TEATR ŁAŹNIA NOWA

 

2018, grudzień, 11. Międzynarodowy Festiwal Teatralny Boska Komedia

WAŁĘSA W KOLONOS

Jakub Roszkowski

reż. Bartosz Szydłowski

premiera 8 września 2018

Postać Lecha Wałęsy (fantastyczny Jerzy Stuhr) jest w tym spektaklu jedynie pretekstem, żeby zastanowić się nad znaczeniem mitów w naszym życiu. Czym i kim byliby Grecy bez swojej mitologii? Jak to możliwe, że czcili bogów, którzy mieli – mówiąc delikatnie – poważne skazy w swoim życiorysie? Przecież Dejanira mogła wyprać w czymś innym koszulę dla Heraklesa… Wszak Parys mógł być gejem. No ale mity przetrwał w formie, jaką znamy dziś, i nikt sobie nie wyobraża, żeby było inaczej. A jednak – gdyby było? A kim bylibyśmy my, Polacy, bez mitów naszych?

Nie ma chyba nikogo obojętnego wobec postaci (no i mitu) Lecha Wałęsy, ta nasza zasklepiona i przecież niezmienna o nim opinia, jest też częścią innych polskich postaw – pogardy, nienawiści, źle pojętej wspólnoty opartej na zawiści i destrukcji, obojętności – w najlepszym wypadku. Tę sytuację wpisał Bartosz Szydłowski w antyczną opowieść o starzejącym się Edypie, który przybywa dożyć swoich dni w Kolonos. A na scenie, obok Edypa/Wałęsy, także jeżdżący na hulajnodze Polinejkes, przebiegły Kreon, kupujący – dosłownie – poparcie chóru, czy nijaki Tezeusz. Każdy z nich chce przy Edypie uszczknąć coś dla siebie. Skądś to znamy?

A Wałęsa, jak to Wałęsa, z krzywo przypięta Matką Boską, siada sobie na taboreciku i niespiesznie naprawia radyjko, patrząc na to wszystko z takim jakby uśmieszkiem, trochę jakby wiedział, jak i czym to wszystko się skończy. 

 

2017, marzec - Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi

WSZYSTKO O MOJEJ MATCE

Tomasz Śpiewak

reż. Michał Borczuch

premiera 22 kwietnia 2016

Tym razem na łódzkim festiwalu – sztuka „nieprzyjemna”. Choć, gdyby się tak zastanowić głębiej? 

Wszystko o mojej matce jest projektem (nośne słowo) zaprzyjaźnionych ze sobą artystów – reżysera Michała Borczucha i aktora Krzysztofa Zarzeckiego. Obaj urodzili się w tym samym roku, obaj mają na drugie imię Karol – łatwo więc zgadnąć, z którego są rocznika. I obaj są półsierotami, ich mamy zmarły na raka, kiedy Michał był dzieckiem, a Krzysztof – maturzystą. 

Jednak wbrew tytułowi to przedstawienie jest nie o matkach, ale - o pamięci. O tym, że wbrew naszej woli zmienia obrazy tego co było w to, co mogłoby być, upiększa brzydką, ale minioną codzienność, że ci, których kochaliśmy, zostają w naszej pamięci wcale nie takimi jakimi byli, ale takimi, jakimi chcielibyśmy, żeby byli. To także rzecz o zwyczajności życia i tego w fabryce kosmetyków i tego w teatrze, i o zwyczajności choroby i śmierci. Od razu mówię – nie spodziewajcie się elegijnego spektaklu o tęsknocie i bezwarunkowej miłości dziecka do matki, są tam także sceny, które mogą dość mocno skonsternować i wbić w fotel, a monolog kończący spektakl - prawie wyciska łzy.

Przedsięwzięcie ryzykowne, bo można było popaść w tanią łzawość. Ale myślę sobie, że mamy obu panów pewnie za każdym razem mają niezłą bekę, kiedy skądś tam z góry patrzą na scenę. Bo miało być o matkach i kobietach, a wyszło o mężczyznach. I o naszej męskiej nieumiejętności radzenia sobie z odchodzeniem, ze stratą i ze śmiercią.