2016, marzec

IMIĘ

Matthieu Delaporte i Alexandre de la Patelliere

reż.Grzegorz Chrapkiewicz

premiera grudzień 2014

Wydawało mi się, że takiego teatru nie lubię. Że nic nie wnosi do postrzegania przeze mnie świata i bliźnich, że niczego się nie dowiaduję, że to dla publiczności mało wymagającej, cokolwiek to dzisiaj znaczy.

Tymczasem – ponieważ Pani Hania zaprosiła i pójść wypadało – poszedłem (z lękiem), a w Studiu Buffo gdzie teraz jest przedstawienie grane, tłumy nieprzebrane, zajęte wszystkie miejsca siedzące, a i widzów oglądających Imię na stojąco także nie brakowało.  Nic dziwnego, ta komedia jest NAPRAWDĘ śmieszna. Ba, można odnieść wrażenie, że widownia lejąc łzy śmiechu… z samej siebie się śmieje (Gogol rulez). 

Bo tekst jest niesłychanie życiowy. Mamy oto przygotowania do kolacji, którą przygotowują w swoim paryskim mieszkaniu profesor literatury Pierre (Szymon Bobrowski) i jego żona Elisabeth (Małgorzata Foremniak). Wśród gości - puzonista (Marcin Hycnar w dublurze z Mateuszem Banasiukiem; w moim spektaklu grał bardzo dobry Igor Obłoza), brat pani domu Vincent (świetny Wojciech Malajkat) oraz jego żona, ciężarna Anna (Dorota Kempa). Jest dość miło do momentu, w którym padnie pytanie o tytułowe imię dla dziecka. 


I to dopiero będzie początek jazdy bez trzymanki. 

Więcej nie zdradzę, z czystym sumieniem polecając wieczór w Buffo, podczas którego aktorzy muszą robić pauzy, by publiczność mogła się wyśmiać. Fenomenalny, nieprawdopodobnie inteligentny tekst, do tego rzecz świetnie zagrana. Zgoda, może całość nieco efekciarska. 

Ale… hallo, to farsa, a nie Warlikowski.