TEATR POWSZECHNY W RADOMIU

 

2019, luty

BEA

Mick Gordon

reż. Andrzej Bubień

premiera 3 lutego 2019 

Bea (Aleksandra Bogulewska) jest nieuleczalnie chorą dziewczyną, jej choroba postępuje, wymaga stałej opieki. I oto zjawia się Ray. Pani James (Joanna Jędrejek), matka Bei, wolałaby do opieki nad córką jednak kobietę, no ale jest chłopak, do tego autystyczny. Co ze spotkania tych trojga wyniknie?

Ta opowieść wciągnęła mnie od razu. Kilka razy byłem na granicy poruszenia, może nawet miałem cichutkie pretensje do reżysera, że „podkręcił” TE miejsca muzyką, niepotrzebnie, znakomicie napisany tekst – bronił się i bez tego. I choć tytułową postacią jest Bea, to przedstawienie przede wszystkim o Rayu (fantastyczny Łukasz Stawowczyk). Jest to bowiem rzecz nie tylko o radości i ciekawości życia , ale może przede wszystkim - o ludziach istniejących w naszych kosmosach, których istnienie w ogóle nadaje naszemu życiu sens. Nawet jeśli nigdy nie powiedzieliśmy sobie tego głośno, nawet jeśli oni o tym nie wiedzą.


Już nie pamiętam, kiedy widziałem tak dobre przedstawienie. Fantastyczny, momentami bardzo zabawny spektakl (cudna scena próbowania Tennessee Williamsa), a momentami - tak po ludzku -wzruszający, o życiu i całej reszcie.

Koniecznie.

2018, listopad

JA, FEUERBACH

Tankred Dorst

reż. Zbigniew Rybka

premiera 25 października 2018

Do legendy i historii polskiego teatru wszedł Feuerbach Łomnickiego z Dramatycznego z 1988 roku, i jego rola stała się takim wzorcem metra z Sevres, każde kolejne wystawienie jest właśnie z ową prapremierową porównywane, zwykle na niekorzyść, więc – już sam fakt sięgnięcia po tekst Dorsta, odwaga podniesienia tej ciężkiej rękawicy, godna jest docenienia. Radomskiego Feuerbacha obejrzałem bez „narzutu” Łomnickiego, znam tę faktycznie wielką kreację tylko z rejestracji TV, a to trochę co innego. 

Pierwszy raz widziałem Jarosława Rabendę na scenie, zagrał piekielnie trudną rolę bez piereżywania, bez przerysowania, znakomicie technicznie, ze świadomością każdego ruchu, gestu, słowa, tonu, kroku, wciągnął publiczność w swój świat jakby niepostrzeżenie, trochę może nawet od niechcenia, a przecież nie można się było już po chwili od jego historii oderwać. 

Chyba dziś ten tekst paradoksalnie nie jest najbardziej o Feuerbachu, ale - o asystencie reżysera. 

O tych wszystkich niedouczonych, przypadkowych ludziach, o ignorantach i arogantach, którzy – różnymi zbiegami okoliczności – znajdują się i w teatrze, i wszędzie indziej,  ze swoją marnością, niekompetencją  i brakiem talentu umoszczają w naszych światach, poświęcając cały swój czas i energię na mylenie odwagi z hucpą, i sztuki z kiczem, a jedyne na co się zdobywają to tanie  naśladownictwo.

Ale przecież „dawniej” też byli barbarzyńcy, bo - byli zawsze. Co więc się zmieniło?

 

2018, listopad

ANNA KARENINA

Lew Tołstoj

reż. Grigorij Lifanov

premiera 27 września 2013

Wcale się nie zdziwiłem, że 5 lat po premierze niemała przecież widownia radomskiego teatru wypełniona była prawie w całości. Bo i zrobione z rozmachem, i bajecznie kolorowe kostiumy, misterne koafiury, piękne damy, przystojni hrabiowie, i porywające sceny balowe i wyciskające łzy melodyjne romanse i czastuszki, a do tego – przecie to opowieść z życia wyższych sfer, którym lubimy się przyglądać, przyznając się do tego bądź nie, no i – last but not least - o miłości łamiącej wszelkie reguły, o miłości tak wielkiej, że przecież nie istniejącej. Reżyser dość wiernie opowiedział historię wiarołomnej Anny, ale też żadnej dekonstrukcji się nie spodziewałem i obejrzałem to przedstawienie z przyjemnością.

Właściwie mam tylko jedno spostrzeżenie – przy lekturze Annę chciałem zakatrupić dopiero przy jakiejś 400. stronie, a na scenie - prawie od razu jak się pojawiła, chyba niepotrzebnie reżyser tę postać aż tak wyegzaltował, w powieści wydawała mi się jednak osobą posiadającą resztki choć rozsądku, pod koniec dopiero z całej tej miłości wariuje. Bardzo dobrzy Marek Braun jako Wroński i Jarosław Rabenda jako Karenin, świetny drugi plan, hrabiny, sumienia towarzystwa Moskwy i Petersburga, i zabawne i przerażające, bo jakby z życia wzięte.

Jednocześnie dziękuję obsłudze w Kochanowskim, że stanowczo reaguje na korzystanie przez widzów z telefonów komórkowych podczas spektaklu, właśnie tak trzeba. Jestem pewien, że widzka w moim rzędzie, kilka foteli dalej, kiedyś się nauczy wyłączać swoją przedpotopową nokię. Wybaczam ze względu na wiek.

Widzki, nie nokii.