TEATR POWSZECHNY W RADOMIU

 

2018, listopad

JA, FEUERBACH

Tankred Dorst

reż. Zbigniew Rybka

premiera 25 października 2018

Do legendy i historii polskiego teatru wszedł Feuerbach Łomnickiego z Dramatycznego z 1988 roku, i jego rola stała się takim wzorcem metra z Sevres, każde kolejne wystawienie jest właśnie z ową prapremierową porównywane, zwykle na niekorzyść, więc – już sam fakt sięgnięcia po tekst Dorsta, odwaga podniesienia tej ciężkiej rękawicy, godna jest docenienia. Radomskiego Feuerbacha obejrzałem bez „narzutu” Łomnickiego, znam tę faktycznie wielką kreację tylko z rejestracji TV, a to trochę co innego. 

Pierwszy raz widziałem Jarosława Rabendę na scenie, zagrał piekielnie trudną rolę bez piereżywania, bez przerysowania, znakomicie technicznie, ze świadomością każdego ruchu, gestu, słowa, tonu, kroku, wciągnął publiczność w swój świat jakby niepostrzeżenie, trochę może nawet od niechcenia, a przecież nie można się było już po chwili od jego historii oderwać. 

Chyba dziś ten tekst paradoksalnie nie jest najbardziej o Feuerbachu, ale - o asystencie reżysera. 

O tych wszystkich niedouczonych, przypadkowych ludziach, o ignorantach i arogantach, którzy – różnymi zbiegami okoliczności – znajdują się i w teatrze, i wszędzie indziej,  ze swoją marnością, niekompetencją  i brakiem talentu umoszczają w naszych światach, poświęcając cały swój czas i energię na mylenie odwagi z hucpą, i sztuki z kiczem, a jedyne na co się zdobywają to tanie  naśladownictwo.

Ale przecież „dawniej” też byli barbarzyńcy, bo - byli zawsze. Co więc się zmieniło?

 

2018, listopad

ANNA KARENINA

Lew Tołstoj

reż. Grigorij Lifanov

premiera 27 września 2013

Wcale się nie zdziwiłem, że 5 lat po premierze niemała przecież widownia radomskiego teatru wypełniona była prawie w całości. Bo i zrobione z rozmachem, i bajecznie kolorowe kostiumy, misterne koafiury, piękne damy, przystojni hrabiowie, i porywające sceny balowe i wyciskające łzy melodyjne romanse i czastuszki, a do tego – przecie to opowieść z życia wyższych sfer, którym lubimy się przyglądać, przyznając się do tego bądź nie, no i – last but not least - o miłości łamiącej wszelkie reguły, o miłości tak wielkiej, że przecież nie istniejącej. Reżyser dość wiernie opowiedział historię wiarołomnej Anny, ale też żadnej dekonstrukcji się nie spodziewałem i obejrzałem to przedstawienie z przyjemnością.

Właściwie mam tylko jedno spostrzeżenie – przy lekturze Annę chciałem zakatrupić dopiero przy jakiejś 400. stronie, a na scenie - prawie od razu jak się pojawiła, chyba niepotrzebnie reżyser tę postać aż tak wyegzaltował, w powieści wydawała mi się jednak osobą posiadającą resztki choć rozsądku, pod koniec dopiero z całej tej miłości wariuje. Bardzo dobrzy Marek Braun jako Wroński i Jarosław Rabenda jako Karenin, świetny drugi plan, hrabiny, sumienia towarzystwa Moskwy i Petersburga, i zabawne i przerażające, bo jakby z życia wzięte.

Jednocześnie dziękuję obsłudze w Kochanowskim, że stanowczo reaguje na korzystanie przez widzów z telefonów komórkowych podczas spektaklu, właśnie tak trzeba. Jestem pewien, że widzka w moim rzędzie, kilka foteli dalej, kiedyś się nauczy wyłączać swoją przedpotopową nokię. Wybaczam ze względu na wiek.

Widzki, nie nokii.