dobrze się czyta, pod pled na jesienne wieczory – jak znalazł. 

 

CH. DICKENS, C. FRUTERO, F. LUCENTINI 

SPRAWA D. czyli zbrodnia rzekomego włóczęgi

Czytelnik 1996

Możecie wierzyć lub nie, ale Sprawa D była ostatnią nieprzeczytaną przeze mnie powieścią Dickensa.. Zostały mi jeszcze listy z Ameryki - ale to nie powieść. I nieustająco uważam, że Dickens krzepi, choć – chwała Bogu – popełnił tylko jeden kryminał, właśnie ten, zresztą nie ukończywszy go, bo w trakcie pisania dołączył do większości.

Nie jest to kryminał udany niestety. Nieco zieje nudą, postaci naszkicowane ździebko grubą kreską, pisany był zresztą jako odpowiedź na niesłychanie popularną powieść Wilkie Collinsa, niegdyś ucznia i przyjaciela Dickensa, który stworzył poczytny kryminał. Urażony Dickens pomyślał – nie jestem gorszy… Ale od razu mówię – do Agaty Christie czy Conan Doyla tej prozie daleko. 

Niemniej dickensolodzy z całego świata od zawsze zastanawiali się, jakie byłoby zakończenie historii. Bo – jak wspominałem – autor zanim ujawnił „kto zabił” – był uprzejmy zejść. I tak naprawdę o tym jest ta książka. O tym – jak czytać Dickensa, a nawet – jak czytać w ogóle. 

I kiedy Sprawę D (zabawnie uzupełnioną przed dwóch włoskich pisarzy, odwołujących się do autorytetów kryminalnych) czytamy jako powieść o powieści – zupełnie przestaje mieć znaczenie, kto zabił. Ale i tak zakończenie zdumiewa.

Dla miłośników Dickensa. Są jeszcze jacyś poza mną?

 

FRANCOISE SAGAN 

Witaj smutku

Tłum: Anna Gostyńska i Jadwiga Olędzka

Wszystkie lektury moich wakacji były o dojrzewaniu. Przypadek? 

Temat trudny, bo łatwo wpaść w tony moralizatorskie, łatwo się ośmieszyć dorosłym postrzeganiem młodości, łatwo bowiem oceniać młodego bohatera, a tego czytelnik nie potrzebuje, bo sam lubi sobie pooceniać. 

Ale mała książeczka F.Sagan jest perełką.

Mamy upalne francuskie lato, Cecile spędza je z ojcem i jego kochanką w willi gdzieś na południu. Nagle przyjeżdża dawna znajoma, piękna choć nieco chłodna Anna, jej pojawienie się w życiu przystojnego wdowca i córki będzie miało konsekwencje.

To dojmująca rzecz o tym, że kiedy byliśmy młodzi, współdzieliliśmy umysł z diabełkiem, który podsuwał naszym młodym mózgom świetnie - jak nam się wydawało - pomysły. Także o tym, że choć „młodość ma swoje prawa”, to wiek dojrzały może mieć je również i że niekiedy te prawa się wykluczają – pisząc w pewnym uproszczeniu, nie chciałbym bowiem zabierać Wam przyjemności przeczytania tej niewielkiej książeczki w jeden z coraz dłuższych wieczorów.

 

ELIZA ORZESZKOWA

Pamiętnik Wacławy

Może ta książka i z tezą (np. nic nie daje tyle szczęścia, co praca rąk własnych), może i naiwna, ale czyta się to świetnie. Owszem, babka Hortensja to kawał okropnego babska, której miliony uderzyły do głowy, owszem Henryk to mizogin i drań, owszem – Rudolfowa zepsuta i fałszywa, choć mająca zadbany garnitur zębowy. Ale za to Wacia mądra, pan Michał – może brzydki ale z wielkim sercem, a Zenia, choć naczytała się francuskich romansów, to jednak ostatecznie wybierze drogę właściwą. A Franio! Och, ten to dopiero wszystkich zaskoczy!

Zupełnie nie wiem, dlaczego za lekturę obowiązkową wybrano nieprawdopodobnie nudne Nad Niemnem. Gdyby w zestawie obowiązkowym znalazł się Pamiętnik Wacławy, to po pierwsze młodzież pokochałaby Orzeszkową (równa z niej była kobieta – czytałem Listy), a po wtóre – mielibyśmy mniej nieudanych małżeństw, bo to tak naprawdę rzecz o tym, że żenić się trzeba z miłości. Sic!

Cokolwiek Państwo sobie pomyślą, przeczytałem Pamiętnik Wacławy w tydzień i bardzo mi się ta książka podobała. 

 

OCTAVE MIRBEAU

Dziennik Panny Służącej

Tłum. M. Zenowicz

Wydawnictwo Marginesy 2015

Książka ukazała się na rynku z okazji wejścia na ekrany trzeciego już filmu nakręconego na jej podstawie, poprzednie wyreżyserowały legendy - Jean Renoir i Louis Bunuel. Każda okazja do sięgnięcia po książkę jest dobra, choćby była to nawet nienajlepsza ekranizacja, nie wiem, nie widziałem, jak dołączą do jakiegoś czasopisma, to podczas prasowania obejrzę.

Dziennik Panny Służącej powstał 116 lat temu, a rzecz jest wciąż cudownie aktualna. I wcale nie mówię tu o świństewkach, jakie chodzą po głowie Celestynie, nie chodzi również o kosmate myśli i czyny jej rozmaitych chlebodawców.

Czytałem tę książkę zupełnie tak, jakbym oglądał Kuchenne Rewolucje Magdy Gessler, który to program wcale nie jest o gotowaniu czy prowadzeniu knajpy, a o tym, jak pracownik pracodawcy wilkiem i vice versa, o tym jak sprytnie oszukać pracodawcę i konsumenta i jakie nienormalne oczekiwania i roszczenia i jak wiele nieufności ludzie mają wobec siebie. Tutaj widzimy światy służby i państwa, ale właściwie to rzecz o każdej tego rodzaju zależności. I o tym, że nic się w tych sprawach nie zmienia.

Troszkę pachnący naftaliną ale wcale niegłupi time-killer.