WARSZAWSKIE SPOTKANIA TEATRALNE

2018, maj, Teatr Nowy Proxima w Krakowie

MURZYNI WE FLORENCJI

Vedrana Rudan

reż. Iwona Kempa

premiera 4 listopada 2017

Gdyby istniała taka informacja telefoniczna, nawet płatna, zadzwoniłbym i spytał, dlaczego takie spektakle powstają w Krakowie, a w Warszawie nie? TAKIE spektakle.

Nie będę może powtarzał zachwytów nad Murzynami, przedstawienie jest po prostu znakomite, patrzyłem i słuchałem jak w narkozie. Wspaniałe aktorstwo, świetny choć niesłychanie mocny i dość wulgarny tekst, rewelacyjna reżyseria. Można? Można. Murzyni bez wątpienia zamknęli tegoroczne WST z ogromnym hukiem, obok Friedmanów i Wesela to w mojej ocenie najlepszy spektakl Spotkań. (Ojej, wszystkie wymienione są z Krakowa, przypadek?)

No więc mamy historię opowiadaną z perspektywy płodów. Sic! - w tych rolach cudownie bawiący się swoimi postaciami Juliusz Chrząstowski i Sławomir Maciejewski. Historię pewnej chorwackiej wielopokoleniowej rodziny, która mówiąc w pewnym skrócie nie do końca jest w stanie się ze sobą komunikować. Szczególnie trudne jest w tej rodzinie porozumienie babci, matki i córki, ale – jak wiemy – relacja matek z córkami to najgłębszy z oceanów (Coelho? Albo ktoś taki, ale trafne). Jest jeszcze tata, nie mogący się pozbierać po wojnie i syn, który wrócił z Ameryki z tęsknoty za chorwackimi zachodami słońca. No i syn zaczyna pisać o swojej rodzinie książkę. Ile w niej będzie fikcji, a ile prawdy? I w ogóle - co jest tą prawdą? 

Fenomenalny, wieloznaczny i niepokojąco wciągający spektakl o kobietach i o całej reszcie, z wielkimi rolami Elżbiety Karkoszki, Anny Tomaszewskiej i Martyny Krzysztofik. Wielkie brawa!

 

2018, maj, Teatr Pieśń Kozła

HAMLET. KOMENTARZ

Alicja Bral

reż. Grzegorz Bral

premiera 2 lipca 2017

Rok temu na spektaklu Pieśni Kozła, choć zupełnie trzeźwy na ciele i umyśle, zniknąłem z fotela Teatru na Woli. Próbuję dziś sobie przypomnieć, co wtedy przez cały dzień robiłem czy byłem w pracy, czy na zebraniu, czy coś czytałem, czy przyjechałem na Wolę metrem czy rowerem… Nie pamiętam. Pamiętam TYLKO tamtą niezwykłą godzinę z życia.

Nie daje mi bowiem spokoju pytanie, czy to, w jakim stanie ducha/ciała/umysłu zjawiamy się w teatrze, wpływa na to, co widzimy, co zapamiętujemy i jak odczuwamy. No pewnie, że wpływa. Ale jak? Tym razem zatem postanowiłem dokładnie zapamiętać mój dzień. Był normalny, zwykły, przeciętny, złapał mnie grad koło Ronda Jazdy Polskiej, więc schowałem pojazd i siebie pod zadaszenie, przed spektaklem wypiłem ice-tea, zamieniłem dwa słowa z Panią Profesor. I - obejrzałem to nieprawdopodobnie piękne przedstawienie, i tym razem się zachwyciłem. 

Ale już nie tak, jak poprzednio. Nie, nie, nie chodzi o to, że spektakl gorszy czy mniej poruszający, nie. Chyba po prostu jest tak, że nic dwa razy. 

(No wreszcie solidna recenzja, wyłącznie o piszącym) 

 

2018, maj, Teatr Dramatyczny im. J. Szaniawskiego w Wałbrzychu

GDYBY PINA NIE PALIŁA, TO BY ŻYŁA

Aldona Kopkiewicz

reż. Cezary Tomaszewski

premiera 12 maja 2017

Mówiąc najkrócej – o szkodliwości palenia i w sensie medycznym (Pina zmarła śmiercią palacza, na raka płuc), i o niemożliwym do opanowania uzależnieniu. Od nikotyny, od pracy, od sztuki, i od obecności w bliskim kosmosie kogoś obdarzonego charyzmą. Oglądając trzecie przedstawienie Tomaszewskiego utwierdziłem się w przekonaniu, że dezynwoltura reżysera nie trafia jednak do mojej wrażliwości, choć nie paląc od 3 już lat (po ćwierćwieczu smrodzenia), doskonale rozumiałem trud rozstania się z tym okropnym nałogiem. Ale publiczność WST była zachwycona i dała długie owacje.

Obok mnie – i z lewej i z prawej strony siedziały dwie widzki, które przez ¾ spektaklu zanosiły się gruźliczym niemal kaszlem. Dawno temu kindersztuba zakazywała chodzenia do teatru, gdy ma się tego typu dolegliwości, ale czasy się zmieniły. 

By ich nie zabić próbowałem wyobrazić sobie, że są całkiem pasującą częścią tego przedstawienia, ale się nie udało. Nie zabiłem, ale zepsuły mi wieczór. Kilka osób po prostu wyszło, było to nie do zniesienia.

No i co zrobić w takiej sytuacji?

 

2017, kwiecień - Teatr im. Bogusławskiego w Kaliszu

NAJGORSZY CZŁOWIEK NA ŚWIECIE

na podst. Małgorzaty Halber

reż. Anna Smolar

premiera listopad 2016

Po obejrzeniu tego spektaklu obiecałem sobie, że już nigdy nie będę czytał recenzji przed zobaczeniem przedstawienia. Bo przeczytałem, poukładałem sobie w głowie – czyli nastawiłem się, a potem odnosiłem dojmujące wrażenie, że pomyliłem w Dramatycznym sale i wylądowałem na czymś innym.

Nie jest to bowiem rzecz – jak pisano – o kobiecym alkoholizmie, czy też o tabu z nim związanym. A w ogóle to jest jakieś tabu? Najgorszy człowiek na świecie bowiem jest spektaklem o niemożności wystawienia spektaklu o kobiecym alkoholizmie, a to zupełnie co innego. 

Anna Smolar książkę Małgorzaty Halber potraktowała tylko jako bazę, wiele kwestii aktorzy improwizowali. Niestety, było to widać, choćby - niemrawa rozmowa z widzami o skojarzeniach była zdecydowanie za długa, jakby aktorka wahała się ją skończyć czy też doprowadzić do puenty. 

Uwag mam więcej, ale co innego istotne - wszystko to spłynęło po mnie jak po kaczce, ani nie obeszło, ani nie zdenerwowało, ani zirytowało. Z ulgą jedynie odnotowałem fakt, że spektakl skończył się 10 minut przed czasem.

 

2017, kwiecień - Teatr Polski w Bydgoszczy

ŻONY STANU, DZIWKI REWOLUCJI, A MOŻE I UCZONE BIAŁOGŁOWY

Jolanta Janiczak

reż. Wiktor Rubin

premiera 29 października 2016

Publicystyka polityczna, osadzona tu i teraz, z odniesieniami do rzeczywistości, czego w teatrze nie lubię i czego NIE szukam. W największym skrócie – w nawiązaniu do rewolucjonistów francuskich - autorka pyta nas, ku uciesze i owacjach antyreżimowej publiczności, co takiego musi się wydarzyć, żebyśmy wzięli drzewce z hasłami w dłoń i poszli na barykady.

Wiele zależy w tym spektaklu od widzów, część z nich namówiona przez aktorki, wychodziła z widowni z tablicami i robiła przed teatrem happening, znalazł się także widz chętny by się powiesić, symbolicznie rzecz jasna oraz jeszcze inny, który także symbolicznie zechciał kopnąć w stołek pod tamtym z pętlą na szyi. Ciekawe, czy twórcy mają też pomysł na publiczność gnuśną, czy jest wersja awaryjna na wypadek braku chętnych buntowników. 

Pomysł, żeby ze sceny cytować głupoty wygadywane publicznie przez polityków o kobietach – mało wyrafinowany, w ogóle nie śmieszny i nic z niego nie wynikło, bo można było jeszcze więcej i jeszcze głupiej. Ja to wszystko wiem z gazet, które codziennie czytam. Skoro tak, to po co mam jeszcze płacić za bilet do teatru?  

 

2017, kwiecień - Teatr Żeromskiego w Kielcach

HARPER

Simon Stephens

reż. Grzegorz Wiśniewski

premiera 8 października 2016

Trochę mi się podobało, a trochę nie. 

Bardzo dobry jak zwykle Wojciech Niemczyk, fajnie rozwija się Adrian Brząkała (Mgnienie w Polonii), świetna scenografia, a scena w wannie – słodka. 

Ale… Magdalena Graziowska wydała mi się za młoda na rolę Harper, ma 32, wygląda na 22, a ma grać rozchwianą emocjonalnie 40-latkę. W ogóle sprawia wrażenia córki a nie żony własnego męża, z całym szacunkiem do pana Artura. Coś tam po prostu nie działa, motywacje granej przez nią bohaterki są mi obce. Poza tym nieznośne były wstawki bardzo głośnej muzyki, chwyt nieuzasadniony, nikogo nie trzeba było budzić, a publiczność zatykała uszy palcami. Rozmowa z matką (Joanna Kasperek) – jakoś nieszczera. Tzn. nieszczera w nieszczerości. 

Mam zatem wszelkie powody, by przypuszczać, że jest to spektakl skierowany do zupełnie innego widza niż piszący te słowa. 

 

2017, kwietnia - Stary Teatr w Krakowie

PODOPIECZNI

Elfriede Jelinek

Reż. Paweł Miśkiewicz

Premiera 9 kwietnia 2016

Widzowie wychodzili poruszeni, a ja zirytowany. Najwyraźniej jestem nieczuły na los uchodźców albo na prowokację austriackiej noblistki. A może nie? Skoro po Wściekłości w Powszechnym prawie nie mogłem ze wzburzenia spać? No nie wiadomo.

Rzecz jest o uchodźcach z roku 2014 i Jelinek napisała Podopiecznych o wiedeńskich wydarzeniach związanymi z nimi, którzy przyjechali do Europy po lepsze życie, z Afganistanu, z Pakistanu, zaproszeni uprzejmie przed jednego z ważnych europejskich polityków (mówiąc ściśle: jedną polityk). 

Widziałem rok później w Wiedniu, nie w kościele - ale na nowo oddanym dworcu centralnym - koczujących uchodźców syryjskich. I tym i tamtym Austria stawia pewne warunki, mają – mówiąc w pewnym skrócie – żyć tak, jak żyją Austriacy. I zdaje się, że ten dość naturalny warunek jest niespełnialny, wbrew padającym ze sceny – CHCEMY – większość nie chce.

Skoro masowo wyjechali do Niemiec, gdzie zasady są liberalniejsze, zasiłki są wyższe i gdzie już są znajomi. Więc – proszę wybaczyć, ale nie ulegnę szantażowi emocjonalnemu autorki, która „sprawdza” wartości Europy. Nie lubię takiej publicystyki i tyle. 

 

2017, kwiecień - koproducja TR Warzawa z Teatrem Narodów w Moskwie

IWONA KSIĘŻNICZKA BURGUNDA

reż. Grzegorz Jarzyna

premiera 10 października 2016

Dziwne to przedstawienie. 

Co prawda świetnie zagrane (książę Filip - rewelacyjny Michaił Trojnik - jakby żywcem z Gombrowicza wyjęty, a Maria Fomina – Iza - wręcz nieziemska), ale w którymś momencie, jak weszły roboty jakby z Gwiezdnych Wojen - zgubiłem wątek. Współczesne wtręty autorstwa Szczepana Orłowskiego były niepotrzebne i psuły wielki tekst, pomyślałem, że są umieszczone, żeby jakby na siłę zasugerować widzowi intencje reżysera. Może w Rosji, gdzie Gombrowicza nie znają, było to potrzebne, w Warszawie wypadło jakoś niedobrze. 

Owszem, Iwona (Daria Ursuliak) wygląda zupełnie jak Nadia Szewczenko, ale wyciąganie z tego faktu daleko idących politycznych skojarzeń wydaje mi się jakoś nie do końca uprawnione. Biseksualizm Filipa zaznaczony jednak zbyt dosłownie, może specjalnie, żeby władze zdjęły z afisza? Uspokajam, nic specjalnego się nie dzieje, chłopaki się całują, ale zdaje się, że pokazywanie tam takich rzeczy podlega pod paragrafy.  

W każdym razie sądzę, że mimo chęci Iwona kolejnej kolorowej rewolucji w Rosji nie wywoła. Były ostatnio duże protesty z powodu niejasnego pochodzenia majątku premiera, ale protestujących szybko zamknięto i znów jest spokój.

 

2017, kwiecień, koprodukcja Teatru Współczesnego w Szczecinie z Teatrem im. Jana Kochanowskiego w Opolu

ŚLUB

Witold Gombrowicz

reż. Anna Augustynowicz

premiera 10 września 2016

Były owacje na stojąco, były szepty, że prawie jak Jarocki, że Grzegorz Falkowski niczym sprzed lat Jan Englert… A Pani Profesor przypomniała, że Ślub to jeden z największych polskich tekstów dramatycznych wszech czasów. Jerzy Jarocki wystawiał Ślub sześciokrotnie i za każdym razem było o czym innym. A o czym było to przedstawienie? Oglądałem niczym biała tablica, bo Iwon widziałem kilka, ale Ślub po raz pierwszy, nie miałem więc narzutów interpretacyjnych (sic!). 

O języku. I Ionesco się tu chowa. O języku, którym wydaje nam się, że się porozumiewamy. O bełkocie, w którym się lubujemy, o pustosłowiu, które nami rządzi, o autokreacji, tak łatwej dziś dzięki internetowi, poprzez którą robimy z siebie kogo innego, idiotów najczęściej, ale tego nie widzimy, bo widzieć nie chcemy.

Grzegorz Falkowski istotnie świetny, ale cały zespół gra jak z partytury, bez żadnej fałszywej nutki, bardzo dobry debiut Jędrzeja Wieleckiego jako Władzia, zmanierowanego cherubina, który najbardziej chyba (obok Matki) w tym Ślubie ze słów, ich doboru i melodii jest zbudowany. 

 

2017, marzec, Teatr Pieśń Kozła

WYSPA

dramaturgia Alicja Bral na podstawie Williama Szekspira

reż. Grzegorz Bral

premiera 1 grudnia 2016

Szedłem na inaugurujący Spotkania wrocławski spektakl z nieufnością, bo ich ubiegłoroczne Portrety Wiśniowego Sadu okropnie mnie wymęczyły i znużyły. A tu niespodzianka.

Późny wieczór już był, dodatkowy spektakl zagrany przy nadkomplecie, wychodzi na nagą prawie scenę aktorka, Szekspirem zaczyna, słowami Prospera, dołącza do niej reszta zespołu, grają…  A ja nagle wylatuję ponad dostojne sufity wolskiego teatru, krążę w kosmosach przez nich tworzonych, dotykam snu, szaleństwa, żalu, radości, nieuchronności. Niech to się nie kończy - myślę wciśnięty w fotel i jednocześnie daleko nieobecny.

No dobra, trochę ta recenzja wyszła egzaltowana, przepraszam. Miała być krótsza – ale źle się to układa na stronie. Chciałem napisać tylko, że to arcydzieło.

 

2016, kwiecień, Teatr Polski we Wrocławiu

ŚMIERĆ I DZIEWCZYNA

Elfriede Jelinek

reż. Ewelina Marciniak

Oczekiwania były ogromne, szum medialny, protesty, recenzenci wychwalający nieledwie na kolanach. A… mnie nie zachwyciło. 

Śmierć i dziewczyna to spektakl przeciętny, momentami nudnawy, choć - z paroma pięknymi scenami, między innymi tą „pornograficzną”. 

Nieco wulgaryzując - z przestawienia Eweliny Marciniak dowiadujemy się, że osoby samotne odnajdują pewne ukojenie w pornografii, że rodzice (matki szczególnie) mogą spierdolić (excuse le mot) nam życie, także erotyczne, i - że jest pewna cena, którą trzeba zapłacić za posiadany talent. Na stronie teatru czytamy, że to także przedstawienie o skomplikowanych relacjach kata z ofiarą. Naprawdę? Musiałem coś przeoczyć. 

Aktorzy wrocławscy grają z oddaniem, nie wiem czy do końca potrzebnym. Naprawdę nie jestem pruderyjny, ale nagość na scenie nie zawsze się tłumaczyła, a z pewnością - używając tego kostiumu reżyserka konsekwentna nie była.  Poza tym w graniu na golasa przeszkadzają mikroporty i taki nagi aktor wygląda trochę jakby był w pasie ortopedycznym albo czymś takim. 

W ubraniu bądź bez – bardzo dobra rola Małgorzaty Gorol, znakomity jako ojciec także Paweł Smagała.  W ogóle widać ogromną pracę zespołową, niestety sceny improwizowane – w każdym razie podczas przedstawienia, które widziałem – były ździebko nużące i zdecydowanie za długie. 

Cóż, spektakl jest jak to się mówi – „szeroko komentowany”, recenzje zbiera świetne, bilety wyprzedane, na WST komplety.

So… What’s wrong with me?

 

2016, kwiecień, Teatr Polski w Bydgoszczy

SWARKA

Mirosław Wlekły, Katarzyna Szyngiera

reż. Katarzyna Szyngiera

Swarka - mówiąc najkrócej - jest spektaklem o tym, że rzeź wołyńska była dla Polaków ludobójstwem, dla Ukraińców zaś - jedynie sprzeczką, tytułową swarką. 

Z tego faktu wynika wiele pytań, które w spektaklu się stawia i na które - chwała Bogu - nie próbuje się odpowiadać. Autorzy co prawda pojechali na Wołyń i rozmawiali z pamiętającymi tę tragedię staruszkami. Ale ich wypowiedzi nie są traktowane jako dowód, tylko jako dokument a i to łatwo podważalny  innymi wypowiedziami, innych staruszków.  

Nie dowiadujemy  się również, dlaczego w ogóle doszło do tej rzezi, skoro połowa małżeństw wówczas była mieszana? Kto pierwszy zabił? I jaki był powód czy pretekst? I jak to jest, że choć każdy widział i słyszał właściwie to samo, owa rzeź  przedstawia się zupełnie inaczej, w zależności od tego kto mówi, jaką wyznaje religię, jakiej jest narodowości. 

Może i była jakaś rzeź ale ja nic nie wiem - mówi jeden z bohaterów.  

Jakie są szanse na pojednanie?  Pada ze sceny takie pytanie - o Ukraińców pracujących w Polsce, pracujących dobrze i ciężko. Co on - robotnik na budowie, co ona - sprzątaczka czy kucharka - musieliby nam zrobić, żebyśmy my sięgnęli po siekierę?

 

2016, kwiecień, Teatr Narodowy z Oslo

NASZA KLASA

Tadeusz Słobodzianek

reż. Oskaras Korsunovas

Trochę trawestując Chmielowskiego - O czym jest Nasza Klasa, chyba każdy wie, więc na tym zagadnieniu skupiać się nie będę. Zdziwię się jedynie, że w najmocniejszych momentach spektaklu część widzów wyszła (w każdym razie z 1. balkonu), co każe zadać pytanie - po co przyszli? Czyżby spodziewali się, że Korsunovas zrobił ze słobodziankowego tekstu w Oslo farsę?

Ciekawe, jak w Norwegii ten spektakl jest czytany? Bo społeczność żydowska nad fiordami w 1940 roku – jak czytam – była mała, liczyła 2000 osób. Nasze doświadczenia historyczne we wzajemnych kontaktach są więc nieporównywalne. Znalazłem recenzję z odniesieniami do fali emigracji, ale to naprawdę trzeba dużo wyobraźni, żeby tak Naszą Klasę przeczytać. 

Bardzo dobra inscenizacja Korsunovasa (w przeciwieństwie do nieświetnej Miarki za Miarkę w Dramatycznym) jest tak najbardziej pytaniem o to, co my byśmy zrobili na miejscu kolegów z klasy, będąc w tej samej sytuacji i żyjąc w tych paskudnych czasach terroru i odczłowieczenia.  Wydaje mi się, że to pytanie nieprawdopodobnie niewygodne, bo odpowiedź na nie – jeśli szczera – nie zawsze byłaby powodem do dumy.

 

2016, kwiecień, Teatr im. Modrzejewskiej z Legnicy

CAR SAMOZWANIEC

Adolf Nowaczyński

reż. Jacek Głomb

Mieliśmy swojego człowieka na Kremlu. Krótko bo krótko, ale zawsze. I właściwie o tym jest zakurzony nieco ponad stuletni dramat Adolfa Nowaczyńskiego przypomniany przez legnicki zespół. Rzecz o pewnej - by nie rzec - zupełnej niekompatybilności nas i Rosjan, znów współczesna, napisana i zagrana cudowną staropolszczyzną z ruskimi wtrętami. Od razu mówię – od autora dostaje się równo i im i nam.   

Krew na scenie się leje strumieniami, ogień płonie, bohaterowie ubrani są w rzeźnicze płaszcze, bo całość się w rzeźni rozgrywa, spodziewałem się, że pójdzie to wszystko jeszcze dalej, byłaby okazja, ale reżyser postawił jednak na pewną przyzwoitość. Niemniej, choć spektakl zrobiony z rozmachem, dobrze zagrany i momentami całkiem zabawny, gdzieś tam zaczyna troszeczkę nużyć.

Może należało trochę tego Nowaczyńskiego jeszcze bardziej skrócić? A może w Legnicy – Małej Moskwie przecież - ten tekst jest inaczej czytany niż w warszawskim Wawrze? No może. W każdym razie zapamiętajmy nazwisko Alberta Pyśka, który gra Dymitra i o którym zapewne wkrótce jeszcze usłyszymy.

 

2016, kwiecień, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie

RYTUAŁ

Ingmar Bergman

reż. Iwona Kempa

Z Rytuału wyszedłem kompletnie wyczerpany i wykończony. To było nieprawdopodobnie energochłonne przeżycie teatralne. Ale to nie tylko za sprawą ani aktorów ani reżyserki. To Bergman. Cóż, każde małżeństwo czy też związek przeżywający kryzys powinien mieć przepisany Rytuał na receptę, wychodzi się bowiem z przeświadczeniem, że może być naprawdę gorzej.  

Nie bardzo wiem dlaczego w materiałach prasowych mówi się, że to jest spektakl o konflikcie artystów z cenzurą. Zupełnie nie jest o tym. Owszem, widzimy artystów tłumaczących się przed sędzią ze swojego spektaklu, ale to, czy nasi bohaterowie są artystami czy motorniczymi tramwajowymi, akurat nie ma żadnego znaczenia. To przedstawienie o uzależnieniu, o tym, co nas trzyma razem, jak silne są te więzi i jak nieoczywiste. To jest spektakl o okrucieństwie i o tym, co jest na skali daleko dalej za załamaniem nerwow.Do tego aktorzy grają bez trzymanki, balansując gdzieś na pewnej granicy, w którymś momencie myślałem, że zrobią sobie krzywdę na scenie, krzyczą, aż myślałem, że wstanę i złapię Katarzynę Zawiślak i będę błagał – ciszej, ciszej

No więc już państwo wiedzą, dlaczego miałem deficyty energetyczne po wczorajszym spektaklu.

Fenomenalna rola Grzegorza Mielczarka, w ogóle cała czwórka gra świetnie, ale przedstawienie jest naprawdę dla widzów dorosłych. 

A mówiąc ściślej – dojrzałych.

 

2016, kwiecień, Narodowy Stary Teatr w Krakowie

PŁATONOW

Antoni Czechow

reż. Konstantin Bogomołow

Dawno nie widziałem tak wypełnionej widzami sali teatralnej, nie słyszałem w kuluarach tylu anegdot o "zdobywaniu" biletów i wejściówek,  nie pamiętam też, kiedy ostatnio na Czechowie śmiałem się do łez i czy w ogóle. Płatonow ze Starego Teatru jest przedstawieniem świetnym, koncertowo zagranym i bez wątpienia - jednym z najjaśniejszych punktów tegorocznych Spotkań.  

Można powiedzieć, że Bogomołow odczytał Czechowa współcześnie, ale tak jakby nic nie powiedzieć. Bo cóż tam automatyczna pralka, cóż lodówka (rok 1899) na scenie, kiedy lata w tle sobie ufo...  I kiedy aktorzy grają role żeńskie, a aktorki męskie.  Zabawny zabieg, prawda? I fantastycznie trafny, bo dzięki temu słuchamy zdecydowanie uważniej, co młodziutki Czechow miał nam do powiedzenia, ale nie tylko.. Chodzi o to, że płeć nie tylko u Czechowa jest w wielu sytuacjach czymś nieprawdopodobnie umownym, a mówiąc ściślej - zależy od okoliczności, od kontekstu.

Wcale naprawdę męski Adam Nawojczyk czyli  Anna Wojnicew nie udaje kobiety, a rewelacyjna Anna Radwan (Płatonow) nie gra "po męsku".  Anna Dymna jest tu córką Jasminy Polak. Wiek to też w pewnym sensie umowa. 

Majstersztyk aktorski, tym bardziej, że reżyser namówił fantastycznych krakowskich aktorów do zagrania kompletnie bez emocji, dzięki czemu Czechow może nam opowiedzieć o różnych ważnych rzeczach bez żadnych zakłóceń. Genderowych, ageowych czy politycznych.

 

2016, kwiecień, Litewski Teatr Narodowy z Wilna

PLAC BOHATERÓW

Thomas Bernhard

reż. Krystian Lupa

Tak się złożyło, że kilka dni przed tym inaugurującym WST spektaklem zmarł mój Teść. Także był profesorem, także miał na imię Józef, ale to wszystko, co go łączyło ze zmarłym bohaterem Bernharda. Był bowiem zupełnie innym człowiekiem niż prof. Schuster i z pewnością nie miał obsesji na punkcie poprawnego składania koszul.  

I myślę, że nagłe odejście Józefa spowodowało, że Plac Bohaterów odebrałem nieco inaczej niż pozostała część widowni. Otóż zdało mi się – szczególnie w niedocenionym akcie pierwszym – że to przede wszystkim rzecz o żałobie. O planach, których nie udało się zrealizować, o obietnicach których nie udało się spełnić, wycieczkach na które zabrakło czasu. Że to rzecz o dziedziczeniu – o dzieciach, które rozczarowały, o żonie która jest obca, wreszcie – o postronnych ludziach, którzy – jak służąca, czy też może gospodyni - okazują się być najważniejsi i najbardziej oddani. I umieją idealnie składać koszule. Wuj Robert, brat zmarłego Józefa Schustera, mówi też, że nie istnieją udane pogrzeby. Że obojętnie, czy pogrzeb jest dobry czy zły – nie może być udany z definicji. Wydaje mi się to nieprawdopodobnie głębokim spostrzeżeniem.

A propos koszul - w kuluarach mówiono o sposobie, w jaki aktorka koszule prasowała na scenie – ktoś zwrócił uwagę, że owszem, najpierw kołnierz i boki, ale co z tyłem? Ciekawe…

Oczywiście, pod maską Schusterów, austriackich Żydów, ofiar niechęci swoich rodaków do rozliczeń z paskudną historią, Bernhard z Lupą komentują to, co dzieje się na świecie współcześnie. Jednak monologi o upadku państwa, jakkolwiek ostre i świetnie zagrane ani nie wzbudziły we mnie entuzjazmu ani nie podnieciły do oklasków a raczej jakoś zirytowały.

Ale może taki całkiem polityczny przekaz i tam w Wilnie i tu w Warszawie był potrzebny. Może. Bo spektakl teatralny, tak jak żałobę, każdy może przeżywać po swojemu i ma do tego pełne prawo. Choć – żona profesora Schustera właśnie ucieka przed żałobą do teatru, chadza na sztuki do Małego. I trochę to Bernhard wyśmiewa. („Teatr reguluje ludziom tylko trawienie” – mówi wuj Robert).

To bardzo okrutne.