TEATR DRAMATYCZNY W WARSZAWIE

2018, październik

WIDOK Z MOSTU

Arthur Miller

reż. Agnieszka Glińska

premiera 28 września 2018

Widok z mostu – jak to widok z mostu – bywa trochę niewyraźny, niedokładny, coś tam widzimy, coś słyszymy, urywki słów, może te które chcemy usłyszeć, no – ale przecież widzimy i słyszymy, więc -wiemy. Strzeżcie się tej pewności – zdaje się mówić Agnieszka Glińska. Dlatego też to w ogóle o żadnych emigrantach, tylko o frustracjach, także erotycznych, krypto homoseksualisty Eddiego. Równie dobrze dramat ten mogłoby się rozgrywać w środowisku kolekcjonerów znaczków czy motorniczych tramwajowych. Akurat Miller wybrał włoskich emigrantów, podkreślam jednak – to ani nie o tym ani o współczesnej Polsce – jak czytam ze zdumieniem w recenzjach.

Tak, spektakl jest dziwnie zagrany, aktorzy grają granie, jakby celowo źle. Jakby żadne z nich nie miało kontaktu z postaciami, w które się wcielają, jakby markowali w jakiejś zwiewnej wariacji na temat tego tekstu, jakby nie dorysowali. Oczywiście, że zostało to zrobione celowo, kluczowa (absolutnie kluczowa) dla tego spektaklu jest scena go rozpoczynająca, przedstawienia postaci, tak, żebyśmy nie mieli wątpliwości, że WSZYSTKO jest tu zagrane. Jak wyrzucimy ten początek z pamięci, możemy mieć wrażenie, że ten spektakl jest trochę bez sensu. A nie jest, choć… Nie jestem jego fanem, zmęczył mnie w sposób, jakiego nie lubię. Są jednak i tacy, którzy Widokiem się zachwycają, ale i tacy – którzy nieledwie wieszają psy. 

Dodam, że młodszy jestem od Witolda Sadowego o pół wieku i że mam przyzwoity audiogram sprzed miesiąca, ale ja również nie słyszałem, co aktorzy do mnie mówią, szczególnie ci odwróceni w inną stronę widowni. Ale – przecież jako się rzekło - z mostu nie wszystko słychać…

 

2018, wrzesień, spektakl gościnny

IRAŃSKA KONFERENCJA

Iwan Wyrypajew

reż. Iwan Wyrypajew

premiera 14 września 2018

Mamy oto Kopenhagę i międzynarodową konferencję, na której dyskutuje się o „kwestii irańskiej”.  Czym owa kwestia jest? I czy możemy na jej temat powiedzieć coś niepodważalnego, coś pewnego? Kto widział choć jedno przedstawienie Wyrypajewa, będzie widział, że tytułowy Iran to zaledwie pretekst, żeby zadać kilka konfundujących pytań, jak to u Iwana - o życie i całą resztę.

Reżyser szczęśliwie kocha swoich bohaterów, dlatego nawet jeśli widzą świat przez pryzmat pewnej naiwności czy też konwenansu albo stereotypu, pozwala im o tym swoim widzeniu rzeczy opowiedzieć bez przerywania. Tak, żeby każdy z nas te padające słowa spróbował najpierw zrozumieć, a dopiero później – wykpić je czy wypowiadającemu współczuć. Tak jak „Ufo. Kontakt”, tak jak „Nieznośnie długie objęcia” i trochę jak „Słoneczna linia”, rzecz jest właśnie o słowach, które nas skonstruowały, dzięki którym w ogóle jesteśmy, i do znaczeń których jesteśmy ogromnie przywiązani.

W związku z powyższym to jest spektakl bardziej do słuchania niż do oglądania, zresztą – ponieważ rzecz grana jest po angielsku, jak kto na konferencjach bywa – więc mamy pięknie podane, zauważmy, tłumaczenia w słuchawkach. 

Warto się skupić i wsłuchać, i przez te dwie godziny naszego zajętego przecież życia, w towarzystwie wspaniałych aktorów Iwana Wyrypajewa, przypomnieć sobie, że TO WSZYSTKO nie jest takie proste, i że z tą świadomością jakoś musimy żyć, próbować być szczęśliwi i – cokolwiek to znaczy – kochać.

 

2018, lipiec

TUTLI-PUTLI

Witkacy/B. Malinowski/M. Czaplicka

reż. Magdalena Miklasz

premiera 30 grudnia 2016

Pomysł letniego przeglądu w TD zdecydowanie świetny, w piątkowe upalne popołudnie widownia Przodownika wypełniona była zupełnie przyzwoicie. Choć spektakl – paradoksalnie - wcale nie aż tak „lekki” jak wynikałoby to z opisu w Internecie. Maria Czaplicka badała Syberię, Bronisław Malinowski – Oceanię, ona opisywała zwyczaje kulturowe Ewenków, on – życie seksualne dzikich. A Witkacy – odbywszy z Malinowskim długą podróż, napisał o owych dzikich operetkę, właśnie Tutli-putli.

Marcin Bikowski (Witkacy) wyczarował z lalek i z najprostszych urządzeń technicznych fantastyczną scenografię, która bez wątpienia jest czwartym bohaterem tego niewielkiego przedstawienia. Choć niewielkie – to bogate w treść, nie wiem, czy nie za bogate, wyszedł taki jakby esej, trochę o upadku białego człowieka a trochę o „dzikości”, z niezbyt głęboko ukrytym wnioskiem, że ów dziki wcale nie dziki, a niewykluczone, że biały dzikszy.

Czy to aby nie rasizm? A nawet – autorasizm?

 

2018, maj

PIJANI

Iwan Wyrypajew

reż. Wojciech Urbański

premiera 11 maja 2018

Znów o słowach, tym razem wypowiadanych przez pijanych, wszak – jak głosi ludowa mądrość - przez nich przemawia Pan Bóg. I cóż takiego ma nam Stwórca do powiedzenia? A w ogóle - może upojenie jest jedynym stanem, w którym prawdziwe znaczenie słów do nas dociera? Stanem, w którym za to, co mówimy, jesteśmy gotowi ponieść pełną odpowiedzialność?

Zaiste wulgarny, nieprawdopodobnie piękny i poetycki, oraz – co by tu nie mówić – głęboko religijny spektakl Wojtka Urbańskiego jest jednym z najmocniejszych przedstawień mijającego sezonu. Najlepsze role mają w Pijanych: debiutująca w TD Martyna Byczkowska (która była główną bohaterką pogawędek przy winku na bankiecie) oraz Otar Saralidze, który grając młodego prawie żonkosia, rewelacyjnie zagrał dorosłego faceta, który powoli, może i w upojeniu, ale za to z wegetariańską zakąską, zaczyna rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Świetny również w roli brata księdza niewielkiej acz efektownej roli - Sebastian Skoczeń. 

A propos efektowności – Iwan Wyrypajew istotnie napisał tekst efektowny, słyszałem też opinie, że efekciarski, a w każdym razie dający możliwość szarżowania,

zwróćmy uwagę choćby na płomienny monolog Roberta Majewskiego, przerywany na premierze owacjami publiczności czy - na zagraną pomyłkę Sławomira Grzymkowskiego, który „niechcący” zwraca się do pana z obsługi sceny. No dobrze, może było to tanie, ale o ile u kogoś innego te prawie farsowe elementy wyprowadzałyby z równowagi, o tyle u Wyrypajewa zadziałało to bez cienia fałszu.

 

2018, kwiecień

SINOBRODY – NADZIEJA KOBIET

Dea Loher

reż. Marek Kalita

premiera 13 kwietnia 2018

Nie bardzo rozumiem, dlaczego teatry tak chętnie sięgają po teksty Dei Loher. Obejrzawszy w ostatnim czasie dwa jej spektakle (w Ateneum i tenże) odniosłem wrażenie, że autorka chce swojego widza zakatrupić nudą. Może pozostałe, których nie znam, są wciągające, że hej, ale chyba już nie będę tego sprawdzał.

Cóż z tego, że zagrane dobrze (z jednym może wyjątkiem), że Małgorzata Rożniatowska jak zawsze do zjedzenia, że bardzo dobra Małgorzata Niemirska, że Henryk Niebudek tym razem nie w roli samorządowca, skoro zupełnie mnie nie obeszło, dlaczego on owe damy morduje, czy istotnie jest współczesnym ucieleśnieniem Sinobrodego i czy miało tam miejsce „uśmiercanie pragnienia miłości”. Może za mało romantyczny jestem, żeby móc tę układankę zrozumieć? No, najwyraźniej.

Poza tym – no cóż – przydałyby się jeszcze przed premiera ze dwie próby, 

a czekanie na spóźnialskich widzów nie jest specjalnie grzecznym gestem wobec tych, którzy przyszli punktualnie. Ja na przykład wiedząc, że jest piątek i są korki, wyszedłem wcześniej z pracy. I bez problemu zdążyłem. 

Proste. 

 

2018, marzec

MĘŻCZYZNA

Gabriela Zapolska

reż. Anna Gryszkówna

premiera 5 marca 2018

116 lat temu ten kameralny dramat Zapolskiej był przebojem (i skandalem) na scenach polskich ziem. Jeden mężczyzna – Karol (Krzysztof Ogłoza) i one trzy – Nina, Julka i Elka (Małgorzata Klara, Agata Wątróbska i Karolina Charkiewicz). On zostawia żonę dla młodszej, ale nie może się z nią ożenić, bo żona rozwodu dać nie chce. Elka zachodzi w ciążę, Karol się Julką zaczyna nudzić, zwraca za to coraz większą uwagę na Elkę, starszą, niedostępną siostrę swojej kochanki.

A współcześnie… obyczajowo Mężczyzna wywołuje tylko uśmieszek, w przeciętnym mieszkaniu jest dziś znacznie więcej materiału na soczyste przedstawienie dramatyczne. O czym więc dziś mówi nam Zapolska? I co było motywacją sięgnięcia po ten zakurzony jednak tekst? 

To jest pytanie, na które do dziś odpowiedzi nie znalazłem, choć od premiery minął ponad tydzień.

Szukał będę dalej.

2017, wrzesień

POCIĄGI POD SPECJALNYM NADZOREM

Bohumil Hrabal

reż. Jakub Krofta

premiera 22 września 2017

Jedyna scena spektaklu, która pozostała mi w pamięci i była jakoś po hrabalowsku zabawna, to rozmowa Miłosza (Otar Saralidze) z Zawiadowczynią (Małgorzata Niemirska). Miłosz w mężczyznę się nie przemienił jako dzieciak wrócił do pracy na stacji po próbie samobójczej i również dziecinne motywacje popchnęły go do wysadzenia pociągu. Żarty z kłopotów z erekcją tudzież porównania do lilii, bardzo hrabalowskie przecież, bawiły tylko za pierwszym razem.  Szkoda talentu Otara, rola Miłosza niedopracowana, trochę przeszarżował Henryk Niebudek jako Zawiadowca, za mało z kolei wyrafinowany był Całusek (Robert Majewski), legendarną scenę z pieczątkami można było bardziej ograć i to przecież ona powinna zostać w pamięci. 

Dobre natomiast role pań - Martyny Kowalik (Telegrafistka), świetna Agata Wątróbska jako Wiktoria. Dopracowana scenografia, fajna muzyka na żywo, ale to wszystko za mało, za mało, za mało.

 

2017, wrzesień

KINKY BOOTS

libretto: H.Fierstein; muzyka: C.Lauper

na podst. scenariusza G.Deana i T.Firtha do filmu Kinky Boots

reż. Ewelina Pietrowiak

premiera 7 lipca 2017

Sensem tego spektaklu jest Krzysztof Szczepaniak (Lola/Simon). Pierwszych 20 minut, do momentu pojawienia się Loli – ździebko nuży, widownia nieco się wierciła i oczekiwała jakiegoś trzęsienia ziemi. No i nadeszło, faktycznie Lola ze swoimi aniołkami wzbudzała furorę za każdym razem, gdy pojawiali (pojawiały?) się na scenie, Największe brawa zebrał jednak Łukasz Wójcik (Don, jakieś 200 cm wzrostu), który w finale z wdziękiem tańczył w piekielnie wysokich szpilkach, szacunek.

Jak na musical było zdecydowanie za mało było kolorów, glamour, cekinów, złota i „tego wszystkiego”. Każdy z lolinych aniołków dysponował jednym tylko kostiumem, szanująca się drag-queen nigdy by sobie na to nie pozwoliła.  Poza tym można było odnieść wrażenie, że nie wszyscy aktorzy czuli się na scenie dobrze, nie wszyscy bezwarunkowo polubili swoje postacie. W libretcie łopatologicznie podane przesłania równościowe wyprowadzały nieco z równowagi, muzyka Cindy Lapuer i liryczna, i przebojowa, jak to u Cindy, niestety polskie tłumaczenie było niedopracowane, nie zawsze dobrze się tego słuchało. 

Parter i oba balkony były pełne, owacje na stojąco itepe itede, ale coś mi tu (nomen omen) po prostu nie zagrało. Ale mimo wszystko – dla Krzysztofa Szczepaniaka i dla Cindy Lauper – warto.

 

2017, czerwiec

PLASTIKI

Marius von Mayenburg

reż. Grzegorz Chrapkiewicz

premiera 2 czerwca 2017

Michael jest lekarzem, jego żona niespełnioną artystką, zarabia jako asystentka awangardowego artysty Serge’a, ich nowa sprzątaczka Jessica pochodzi z b. NRD, a syn Vincent – dotkliwie odczuwa skutki dojrzewania.

Jessica jest trochę jak Iwona z Gombrowicza, co prawda mówi znacznie więcej, ale sama jej obecność wywołuje w tej rodzinie dżina z butelki, na wierzch wychodzą różne sprawki, niespełnienie, pogarda i rozczarowanie. Urlike na każde dictum swojego męża ma gotowe okrągłe zdanie – „uciekasz od odpowiedzialności”, co więc ich łączy? Seks? Na pewno nie, Michael znajduje czułość u kochanki, a Urlike – w ramionach swojego pracodawcy (o czym mąż nie wiedział). Może syn? Też nie – rozpaczliwie bowiem próbuje zwrócić na siebie uwagę któregokolwiek z rodziców, dopiero w scenie finałowej chyba trochę mu się to uda. Więc co? Może właśnie poprzez wrogość bądź obojętność okazują sobie uczucie, inaczej bowiem nie potrafią? Świetna Magdalena Smalara jako Urlike, i bardzo dobry w roli syna Kamil Szklany, szałowo wręcz wyglądający w matczynej sukience.

Plastiki to klasyczny przedstawiciel tzw. teatru środka, to fotografia, która w mniejszym bądź większym stopniu odzwierciedla codzienność wielu (niekoniecznie niemieckich) rodzin.

Niepotrzebnie więc autor wplątał wątek Serge’a, którego twórczość zresztą – skądinąd słusznie - wyśmiewa, bo ten wątek w tym naprawdę niezłym tekście, jest trochę ni w 5 ni w 9. A i samego Serge’a Sławomir Grzymkowski ździebko przerysował.

 

2017, marzec, Scena Przodownik

TAJNY DZIENNIK

Miron Białoszewski

reż. Wojciech Urbański

premiera 30 marca 2017

Inaczej wybrałbym tekst. Jest chyba zbyt gejowsko i zbyt funeralnie. Zostawiłbym wrażenia z Nowego Jorku i pochowałbym jedno tylko z rodziców, a więcej miejsca poświęcił innym rzeczom – a jak ktoś czytał, to wie, że pisał Białoszewski naprawdę o wszystkim.

Na scenie mamy czterech aktorów, odtworzone mieszkanie Białoszewskiego na pl. Dąbrowskiego jako scenografię oraz – materiały archiwalne z m.in. zapisem głosu samego autora. Jest w tym głosie coś… nieziemskiego, nieprzysiadalnego nieco, ale i nieteatralnego (paradoksalnie) też. Szczęśliwie aktorzy mówią Białoszewskim po swojemu, a nie po białoszewsku, dzięki czemu tego nie zawsze dobrze czytającego się tekstu Dziennika słucha się naprawdę bardzo dobrze.  

Wojciech Urbański fantastycznie dobrał archiwalia, świetnie wplótł muzykę Marcina Maseckiego ilustrowaną panoramami współczesnej Warszawy, a medal należy się aktorom,

którzy mimo awarii światła (korki?), grali jak gdyby nigdy nic, tak, że mniej uważny widz niczego nie zauważył, bądź  -zamieszanie za konsoletą z tyłu widowni - uznał za część spektaklu.

 

2017, marzec, Scena na Woli

HISTORIA JAKUBA

Tadeusz Słobodzianek

reż. Ondrej Spišák

premiera 17 marca 2017

Bardzo „słobodziankowy” spektakl, z pięknie opowiedzianą, pokazaną i - zagraną historią księdza Mariana (świetny jak zawsze Łukasz Lewandowski), który dowiaduje się o swoim prawdziwym pochodzeniu. 

„To nie spektakl, to samo życie” – westchnęły dwie widzki w rzędzie za mną. I faktycznie – historia Mariana-Jakuba jest osadzona w prl-owskiej - a potem w wolnorynkowej - rzeczywistości, z całą jej siermiężnością, z wszechobecną ubecją (kto tam najwięcej donosił, naprawdę Stefa?, bardzo dobry Otar Saralidze), z brakiem perspektyw… Zostaje Marian księdzem, jest zdolny, ma zasady, studiuje filozofię, pisze doktorat. A potem musi sobie poradzić z faktem, że jest Żydem, którego przybrani rodzice wychowali jak swojego, ratując go od śmierci. I szuka swojego miejsca na świecie, w Lublinie, w Tel Awiwie, i znaleźć go nie umie. Nie jest już stąd, czy kiedykolwiek będzie stamtąd?

Kilka scen w Jakubie, choć zdecydowanie grzeczniejszych niż w Powszechnym, zasługuje na co najmniej protest kół różańcowych, a już na pewno - rozmaitych młodzieżowych organizacji. 

Pomieszał bowiem Tadeusz Słobodzianek sacrum z profanum, ludzkich ludzi z nieludzkim systemem, historię ze współczesnością, i w ten bałagan umieścił Jakuba, szczęśliwie unikając moralizatorstwa, pouczania, ba, gdzieś tam ta historia jest nawet na swój sposób pogodna. Bo także w tamtych czasach trzeba było jakoś normalnie żyć i niekiedy także iść na różne kompromisy, z których nie zawsze byliśmy dumni, a które dziś tak łatwo – zwykle za łatwo – są oceniane.

Porusza.

 

2017, marzec

TEN DRUGI DOM

Sharr White

reż. Agnieszka Lipiec -Wróblewska

premiera 3 marca 2017

Mamy oto pięćdziesięcioletnią Julianę (świetna Agnieszka Wosińska), która zaczyna tracić pamięć. Pierwsze podejrzenia są fatalne – rak mózgu. Ale badania nowotwór wykluczają. Choroba, na którą Juliana cierpi to… demencja. 

Co w jej życiu wydarzyło się naprawdę, a co tylko w wyobraźni? Co się stało z jej córką? A co z tytułowym drugim domem? Kameralne przedstawienie o cudzie i przekleństwie, jakim jest ludzka pamięć. I o chorobie, która miesza to co było, z tym - co chcielibyśmy, żeby było. Agnieszka Wosińska jako się rzekło - bardzo dobra, pomyślałem w którymś momencie, że w tej roli – nawet gdyby zapomniała tekstu – i tak nikt by tego nie zauważył. 

Ale całość jakoś mnie niezbyt mocno poruszyła. Momentami było nudnawo, a momentami zbyt łopatologicznie. Może jestem za młody, obejrzę więc za 5 lat i napiszę raz jeszcze.

 

2017, styczeń

SŁUGA DWÓCH PANÓW

Carlo Goldoni

reż. Tadeusz Bradecki

premiera 27 stycznia 2017

Mam kłopot z tym spektaklem, bo z jednej strony nie było tam nic kompromitującego czy odpychającego, z drugiej jednak – okropnie zionęło nudą.  

Mamy oto klasycznie pokazaną i nieźle zagraną komedię dell’arte, z bardzo dobrym Krzysztofem Szczepaniakiem w roli Arlekina i znakomitym Waldemarem Barwińskim w roli Florynda. No i bardzo pięknie, ale coś poszło nie tak… 

Komedie pomyłek zawsze ściągają tłumy na widownię, jednak ta najklasyczniejsza, właśnie Sługa Dwóch Panów, okropnie się zestarzała (nie pomogło nowe tłumaczenie).  Może trzeba było dramaturga zatrudnić, żeby trochę Goldoniego poszarpał? Może coś pieprzniej trzeba było zrobić? Albo trochę skrócić? Po drugie – niekonsekwencja trochę uszy kłuła - uwspółcześniające wtręty ździebko żenowały. Śpiewanie wyszło jakoś słabo, a i muzycy grający na żywo nie czuli się na scenie chyba najlepiej.

Ale z komedią dell’arte jest tak, że albo się to kupuje w całości i bez zastrzeżeń (burnyje apłodismienty były, owszem), albo wcale. Ja chyba jednak dziękuję. 

 

2016, grudzień, Scena ma Woli

HARPER

Simon Stephens

reż. Natalie Ringler

premiera 9 grudnia 2016

Opowieść o 40-kilkuletniej kobiecie, która jest na zakręcie. Śmierć jej ojca uwolni skrywane uczucia i myśli – powiedzmy w pewnym uproszczeniu.

To zupełnie nie jest spektakl dla mnie, z powodu zasadniczego – jestem 40-kilkuletnim facetem i (jak udowodniono w badaniach naukowych – sic!) rozumiem kobiety w ok. 2%. Więc dylematy Harper są dla mnie czymś głęboko egzotycznym i niepojętym. A może po prostu brak mi empatii, bo Agnieszka Warchulska (bardzo dobra rola tytułowa) mówiła mi, że jej koleżanki wyszły ze spektaklu roztrzęsione i poruszone. Mnie to po prostu nie obeszło i tyle.

No więc Agnieszka bardzo dobra, również świetny Otar Saralidze, scena niedoszłego seksu z Marcinem Sztabińskim słodka, rozmowy z matką (Halina Łabonarska) – najzupełniej letnia, choć mogła by być najmocniejsza w całym spektaklu,

 

a wspólne odśpiewanie Wonderful Life na końcu – po prostu okropne. 

Ciekawe, jak to wyszło Grzegorzowi Wiśniewskiemu w Kielcach…

 

2016, październik, Scena Przodownik w koprodukcji z Teatrem Malabar Hotel

MISTRZ I MAŁGORZATA   

Michaił Bułhakow

reż. Magdalena Miklasz

premiera styczeń 2014

Nie jest łatwo patrzeć na jakiekolwiek wystawienie Mistrza i Małgorzaty po obejrzeniu genialnego rosyjskiego serialu Władymira Bortki sprzed ponad 10 lat. Kupiłem w outlecie empiku za jakieś grosze, obejrzałem z wypiekami na twarzy i będę wracać… Oczywiście, takie porównywanie z filmem jest przekleństwem i wypada zwykle na niekorzyść teatru, ale czy podobna od niego uciec?

Na scenie Przodownika Małgorzata na miotle nie leciała. Mimo to zupełnie niezauważenie, nieledwie filmowo, przenosiliśmy się z Moskwy lat XX do dawnej Jerozolimy. Mimo to Behemot czynił w mieście dojmujące szkody (fantastyczna Agnieszka Makowska), mimo to Woland Marcina Bikowskiego był bardziej szatański niż Oleg Basiłaszwili w serialu. (Ciekawe, że założenie futra na gołe ciało czyni diabła). Pan Marcin także fantastyczny jako Berlioz, czy też – mówiąc ściśle – jako jego głowa. 

A propos głowy – sami aktorzy mieli trochę bekę z opisu spektaklu, że należy się spodziewać połączenia teatru dramatycznego z lalkowym. I z publiczności czekającej na przerwę – trochę taki teatr w teatrze, a mówiąc ściśle – w Variete. 


Rękopisy nie płoną, Behemota do Małgorzaty kwestia o spirytusie – te ikoniczne zdania padły, czekałem na jesiotra drugiej świeżości, ale niestety wszystkiego mieć nie można.

Generalnie - piękny, pełen intelektualnych przygód wieczór dla tych, co już znają powieść wszech czasów, można się wówczas delektować formą zaproponowaną przez Malabar, wiedząc, co i jak dalej być powinno.  Leniwy licealista jednak nie wszystko zrozumie, i pani od polskiego będzie miała całkiem uzasadnione pretensje, że tekstu albo nie zna albo – nie zrozumiał. 

 

2016, wrzesień

WIZYTA STARSZEJ PANI 

Friedrich Dürrenmatt

reż. Wawrzyniec Kostrzewski

premiera 30 września 2016

Prawdziwie mieszczańskie przedstawienie! Dwie godziny, przerwa, jak kiedyś… No i dobrze, uwielbiam mieszczański teatr, szczególnie jeśli dowiaduje się jeszcze czegoś o życiu i emocjach… O czym zatem dzisiaj ten klasyczny już tekst traktuje? Czy to wciąż, jak pół wieku temu, moralitet - o sprawiedliwości, o winie, karze i zemście?

Chyba najbardziej o zemście - jako o sile napędowej naszych działań. Klara przecież doskonale od początku wie, jakie postawi mieszkańcom Gnojewa warunki dobrobytu, ale nawet gdyby zmieniła zdanie – i tak całe miasteczko z przyległościami jest jej własnością, nie ma od niej ucieczki.

Wizycie starszej pani towarzyszą media – i ten wątek w spektaklu jest świetny. Krzysztof Szczepaniak i Mateusz Weber, z doklejonymi uśmiechami, cudownie naśladują najprawdziwsze telewizyjne relacje, publiczność się śmieje, a to wcale śmieszne nie jest, raczej płakać trzeba.

Zresztą – a propos śmiechu (wszak to tragikomedia), momenty szczególnie aktualne polityczne, były przez publiczność burzliwie oklaskiwane, choć nie ma pewności, czy obecny na widowni min. Gliński takim obrotem rzeczy był zachwycony, bo niby wszystko nieodnoszące się wprost do tu i teraz, a jednak… 


A propos władzy – znakomitego skądinąd Henryka Niebudka już więcej w rolach samorządowców bym nie obsadzał, Exterminator wystarczy.

Poza tym – bardzo dobra rola Łukasza Lewandowskiego, który od tego sezonu dołączył do zespołu Dramatycznego, Halina Łabonarska (Klara) – fantastyczna, a całość stanowiła miłe zwieńczenie piątkowego wieczoru.

 

2016, lipiec, Scena Przodownik

GARDENIA 

Elżbieta Chowaniec

reż. Aldona Figura

premiera grudzień 2007

Gardenia jest kwiatem, który włożony w bukiet ślubny, przynosił kobietom w tej rodzinie szczęście. No, w każdym razie – deklaratywnie… Fantastyczna rola olśniewająco wyglądającej w stylizacji z lat 60-tych Agnieszki Warchulskiej, i do tego inteligentny i zabawny tekst, choć wymowa całości – gdyby się tak bardziej zastanowić – jest raczej smutna.

Mamy oto portrety czterech kobiet, od prababci po prawnuczkę. Zaczyna się sierioznie, melodramatycznie, ojczyźnianie nieledwie, ale to tylko taka zmyłka, to sprytny prolog. Potem już jest jazda na całego z celnymi obserwacjami kobiet, które robią piekło innym kobietom. Sceny hm… nieporozumień w Gardenii odnalazłem cudownie naturalistycznymi i znanymi mi z natury. 

Rzecz niby o alkoholu, ale w sumie tak naprawdę o naszych uzależnieniach od krzywdzenia innych ludzi, czego nie nazywamy krzywdzeniem, bo to przecież rodzina.

Gardenia schodzi już z afisza, naprawdę szkoda.

Bdb.

 

2016, lipiec, Scena Przodownik

MERLIN INNA HISTORIA 

Tadeusz Słobodzianek

reż. Ondrej Spisak

premiera grudzień 2003

Kolejne pożegnanie… Spektakl zszedł z afisza po trzynastu latach, a zmiany w życiu tego przedstawienia widać po obsadzie, niektóre postacie grane były nawet w triplurze (Internet nie może znaleźć tego słowa…).

Rzecz o Arturze i rycerzach okrągłego stołu, o ekskaliburze i próbach zmiany świata – mówiąc w pewnym uproszczeniu. Archaiczny składniowo i leksykalnie tekst w ustach aktorów zabrzmiał całkiem współcześnie i momentami wywoływał salwy śmiechu. I tyle dobrego.

Teraz ostra krytyka. Wydaje mi się, że było tam o kilka (niepotrzebnych) bluźnierstw za dużo. A raczej – z pewnością było ich za dużo, gdyż jestem na nie wyczulony znacznie słabiej niż pani Temida. Skoro zwróciłem jednak na to uwagę – coś na rzeczy być musiało. Po drugie – choć Przodownik jest miejscem kameralnym – miałem w 6.rzędzie problemy ze zrozumieniem aktorów, żeby nie wyjść z tekstu musiałem rzucać okiem na angielskie napisy. Niedobrze. Z moim słuchem albo - o zgrozo…

Po trzecie wreszcie – niestety w którymś momencie na Merlinie zrobiło się nudnawo. 

Może po prostu w 2003 roku ten spektakl był o zupełnie czym innym?

 

2016, lipiec, Scena ma Woli

EXTERMINATOR. KOMEDIA MUZYCZNA 

wg „Kochanowa i okolic”

Przemek Jurek

reż. Aldona Figura

premiera maj 2013

I znów letni przegląd i znów okazja, żeby nadrobić zaległości. Zupełnie nie wiem, jak to się stało, że Exterminatora nie widziałem wcześniej… Bardzo dobrze zrobiony i NAPRAWDĘ śmieszny spektakl.

Historia jest taka, że mamy podwałbrzyską dziurę (excuse le mot), gdzie czterech panów gra w deathmetalowym zespole Exterminator. I któregoś dnia pojawia się szansa wypłynięcia na szerokie wody. To właściwie tyle. Rzecz o granicach kompromisu, o tym – że właściwie przekraczamy je codziennie, nawet mając silne kręgosłupy. Jak przystało na komedię muzyczną – muzyka gra na żywo, różna – od metalu po… no właśnie. Po Majteczki w kropeczki, po Kolorowe jarmarki. I tego publiczność domaga się na bis i aktorzy bisują i… także o tym jest ten spektakl, o bisowaniu. I o powodach miłości Koła Gospodyń Wiejskich do deathmetalu. 

Muzycy są świetni, lider - Paweł Domagała jakby w swoim żywiole (i aktorsko i muzycznie), ale jednak scenę młodszym kolegom kradnie Henryk Niebudek, który w roli wójta po prostu wymiata. 

 

2016, lipiec, Scena Przodownik

COMING OUT

Terry Johnson

reż. Aleksandra Popławska

premiera lipiec 2016

Coming Out to historia trzech kobiet w różnym wieku - Simone, Justyna i Lilli. Simone zabija z miłości, Justyna nawiązuje lesbijski romans ze swoją studentką, co też nie kończy się dobrze, Lilli zaś – nie do końca z trzeźwą świadomością wspomina swoje dawne życie i dawne sukcesy. Co je łączy?

Przedstawienie – poza świetną scenografią – oparte jest na słowie. Niepotrzebnie Jacek Górecki (żartobliwie?) wplątał jednak w monologi bohaterek odniesienia do popkultury, zabrakło do tego zabiegu odniesienia na scenie. Ale poza tym – tekst jest faktycznie dojmujący, szczególnie porusza historia Justyny i Lilli. W sumie najmocniejsza opowieść Simone, paradoksalnie troszkę nuży – bo jest przez Annę Gorajską wykrzyczana. Natomiast Agnieszka Wosińska w roli Justyny po prostu świetna, a Krystynę Tkacz można łyżkami jeść. 

Czwartą główną rolę w spektaklu gra muzyka, i – im dalej od premiery Coming Outu – tym bardziej wydaje mi się, że jest to rola najważniejsza.

 

2016, lipiec

ABSOLWENT

Terry Johnson

reż. Jakub Krofta

premiera lipiec 2013

Miło spędzony sobotni wieczór z letnim przeglądem TD. Tę zaległość warto było nadrobić! O czym Absolwent jest – pisać nie będę, by nie obrazić czytających. Specjalnie dla Dramatycznego tekst Johnsona na nowo przełożył najbardziej wzięty tłumacz teatralny z angielskiego – Jacek Poniedziałek, więc aktorzy świntuszą troszkę bardziej niż w filmie Nicholsa. 

Ciekawe, wydawało mi się, że Agnieszka Warchulska jest za młoda, żeby zagrać panią Robinson, podczas gdy w 1967, kiedy powstawał Absolwent, Anne Bancroft była od niej młodsza. Cóż, może wtedy kobiety szybciej wydawały się dojrzałe. W każdym razie pani Agnieszka jest cudownie rozwiązła a Beniamin Krzysztofa Brzazgonia – słodki. Inaczej niż Dustin Hoffman, ale uroczy. Trochę za młodzi w roli rodziców Jolanta Olszewska i Mariusz Drężek, widać było, że nie mają dorosłych dzieci. 

Całe szczęście reżyser uniknął grzechu głównego - uwspółcześnienia tej historii na siłę, dlatego – nawet jeśli historia Bena jest lekko przykryta patyną i nawet jeśli przesłanie jest skierowane raczej do gimnazjalistów, to i tak był to naprawdę miły wieczór. 

 

2016, lipiec

NOSOROŻEC

Eugene Ionesco

reż. Artur Tyszkiewicz

premiera listopad 2013

Pomysł na Nosorożca był ciekawy – przenieść go do współczesnej korporacji i kazać publiczności się zastanowić nad sobą i nad swoim życiem. Na jak daleko idące kompromisy jesteśmy w stanie pójść? Co sprawia, że ślepo idziemy za innymi i zamieniamy się w nosorożce, a co – że pozostajemy sobą, bez względu na okoliczności. Beregner sobą pozostaje, Dudard nie wytrzymuje i skacze z okna…

Szkoda tylko, że tak mało mnie to obeszło. Może dlatego, że korporacja, w jakiej pracuję, jest jednak wyjątkowa – bo medialna? A może dlatego, że zostało to po prostu źle zrobione? Bo Ionesco – choć ma do powiedzenia ważne rzeczy, gdzieś one giną w tej pogmatwanej scenografii, w tym zamieszaniu na scenie, wreszcie – w tej niewielkiej wiarygodności większości postaci. Wyjątek stanowi świetny epizod Magdaleny Smalary. Ale to za mało.

Nosorożec zszedł już z afisza, miałem okazję być na ostatnim przedstawieniu. Ale łez żalu z siebie nie wydusiłem. 

 

2016, lipiec, Scena na Woli

LETNIE OSY KĄSAJĄ NAS NAWET W LISTOPADZIE

Iwan Wyrypajew

reż. Wojciech Urbański

premiera kwiecień 2015

Wszystkie spektakle Iwana Wyrypajewa, które widziałem, były o tym samym, mianowicie – o słowach. O tym, jak są ważne bądź nieważne w naszym życiu, co z nami robią, a co my z nimi, i o tym – jak nam się wydaje, że zmieniają nasze życie, gdy się je wypowie. To zupełnie zrozumiałe, prawda? 

Mamy oto troje bohaterów, ją, męża i ich przyjaciela. Zaczynają rozmawiać, o drobiazgach, o codzienności, i dochodzi do pewnego nieporozumienia. Kto spędził poniedziałek z Markiem? Helene czy Joseph? Od razu mówię – tego się nie dowiemy, bo w sumie nie ma to znaczenia. Wyrypajew bowiem pyta nas o naturę kłamstwa i… o jego nieuniknione istnienie w naszym życiu.

Jak to u Wyrypajewa – zabawa w chowanego z widzem, bardzo wciągająca (choć momentami okrutna) i ze świetnym Zdzisławem Wardejnem w roli Josepha.

 

2016, czerwiec, Scena Przodownik

OBRZYDLIWCY

David Foster Wallace

reż. Marek Kalita

Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi były w pewnym momencie książką głośną i dość chwaloną, sięgnąłem, niestety, nie zdała  testu 51, polegającego na tym, że jak do 51. strony mnie nie wciągnie to dalej nie czytam, gdyż życie jest za krótkie. No więc książka ta mnie dość znudziła - a raczej:  mało obeszła -  choć kto wie - może od 52. strony zaczyna się tam dziać, że hej.

Więc  z nieufnością wybierałem się do Przodownika i... sprawdziły się najgorsze przypuszczenia. Ten tekst jest po prostu słaby i nużący, także w podaniu scenicznym. (Nudzi mnie to - J.Paradowska). Może prawdziwie męskie sprawy mało mnie zajmują? No może...

Co nie znaczy, że Obrzydliwcy są spektaklem nieudanym. Przeciwnie. To jedno z tych przedstawień, które mając kiepski tekst, są koncertowo zagrane. Henryk Niebudek cudownie bawi się swoją rolą i swoim okropnym garniturem też.  

Bardzo dobrze zagrał Mariusz Drężek, który przebrany za kobietę (gra transwestytę) wygląda naprawdę szałowo, a piosenka Niny Simone kończąca spektakl w jego  wykonaniu niepokojąco dudni w uszach  jeszcze przez kilka chwil po wyjściu na świeże mokotowskie powietrze. 

 

2016, maj, Scena na Woli

NIEDŹWIEDŹ WOJTEK – HISTORIA ARCYPOLSKA

Tadeusz Słobodzianek

reż. Ondrej Spišák

Historia jest nie tylko arcypolska, ale i – choć trudno w to uwierzyć – prawdziwa. Wojtek dosłużył się stopnia kaprala, brał udział w bitwie o Monte Cassino, jego przysmakiem było piwo, co nie dziwiłoby, gdyby nie fakt, że był faktycznie syryjskim niedźwiedziem brunatnym.

Jego historię, a mówiąc ściśle historię jego opiekunów z 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii w korpusie generała Andersa, opowiada na wolskiej scenie Dramatycznego Tadeusz Słobodzianek. To opowieść gorzka, o pokręconych polskich losach i o historii, której ludzie są tylko pionkami, o nieludzkiej ziemi, na której się znaleźli i z której – również kaprysem historii – się wydostali, chcąc walczyć o swój kraj i próbując doń wrócić przez Persję, Palestynę, Włochy, Anglię. W końcu Wojtek trafia z żołnierzami do szkockiego obozu dla uchodźców, potem do edynburskiego ZOO, gdzie od czasu do czasu odwiedzają go porozrzucani po świecie opiekunowie, zawsze pamiętając o ulubionym Wojtka napoju.

Tadeusz Słobodzianek opowiadać umie pięknie, dwie i pół godziny spektaklu mijają niezauważenie, na scenie dużo się dzieje, a niektóre z historii są naprawdę poruszające. 

Ale na szczęście pozbawione takiego patosu i pewnej sieriozności, z którą próbuje się łączyć słowa „patriotyzm” i „ojczyzna”. Spektakl jest dobrze zagrany, a koronkową robotą było opracowanie ruchu na maleńkiej wolskiej scenie, tak by ją w całości wykorzystać i nie zrobić krzywdy ani publiczności ani aktorom podczas również idealnie dopracowanych scen… zapaśniczych.

Warto. 

 

2016, kwiecień, Scena Przodownik

BIEDNY JA, SUKA I JEJ NOWY KOLEŚ

Michał Walczak

reż. Piotr Jędrzejas

premiera kwiecień 2009

Spektakl jest na afiszu Przodownika od siedmiu już lat, ale jakoś się nigdy nie składało, żeby Biednego Ja zobaczyć. Ale wreszcie tę zaległość nadrobiłem i był to bardzo wesoły sobotni wieczór.

Mówiąc w największym skrócie – ona mieszka z nim, potem pojawia się drugi, ona się w nim zakochuje i mieszkają razem, ale wciąż ten pierwszy wpada na drinka, ona do niego wraca, a w końcu… Tak. Niby historia banalnego trójkąta, jednak podana w fantastycznej, zupełnie absurdalnej konwencji i do tego - brawurowo zagrana.

Agnieszka Warchulska po prostu jest świetna. Widać, że bawi ją rola Suki, że przez te lata zaprzyjaźniła się z graną przez siebie kobietą, cudownie zabawną i jednocześnie lirycznie smutną. W moim przedstawieniu grali także Maciej Wyczański i Marcin Sztabiński (w dublurze z Tadeuszem Łomnickim i Błażejem Wójcikiem). Obaj są znakomici, choć vis comica pana Marcina była dla mnie pewnego rodzaju odkryciem, bo dotychczas widziałem go na Dramatycznych deskach w rolach raczej sierioznych.

Rzecz jest jednak ździebko poważniejsza jeśli zechcemy się przesłaniu przyjrzeć bliżej – Michał Walczak opowiada nam o niedojrzałości, o rozchwianiu, braku stabilności, o pozach przybieranych przez nas w życiu, wreszcie – o samotności. Ale mówi o tym z czułością – tak, tacy właśnie jesteśmy i to też może być troszkę zabawne.

 

2016, kwiecień

MIARKA ZA MIARKĘ

William Szekspir

reż. Oskaras Korsunovas

Te tajemnicze odgłosy, które słyszeliście w niedzielny kwietniowy wieczór nie były niczym niepokojącym. To po prostu Szekspir się (znów) przewrócił w grobie. Bo napisał kilkaset lat temu mądrą i całkiem zabawną rzecz o karze i winie i o takim bardzo ludzkim pragnieniu dobrej władzy. Tymczasem w Dramatycznym Miarka za miarkę traktuje o… sytuacji w Rodezji.

(Niedawno gościłem w studiu Andrzeja Seweryna i m.in. rozmawialiśmy o Szekspirze. I Pan Seweryn powiedział, że Szekspir prawie zawsze wychodzi, jeśli się robi spektakl o tym, o czym on go napisał, a nie np. o… sytuacji w Rodezji. Sądzę, że jest to cudownie zabawne porównanie.)

Trudno mi dzień po spektaklu dojść do siebie i opowiedzieć o dobrych aspektach tego przedstawienia, z pewnością jakieś są – myślę, że ten aspekt to Zdzisław Wardejn, którego Eskalus jakoś tam mnie przekonał. Reszta niestety jest milczeniem, zaś Marcin Sztabiński w sukience wygląda po prostu źle.

Fatalne zupełnie było uwspółcześnienie Szekspira, doprawdy, publiczność jest w stanie zrozumieć, że pokazujemy jakąś dzisiejszą sytuację, nie trzeba w tym celu bohaterom dawać do rąk tabletów czy telefonów komórkowych. 

Odniesienia do bieżącej polityki i jak najbardziej żyjących postaci, choćby były one nie wiem jak kontrowersyjne niestety przywoływały skojarzenia z Kabaretowym Klubem Dwójki (szczególnie w II akcie), nie zaś z inscenizacją największego dramaturga wszech czasów. 

Miarka za Miarkę Szekspira nie jest ani komedią ani tragedią. No właśnie. Obejrzawszy spektakl w Dramatycznym nie bardzo wiadomo czy śmiać się czy płakać.