SEZON 2019/2020

 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

KSIĘŻNICZKA TURANDOT

Carlo Gozzi

reż. Ondrej Spišák

premiera 27 września 2019 

Z radością peregrynowałem między gośćmi na popremierowym bankiecie, podsłuchując komentarzy i rozpiętość uczuć publiczności wobec Turandot była zaiste imponująca. Przeważały pochwały, ja także należę do grona miłośników tego spektaklu, mimo że jest w nim coś, czego po prostu nie znoszę –bezpośrednich odniesień do bieżącej polityki.

Widzowie najbardziej zwracali uwagę na interludia, bo podczas nich komentowano w całkiem nawet zabawny sposób (jeśli kogoś to śmieszy oczywiście) naszą rzeczywistość, w każdym razie Robert Majewski jako Tartaglia był znów do zjedzenia. Odniesień do spraw bieżących było w spektaklu więcej, może nie aż tak oczywistych, ale jednak. Spotkałem się również z tezą, że samo wystawienie TEGO tytułu TERAZ jest zupełnie nie zakamuflowana manifestacją.

Ale jeśli dla kogoś mimo wszystko nie będzie to spektakl polityczny – zobaczy pogodne, starannie przemyślane i świetnie zagrane przedstawienie. Aktorzy bawią się razem z widzami, nie przekraczając granicy efekciarstwa, widać ogrom pracy włożonej w pracę nad tym widowiskiem, właściwie debiutujący na tych deskach Michał Klawiter jako Kalaf wdzięcznie unosi dużą rolę (choć przypominam o fantastycznej roli p. Michała w Irańskiej Konferencji),

Agata Góral w roli zlej księżniczki jest znakomita, ale i tak scenę kradnie kolegom p. Henryk Niebudek (Altum), który im bardziej próbuje powiedzieć coś poważnego, tym większą radość wzbudza na widowni. Cóż, You’ll love it or you’ll hate it. 

 

PWSFTvIT w Łodzi

NIE JEDZ TEGO! TO JEST NA ŚWIĘTA!

Mariusz Grzegorzek

reż. Mariusz Grzegorzek

premiera 20 września 2019

Oglądałem nieco zdezorientowany, gdyż staroświecko lubię sobie odpowiedzieć na pytanie – o czym to jest. No i gdyby nie finał, zapytany w sondzie ulicznej o problematykę obejrzanego utworu, pewnie byłbym uciekł, a wzrokiem – to już na pewno. Ale jest finał, a po nim te wszystkie klocki, tak porozrzucane, tak do siebie pozornie nie pasujące pozornie, nagle ułożyły się w szalony, niepoprawny, zabawny i perwersyjny momentami - zaryzykuję odrobinę egzaltacji - hymn o radości życia.  Życia przecież za krótkiego, by marnować je na wrogów, na wiatry przeciwne, na złe emocje i brzydkich ludzi, życia – podczas którego trzeba wszystkiego spróbować, żeby wiedzieć, że… wszystkiego spróbowaliśmy (mimo, że „jest na święta”, mimo, że mamcia i babunia dadzą po łapach). Bo to próbowanie - może niekiedy zakazane, czasem wstydliwe czy nierozsądne, szaleńcze, ale – moje. I nikomu nic do tego.  Z takimi niesfornymi myślami wyszedłem - w rozświetlone tego wieczoru miasto - z tego spektaklu, będącego trochę rozbrykaną wersją Dezyderaty, owszem, o życiu i całej reszcie, ale przede wszystkim o tym, że każdy może wziąć zeń (z życia, i z przedstawienia) dokładnie to, co chce i że ma do tego niepodważalne prawo.

Jeśli się mówi, że dyplomy „niosą ze sobą niezwykłą energię”, to ten zespół tym spektaklem budynek przy Kopernika po prostu rozsadził, zupełnie jak w Mebelkach i zupełnie niż w Mebelkach inaczej.

Czapka z głowy.

 
Teatr Jaracza w Łodzi
RÓŻA JERYCHOŃSKA

Diana Meheik
reż. Waldemar Zawodziński

premiera 20 września 2019

Może feministki mnie zbluzgają za spostponowanie dramatu p. Meheik, ale zaryzykuję. Otóż pozwolę sobie postawić tezę, iż Róża Jerychońska jest bardzo dobrym spektaklem, powstałym z ważnego i odważnego, ale niestety - kiepskiego tekstu. Patrząc na napisane już recenzje, szczególnie kobiecymi rękami, teza moja (o słabości tekstu, nie o jakości spektaklu) istotnie może być kontrowersyjna.

Poznajemy oto młodą Ukrainkę (świetna Agnieszka Więdłocha), pracującą w Libanie jako gosposia i prostytutka, jej pracodawca Anis jest także alfonsem (pełna poświeceń rola Sambora Czarnoty), a jego uzależniona małżonka (rewelacyjna Ewa Wiśniewska) potrzebuje pieniędzy na narkotyki, co zabija w niej tlące się ludzkie wobec Oleny odruchy. Pojawia się w tym świecie także Fady, będący jakby nadzieją na uwolnienie dziewczyny z piekła (istotnie ludzki Krzysztof Wach), ale ostatecznie i na jego pomoc nie można liczyć. Tyle w największym skrócie.

Agnieszka Więdłocha na końcu spektaklu opowiada widzom tragiczną historię dziewczyny, która była pierwowzorem Oleny, gdyż spektakl jest oparty na faktach. I w tej narracji, gdzie właściwie wszystko jest powiedziane i pokazane, postawiona zostaje wyraźna ogromna kropka na końcu, nie zostawia się widzom żadnego niedopowiedzenia, tajemnicy, a ja wolę, żeby dominującym znakiem przestankowym w teatrze był znak zapytania, a nie wykrzyknik.

A że ta istotnie smutna historia – jak już czytelnik się domyślił - nie poruszyła mnie zbyt mocno (prawo do bycia troglodytą ma podobno zostać w nowej konstytucji) i że nie miałem szansy pogdybania, takiego stworzenia sobie świata alternatywnego, bo autorka pisze: tak było i już!, skupiłem się więc nie na tej istocie tej opowieści, a na jej przez Waldemara Zawodzińskiego pokazaniu. I powtórzę – to bardzo dobry spektakl, ale dla innego niż piszący te słowa odbiorcy. Bywa i tak.

 
Teatr Syrena
ROCK OF AGES

Chris D’Arienzo, Ethan Popp

reż. i tłum. Jacek Mikołajczyk

premiera 14 września 2019


Jacku,

Przez ostatni rok dzięki Tobie polubiłem musicale, pisałem o tym w moim dzienniczku naprawdę szczerze, może trochę jak mały Jaś patrzący ze zdziwieniem na świat, ale nigdy przecież nie ukrywałem, że na musicalach się nie znam, nie jestem jak Ty i Twój zastępca ich znawcą i pasjonatem, oglądałem je zawsze w Syrenie jak spektakle dramatyczne, tyle że z muzyką i tańcem, oczywiście nieco wulgaryzując. Dowiedziałem się zatem w poprzednim sezonie, że musicalem można powiedzieć coś ważnego, ciekawego, poruszającego, zabawnego, można wciągnąć widza w taką narrację, która go zmieni, ulepszy, upiękni, która da mu do myślenia, albo choćby rozchichocze inteligentnym żartem, aluzją czy pointą.

Ale na Boga, nie powiedziałeś mi dotychczas, że musical może być zrobiony wyłącznie dla rozrywki… Kompletnie zatem nieprzygotowany obejrzałem Rock Of Ages i tak się skonfundowałem, że do dziś w tym stanie trwam, mimo, że jako jeden z niewielu na widowni znałem wszystkie utwory, ich wykonawców, a niekiedy nawet kompozytorów (w radiu sami piszemy zaiksy).

Co prawda znów nieledwie z ekstazą patrzyłem na aktorów i ich poczynania, szczególnie na znakomitego pana Przemka, świetnie się słuchało Twoich tłumaczeń tekstów, były zdecydowanie nieoczywiste, ale – coś mnie nie chwyciło, nie wciągnęło, nie rozerwało, czegoś mi było za dużo, a może – czegoś brak. Czego? Co robić? Poradź…

Oddany,

RT

 

Teatr Współczesny w Warszawie

WSTYD

Marek Modzelewski

reż. Wojciech Malajkat

premiera 13 września 2019

Mamy oto rozpoczynające się wesele, na zapleczu sali wśród wódek, oranżad i zakąsek spotykają się rodzice młodych. Cóż, czeka ich dość poważna rozmowa, bo pan młody uciekł sprzed ołtarza, a najgorsze – że zdenerwowana mamusia nie może się do synka dodzwonić. Do czego spotkanie tej czwórki doprowadzi?

Ta jazda jest naprawdę bez trzymanki, więcej jednak nie mogę napisać, żeby nie zepsuć Wam wieczoru w teatrze. Świetny, bardzo inteligentny tekst Marka Modzelewskiego balansuje między farsą a dramatem, i – choć rzecz jest naprawdę zabawna - gdyby się tak bliżej przyjrzeć naszym bohaterom, to czy na pewno jest się z czego śmiać? I gdzie wśród motorów (bądź hamulców) ich działań znajduje się tytułowy wstyd?

Na małej scenie Współczesnego - Izabela Kuna, Agnieszka Suchora, Jacek Braciak i Mariusz Jakus, wszyscy są fantastyczni. Wstyd już jest jednym z największych przebojów warszawskich scen, życzę więc udanego polowania na bilety.

 

Teatr Studio

WIĘCEJ NIŻ JEDNO ZWIERZĘ

reż. Robert Wasiewicz

premiera 12 września 2019

Ani literalnie o owcy ani o lamie, ale – istotnie – o stadzie, to przecież odpowiedź najwyżej punktowana. W ogóle – o zwierzętach, jeśli ktoś zapyta, bo - to odpowiedź najbezpieczniejsza i całkiem prawdziwa. Jednak wcale zupełnie nie o zwierzętach, ale jak ktoś tak chce właśnie tak to oglądać, to też nie ma przeciwwskazań, co stwierdzam słysząc właśnie pomruki sierściusze na mymłonie, wpływa to zapewne na kształt tego tekstu. Może tyle figur performatywnych wystarczy…

Spektakl jest przeuroczy. Songi (songi?) w wykonaniu reżysera powinny zdecydowanie wejść do przestrzeni bardziej dostępnej niż tylko maleńkie studio Studia, pana Marcina zachęcam do częstszego przyjmowania ról, każde jego pojawienie się na scenie było czymś niesłychanie zabawnym, choć dla siebie stworzył rolę niemą. Mamy także, a raczej – przede wszystkim - czworo performerów, odgrywających role rozmaitych zwierząt, niektórych zachowujących się zresztą dość ekscentrycznie (chodzi o ekscentryczność zwierząt, a nie performerów naturalnie). Błażej Stencel np. z poświęceniem ale i uroczą dezynwolturą zagrał niełatwe dla mężczyzny sceny porodów, bowiem i taka sytuacja ma miejsce w naturze.

Ten drobiazg, oprócz zaproszenia do świata puszatków, jest właśnie pytaniem o to, na ile my jesteśmy częścią owej natury, co to znaczy „nienaturalne” (auć, polityka bieżąca), i dlaczego bierzemy z niej tylko to, co dla nas wygodne. Pewnie jednej odpowiedzi na to pytanie nie ma, a może nie ma w ogóle, ale… ten spektakl to słodki i inteligentny sceniczny bodziec do przemyśleń o życiu i całej reszcie - zobaczyć trzeba koniecznie.
 
Komuna Warszawa
DOBRZE CI TEGO NIE OPOWIEM

Anna Karasińska
reż. Anna Karasińska

premiera 8 września 2019

Zapowiadało się całkiem ciekawie, pierwszy monolog mnie w tę narrację wciągnął, nawet zachwycił pewną dezynwolturą, błyskotliwymi skojarzeniami związanymi z wojną, o której – zgodnie z tytułem – za pomocą teatru, performansu, czy w ogóle sztuki - trudno dobrze opowiedzieć, nawet jeśli coś z niej, z wojny, zostaje w naszych genach. Bo co to znaczy „dobrze opowiedzieć”? Zgodnie z podręcznikiem? Bazując na Czterech Pancernych (żart oczywiście) czy raczej - na traumie zgwałconej prababki? Pamięć i jej meandry to fajny temat dla teatru.

Niestety, kolejne części przedstawienia były słabsze, nie mam pewności, czy cokolwiek nowego z nich wynikało, wchodzenie głębiej w ów las nużyło i – kurczę – jakoś nie obchodziło. Spektakl jest krótki, trwa 50 minut, a gdyby usunąć zeń totalnie niekompatybilny utwór i pominąć dość długie pauzy, wyszłoby pewnie pół godziny.

Nic przeciwko temu nie mam, przeciwnie, można było przecież zobaczyć w KW znakomite 16-minutowe przedstawienia. Ten jednak ten zrobił wrażenie trochę jakby niedokończonego.
 
Teatr WARSawy
KLUB WINOWAJCÓW
John Hughes
reż. Agnieszka Czekierda

premiera 22 sierpnia 2019

Mamy oto pięcioro tytułowych winowajców, którzy zjawiają się w sobotni poranek w szkole, żeby odpokutować swoje rozmaite przewinienia, kto widział „The Breakfast Club” – wie, o co chodzi. Obserwujemy, jak owo towarzystwo z walczących ze sobą kogucików (głównie o atencję pozostałych) zmienia się w grupę przyjaciół, a cała ta przemiana odbywa się pod okiem pilnującego ich raczej niesympatycznego dyrektora szkoły. Przyjaźń między całą piątką rodzi się jednak trochę deus-ex-machina, zważywszy zwłaszcza na wybryki dojmująco potrzebującego psychoterapii Bendera. Nawet we współczesnej szkole nie można obrażać ludzi w tak prostacki i chamski sposób, a on – żadnych granic nie zna. Wydaje mi się, że wyszło to trochę niewiarygodnie, coś zbyt łatwo współukarani zapominają o benderowych impertynencjach. Ciekawe zatem, jak spektakl spodoba się publiczności licealnej? Czy pewna naiwność przesłania nie będzie jej przeszkadzała? Czy ręce im nie opadną przy scenie wątpiącego w sens swojej pracy pedagoga? Czy będą w napięciu trzymani przez całe przedstawienie? No, ciekawe.

Tymczasem z tego debiutanckiego spektaklu wyszedłem bogatszy o nazwiska dwojga aktorów, których losy będę śledził – Mateusza Trojanowskiego, autentycznego i bawiącego się swoją rolą kujona Briana,  i hipnotyzującej Martyny Bazychowskiej, grającej tu panienkę z dobrego domu, Claire.