Podsumowanie sezonu 2016/2017


Zestawienia są super.

Postanowiłem więc  ułożyć listę dziesięciu przedstawień, które zrobiły na mnie największe wrażenie w mijającym sezonie. W ogóle to miejsca od drugiego do piątego właściwie ex-aequo, ale zwycięzca może być tylko jeden.

Pani Doroto, pani biegnie!

 

Miejsce 3.

Teatr Nowy w Poznaniu

BĘDZIE PANI ZADOWOLONA, CZYLI RZECZ O OSTATNIM WESELU WE WSI KAMYK

Agata Duda-Gracz

reż. Agata Duda-Gracz

premiera 25 marca 2017

Siedzę sobie w bufecie pijąc kawę, a tu nagle zaczynają dobiegać dźwięki dość siermiężnej dyskoteki. Idę zatem na górę, rzuca się na mnie jakiś facet – jak się okazało świadek pana młodego - siarczyście w policzki całuje i wita na weselu, życząc dobrej zabawy. Obowiązki gospodarzy przyjęli wobec widzów wszyscy uczestnicy tej imprezy, konfundując ździebko przybyłych na uroczystą przecież premierę teatralną.

No i mamy oto wesele we wsi Kamyk, Zunia, kobieta z przeszłością, wychodzi za Siutka  - mężczyznę po przejściach, co gorsza – moczącego się w nocy. Ale każdy z rodziny i z gości ma na tym weselu coś za uszami. I ci żywi, i duchy też. Bo towarzyszy weselnikom przez cały czas cień Rycia - Zjeba, brata panny młodej, zabitego z okrucieństwem za swoje nieswoje przewiny. (Fenomenalna - sic! -scena zjebowej kaźni).

I trwa sobie to wesele, po mordach się biją, szukają zaginionej kiełbasy, po kątach się grzmocą, i patrzę i śmieję się i skulam w sobie troszkę też, i zastanawiam się – ale… o czym to jest? O zemście, sprawiedliwości, miłości, złu? O złu najbardziej. Ale tak naprawdę jednak to w ogóle nie ma znaczenia.

Bo Agata Duda-Gracz z poznańskim zespołem stworzyła spektakl olśniewający, totalny, wywołujący emocje, jakie tylko najlepszy teatr może dać. Uprzedzam, że te emocje są niekiedy nienazywalne, że bywają dokuczliwe, że wciskają w fotel albo - wywołują łzy śmiechu. Wyszedłem z Nowego i poruszony i jednocześnie rozentuzjazmowany. 

Proszę bez dyskusji jechać do Poznania.

 

Miejsce 4.

Teatr Studio

BERLIN ALEXANDERPLATZ

Alfred Doblin

reż. Natalia Korczakowska

premiera 27 grudnia 2016

Dawno nie było w Studiu spektaklu, który wzbudzałby tyle skrajnych emocji, a z pierwszych recenzji lało się albo zauroczenie i zachwyt – albo jad. Tertium non datur. Ja wyszedłem z Alexanderplatzu na skrzydłach nieledwie, bo to bardzo dobre, a momentami również bardzo piękne przedstawienie. Pewnie, zawsze można się do czegoś przyczepić, ale te nieliczne moim zdaniem ujemne minusy zostały całkowicie przykryte przez fenomenalną, totalną, nieziemską grę zespołu. Całego - od ról głównych po drugoplanowe (np. świetny epizod Doroty Landowskiej), o Chórze Starców już nie wspominając.

Bartosz Porczyk (Franz) z boskim zaiste ciałem, przez 2/3 spektaklu gra topless, tym razem ten zabieg jest pastiszem częstej jego na scenach nagości, czyż nie? Również z Teatru Polskiego we Wrocławiu przeniósł się do Studia Marcin Pempuś, grający jednego ze słodkich debili bandy, której hersztem jest olśniewająca jak zawsze Halina Rasiakówna. Debiutuje w Alexanderplatzu także Krzysztof Zarzecki, który zostawił Kraków dla Warszawy i którego Reinhold jest nie tylko kumplem, ale i cieniem, swego rodzaju alter ego Franza. Fantastyczna rola. A i tak scenę kradnie kolegom (może przede wszystkim koleżankom) Robert Wasiewicz, grający w tym spektaklu kobiety złe i zepsute. Brawo kostiumy! (Ciekawe swoją drogą, czy męskie szpilki 45 są do kupienia „normalnie” czy tylko w sklepie dla trans?).

Berlin lat 30-tych… Najbardziej zepsute miejsce tamtego świata. Ale ta zabawa będzie się niedługo kończyć i nie da się przed tym uciec. Dlatego mistrzowie ceremonii (Katarzyna Warnke i Tomasz Nosiński) zapraszają do balu, póki trwa… A Franz? Czy zostanie tym dobrym poczciwym człowiekiem jak mu się marzyło? 

Czy przeznaczenie i historia mu na to pozwolą? 

Piątka z kropką.

 

Miejsce 5.

Teatr Pieśń Kozła

WYSPA

dramaturgia Alicja Bral na podstawie Williama Szekspira

reż. Grzegorz Bral

premiera 1 grudnia 2016

Szedłem na inaugurujący Spotkania wrocławski spektakl z nieufnością, bo ich ubiegłoroczne Portrety Wiśniowego Sadu okropnie mnie wymęczyły i znużyły. A tu niespodzianka.

Późny wieczór już był, dodatkowy spektakl zagrany przy nadkomplecie, wychodzi na nagą prawie scenę aktorka, Szekspirem zaczyna, słowami Prospera, dołącza do niej reszta zespołu, grają…  A ja nagle wylatuję ponad dostojne sufity wolskiego teatru, krążę w kosmosach przez nich tworzonych, dotykam snu, szaleństwa, żalu, radości, nieuchronności. Niech to się nie kończy - myślę wciśnięty w fotel i jednocześnie daleko nieobecny.

No dobra, trochę ta recenzja wyszła egzaltowana, przepraszam. Miała być krótsza – ale źle się to układa na stronie. Chciałem napisać tylko, że to arcydzieło.

 

Miejsce 6.

Teatr Jaracza w Łodzi

CZAROWNICE Z SALEM

Arthur Miller

reż. Mariusz Grzegorzek

premiera 1 kwietnia 2017

65 lat temu Czarownice z Salem Arthura Millera zostały najlepszą sztuką roku. W Stanach szalał wówczas makkartyzm, i było to aż nadto czytelne odniesienie do procesów o czary w siedemnastowiecznym Salem. Spektakl Mariusza Grzegorzka owszem - można przeczytać wprost i odnieść do naszej współczesności, ale przede wszystkim jest dojmującym, bo uniwersalnym ostrzeżeniem przed skutkami opętania – każdego, od władzy przez pieniądze, seks po szatana, chyba właśnie w tej kolejności. Czarownice z Salem są także wciskającym w fotel pokazaniem anatomii zbiorowego szaleństwa, które opętało tę niewielką społeczność i która to anatomia przez wieki zmianie nie uległa.

Powstało przedstawienie o rzeczach pierwszych i ostatnich, świetnie zagrane przez zespół Jaracza wsparty przez studentów, spektakl jest bowiem elementem obchodów 70-lecia Wydziału Aktorskiego łódzkiej Filmówki, na scenie zobaczymy także Dziekan tegoż wydziału – fantastyczną Zofię Uzelac i jednego z wykładowców – równie fantastycznego Ireneusza Czopa.

W Teatrze Jaracza powstał spektakl wciągający, niepokojący, przerażający. Karmiący inteligencję i wyobraźnię widza. Owacje na stojąco - zasłużone. 

 

Miejsce 7.

2016, październik

CEREMONIE ZIMOWE

Hanoch Levin

reż. Adam Sajnuk

premiera 3 września 2016

Mamy oto na następny dzień zaplanowane wesele Welwecji, na które sproszono 800 gości i przygotowano 400 kurczaków. Do domu Szracji (fantastyczna Izabela Dąbrowska) i Raszesa (Maciej Wierzbicki) w noc poprzedzającą wesele ich córki zaczyna się dobijać ich kuzyn, Laczek Bobiczek (świetny Adam Krawczuk), z informacją, że ciotka Bobiczkowa właśnie umarła. Odwołanie ślubu i wesela nie wchodzi w rachubę, co więc robić? Ano Szracja wpada na pomysł, żeby Laczkowi nie otwierać. Ten jednak jest uparty…

Ceremonie zimowe są piękną opowieścią o jednym z naszych najpierwotniejszych lęków – o strachu przed śmiercią. Owszem, w końcu i tak ona nas dopadnie, tu czy w Himalajach (dosłownie), nie ma od niej odwrotu, ale za to można ją oswoić. Tak jak próbuje o śmierci wujaszkowi Raszesowi opowiedzieć profesor Kipernaj. Wyobraź sobie, że puszczasz bąka, ale nie jednego… - mówi profesor (Rafał Rutkowski) Pamiętacie, prawie zawsze u Levina sacrum miesza się z profanum, a poezja życia z życia fizjologią. 

 

Pięknie zagrany i starannie wyreżyserowany spektakl, choć o lęku przed odejściem i naszej ziemskiej nietrwałości – to paradoksalnie najbardziej o zachłanności na życie. 

 

Miejsce 8.

Nowy Teatr

ZEW CTHULHU 

Tomasz Śpiewak na podstawie opowiadań H.P.Lovercrafta

reż. Michał Borczuch

premiera 24 marca 2017

Nie umiem napisać o tym spektaklu niczego sensownego. Codziennie coś kombinowałem, słów i gramatyki szukałem, a wychodziły banały, zbyt okrągłe zdania. Wcale jednak ta moja niemoc nie oznacza, że przedstawienia nie zrozumiałem czy też wykrzesał on emocje mi obce. Przeciwnie, im więcej czasu mija, tym bardziej o nim myślę. Ale gdybyście spytali, o czym Zew Cthulhu jest - miałbym kłopot z jasną czy krótką odpowiedzią. 

Chyba najbardziej o ojcach – jakby w kontrze czy w odpowiedzi na Wszystko o mojej matce także tandemu Śpiewak/Borczuch. Scena rozmowy ojców z synami kończąca przedstawienie zagrana przez Piotra Polaka i Krzysztofa Zarzeckiego po prostu wciska w fotel, a wysłuchany przez widownię w totalnym milczeniu dialog ojca z córką, Jacka Poniedziałka z Dominiką Biernat o… (tu nie zdradzę), mógł zagrać faktycznie tylko Jacek Poniedziałek. Poza tym – jak zawsze świetne Małgorzata Hajewska-Krzysztofik i Marta Ojrzyńska, instruktaż udoju cudny.

Pytałem reżysera jeszcze przed premierą jak należy ten tytuł wymawiać, Michał jakoś tam się wykręcił… Pewnie dlatego, że dokładną instrukcję wymowy mamy w spektaklu, ale słowo to ani razu nie pada.

Bo może tak naprawdę jest niewymawialne?

 

Miejsce 9.

Koprodukcja Teatru Współczesnego w Szczecinie z Teatrem im. Jana Kochanowskiego w Opolu

ŚLUB

Witold Gombrowicz

reż. Anna Augustynowicz

premiera 10 września 2016

Były owacje na stojąco, były szepty, że prawie jak Jarocki, że Grzegorz Falkowski niczym sprzed lat Jan Englert… A Pani Profesor przypomniała, że Ślub to jeden z największych polskich tekstów dramatycznych wszech czasów. Jerzy Jarocki wystawiał Ślub sześciokrotnie i za każdym razem było o czym innym. A o czym było to przedstawienie? Oglądałem niczym biała tablica, bo Iwon widziałem kilka, ale Ślub po raz pierwszy, nie miałem więc narzutów interpretacyjnych (sic!). 

O języku. I Ionesco się tu chowa. O języku, którym wydaje nam się, że się porozumiewamy. O bełkocie, w którym się lubujemy, o pustosłowiu, które nami rządzi, o autokreacji, tak łatwej dziś dzięki internetowi, poprzez którą robimy z siebie kogo innego, idiotów najczęściej, ale tego nie widzimy, bo widzieć nie chcemy.

Grzegorz Falkowski istotnie świetny, ale cały zespół gra jak z partytury, bez żadnej fałszywej nutki, bardzo dobry debiut Jędrzeja Wieleckiego jako Władzia, zmanierowanego cherubina, który najbardziej chyba (obok Matki) w tym Ślubie ze słów, ich doboru i melodii jest zbudowany. 

 

Miejsce 10.

Teatr Powszechny w Warszawie

CHŁOPI

Władysław Stanisław Reymont

reż. Krzysztof Garbaczewski

premiera 13 maja 2017

Ponieważ po raz pierwszy reżyser przemówił do mnie językiem, który zrozumiałem, uznaję tym samym Chłopów za najlepsze przedstawienie Krzysztofa Garbaczewskiego, jakie widziałem. I w ogóle –  za jedno z bardziej bezczelnych (to komplement) – w tym sezonie. To, co się dzieje na scenie, jest i oburzające, i zachwycające, i piękne i teatralne i nieteatralne jednocześnie, mądre i szalone, ale przede wszystkim – rewelacyjnie zagrane. Pawłowi Łysakowi każda scena w kraju może takiego zespołu pozazdrościć. Nieprawdopodobnie namiętna, świadoma swojej kobiecości Jagna (znakomita Magda Koleśnik), cudowna Julia Wyszyńska jako Hanka, swoim emploi (czy to dobre słowo w tym wypadku?) wywołująca nieledwie salwy śmiechu na widowni. Klara Bielawka jako Józka świetna i chyba bardzo ze swoją postacią zaprzyjaźniona, w ogóle ten spektakl należy do kobiet, w końcu o nich jest… W roli Antka – Mateusz Łasowski, rozerotyzowujący w Lipcach wszelkie niewiasty, wreszcie grający dorosłego faceta, znającego swoją wartość. Świetne także epizody, Andrzej Kłak jako krowa niezwykle… przekonujący?

Od razu mówię – niech się licealiści nie nastawiają, że przyjdą, obejrzą i nie trzeba będzie czytać, raczej panie polonistki będą Waszymi opowieściami z Lipiec zgorszone, bo choć Garbaczewski Reymonta ze sceny nie wykluczył, to jednak przedstawienie jest owocem pewnego romansu intelektualnego z arcydziełem naszego noblisty. A propos romansu – scena miłosna Jagny z Antkiem – tak po prostu, po ludzku – piękna. 

W ogóle całe przedstawienie jest pewnego rodzaju zabawą i kpinką z konwencji i możliwości teatru, ale też (a może i przede wszystkim) hołdem złożonym Reymontowi za tę czterotomową powieść wszech czasów, tak i dzisiaj zdumiewająco współczesną.

Siurpryza, a juści!