SEZON 2018/2019

 

Teatr Collegium Nobilium

KAŻDY KIEDYS MUSI UMRZEĆ PORCELANKO, CZYLI RZECZ O WOJNIE TROJAŃSKIEJ

na podst. Williama Szekspira

reż. Agata Duda-Gracz

premiera 27 października 2018

Każdy kiedyś musi umrzeć Porcelanko – mówi Achilles do swojego kochanka Patroklesa, zapytany o śmierć Hektora, wydawałoby się, że jednak niepotrzebną. Ale… właśnie tak chciał Szekspir.

Oczywiście, że o wojnie i o spustoszeniach, jakie wojna sieje w duszach, ciałach, przedmiotach i sytuacjach. Ale też, a może i przede wszystkim – o wielkich miłościach, do żon, i do ich namiastek, kłótliwych, dąsających się, oraz – o zgrozo – mających żylaki odbytu. Sic! O Troilusie zawiedzionym (czy zrozpaczonym?) widzącym swoją (swoją?) Kresydę w ramionach wroga, o Parysie znudzonym głupiutką, acz piękną, odbitą przeciwnikowi Heleną i o konsekwencjach tego znudzenia. O Grekach, Trojanach, o nas (turystach? sędziach? czy widzach tylko?) narzekających na twarde siedzenia w teatrze… Agata Duda-Gracz znów zrealizowała spektakl olśniewający, totalny, właśnie po TO chodzę do teatru i TYM CZYMŚ tęskniłem od kiedy zobaczyłem (dwukrotnie) Będzie pani zadowolona. Aktorzy grają świetnie, wszyscy. Widać entuzjazm, talent, wylane na próbach krew, pot i łzy. Łzy dosłownie, krew też.

Uprzedzam, że może gdzieś na płaszczyk czy marynarkę trysnąć, wszak Hektora Grecy rozszarpują dość dosłownie. Na szczęście są panie z obsługi widowni, czule się Twą zbrukaną garderobą zajmą, widzu.

 

Teatr Polonia

KRZESŁA

reż. Piotr Cieplak

premiera 25 października 2018

Krzesła nie gościły na warszawskich scenach od ćwierć wieku. Dlaczego reżyserzy przez tyle czasu nie sięgali po świetny i wdzięczny przecież dramat? Czy Ionesco może się „zestarzeć”? Jak ta dojmująca opowieść o samotności wybrzmi dziś? Czy poruszy mnie jak w 87 chyba, kiedy widziałem je jeszcze hen, u Węgierki? Z pytaniami właśnie tego kalibru wyglądałem premiery niczym dżdżu kania.

Od Ewy Szykulskiej nie mogłem oderwać wzroku, Leon Charewicz także zagrał dobrze. Jednak odniosłem niepokojące wrażenie, że aktorzy jakby do siebie na tej scenie nie pasowali, jakby było między nimi coś sztucznego, jakaś bariera, coś nieprzekraczalnego, jakby całość została wzięta w prawie niezauważalny, ale jednak – cudzysłów. Wyszedłem więc z teatru z mieszanymi uczuciami. Także dlatego, że opowieść ta niezbyt mnie obeszła, ba, zirytowała nawet ździebko, zamiast zbudzić współczucie. Może jestem wciąż za młody, żeby zrozumieć, żeby się wczuć? Albo nieczuły? No może.

Były jednak na widowni i poruszenie i łzy, więc na widzów mających w sobie choć ździebko empatii, Ionesco wciąż działa.

 

Teatr Polski w Warszawie

ŻOŁNIERZ KRÓLOWEJ MADAGASKARU

Julian Tuwim

reż. Krzysztof Jasiński

premiera 25 października 2018 

Niniejszym bardzo przepraszam panie sprzątające widownię po premierze, te włosy na posadzce pośrodku XIII rzędu to moje były. 

Oglądałem Żołnierza z rosnącym niedowierzaniem i zdumieniem. Czy to żart, czy może jednak prowokacja? – myślałem? I nagle – mam, eureka! Tak, to musi być przestroga! Taki właśnie repertuar dawałyby miejskie teatry w razie wygranej innej opcji.  I ta absurdalna skądinąd myśl do dziś nie opuszcza mnie od owej fetowanej premiery. 

Zbigniew Zamachowski, naturalnie, zagrał świetnie, bo jest wspaniałym aktorem, ale posiadłem tę wiedzę już dużo wcześniej, panie z nogami do nieba ładnie tańczyły kankana, (prawie) wszyscy się dobrze bawili, recenzenci są w większości zachwyceni, a ja – z włosami wyrwanymi z rozpaczy – pytam się  – po co w ogóle ten pusty, anachroniczny i obłudny spektakl powstał?  Nie tu, nie to i nie teraz.

I na marginesie… Premiera rozpoczęła się z 17-minutowym opóźnieniem. Andrzej Łapicki pisał, i nie ma powodu, by mu nie wierzyć, że przed wojną, jak spektakl się opóźniał 5 minut, dzwoniono po policję. Mimo, że czasy się zmieniły, uważam, że był to afront wobec widzów, którzy się zjawili punktualnie. To, że popołudniami są korki w Warszawie i że nie ma gdzie koło Polskiego zaparkować, nie jest wiedzą niedostępną nawet bywalcom premierowych fet. 

 

Nowy Teatr

THRILLER

Anna Smolar, Sonia Roszczuk, Paweł Sakowicz

reż. Anna Smolar

premiera 24 października 2018

Istotnie – “radykalne”, choć zauważmy, że autorzy mają trochę bekę z tego ulubionego przez krytyków sformułowania. Rzecz o jednym dniu pracy Soni i Pawła, którzy przygotowują spektakl. Ich ciała, aktorki i choreografia, są w tym przedsięwzięciu narzędziem, no i oczywiście najlepiej, żeby były zawsze sprawne. No, a jeśli nasze ciało nie działa tak, jak chcemy, to kto jest temu winien? Ergo - czy to my mamy ciało, czy też raczej ciało ma nas? Czy umiemy rozpoznawać i nazywać sygnały, które do nas wypuszcza? Czy dbanie o nasze ciało to tylko codzienna porcja owsianki? I wreszcie - dlaczego z ciałem jest związanych tyle tabu? 

Były momenty, że robiłem się czerwony i ździebko skonsternowany (choć jestem wielokrotnie 13+), ale i młodzież na widowni przestawała chichotać. Bo - choć przecie było zabawnie, bo m.in. o puszczaniu bąków, to jednak widz uświadomiwszy sobie, że robi to każdy, postawił się w miejscu Soni i zadał sobie pytanie, co by zrobił na jej miejscu, hm? No właśnie, co? 

O monologu Pawła przyłapanego przez mamę już nie wspomnę… Tak, nasze ciała miewają swoje osobne życia, często niezależne od naszej woli. Jak się zatem znaleźć w tym kowadle między naturą a kulturą?

I czy to w ogóle możliwe?

 

Teatr Studio

ŁAKNĄĆ

Sarah Kane

reż. Radosław B. Maciąg

premiera 18 października 2018

Szedłem do Studia z przeświadczeniem, że czas brutalistów minął, że to co ćwierć wieku temu wzbudzało nieledwie rewolucję na deskach teatralnych, także przecież w Polsce, dziś już się nie sprawdzi, nie znajdzie widza, że ta wrażliwość i ten język i ta narracja są do innych czasów przypisane. Myliłem się, ten akurat tekst Sarah Kane jest zdecydowanie ponadczasowy. 

Nawet jeśli widzowie nie rozpoznali licznych odniesień w tekście, choćby do Eliota, jako i ja ich nie poznałem, jeśli się przyjdzie nieprzygotowanym na ten niełatwy spektakl, to i tak jest w nim coś atawistycznego, jest pewien rytm, który uzależnia, nakładające się na siebie, czy też zazębiające się ze sobą dialogi z fantastyczna precyzją przez aktorów zagrane, są pozornie ze sobą nie związane, a jednak tworzą spójną całość. 

I jednak dłużej chwili potrzebowałem, żeby owa całość się we mnie umościła. Udało się, ale nie będę ukrywał, że trochę nam obu, mnie i spektaklowi we mnie, niewygodnie.

Chyba mniej więcej o to chodziło.

 

Teatr Kamienica

CZARNA KOMEDIA

Peter Schaffer

reż. Tomasz Sapryk

premiera 17 września 2018

Mamy oto młodego rzeźbiarza (dobra rola Mateusza Damięckiego) i jego narzeczoną, którzy oczekując wizyty zamożnego mecenasa, by - zrobić na nim dobre wrażenie – pożyczają bez pytania cenne meble od swojego sąsiada. Do tego wszystkiego ma się zjawić papa narzeczonej, i istotnie się zjawia, oraz – co gorsza – wysiada światło. Prowadzi to wszystko oczywiście do katastrofy. Od prawie 60 lat spektakl gości na scenach całego świata, nic dziwnego - Schaffer wiedział, jak pisać dla teatru, wszak Amadeusz też najpierw powstał na scenę. A rolę Brindsleya na brytyjskiej premierze zagrał sam Derek Jacobi!

No pysznie. Jan Wieczorkowski gra w tym spektaklu sąsiada głównego bohatera, Harolda, który jest nie do zniesienia zmanierowanym gejem. I im bardziej w tę kliszę Jan Wieczorkowski wchodzi, tym większa uciecha widowni, no przecież, prawda, ha ha ha. Czytam ze zdumieniem, że jego postać jest „leciutko przejaskrawiona, ale bez przesady”. No, ze zdumieniem. W którymś momencie upija się - deklaratywnie niepijąca - sąsiadka, panna Furnival (Elżbieta Jarosik), no to wtedy to już zupełnie beczka śmiechu, aktorzy muszą robić pauzy żeby publiczność się wyśmiała, no nie można wytrzymać, przypomnę tylko, że nie ma nic zabawniejszego na scenie niż bełkocąca pijana kobieta.  

Ruch na scenie został wyreżyserowany z zegarmistrzowską precyzją i tu przed twórcami czapka z głowy, scenografia i kostiumy także robią wrażenie, ale co z tego, skoro prawie wszyscy aktorzy nie do zniesienia przerysowują swoje role?

Wyszedłem z Kamienicy przygnębiony i smutny, istotnie, czarna ta komedia.
 

Teatr Ateneum

ANTYGONA

Sofokles

reż. Agnieszka Korytkowska

premiera 13 października 2018

Czy można napisać po prostu, że „spektakl mi się podobał”? Czy Sofokles w ogóle może się „podobać”?  

Cóż takiego mówi nam dziś dwuipółtysiącletni tekst? I czy to w ogóle istotne? A skoro mamy XXI wiek, to może taki klasyczny dramat należy pokazać nowocześnie? Co to znaczy – nowocześnie? Tak, żeby gimnazjum zrozumiało? Czyli - np. ubrać bohaterów w podarte jeansy, wbić im kolczyki w nos, dać do ręki komórki i założyć Facebooka? Czy wystarczy do golasa rozebrać ciało Polinika i wpleść w tekst kilka kurwamaci? A może… tak zmienić słowa Sofoklesa/Kajzara, żeby najbardziej awangardowy krytyk nawet zaciągnąwszy się raz czy drugi nie mógł odgadnąć intencji reżyserki? Czy lepiej – mocniej osadzić ten tekst tu i teraz, żeby nikt nie miał wątpliwości, kim tak NAPRAWDĘ jest Kreon? 

Albo – przeciwnie - odrzeć Antygonę z jakichkolwiek odniesień do polityki i zrobić spektakl o… powiedzmy - feminizmie, to teraz modne. O, albo o uchodźcach. 

Tyle pytań, aż głowa boli.
 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

SEN NOCY LETNIEJ

William Szekspir

reż. Gabor Mate

premiera 12 października 2018

Tekst istotnie cudowny, trudno się dziwić, że teatry na całym świecie wciąż po Sen sięgają, a widzowie – chcą przychodzić. Bo i o miłości i o pożądaniu i o jawie i śnie, o posłuszeństwie i krnąbrności, ale – także przecież o magii teatru… Tłumaczenie Gałczyńskiego pełne pięknej poezji, dobrze się tego przekładu słucha, ponosi.

Co prawda całość nie aż tak leciutka jak by się chciało, ale przecież Szekspir pisał także o okrucieństwie, o zdradzie, i - o niespełnieniu (w każdym sensie), pewnie dlatego Dramatyczny zaprasza na Sen Nocy Letniej widzów od 16. roku życia. Dwie widzki zdecydowanie starsze wyszły ostentacyjnie - widząc Roberta Majewskiego z dołączonym, hm, organem. Niepotrzebnie, po chwili była przerwa. Scena przedstawienia - które nowożeńcy oglądają czekając na nadejście Nocy Świętojańskiej - nieprawdopodobnie zabawna, Henryka Niebudka w roli Ściany naprawdę trzeba zobaczyć. 

Także bardzo dobre role młodych aktorów TD, szczególnie Anny Szymańczyk w roli Heleny. Wybaczcie zwiewność tych refleksji, nie mam szekspirologicznych ambicji, bez wnikania w szczegóły chciałbym donieść, że po prostu miło spędziłem w teatrze czas.

A jeśli Was zmorzy sen, pomyślcie, że to się przyśniło! – sensownie radzi Puk.  

 

Teatr Narodowy

gościnnie Akademia Teatralna im. A. Zelwerowicza w Warszawie

LUNAPARK

Grzegorz Ciechowski

ar. Mateusz Dębski

reż. Anna Sroka-Hryń

premiera 10 października 2018

Był w tym koncercie talent, była muzykalność, był teatr, były wrażliwość i wyobraźnia.

Nie było jednak jednego, czegoś, co muzykę Grzegorza definiuje najbardziej i najpełniej – mianowicie – pasji, gniewu, krzyku bezsilności. Obroniła się tylko Sexy Doll, było w tym wykonaniu najwięcej przekory czy bezczelności, reszcie utworów przysłuchiwałem się z niedowierzaniem. Słyszałem też opinię widzów, którzy określili koncert mianem „ładnego”. O muzyce Grzegorza Ciechowskiego powiedzieć, że „ładna” to tak, jak ją zabić.

Dopiero w takich momentach dokładnie rozumiem, że jestem „z innego pokolenia”. Raczej dojmujące odczucie.

 

Teatr Powszechny w Warszawie

NIETOTA

Tadeusz Miciński

reż. Krzysztof Garbaczewski

premiera 6 października 2018

W tym szaleństwie jest metoda, nie wiem jeszcze jaka, tydzień upłynął od premiery, a ja nie umiem jej nazwać (metody, nie premiery naturalnie), bywa i tak, żaden wstyd. Ale przedsięwzięcie ciekawe, brak mi odwagi nazwania tego wydarzenia „spektaklem”, człowiek zachwycił się wirtualną rzeczywistością, a i dała Nietota do myślenia o ważnych zaimkach, jak np. „ja” bądź „my”. 

Miałem lęki, że VR będzie użyta tutaj jako wyłącznie gadżet, jako ‘coś nowego’. Ale nie. Weszliśmy na scenę w okularach, skakaliśmy, żeby dostać się na szczyty gór, patrzyliśmy w przepaści, zaglądaliśmy w okna zamków na skałach, sami zupełnie, a jednak przecież w towarzystwie innych widzów. Nie widzianych co prawda, ale istniejących, namacalnych, wpadaliśmy na nich niekiedy, delikatnie przez aktorów kierowani, by sobie nie zrobić krzywdy. Było to fajne, a jedną ofiarą przebywania w tym świecie zajęto się troskliwie i dano pić. A potem – część widzów wychodziła na scenę, żeby z aktorami zatańczyć szalony taniec Św. Wita, wziąć udział w namacalnej, takiej jakby analogowej wspólnocie. Podobno w kolejnych spektaklach nie było zmiłuj, każdy musiał, ja na szczęście obserwowałem to spod ściany z perspektywy wygodnej poduszki…


Jeśli napiszę, że tekst Micińskiego jest niezrozumiały, to tak jakbym nic nie napisał. Julek Świeżewski, który w premierowym przedstawieniu slamował Nietotę (wydaje się, że dość wiernie), jest moim prywatnym bohaterem. Nigdy bym takiego tekstu w takiej ilości nie opanował. Zresztą, Miciński dostaje się każdemu z aktorów, cóż, zawsze mogą między sobą coś po micińsku powiedzieć, nikt obcy nie zrozumie.

 

Teatr Polski w Warszawie

DEPRAWATOR

Maciej Wojtyszko

reż. Maciej Wojtyszko

premiera 28 września 2018

Mamy rok 1967 i Gombrowicza w Vence, z narzeczoną, potem żoną - Ritą, panią Izę ex aktorkę, obecnie hrabinę, Miłoszów, którzy nieopodal spędzają wakacje i młodego Herberta, który odwiedza we Francji przyszłego noblistę. Między Herbertem a Gombrowiczem specjalnej chemii jednak nie ma… Maciej Wojtyszko próbuje uchwycić moment spotkania trzech wielkich twórców, trochę opierając się na faktach, a trochę dopisując czy zmyślając, podobnie jak w znakomitym Dowodzie na istnienie drugiego w Narodowym. Niestety, w Polskim nie wszystko wyszło.

O ile świetnie czuli się w rolach literatów Andrzej Seweryn, Wojciech Malajkat i Paweł Krucz, o tyle role pań były jakby niedopracowane, niedokończone, zostawiły niedosyt, można było pozwolić sobie na więcej, pójść dalej, szczególnie w przypadku Izy. No, chyba, że mieli na scenie błyszczeć tylko Gombrowicz z Miłoszem (kolejność nazwisk nieprzypadkowa). Mam też kilka uwag do samego tekstu. Dlaczego np. Rita w finale zaczyna nagle mówić po polsku, opętanie? Dlaczego Iza wspomina o profesorze Korzeniewskim? Do kogo puściliśmy oko? Choć w tejże samej scenie, w ustach grającej hrabinę Magdaleny Zawadzkiej historyjka o Gustawie Holoubku była całkiem zabawna. Trudno natomiast nazwać „dyskusją o Polsce” wymianę dość przykrych (choć może i prawdziwych) opinii o nas i naszych kompleksjach. Publiczność się co prawda radowała, balansowały jednak te pogawędki na granicy efekciarstwa, taniości. 

Druga połowa przedstawienia trochę mnie znużyła, owszem, Andrzej Seweryn raczej spektakularnie schodzi ze świata, ale poprzedzającą zgon Gombrowicza scenę zmiany pieluch można było sobie darować. (Dość golizny na polskich scenach!)

Może to i drobiazgi, bo w sumie spędziłem czas w teatrze bez zbytniej idiosynkrazji, było momentami miło i zabawnie – np. cyrk urządzony przez Gombrowicza z telegramem - ale z tymi aktorami i w tym teatrze była szansa na coś więcej. Znacznie więcej.

 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

WIDOK Z MOSTU

Arthur Miller

reż. Agnieszka Glińska

premiera 28 września 2018

Widok z mostu – jak to widok z mostu – bywa trochę niewyraźny, niedokładny, coś tam widzimy, coś słyszymy, urywki słów, może te które chcemy usłyszeć, no – ale przecież widzimy i słyszymy, więc -wiemy. Strzeżcie się tej pewności – zdaje się mówić Agnieszka Glińska. Dlatego też to w ogóle o żadnych emigrantach, tylko o frustracjach, także erotycznych, krypto homoseksualisty Eddiego. Równie dobrze dramat ten mogłoby się rozgrywać w środowisku kolekcjonerów znaczków czy motorniczych tramwajowych. Akurat Miller wybrał włoskich emigrantów, podkreślam jednak – to ani nie o tym ani o współczesnej Polsce – jak czytam ze zdumieniem w recenzjach.

Tak, spektakl jest dziwnie zagrany, aktorzy grają granie, jakby celowo źle. Jakby żadne z nich nie miało kontaktu z postaciami, w które się wcielają, jakby markowali w jakiejś zwiewnej wariacji na temat tego tekstu, jakby nie dorysowali. Oczywiście, że zostało to zrobione celowo, kluczowa (absolutnie kluczowa) dla tego spektaklu jest scena go rozpoczynająca, przedstawienia postaci, tak, żebyśmy nie mieli wątpliwości, że WSZYSTKO jest tu zagrane. Jak wyrzucimy ten początek z pamięci, możemy mieć wrażenie, że ten spektakl jest trochę bez sensu. A nie jest, choć… Nie jestem jego fanem, zmęczył mnie w sposób, jakiego nie lubię. Są jednak i tacy, którzy Widokiem się zachwycają, ale i tacy – którzy nieledwie wieszają psy. 

Dodam, że młodszy jestem od Witolda Sadowego o pół wieku i że mam przyzwoity audiogram sprzed miesiąca, ale ja również nie słyszałem, co aktorzy do mnie mówią, szczególnie ci odwróceni w inną stronę widowni. Ale – przecież jako się rzekło - z mostu nie wszystko słychać…

 

Teatr Powszechny w Warszawie

GNIEW

Szymon Adamczak

reż. Małgorzata Wdowik

premiera 21 września 2018

Chyba performance.

Czterech nastolatków i czterech aktorów. Biegają po małej scenie, przeklinają („kurczę blade” czy „choroba jasna”), urządzają zawody w pluciu na odległość i w bekaniu, rozbijają także gipsowe ścianki.

Cóż, nie przychodzi się do teatru bezkarnie.

 

Nowy Teatr w Warszawie

POLACY WYJAŚNIAJĄ PRZYSZŁOŚĆ

reż. Wojciech Ziemilski

premiera 20 września 2018

Jestem zachwycony, że Nowy nie boi się robić spektakli 50-minutowych. Bo tenże drobiazg tyle właśnie trwa i nie ma żadnego powodu, dla którego miałby trwać dłużej. Jest „dziełem skończonym”, niedosytu nie zostawia, a i publiczność nie ma nic przeciwko.

W spektaklu różne osoby, bardziej i mniej znane, wypowiadają swoje zdanie na temat przyszłości, a obok Jaśminy i Piotra, trzecią, bardzo ważną postacią jest ich mama, do której – przyznam – dość pesymistycznych przewidywań oboje się odnoszą i z nadzieją, i z fantazją, i nawet z pewną dezynwolturą. Jest bardzo zabawne i miłe w oglądaniu, bo widać, że aktorzy na scenie czują się ze sobą świetnie. Piotrek absurdalnie wygląda w przebraniu Supermena, Jaśmina - żaby, ale… nie będę Wam psuł niespodzianki.

Spektakl powstał w ramach projektu Teatr 2118. Czy faktycznie życie i teatr będą właśnie takie, jak w opowieści Polaków? No może. A może jutro już nas nie będzie, a może dożyjemy do czasów, kiedy będziemy (widzowie) tylko „powszechnie znanym błędem statystycznym”. No, nie wiadomo. Dlatego można zupełnie bezkarnie gdybać.

 

Teatr Dramatyczny w Warszawie (spektakl gościnny)

IRAŃSKA KONFERENCJA

Iwan Wyrypajew

reż. Iwan Wyrypajew

premiera 14 września 2018

Mamy oto Kopenhagę i międzynarodową konferencję, na której dyskutuje się o „kwestii irańskiej”.  Czym owa kwestia jest? I czy możemy na jej temat powiedzieć coś niepodważalnego, coś pewnego? Kto widział choć jedno przedstawienie Wyrypajewa, będzie widział, że tytułowy Iran to zaledwie pretekst, żeby zadać kilka konfundujących pytań, jak to u Iwana - o życie i całą resztę.

Reżyser szczęśliwie kocha swoich bohaterów, dlatego nawet jeśli widzą świat przez pryzmat pewnej naiwności czy też konwenansu albo stereotypu, pozwala im o tym swoim widzeniu rzeczy opowiedzieć bez przerywania. Tak, żeby każdy z nas te padające słowa spróbował najpierw zrozumieć, a dopiero później – wykpić je czy wypowiadającemu współczuć. Tak jak „Ufo. Kontakt”, tak jak „Nieznośnie długie objęcia” i trochę jak „Słoneczna linia”, rzecz jest właśnie o słowach, które nas skonstruowały, dzięki którym w ogóle jesteśmy, i do znaczeń których jesteśmy ogromnie przywiązani.

W związku z powyższym to jest spektakl bardziej do słuchania niż do oglądania, zresztą – ponieważ rzecz grana jest po angielsku, jak kto na konferencjach bywa – więc mamy pięknie podane, zauważmy, tłumaczenia w słuchawkach. 

Warto się skupić i wsłuchać, i przez te dwie godziny naszego zajętego przecież życia, w towarzystwie wspaniałych aktorów Iwana Wyrypajewa, przypomnieć sobie, że TO WSZYSTKO nie jest takie proste, i że ze z tą świadomością jakoś musimy żyć, próbować być szczęśliwi i – cokolwiek to znaczy – kochać.

 

Teatr Jaracza w Łodzi

SEKSUALNE NEUROZY NASZYCH RODZICÓW

Lukas Bärfuss

reż. Waldemar Zawodziński

premiera 14 września 2018

Wyszedłszy od Jaracza rozglądałem się po rozkopanej okolicy, gdzie tu najbliższy bar. Spektakl Waldemara Zawodzińskiego bowiem – z przeproszeniem – rozpieprzył mnie na tyle mocno, że dopiero po trzecim głębszym doszedłem jakoś do siebie. Z wierzchu istotnie o seksualności tych niepełnosprawnych i tych pełnosprawnych (i o tabu z tym związanym), a tak naprawdę z pytaniami o „normalność’, o siłę i sens rodzicielstwa (i tabu z tym związanym). O tym, co jesteśmy gotowi zrobić dla najbliższych, a czego na pewno nie (i o tabu…), o granicach naszego pożądania (i…), i – wreszcie o tym, że świat jest do zniesienia tylko wtedy, gdy jesteśmy na prochach. I o tym, czym grozi ich odstawienie.

Wspaniała Natalia Klepacka, mogę sobie tylko wyobrazić, ile ta rola kosztuje, jej Dora poprowadzona została z matematyczną dokładnością, zobaczcie sami, milimetr w tę albo wewte, sekunda wyjścia z postaci i… byłaby katastrofa. Fantastyczna również Urszula Gryczewska jako matka Dory,  także Bogusław Suszka w diablo trudnej roli Eleganckiego Pana. 

Uprzedzam zatem raz jeszcze – nie wejdziecie do teatru bezkarnie. Ale nie pamiętam już, kiedy oglądałem spektakl z tak skupionymi i poruszonymi współwidzami, nie pamiętam również łez w tylu oczach (co ukradkiem podglądnąłem), i – wreszcie – tak zasłużonych owacji.

 

Klub Komediowy

SATURN I MEL, CZYLI CZŁOWIEK, KTÓRY CHCIAŁ BYĆ RZECZĄ

Michał Sufin

reż. Michał Sufin

premiera 13 września 2018

Mamy oto dwa miasta i dwa światy – Gestalt i Betonię. Gestaltczyk, Albert Solong przyjeżdża do Betonii, gdzie ma znaleźć zatrudnienie u Wolfganga i Mel Saturnów jako guwerner ich sprzętu AGD. Tak, AGD. Ma się zając m.in. dość nieznośnym rozrywaczem, urządzeniem m.in. generującym suchary, w znaczeniu niepiekarskim. Jest jeszcze Spirulin Szewczyk, pamiętający czasy, kiedy pralki głosu nie miały. Do czego to spotkanie doprowadzi? I jaka ich wszystkich łączy tajemnica?

Proszę przyjąć do wiadomości, że to jeden z najlepszych spektakli, jakie można obecnie zobaczyć na warszawskich scenach. Tekst Michała Sufina jest cudownie inteligentny i tak zabawny, że aktorzy muszą robić przerwy, żeby publiczność się wyśmiała. Zwracam uwagę na popisowe role Karoliny Baci i Michała Meyera (pp. Saturnowie), Matylda Damięcka gra Spirulina, Mateusz Lewandowski - sprzęt AGD, a nieco neurotycznego Alberta – nowy nienowy w Klubie – Mateusz Kwiecień.  Tak, wyszedłem z Klubu znów rozentuzjazmowany i chciałbym, żeby wszystkie teatry (a szczególnie te dające komedie) traktowały mnie, widza, tak jak traktują mnie tu - jak osobę posiadającą mózg i umiejącą zeń korzystać. 

Żeby zaryzykowały, że zaśmieję się też z żartu absurdalnego, że zrozumiem grę słów i półsłówek, że zamiast skeczu na pięć minut wystarczy mi aluzja i puszczenie oka. Bardzo chciałbym, żeby właśnie tak było, a niestety - dojmująco nie jest.

Dlatego całemu Klubowi za Saturna daję piątkę z kropką, a każdemu z twórców osobna – serdecznie i z czapką u ziemi - przybijam grabę!

 

Teatr Narodowy

TCHNIENIE

Duncan Mcmillan

reż. Grzegorz Małecki

premiera 8 września 2018

Gdybym ja był bohaterem tego przedstawienia, partnerem dziewczyny tak toksycznej i pilnie potrzebującej psychoterapii, spektakl trwałby 2 minuty, nie zaś na półtorej godziny. Ale – z drugiej strony – tak właśnie wygląda codzienne życie (i pożycie) wielu ludzi będących w wieku bohaterów tego kameralnego spektaklu, i w Anglii i wszędzie indziej, życie pełne padających słów pozbawionych znaczenia, niechęci i niemożności komunikacji, pochopnych decyzji i żalu po nich, pełne niedojrzałości wreszcie. Bo cóż ich trzyma ich razem do później starości, do śmierci? Tylko ten dzieciak, którego - excuse le mot – zrobili w jakimś trudno wytłumaczalnym uniesieniu, współczuciu, niewytłumaczalnym porywie namiętności. Dlatego wręcz chciałem wyć, widząc jak jedno bądź drugie robi w tym związku wszystko dokładnie odwrotnie niż rozum by nakazywał. No cóż, ale to spektakl o emocjach, a wtedy rozum zwykle śpi.

Na scenie utalentowani Justyna Kowalska i Mateusz Rusin. I Tchnienie jest spektaklem dla widzów mniej więcej w wieku aktorów, jestem pewny, że „middle-twenties” i „thirties” najbardziej „złapią fazę”. Starsi mogą się zirytować, przeżywszy pewnie setki takich psychodram w życiu, a młodsi - raczej nie zrozumieją. 

 

TR Warszawa

DAWID JEDZIE DO IZRAELA

Jędrzej Piaskowski, Hubert Sulima

reż. Jędrzej Piaskowski

premiera 8 września 2018

Mamy oto małżeństwo, które adoptowało żydowskiego chłopca i mamy rok 1968, rodzice zdradzają dorosłemu już Wojtkowi-Dawidowi jego prawdziwe pochodzenie, a następnie wspólnie pakują walizkę, zgodnie z tytułem… W tle rozmaite postaci, od Władysława Gomułki począwszy, na Aldonie Giedymin skończywszy, nb. kwestia o ogóreczkach i królu – cudowna. I w tych okolicznościach padają różne pytania związane z ‘kwestią żydowską” – np. o to, kim jest Żyd, jak go poznać, co nam z jego strony grozi, i dlaczego lepiej jak go nie ma w pobliżu.

Sebastian Pawlak w roli Haliny po prostu wymiata. Warto jednak Dawida zobaczyć nie tylko dlatego, że cała czwórka na scenie jest świetna. Ten spektakl zbliża się bowiem w niebezpieczny sposób do granicy pewnego tabu, z jakim wydarzenia marcowe są związane, mianowicie - jest zabawny. Ale widziałem też widzów wręcz wzburzonych i ostentacyjnie wychodzących z Polinu, i – pewnie też dlatego nie zdecydował się na to przedstawienie Teatr Żydowski.

No więc Dawid nie tylko śmieszy, ale jest również bardzo inteligentny, piątka z kropką każdemu, kto rozpoznał wszystkie cytaty, nie tylko ten oczywisty, z Mickiewicza, zresztą będącym motywem teatru w teatrze w teatrze.

Bezczelne, zabawne, poruszające, ale też - urocze i słodkie, jakkolwiek to brzmi.

 

Teatr Syrena

RODZINA ADDAMSÓW

Marshall Brickman/Rick Elice

muz. Andrew Lippa

reż. Jacek Mikołajczyk

premiera 8 września 2018

Przez te trzy godziny mojego życia poczułem się jak mały chłopiec, którego przeniesiono do baśniowego, cudownie dowcipnego świata, z całym jego dziejstwem-czarodziejstwem, z fantastyczną muzyką i tańcem, pięknymi kostiumami oraz - pomysłową i starannie wykonaną scenografią. Baśń – jak to baśń – była momentami dość okrutna, ale całe szczęście wszystko skończyło się dobrze. Żyli (miejmy nadzieję!) długo i szczęśliwie.

Widać katorżniczy wysiłek całego zespołu – od akustyków po aktorów i muzyków, efekt ich pracy jest olśniewający, wspomnę tylko, że wymagająca i nieco zepsuta premierowa publiczność dała długie owacje na stojąco. Pozwolę sobie na wyróżnienie dwojga aktorów – Jolanty Litwin-Sarzyńskiej (Alice) i Karola Kwiatkowskiego (Pugsley), którzy – no cóż - kradną kolegom scenę. Karol gra bez piereżywania, bez egzaltacji, ze zwiewnym dystansem do swojej postaci, jego obecność na scenie ma w sobie i pasję i lekkość należne jego nastu latom. Pani Jolanta ma z kolei najwdzięczniejszą chyba rolę w spektaklu, w której - za sprawą eliksiru podanego resztą przez Pugsleya - nieledwie przemienia się z dra Jekylla w mra Hyde’a, ale – chcę podkreślić - że świetnie grają wszyscy. Chętnie zobaczę przedstawienie raz jeszcze, w drugiej obsadzie, gdyż role w większości są dublowane bądź nawet triplowane (?!).

Czy w zbiorze musicali syrenia Rodzina Addamsów wyróżnia się czymś szczególnym, czy jest lepsza czy gorsza od oryginału, co można było robić lepiej, a co inaczej - te kwestie pozostawiam znawcom i krytykom gatunku. Dla mnie najistotniejszy był fakt, że spędziłem niesłychanie udany wieczór, wyszedłem z teatru pogodny, a wręcz rozchichotany, a niektóre bon-moty (np. o bułeczce babuni) zapisałem sobie w zeszyciku i będę nimi bawił starannie dobrane towarzystwo podczas długich jesiennych wieczorów.

Dziękuję Ci Syreno!

 

Teatr Polonia

MÓJ PIERWSZY RAZ

Ken Davenport

reż. Krystyna Janda

premiera 6 września 2018

Miała rację Krystyna Janda mówiąc przed premierą, że tekst tego spektaklu będzie „dla części widowni nie do przyjęcia lub obraźliwy”. Pierwszy raz bowiem widziałem w Polonii – a jestem wiernym widzem tej sceny – widzów wychodzących podczas spektaklu. Nie były to może wyjścia spektakularne, takie z hukiem i słowami „skandal i hańba” na ustach, ale jednak dające do myślenia.

Zapewniam, że zupełnie nie jestem pruderyjny i że nie płonąłem ze wstydu przy co bardziej odważnych czy wulgarnych kwestiach. Nie mam tylko pewności, czy one na pewno do tego spektaklu pasowały. To znaczy – mam pewność, otóż - nie pasowały. Bo do któregoś momentu zapowiadało się to na zupełnie pogodną rzecz o radości życia, a więc - i radości, jaką daje seks. Ale np. scena z opisem gwałtów czy kwestia zagrana przez Antka Pawlickiego o epizodzie męsko-męskim – oprócz tego, że usłyszałem na widowni kilka dość cierpkich słów recenzujących owo świetnie wykonane zresztą zadanie aktorskie - po prostu miała się to do tej narracji jak nieledwie kwiatek do kożucha. I NAWET mnie trochę zażenowała. 

Poza tym spektakl jest ździebko za długi, godzina wystarczyłaby, bo owe zwierzenia z tytułowego pierwszego razu w którymś momencie się już powtarzały i trochę pod koniec męczyły. Aktorzy i tancerze robią co mogą, ale nie ratują tego po prostu niedobrego tekstu.