2018, styczeń

WEDŁUG AGAFII

Agata Duda-Gracz na motywach Ożenku M.Gogola

reż. Agata Duda-Gracz

premiera 12 grudnia 2009

derniera 17 stycznia 2017                

Nic nie może wiecznie trwać. W przypadku Agafii – wielka szkoda. Ale jestem szczęśliwy, że udało mi się, nieledwie rzutem na taśmę, ten fenomenalny spektakl zobaczyć.

Aktorzy cudownie bawili się swoimi rolami, pewnie z okazji zielonych przedstawień może nawet bardziej niż należało, ale świat tym slapstickowym niemal gagom sprzyjał, np. por będący zdrową przekąską Podkolesina, okazał się wyjątkowo niesforny. Na szczęście Sambor Czarnota i Milena Lisiecka nie dali się zbić z pantałyku i niemal zachowali powagę, publiczność natomiast musiała się z porowej niesubordynacji zdrowo wyśmiać. Niepowtarzalne… Fiokłę Iwanownę brawurowo zagrał (tutaj jako Poradnicę) Marek Kałużyński, lekkoduch wspomagający swoją niegdyś młodą przyjaciółkę w zamążpójściu, i czy przypadkiem nie będący substytutem nieobecnej u Dudy-Gracz na scenie Ariny Pantelejmonownej? Marek Nędza świetny jako Jajecznica, opętany manią ipsacji, w każdym razie – teoretycznie, dający widowni rozległą wiedzę o świecie erotyki z czasów Gogola. Słodkie.

A rzecz – wcale nie o ożenku, a o miłości. W świecie, gdzie pytają - co ona ma, ogród warzywny czy kwiatowy, nosek – czy aby nie za duży, czy umie po francusku itd. - emocje i uczucia zeszły na plan dalszy, a właśnie tego, choćby najmniejszego uniesienia, tej nutki choćby namiętności od któregokolwiek z kawalerów oczekiwała Agafia. I może Podkolesin wiedział, że nie może jej tego dać? I może ta ucieczka sprzed ołtarza wcale nie była taka okrutna?

Piękny, piękny, piękny, poruszający wyobraźnię i brawurowo zrealizowany spektakl, który już niestety przeszedł do historii. Kto nie widział, ten trąba.

Ufam, że dyrektor Zawodziński jest już po słowie z reżyserką w sprawie czegoś nowego.

 

2017, grudzień

PLAC BOHATERÓW

Thomas Bernhard

reż. Grzegorz Wiśniewski

premiera 17 grudnia 2017

Właściwie to bez przerwy porównywałem, bo znam ten spektakl w reżyserii Krystiana Lupy. Ale Pani Profesor mnie zapewniła, że to zupełnie normalne, że się porównuje i że Grzegorzowi Wiśniewskiemu należy się uznanie już za sam fakt rzucenia rękawicy.

Łódzki Plac Bohaterów jest i krótszy (sic!) od wileńskiego i chyba trochę o czym innym. Tutaj bohaterowie – choć także złamani i przegrani, mają jednak w sobie jeszcze jakąś siłę, może resztki złudzeń czy nadziei, jeszcze jakieś emocje. No, może poza Profesorową. Wszyscy noszą żałobę, ale Olga i Łukasz raczej na pokaz. Najbardziej przywiązana do pana domu była Pani Zittel (wspaniała rola Barbary Marszałek), jej wspomnienie Profesora z każdym słowem boli, ta elegia o poukładanym życiu, które minęło, jest jednak pełna strachu przed tym, które nadejdzie. Bo to przecież ostatnie posiłki, które pani Zittel przygotuje dla Schusterów. No a Herta? Kim ona była w poukładanym pedantycznym życiu Profesora?

Fantastyczna także Urszula Gryczewska (Anna), świetny Marek Nędza (Łukasz), który wie, że ze zmarłym ojcem łączy go tylko numer buta. Dodajmy, że porządni ludzie mają rozmiar 45.

Jest zatem Łukasz porządny, mimo romansu z aktorką z okładki z kolorowego czasopisma i mimo koronkowej koszuli, do której paradoksalnie czerwone szelki bardzo pasują.  

 

2017, maj

IWONA KSIĘŻNICZKA BURGUNDA

Witold Gombrowicz

Reż. Agata Duda-Gracz

Premiera styczeń 2014

Łódzka Iwona jest rozgadana jak mało która. No chyba ze cztery całe zdania wypowiada, pojawia się na scenie także – zamiast obu ciotek - jej mamusia (cudowna Katarzyna Cynke), a Cyryla (oraz dwórkę Małgorzaty) gra nieco androgyniczny w tym spektaklu Marcin Korcz. Nagrodę za rolę króla Ignacego w zeszłorocznym konkursie na wystawienie klasyki otrzymał Ireneusz Czop, faktycznie świetny, z jednej strony po królewsku stanowczy, z drugiej jednak zlękniony nieco swojej małżonki, którą gra u Jaracza – i kradnie kolegom scenę – Milena Lisiecka. Bo im więcej Iwon oglądam (ta już chyba piąta), tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to właśnie Małgorzata jest główną bohaterką tego genialnego tekstu. A na pewno jest nią u Agaty Dudy-Gracz, w poruszającej scenie recytacji swoich grafomańskich wierszy…

O czym jest łódzka Iwona? O seksie. O pożądaniu, które powoduje, że Filip bierze Iwonę za narzeczoną, które również powoduje, że chce się potem pozbyć, tym razem jednak skierowane ku Izie i Cyprianowi. O sprawowaniu władzy króla nad królową poprzez alkowę, o erotyzmie, w którym całość jest osadzona i który to erotyzm jest jednym z narzędzi wpływu ich królewskich mości na dwór. Orgii na scenie nie ma, uspokajam. 

Spektakl - w ramach kolekcjonowania Iwon - obejrzałem po roku po raz kolejny, i bardzo dobrze – bo zdążyło mi już ulecieć z pamięci jak znakomite jest to przedstawienie. 

 

2017, kwiecień

CZAROWNICE Z SALEM

Arthur Miller

reż. Mariusz Grzegorzek

premiera 1 kwietnia 2017

65 lat temu Czarownice z Salem Arthura Millera zostały najlepszą sztuką roku. W Stanach szalał wówczas makkartyzm, i było to aż nadto czytelne odniesienie do procesów o czary w siedemnastowiecznym Salem. Spektakl Mariusza Grzegorzka owszem - można przeczytać wprost i odnieść do naszej współczesności, ale przede wszystkim jest dojmującym, bo uniwersalnym ostrzeżeniem przed skutkami opętania – każdego, od władzy przez pieniądze, seks po szatana, chyba właśnie w tej kolejności. Czarownice z Salem są także wciskającym w fotel pokazaniem anatomii zbiorowego szaleństwa, które opętało tę niewielką społeczność i która to anatomia przez wieki zmianie nie uległa.

Powstało przedstawienie o rzeczach pierwszych i ostatnich, świetnie zagrane przez zespół Jaracza wsparty przez studentów, spektakl jest bowiem elementem obchodów 70-lecia Wydziału Aktorskiego łódzkiej Filmówki, na scenie zobaczymy także Dziekan tegoż wydziału – fantastyczną Zofię Uzelac i jednego z wykładowców – równie fantastycznego Ireneusza Czopa.

W Teatrze Jaracza powstał spektakl wciągający, niepokojący, przerażający. Karmiący inteligencję i wyobraźnię widza. Owacje na stojąco - zasłużone. 

 

2016, październik

WASSA ŻELEZNOWA 

Maksym Gorki

reż. Lena Frankiewicz

premiera 9 kwietnia 2016

Wassa jest właścicielką dobrze prosperującej wielkiej firmy transportowej. I ten świat robotników, prawników, interesów i łapówek funkcjonuje tylko dzięki jej uporowi, woli i determinacji. Gorzej natomiast się dzieje w domu Żeleznowów, mąż bowiem uwikłał się w skandal pedofilski, jedna z córek – Ludmiła (fenomenalna Katrzyna Cynke) – ma niezbyt duży kontakt ze światem, jest dziecięco naiwna i zakochana w swoich kwiatach, do tego zjawia się z zagranicy synowa i chce odebrać Wassie wnuka, który jest nie tylko jedynym spadkobiercą, ale i…sensem jej istnienia. 

Czy tą rodziną da się „zarządzać” tak jak firmą? Czy śmierć, którą niesie za sobą Wassa, podda się jej woli? Czy przeszłość można zmienić teraźniejszością? Ile są warte przywiązanie i miłość? Co w ogóle te słowa znaczą? I może - jednak warto było kiedyś tam zatańczyć tego walca z Żeleznowem? No może, ale i tak patrząc na to wszystko, jedyne co można – to się zrzygać. Wiśniami, ale jednak.

Cóż nam takiego Lena Frankiewicz mówi Gorkim o współczesności? Że kapitalizm jest zły i że przyjedzie rewolucja (czy wojna) i ich – kapitalistów zje? He, dziś takie odczytanie Wassy jest jednak naiwne, ale czytałem, że niektórzy dali się na ten haczyk złapać, a przecież namiętnie płomienny antykapitalistyczny monolog Raszel taki tok myślenia ośmiesza. I dlatego był w spektaklu niezbędny. 

Kilka razy przeszły przeze mnie ciarki (scena walca tak po ludzku – piękna), kilka razy byłem na krytycznej granicy poruszenia. A przez cały czas jak w obraz wpatrzony byłem w Gabrielę Muskałę, która zagrała rolę – nie zawaham się użyć tego słowa – wielką.

 

2016, czerwiec

ANTONIUSZ I KLEOPATRA 

William Szekspir

reż. Wojciech Faruga

premiera styczeń 2016

Do Łodzi wybrałem się z M. i M. Oni są mądrzy i wiedzą wszystko o teatrze, więc zadałem w foyer może idiotyczne, acz ciekawe pytanie – po co przy tym spektaklu zatrudniono dramaturga, skoro pokazany będzie Szekspir? Otrzymałem odpowiedź może nie mętną ale wieloznaczną, a po trzecim dzwonku już wszystko było jasne. Mianowicie - musiał ktoś ładnie skompilować archaiczny przekład ze współczesnym, a także dodać kilka słów „od siebie”, jak na przykład „jebana czekolada”, to o Kleopatrze.

Cóż, w którymś momencie ten dość wulgarny i poszarpany tekst zaczyna ździebko nużyć, ale jest coś wciągającego w tym spektaklu. Wcale nie wdzięki Antoniusza (Krzysztof Wach), które mamy okazję podziwiać - ani Kleopatry (Agnieszka Skrzypczak), choć ta miała kłopot ze zdjęciem stanika i akt był odbyty w negliżu niezupełnym. No więc co? Może był to duch jednej z najsłynniejszych Kleopatr - Elisabeth Taylor - unoszący się nad sceną, duch mocno niezadowolony, gdyż na scenie robiono sobie zeń żarty. No może…

W każdym razie wielki szacunek dla tych aktorów, którzy grają przez bite dwie godziny mokrzy bądź zwilżeni. 

Bowiem akwen na scenie, udający równocześnie łoże kochanków, morze z okrętami wojennymi oraz toaletę – staje się w którymś momencie tak zanieczyszczony (nawet jeśli doń nie sikano), że ja bym weń przebywając jakiejś egzemy dostał. Ale akurat w tę czerwcową sobotę Łodzi było 37 stopni, zawsze to w wodzie chłodniej. A że się w trakcie spektaklu zabrudziła?

A kto tam u Szekspira był czysty?

 

2016, marzec

KOMEDIANT 

Thomas Bernhard

reż. Agnieszka Olsten

premiera grudzień 2015

Stoją sobie widzowie na pięterku, przed wejściem do Sali kameralnej, czekając jak najbliżej drzwi, żeby co lepsze miejsca zająć, bo nie dość, że nienumerowane, to  jeszcze (jak mówią) jakoś chaotycznie poustawiane. Nagle wpada w tłum Sebastian Majewski, wita gości kiełbasą własnej roboty, i anonsuje przybycie do gospody w Utzbach wielkiego aktora, który po wielu prośbach i namowach - przyjął zaproszenie i da spektakl.  I on (właściwie On) , Bruscon, wraz z żoną, synem i córką – marnymi aktorami ale za to idealnymi ofiarami jego okropnego charakteru – szykuje się do owego występu. 

Wracając do drzwi – widzów czeka niespodzianka, te wejściowe posłużą tylko do wyjścia.

Wracamy do Utzbach. Trwają przygotowania do przedstawienia, jest problem światełka „wyjście ewakuacyjne”, które Mistrzowi przeszkadza (gdzie jest strażak?!), pojawia się kłopot chrząkających świń, wreszcie scenografia jest do zdecydowanej korekty, choć portrecik Hitlera zdaje się, że pasuje. A, jeszcze kwestia honorarium. Bo na poprzednim występie zapłacono gomółką sera, owszem, 43-kilową, ale On nie jada sera. Posiłki, no właśnie – kiszka wypada w Utzbach we wtorki, a dziś co będzie?  Próba idzie ciężko. Dzieci – no kompletne dno. Dno den. Jak On mógł dać życie komuś tak niezdolnemu… 

No a żona? Milcząca niczym Iwona u Gombrowicza w którymś momencie występuje z płomiennym wystąpieniem (ciekawe, zagranym czy improwizowanym…) w języku quazi-węgierskim.

Komediant jest spektaklem wybitnym. Agnieszka Kwietniewska gra Buscona jak to się mówi – totalnie, chwytając widza za twarz i trzymając w tym uścisku aż do końca. Agnieszka Więdłocha i Marcin Korcz w rolach niezdolnych dzieci – znakomici. Zagubieni, zakompleksieni, zrozpaczeni. Śmieszy i porusza tenże niby-węgierski monolog Urszuli Gryczewskiej, wreszcie – Sebastian Majewski (dyrektor Jaracza zresztą) jako właściciel gospody - przypomina widzom, że jest także aktorem i to aktorem bardzo zdolnym.

Nie pierwsza, nie ostatnia i może nie najlepsza na świecie – ale za to poruszająca i brawurowo zagrana rzecz o miejscu teatru w naszym życiu. I chyba tym, że w ogóle nie ma życia bez teatru. Nawet, jeśli teatr to absurd.