TEATR 6. PIĘTRO

 

2019, kwiecień

Martin McDonaugh

SAMOTNY ZACHÓD

Reż. Eugeniusz Korin

premiera 30 marca 2019

Niech widza nie zwiedzie ani miejsce wystawienia ani obsada ani opis spektaklu na stronie Teatru, gdyż Samotny Zachód jest właściwie moralitetem. Owszem, momentami bardzo zabawnym, momentami nieprawdopodobnie wulgarnym, ale to wszystko tylko „mydlenie oczu” widza, bo McDonaugh tak naprawdę zastanawia się nad tym… ile jesteśmy w stanie wybaczyć? Gdzie jest granica, przekroczywszy którą, już nie odpowiadamy za swoje czyny? Czy poczucie wewnętrznej sprawiedliwości da się zmierzyć kategoriami dobra i zła? Ale też – dlaczego przedmioty bywają dla nas ważniejsze niż najbliżsi ludzie, nawet przedmioty tak wulgarne jak kuchenka gazowa.

Proszę się jednak nie lękać, to nie jest misterium, a dwie godziny niezłego, trochę zaskakującego teatru, ze świetną rolą Michała Czerneckiego (Val), który słodko dworuje sobie z bohatera, w którego się wciela. Na scenie także nieczęsto widywany w teatrze Eryk Lubos jako jego brat Cole, uzależniony od chrupek, Grzegorz Daukszewicz w roli księdza Welsha, fatalnego w roli trenera juniorek w futbolu, ale za to z dziwnym imieniem, i Magdalena Celmer (Girleen) zarabiająca na życie sprzedażą tacinego bimbru, nieco księdzem zauroczona.

Finał może zbyt dosłowny, ale to bardzo piękna scena, jakoś jednak porządkująca myśli zdezorientowanych widzów.

 

2018, maj

NIEZWYCIĘŻONY

Torben Betts

reż. Eugeniusz Korin

premiera 2 grudnia 2017

Niezwyciężony to… imię kota, który stanie się jednym z najważniejszych (choć nieobecnych na scenie) bohaterów tego przedstawienia. Skąd się to imię wzięło i jaki los spotka owo wredne kocisko?

Zapowiada się na zwiewną farsę. W akcie 1. - do jakiejś dziury na północy Anglii przeprowadzają się z Londynu Emily i Oliver, z dwójką dzieci. Ona – nieznośnie egzaltowana weganka, on – sfrustrowany urzędnik państwowy. Zapraszają na zapoznawczy wieczorek swoich sąsiadów – nieco nieokrzesanego Alana i jego trochę znudzoną życiem żonę Dawn. Mogła być pyszna zabawa stereotypami, zetknięciem przeciwieństw londyńczyków z mieszkańcami prowincji. Ale im dalej w ten las szliśmy, tym mniej zabawniej się robiło. 

Torben Betts napisał genialny tekst, dający aktorom – z jednej strony pole do komediowego popisu (a więc i niebezpieczeństwo, że przeszarżują, a tu istotnie można). Z drugiej strony – ten śmiech w ułamku sekundy zmieniał się w nieledwie wyciskający łzy dramat czy nawet tragedię, naprawdę nieprawdopodobnie odległą od farsowych i bardzo momentami zabawnych bonmotów. Choć na scenie cała czwórka jest świetna, to jednak najtrudniejszą rolę miała (i zagrała ją wspaniale) – Aleksandra Popławska. 

Porównanie Bettsa do Czechowa, jakiego użyto w opisie spektaklu, może być uznane za nadużycie, ale zauważmy, że Emily i Oliver jednak wracają, nie do Moskwy co prawda - a do Londynu, a  Alan i Dawn zostaną. Nie wiadomo, czy po wyjeździe sąsiadów w ich życiu będzie „jak kiedyś”, jak u Czechowa. Raczej na pewno nie. I na pewno Alan nie wróci do malowania. Krytykę  z ust Emily zniósł jednak fatalnie.

 

2018, marzec

POLITYKA

Włodzimierz Perzyński

reż. Eugeniusz Korin

premiera 10 stycznia 2015

Zwariowałbym oglądając tylko teatr postdramatyczny, 2.0 itd. Dlatego też – dla równowagi estetycznej i emocjonalnej, oraz by odrobić zaległości – Polityka na 6.piętrze.

Miałem to szczęście, że trafiłem na spektakl jubileuszowy Joanny Żółkowskiej, która właśnie obchodziła rocznicę pracy artystycznej, były kwiaty, przemówienia, piosenka, list od ministra. 45 lat… To w sumie nie tak dużo, mam rok więcej, a czuję się niesłychanie młodo. W każdym razie Pani Joannie składam serdeczne gratulacje i również mam nadzieję, że „jeszcze trochę pogra” – jak się wyraziła.

Obsada gwiazdorska, fantastyczna także Hanna Śleszyńska, bardzo dobra Małgorzata Socha, fajna choć niewielka rola (karierowicza Kiełbikowskiego) - Bartka Firleta, całość pokazana – z dystansem - w konwencji filmu przedwojennego, starannie wyreżyserowane i brawurowo zagrane i nie roszczące sobie, poza tym – co niesłychanie istotne – żadnych pretensji. Rzecz najkrócej mówiąc o tym, że prawicowy polityk zakochuje się w lewicowej posłance, w tle tej miłosnej intrygi cały świat skorumpowanej i nie do końca kompetentnej elity politycznej tamtych czasów. 

Dopiero teraz przeczytałem recenzje, które ukazały się po premierze – krytyka w większości załamywała ręce, a po trzech latach na afiszu na widowni był komplet. I tym faktem też trzeba umieć sobie dać radę.

 

2017, kwiecień

OŻENEK

Mikołaj Gogol

reż. Andrzej Bubień

Premiera 11 marca 2017

Teoretycznie głównymi bohaterami gogolowego Ożenku są wszyscy kawalerowie starający się o rękę Agafii, ale mam nieodarte wrażenie, że w inscenizacji na 6.piętrze jest nim jednak Koczkariew (Piotr Głowacki), który na siłę próbuje wyswatać Podkolesina (Michał Żebrowski). Nawet - bardziej niż na siłę, jakby chciał, żeby to małżeńskie zło spłynęło jak najszybciej i na jego przyjaciela, mającego dobre, spokojne życie i ździebko rozbrykanego służącego (Kamil Szklany). Nie mam jednak pewności, czy ten przymus nie był za mocno przez reżysera podkreślony, momentami Piotr Głowacki przeszarżowywał, a im bardziej przeszarżowwyał, tym zbierał większe brawa z widowni. Pozostali kawalerowie – cud, miód & malina. Widziałem po raz pierwszy w życiu Cezarego Pazurę na scenie, zachęcam do częstszych angaży, szczególnie w klasyce, jego Żewakin – choć pogodzony z losem i jakoś tak franciszkańsko pogodny, ma jednak w sobie coś  słowiańsko smutnego. Anoczkin (Janusz Chabior) z uroczym dystansem do własnej fizyczności, a Jajecznica (Cezary Żak) – kompletnie bez dystansu do całokształtu, ale także gogolowsko zabawny. A Podkolesin? Naprawdę mu się nie dziwię, dobrze, że była dziura w ścianie i można było zbiec, wszak Agafia Tichonowna (Paulina Chruściel) jest przecież zakłamaną idiotką. A nie słodkim głuptaskiem, jak ją widzieli inni reżyserzy. 

A scenę kradnie kolegom Joanna Żółkowska (Arina Pantelejmonowna). W którymś momencie siedzi i je pestki słonecznika. I z niezwykłą dezynwolturą wypluwa łupinki na podłogę. I dla plującej Joanny Żółkowskiej zobaczyłbym Ożenek raz jeszcze. 

 

2016, czerwiec

WUJASZEK WANIA

Anton Czechow

reż. Andrzej Bubień

premiera listopad 2015

Wujaszek Wania w 6.piętrze jest bardzo pięknym przedstawieniem. 

I chwała Bogu – o lęku przed życiem, jak to u Czechowa, nie zaś o np. sytuacji w Rodezji. Może zrobione to „po bożemu” (jak się mówiło na mieście), może nienowocześnie, ale ja tak wolę. Bo tekst Czechowa jest na tyle dojmujący i w zupełności aktualny, że nie ma żadnej potrzeby, by go jeszcze w jakikolwiek sposób uwspółcześniać. 

Aktorzy grają świetnie, to była ogromna przyjemność móc podziwiać ich grę. (Zabrzmiało staromodnie? Słusznie, tak miało być). Popisowa i nieprzeszarżowana rola tytułowa Wojciecha Malajkata, Michał Żebrowski powinien częściej się pojawiać w klasyce, jako Astrow jest świetny. Irena Jun – wspaniała, a Anna Dereszowska – jak zawsze piękna. I cudowny epizod Joanny Żółkowskiej w roli matki. 

Na samym końcu, pamiętacie - kiedy już Sieriebriakow z Heleną wyjeżdżają, kiedy zostaje po nich tylko zapach perfum, Niania z ulgą konstatuje, że wszystko będzie jak dawniej, że znów herbata będzie o siódmej, zaś Sonia z Wujaszkiem - zabierają się za zaległe rachunki. 

I coś wtedy ściska w gardle. 

 

2016, maj

MIŁOŚĆ W SAYBROOK

Woody Allen

Reż. Eugeniusz Korin

Aż nie chce się wierzyć, że coś takiego mógł napisać Woody Allen, który jest przecież cudownie zabawnym gościem. 

Idzie mniej więcej o to, że w domu w tytułowym Saybrook spędzają weekend dwa małżeństwa. Mąż zdradza swoją żonę z żoną drugiego, a potem pojawia się małżeństwo trzecie, którego przybycie fakt ten światu oznajmi. No dobra, niech będzie, w końcu to farsa. Niestety - całość jest przeplatana dowcipami na poziomie minus 6 (również z odniesieniami do tu i teraz, z pewnością nie allenowskimi) oraz – o zgrozo – wstawkami z przebojami o miłości - Roxette, Beatlesi itd. Jest to czymś koszmarnym. 

Andrzej Poniedzielski zagrał alter-ego Allena w sposób jakiś zestresowany albo ze zbyt wielką dezynwolturą, coś w tej postaci było sztucznego. Pozostali aktorzy robią co mogą, ale i tak Szymona Bobrowskiego i Marcina Perchucia żal. Reszty też.

Okropne.