SEZON 2018/2019

 

Teatr Collegium Nobilium

GWOŹDZIE

Eric Bogosian, adapt. C. Kosiński

reż. Cezary Kosiński

premiera 5 stycznia 2018

Monodram Bogosiana jeszcze z XX wieku, ciekawe, że mniej więcej z czasów, kiedy aktorzy przyszli na świat, nie miało to zabrzmieć protekcjonalnie, przeciwnie, fakt ów obrazuje, jak świat się szybko zmienia, i - jak my łatwo zmieniamy uzależnienia, wtedy – od telewizji, dziś – od sieci. I wtedy i dziś i w przyszłości nie będziemy dawać sobie rady z natłokiem obrazów, informacji, wrażeń, emocji nam dostarczanych – i właściwie o tym jest ten tekst. Tekst dodajmy niełatwy, ale dające aktorowi niesłychane pole do popisu, warto tu przypomnieć legendarne już wykonanie Gwoździ przez Bronisława Wrocławskiego w łódzkim Jaraczu w reżyserii Jacka Orłowskiego.

Cezary – co konieczne przy spektaklach dyplomowych – rozpisał ten tekst na siedmioro aktorów, część z nich ma do zagrania stand-upy, i tu moje spostrzeżenie, że Zuzka (szukająca rymu) i Wewnętrzne Dziecko brawurowo zagrały (czy też zaimprowizowały, nie poznałem) sceny mówiące nie o TAMTYCH, a o naszych czasach, o tym, co tu i teraz, i to wydało mi się to ździebko nieadekwatne i – cóż - nieco raziło. Ale młodsi widzowie byli do łez rozbawieni, najwyraźniej po prostu nie wyłapuję (już) wszystkich asocjacji – albo mnie one nie śmieszą. Albo – co jeszcze gorsze – wcale nie uznałem ich a cyniczne, a właśnie takie miały być.

Może skróciłbym spektakl o małe pół godzinki, może dałbym więcej do zagrania Aleksandrowi Kaźmierczakowi, szczególnie na początku, może uniknąłbym prób nawiązania dialogu z widownią (skurczyłem się możliwie najbardziej, by być niewidoczny), jednak – mimo tych drobiazgów - Gwoździe są spektaklem udanym, widać włożone weń serce, ogromną pracę i talent. A Marcina Franca w roli Artysty zobaczyć po prostu trzeba.

 

Teatr Powszechny w Warszawie

BACHANTKI

Eurypides, dram. Ł. Chotkowski

reż. Maja Kleczewska

premiera 7 grudnia 2018

Trochę jestem już zmęczony modnym obecnie nurtem feministycznym w teatrze, tymi spektaklami ziejącymi nienawiścią do mężczyzn, obsesjami na punkcie męskości i jej atrybutów, a już najbardziej - odniesieniami do współczesnej polskiej polityki, z sensem i bez sensu, tym teatrem, który celowo dzieli. Tutaj dosłownie. Widzki siadają po jednej stronie sceny, widzowie – po drugiej. Na końcu spektaklu inspicjent wyprasza panów, z którymi jeden z aktorów próbuje nieporadnie prowadzić warsztaty dot. aborcji. (Właśnie nie pamiętam, czy Rysia Czubakowa na widowni została, czy też wyszła, a to akurat istotne).

Do tego żywe węże, ochroniarze i – o dziwo – przez cały spektakl ubrany Michał Czachor i Karolina Adamczyk w spodniach z dziurą w miejscach intymnych, ale za to z karabinem. Upokarzające to było i dla aktorki i dla widowni.

 

Teatr WARSawy

BEGINNING

David Eldridge

reż. Adam Sajnuk

premiera 17 grudnia 2018

Spotkanie mężczyzny po przejściach z kobietą z przeszłością, 40+. On – rozwiedziony, bez kontaktu z córką, którą bardzo kocha, mieszka z matką. Ona – ma piękne mieszkanie, wspaniałe CV, konto godne pozazdroszczenia. Oboje i sami i samotni. Co mogą sobie wzajemnie zaoferować? Niby coś jakby iskrzy, no może jakieś bzykanko, hm? C’mon, oboje są dorośli, to już się odbywa bez tych wszystkich wstępów (no, może poza kieliszkiem drogiego wina przed). A jak nie, to chociaż przytulenie, jakiś taki ersatz czegoś, co mogłoby między nimi być, ale nie będzie. Kurczę, ale i to średnio wychodzi, prowadzi do upokorzenia, którego żadne z nich już nawet tak nie nazywa, mając ich na koncie dziesiątki i jakby wkalkulowując je w codzienne funkcjonowanie. I… czy tak naprawdę on jej pożąda? I czy ona chce go tylko dla bliskości? A może jest w tym jakaś kalkulacja? Jaka?

Maria Seweryn i Tomasz Borkowski wspaniali, to jest popis ich i talentu i warsztatu, nie wyobrażam sobie innej niż Maria aktorki, która mogłaby zagrać tę bardzo trudną rolę, i mam też nadzieję, że pan Tomasz (który miał równie trudne, jeśli nie trudniejsze zadanie) częściej będzie się pojawiał w teatrze.

Do tego ręka Adama – no cóż – rozpoznawalna, prowadząca aktorów przez ten gąszcz konsekwentnie, ale i z czułością, gratulacje.

Dla dobra Waszego stadła – lepiej nie zabierajcie ukochanej/ukochanego na ten spektakl w Walentynki, naprawdę. To jedno z najsmutniejszych przedstawień jakie widziałem, do tego jeśli jesteście w wieku bohaterów, to wszystkie przywali was dwukrotnie mocniej.

Po prostu idźcie sami. Nomen omen.
 

TR Warszawa

CZĄSTKI KOBIETY

Kata Weber

reż. Kornel Mudrunczo

premiera 13 grudnia 2018

Cząstki kobiety to dojmująca, ale momentami także bardzo zabawna opowieść o tym, że wszystko, co robimy i wszystko, co mówimy, ma swoje konsekwencje. Dlatego to WCALE nie jest spektakl o kobietach i „ich walce o prawo do decydowania o własnym życiu” – jak czytamy w Internetach, na szczęście Mudrunczo jest zbyt wielkim reżyserem, żeby robić spektakle feministyczne. Relacje bohaterek bowiem są WŁAŚNIE konsekwencją - słów jakie wypowiadamy, braku tychże słów, są rezultatem dziesiątek decyzji, jakie podejmujemy codziennie w sprawach banalnych ale i - w sprawach najważniejszych. Właśnie taką decyzję podejmuje Maja (wspaniała Justyna Wasilewska), moim zdaniem głupią, lekkomyślną, ale jej konsekwencje poniesie ona i tylko ona, nie zostanie zrozumiana ani przez matkę ani siostrę, o mężczyznach nie wspomnę. I będzie Maja swojej decyzji bronić. Ile będzie ją ta obrona kosztować?

Jest grubo, naprawdę. Ten spektakl to jakby połączenie codziennej polskiej awantury domowej z grecką tragedią, jest tu czułość i nienawiść, jest polactwo i jest uzależniony Norweg (rewelacyjny Dobromir Dymecki), jest matka Polka (Magdalena Kuta, wymiata - excuse le mot) i jest jakaś pani, która pomoże przy sprawach prawniczych.

Jest dopowiedziane i jednocześnie jest tajemnica, jest sacrum śmierci, jest próba pogodzenia się z odejściem, i jest wreszcie próba życia, jakiegoś względnie normalnego. Mimo wszystko - normalnego.

Podczas pierwszego aktu, pierwszej części właściwie, chciałem wyjść, nie byłem w stanie TEGO znieść. Ale zostałem. I dobrze, bo Cząstki kobiety to najlepszy spektakl, jaki można teraz zobaczyć na stołecznych scenach.

 

Teatr Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie

MÓJ NIEPOKÓJ MA PRZY SOBIE BROŃ

Mateusz Pakuła, dram. W. Loga-Skarczewski

reż. Wiktor Loga-Skarczewski

premiera 10 grudnia 2018

Świat się często dobrze składa, naprawdę. Akurat byłem w Krakowie, akurat zabrakło biletów na jeden z „boskich” spektakli, i - akurat Wiktor miał premierę spektaklu ze swoimi studentami. Świat się często dobrze składa…

Utopia? Przestroga? Czy tylko wizualizacja sumy wszystkich naszych lęków? A może ten świat już trochę taki jest, tylko nie dopuszczamy tej myśli do siebie, broniąc się nogami, rękami, wrażliwością, strachem i niepokojem, który nosi przy sobie broń, hm? Przecież już zmieniane są znaczenia najważniejszych słów, tych definiujących nasze życie. Przecież już nie umiemy ze sobą rozmawiać i patrzyć prosto w oczy, za to - mamy słowotok na messendżerze, i bez przerwy wrzucamy jakieś selfies do Internetu, przecież wodzirej telewizyjnego show jest właściwie tylko minimalnie przerysowany, przecież jeśli jesteś w jakikolwiek sposób inny, no to przecież – pedał, a przecież… itp. itd.

W spektaklu dopracowana jest każda sekunda, widać fantastyczną robotę choreografa i scenografa, widać krew, pot, łzy i talent aktorów, którzy opowiedzieli tę historię o dziwnej peregrynacji Guliwera bez cienia fałszu, zadając i mądre i trudne pytania o ten śmietnik, w którym przyszło nam żyć.

Bardzo dobre przedstawienie.


 

Hotel Malabar Hotel

POŻEGNANIE JESIENI

Stanisław Ignacy Witkiewicz

dram. M. Bartnikowski

reż. Maria Żynel

premiera 7 grudnia 2018

Teatr Malabar Hotel zaprosił do współpracy Marię Robaszkiewicz, na co dzień aktorkę Teatru Powszechnego w Warszawie, i wspólnie stworzyli uroczy, bardzo „malabarowy” spektakl o życiu nad wulkanem, chwilę przed jego erupcją, naturalnie mówiąc w pewnym uproszczeniu. Mamy oto uchwycony moment diametralnej zmiany świata, autor – przypomnę – napisał także Narkotyki, więc z pewnością wizja owa jest czymś tam wspomagana, na szczęście jednak Marcin Bartnikowski zaprowadził w tekście wuja Stasia pewien ład, wybrał co smaczliwsze kąski, a cała trójka w tym witkiewiczowskim świecie wspaniale się odnalazła, nawet jeśli materia stawiała pewien opór, mam na myśli tę taką substancję, która na koniec obkleiła Marcina Bikowskiego oraz - kontrowersyjną akustykę w Sali im. Kreczmara w AT. Z drugiej strony, to coś czerwone, fenomenalnie współpracowało z odlewem twarzy, pokazując niesfornie jęzor. (Oczywiście, że są elementy teatru lalkowego na scenie, przecież to Malabar, w ogóle scenografia świetna – również Marcina Bikowskiego).

Czy przed końcem świata można uciec w seks? Stworzyć sobie z niego jakiś schron? Azyl? Chwytać się tego seksu, żeby więcej, bo jutro niepewne? I w ogóle – skoro jutro ma być koniec świata, to co dziś jest ważne, a co nie? I czy w ogóle będziemy umieli o tym mówić?

Nie spodziewajcie się jednak moralitetu - chociaż, jak ktoś chce, niech się tym drobiazgiem moralizuje, czemu nie - aktorzy bowiem mają troszkę bekę z Witkacego, ale żarty to i czułe i zupełnie przyzwoite (w znaczeniu – przeciwieństwa do nieprzyzwoitych oczywiście).

Słodki, fajnie wymyślony i zrobiony spektakl - oczywiście - o naszej jesieni, która właśnie się za tydzień kończy.



 

Teatr Narodowy

BURZA WILLIAMA SZEKSPIRA

William Szekspir i in.

reż. Paweł Miśkiewicz

premiera 1 grudnia 2018

Paweł Miśkiewicz w wywiadzie na stronie TN:

Z jakimi Pan mierzy się ograniczeniami, pracując nad Burzą?
Ograniczenie zawsze jest jedno – moja wyobraźnia, która konstruuje obrazy. Dla mnie są one czytelne i jasne. Chciałbym, aby zafunkcjonowały równie trójwymiarowo w głowie widza. Tak, próbuję myśleć o widzu idealnym, który byłby jakoś podobny do mnie. I to jest pewne niebezpieczeństwo i ograniczenie, bo w pewnym sensie robię też spektakl o sobie (…)”

We mnie niestety owe obrazy skonstruowane przez reżysera nie zafunkcjonowały prawie wcale. Przyglądałem się co prawda z zachwytem scenografii Barbary Hanickiej i świetnym aktorom na scenie, ale o czym do mnie mówili, niestety nie wiem.

Naprawdę się starałem, przyszedłem przygotowany bo nawet przejrzałem sobie przed przyjściem do teatru tekst (w tłumaczeniu Słomczyńskiego zresztą), ale to nie pomogło.

No trudno.

 

Stary Teatr w Krakowie

ROK Z ŻYCIA CODZIENNEGO W EUROPIE ŚRODKOWO-WSCHODNIEJ

Paweł Demirski

reż. Monika Strzępka

premiera 30 listopada 2018

Ludzie się dzielą – zaczyna Anna Dymna – oczywiście – na mądrych i na głupich, ale też na przykład na tych, co solą od razu, i na tych, co dopiero spróbowawszy, na chowających masło do lodówki i – na trzymających je na blacie. Właśnie o tym jest ten niewesoły w sumie spektakl. Choć zauważmy – momentów cudownie zabawnych nie brakuje, publiczność łzy ze śmiechu wypłakuje (polska, bo jury zza granicy np. nie zrozumiało niektórych asocjacji, nie dziwne, i w którymś bardzo zabawnym momencie siedziało z kamienną twarzą, co – znów było zabawne, w każdym razie dla obserwujących), niektóre kwestie są rozpisane niczym stand-upy, z którymi aktorzy Starego radzą sobie tak, że ócz i uszu (ósz?) nie można od nich oderwać, ja nie mogłem oderwać wzroku od Doroty Pomykały, ale fantastyczni również wspomniana Anna Dymna, Anna Radwan, Dorota Segda, świetny Szymon Czacki, wszyscy.

Dostaje się: polskiej klasie średniej, roszczącej sobie, dostaje się polskiej edukacji, kulturze, tej w znaczeniu mówienia dzień dobry i w znaczeniu pomników wieszczów, dostaje się i to dość bezkompromisowo i z nazwiska urzędnikom z ministerstwa na Miodowej, z pewnością jednak owa bohaterka ma wiele dystansu do siebie, a i sama, jak się zjawi w Starym, w co wątpię, uśmieje się serdecznie.

Dostaje się również polskiej szkole, polskim księżom i nauczycielom, mężczyznom polskim i ich polskim matkom, także – jakże by inaczej - polskiemu teatrowi współczesnemu. Obejrzawszy RZŻCWEŚ-W w którymś z kolejnych spektakli zobaczyłem nagiego aktora, pomyślałem – no, powiedz teraz „kurwa mać”. I istotnie zaklął. Sic!

No więc mimo beczki śmiechu, mimo jednak czułości, z jaką Paweł Demirski nam się przygląda – nieco to gorzkie przedstawienie i może ździebko przydługawe, ale - wyczekiwane, niosące nadzieję, i - przede wszystkim – koncertowo zagrane.




 

Och-Teatr

OSY

Iwan Wyrypajew

reż. Iwan Wyrypajew

premiera 29 listopada 2018

Czy Sara spędziła poniedziałek z Marcusem, czy też Marcus spędził ten dzień z Donaldem? Sara twierdzi, że z nią, Donald zapewnia, że z nim, co potwierdza jego żona i sąsiadka. Zresztą, sąsiadki nie ma. Kto kłamie? I dlaczego? I co na to Robert?

Właśnie o tym NIE jest to przedstawienie. Jest natomiast o wszystkim innym, najbardziej o tym, że jesteśmy mało znaczącymi pyłkami na wietrze, trzciną myślącą wśród traw, podczas gdy świat i wszechświat i tak pójdą swoją drogą, bez względu na nasze słowa, pragnienia, myśli i przekonania. Bóg zrobi, co będzie chciał, nawet, a może – zwłaszcza – jeśli weń nie wierzymy. Początek jest groteskowy, aktorzy (świetni, cała trójka) przesadzają granie, zwracają się do siebie z emfazą, jakby biorąc udział w podrzędnej farsie. Potem tylko łapiemy się, że owa farsowa i tak mocno niepoważna dyskusja o diecie i wierze, o aborcji i zdradzie jest celowo miałka, bo nie daj Boże, gdyby zacząć o tym wszystkim myśleć i mówić na poważnie, to…

Widzowie po premierze wychodzi w czterech stanach emocjonalnych: walnięci jak obuchem, rozentuzjazmowani, zdezorientowani oraz obojętni. Piszący te słowa w grupie nr 3.

 

Teatr Narodowy

KILKA DZIEWCZYN

Neil Labute

reż. Bożena Suchocka

premiera 24 listopada 2018

Mamy oto spotkanie Mężczyzny z czterema kobietami, z którymi kiedyś był związany. Po co się z nimi po latach spotyka? Co chce sprawdzić? Do czego wrócić? I wreszcie – dlaczego one się zdecydowały z nim ponownie zobaczyć? Facet grany przez Grzegorza Małeckiego to drań, i do tego – z punktu widzenia dziewczyn – drań zimny. Gdy tymczasem on funkcjonuje w związkach jak każdy normalny mężczyzna – trochę ściemni, niechcący złamie serce, a jak się przestraszy - to ucieknie i zostawi. A co najważniejsze – nigdy nie wie, czy to TA jedyna, więc próbuje, i ma w związku z tym – powiedzmy, że problemy z dochowaniem wierności.

Nie, nie jest to jeden z tych modnych w ostatnim czasie spektakli androfobicznych, choć słyszałem widzki, jednoznacznie negatywnie i w niewybrednych słowach oceniające postępki naszego bohatera. Ale nie. Labute bowiem napisał tekst o tym, że każdy z nas ma święte i niepodważalne prawo popełnienia w swoim życiu błędów czy też - zrobienia z siebie idioty.I że niestety, niekiedy tych błędów czasem po prostu nie da się naprawić, próba popełnionych przez nas niegodziwości - zapomnianych, zasklepionych, przepracowanych - może być po prostu okrucieństwem. I najgłośniej o tym mówi naszemu bohaterowi Sam (świetna i zdecydowanie za rzadko grająca Anna Grycewicz). Tak, to wybitnie męski punkt widzenia na Kilka dziewczyn, ale dlaczego miałbym ten spektakl oglądać z jakiejkolwiek innej perspektywy?

Przedstawienie jest koncertowo zagrane – i nawet jeśli dla „doświadczonych życiem” i zblazowanych może się wydać nieco naiwne – warto je zobaczyć dla całej piątki na scenie, oraz - dla fajnego, nieoczywistego i bardzo dobrze napisanego tekstu.
 

Teatr Młyn

NIEDZIELNE POPOŁUDNIE

Natalia Fijewska-Zdanowska

reż. Natalia Fijewska-Zdanowska

premiera 24 listopada 2018

Ten spektakl może być wyjątkowo skutecznym środkiem antykoncepcyjnym. Jest także przestrogą przed małżeństwem, czy nawet szerzej – przed wchodzeniem w związki, nie tylko dlatego, że żyjąc ze swoim partnerem/partnerką, żyć musimy RÓWNIEŻ z ich matkami. Mamy oto parę – ona tuż przed rozwiązaniem, on – przed laptopem. Jest jeszcze wspomniana choć nieobecna ciałem mamusia, a nawet dwie, trafia do jednej z nich wynik ostatniego USG, z którym coś jest nie w porządku. A potem – nieledwie jak u Hitchcocka.

Gdybym był na miejscu chłopaka (bardzo dobry Michał Sitarski) – przedstawienie trwałoby może 10 min, do TEGO momentu. I niestety, nie będę ukrywał, nie zrozumiałem jego późniejszych motywacji. Ona (równie bardzo dobra Paulina Holtz) jest trochę karykaturalnie narysowaną psycholożką i psychoterapeutką, chyba nie do końca umiejącą zastosować teorię ze swojej dziedziny do codziennej, własnej zresztą – praktyki. Spektakl wciąga, tekst jest dobrze napisany, między aktorami jest chemia, ale co Autorka chciała przez to powiedzieć, i jaki jest morał płynący z tej historii - nad tym się zastanawiam wciąż i jeszcze.

PS. Pytanie do pp. Prawników. Jak mogę obrazić osoby, którym dzwoni telefon podczas spektaklu, tak, żeby uniknąć ew. kary za zniesławienie? Bo cisną mi się na usta wyjątkowo odrażające słowa, chyba raczej karalne.

Ręce opadają.
 

Teatr Współczesny w Warszawie

NIM ODLECI

Florian Zeller

reż. Maciej Englert

premiera 17 listopada 2018

Mamy oto dom i małżeństwo (fantastyczni Marta Lipińska i Krzysztof Kowalewski) mające dwie dorosłe córki (Monika Krzywkowska i Barbara Wypych). Zjawiają się one w tymże domu rodzinnym, żeby… No właśnie, po co? I do kogo tak naprawdę przyjeżdżają? I czy w ogóle potrzebnie? A jaką rolę w tej opowieści odegra „stara znajoma”? I kim ona jest? Tak, po spektaklu ma się mętlik w głowie, zostaje się z rozmaitymi pytaniami o to np. co było w tej historii powiedziane a co jedynie pomyślane, co się wydarzyło naprawdę, a co – jest wymyślone, co jest ważne, a co ważne się tylko ważnym wydaje.

To najlepsza inscenizacja tekstu Zellera, jaką dotychczas widziałem, dlatego, że miałem na scenie dwoje aktorów w towarzystwie których (w radiu) się wychowywałem i dlatego, że Maciej Englert uszanował inteligencję widza i szczęśliwie w tekst nie zaingerował, a w każdym razie – nie w widoczny sposób i tej zellerowej zabawy z widzem nie zepsuł, a można było przecież – jak to się wydarzyło w jednym z teatrów – np. na projekcji pokazać dopisane postscriptum ‘kto z kim i dlaczego”, żeby widz broń Boże nie wyszedł z teatru targany wątpliwościami.


Mój Social Media Manager poczynił uwagę, że to spektakl dla starszego widza, bo o starości, trochę jak Ojciec. Przeciwnie, jest o wszystkim, ale właśnie nie o starości. Ale… może faktycznie trzeba mieć siwo na głowie, żeby to i zauważyć i zrozumieć. A może się mylę. No może.

 

Teatr Zagłębia

MESJASZE

Jan Czapliński, Marcin Kącki na podst. G. Spiró

reż. Aneta Groszyńska

premiera 16 listopada 2018

Nie będę ukrywał – teatr polityczny to zupełnie nie moja filiżanka herbaty, nie szukam również w teatrze publicystyki, bez względu na to, czy będzie nią porywająca dyskusja czy też - ośmieszenie „Klątwy”, więc Mesjasze – poza kilkoma momentami, kiedy się uśmiechnąłem – niespecjalnie mnienie obeszli. Całkiem zabawny był monolog o podręczniku do religii i związany z nim wywód o dobrych i złych domach, fajnie i z sensem również aktorom wyszła improwizacja, choć tu mam spostrzeżenie, że podkreślanie, że grają w kiepskim (mówiąc delikatnie) spektaklu jest zagrywką mało skuteczną, bo widz gotów pomyśleć, że przedstawienie jest istotnie – mówiąc oględnie – kiepskie. Morał natomiast, że od romantyzmu nie uciekniemy, był mi już znany w czasach liceum, gdyż moja polonistka kochała się w myśli prof. Janion, która zresztą w Mesjaszach, nieco bezradna, się pojawia (prof. Janion, nie zaś moja polonistka naturalnie).

Znów nie zrozumiałem, po co aktorzy bawią się na scenie kamerą, nie cierpię bowiem w teatrze właśnie projekcji oraz nienumerowanych miejsc.

W pustawej IMCE miejsca były numerowane.

 

Teatr Powszechny w Łodzi

TANIEC ALBATROSA

Gerald Sibleyras

reż. Marcin Sławiński

premiera 10 listopada 2018

Łódzki Powszechny sięgnął po bardzo popularny tekst francuskiego dramaturga, znany także polskim widzom m.in. z Teatru Współczesnego w Warszawie. Może nie do końca to komedia, raczej „spektakl obyczajowy”, rzecz mówiąc najkrócej o pewnym dojrzałym mężczyźnie Filipie, z zawodu ornitologu, i perypetiach jego kryzysu wieku średniego. Owe perypetie mają na imię Judyta (Karolina Krawczyńska), i są 23-letnią autorką książek dla niemowląt. Czy ich związek ma jakiekolwiek szanse?

A w ogóle - co zdarza nam się robić, żeby udowodnić sobie i światu, że „zawsze można zacząć od nowa”? I czy aby na pewno nasze działania nie ocierają się o desperację?

Naszemu bohaterowi Filipowi (Mirosław Jękot) towarzyszą na scenie – oprócz wspomnianej młodej damy, także siostra, również będąca na rozdrożu życiowym (Barbara Lauks), oraz przyjaciel – Ludwik, będący w „platonicznym związku”.

I choćby dla niego warto spektakl zobaczyć, nawet jeśli w takim repertuarze nie gustujecie, bo Adama Marjańskiego żyjącego w świecie mądrości z kolorowych czasopism można słuchać bez końca, zanosząc się od serdecznego śmiechu.

Zwiewne i jednak pogodne, na zimową szarówkę – jak znalazł.

 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

MIŁOŚĆ OD OSTATNIEGO WEJRZENIA

Verdana Rudan

reż. Iwona Kempa

premiera 9 listopada 2018

Ździebko mniej jestem rozentuzjazmowany niż premierowa publiczność, na bankiecie wyłącznie ochy i achy było słychać, nie dlatego, że spektakl niedobry – przeciwnie, będzie z pewnością hit, ale dlatego - że zupełnie nie jestem odbiorcą docelowym tego przedstawienia.

Rzecz dotyka tej cienkiej linii, przekroczywszy którą już nie odpowiadamy za siebie, be względu na to, czy jesteśmy mężczyzną czy kobietą. Choć w tekście Rudan mamy rozpisaną na cztery głosy opowieść właśnie o kobiecie, której życie (i pożycie) jest stanie wojny w sensie dosłownym. Opowieść to okrutna, nieprawdopodobnie wulgarna, zaryzykuję - jednak również mizoandryczna, wręcz momentami ziejąca nienawiścią do mężczyzn, sprowadzająca ich do rozmiaru członka, i może te momenty, wraz z np. poszukiwaniem punktu G, mimo, że całkiem zabawne, sprowadzają tę opowieść do poziomu psychodramy, momentami – owszem – poruszającej, ale i gdzieniegdzie mało wyrafinowanej.

A nie jestem odbiorcą tego spektaklu, bo nie umiem postawić się na miejscu bohaterki, w dziesiątej minucie spektaklu odszedłbym od męża oprawcy,

zignorował zahukaną mamusię (fantastyczna Małgorzata Niemirska), ojca dotkliwie obraził i dał w ryj durszlakiem, znalazł sobie innego faceta, albo żył sam. No, ale nie jestem kobietą, a poza tym – jak mi mówiono - „to wszystko nie jest takie proste”.

Obserwując wieloletnie zmagania rozwodowe jednego z przyjaciół, jestem w stanie w to uwierzyć.

 

Teatr Jaracza w Łodzi

OPERETKA

Witold Gombrowicz

reż. Waldemar Zawodziński

premiera 9 listopada 2018

Było z rozmachem. Prawie czterdzieścioro aktorów i muzyków na scenie, dziesiątki kostiumów, fantastyczne przygotowanie wokalne, znakomita, wręcz przebojowa, wpadająca w ucho muzyka, i świetna praca choreografa, bez wahania mogę napisać – że choćby dlatego Operetka będzie hitem u Jaracza.

Czy łódzkie wystawienie jest wielkie, dobre czy zaledwie przeciętne, gdzie reżyser stanął w poprzek Gombrowicza, gdzie zaś nad nim okrakiem, pozostawiam do oceny teatrologom. Widziałem kilka inscenizacji tego dramatu, z tej wyszedłem z poczuciem dobrze spędzonego czasu, choć – znów obejrzawszy, i znając tekst – pewności wciąż nie mam, czy w końcu zrozumiałem, co Gombrowicz TAK NAPRAWDĘ chciał powiedzieć. Czy to o zmieniającym się świecie, w którym jednocześnie wszystko pozostaje takie samo? Czy o tym, że zamordyzmy rządzą światem, wymieniając się tylko ze sobą? Że na końcu zostaje nagość? No, to na pewno.

Spektakl jest fantastycznie zagrany, Dorota Kiełkowicz i Andrzej Wichrowski w roli Himalajów świetni, Iwona Dróżdż-Rybińska cudownie spragniona nagości jako Albertynka, jakby żywcem wyjęta z Gombrowicza ze swoją kompleksją, także gratulacje za znakomitego hr. Szarma dla Karola Puciatego. Uwagę zwraca dopieszczony drugi plan, w ogóle - widać ogromny wysiłek całego zespołu.

Coś bym z tym Gombrowiczem „porobił” w związku z coraz większą liczbą turystów w Łodzi, bo i Lonely Planet rekomenduje i ostatnio CNN, może jakieś napisy, może coś? Jest się czym pochwalić, a turysta widząc, że zrozumie - co aktorzy do niego mówią (może mniej – co Gombrowicz) przyjdzie. A i jakiś program po angielsku by się przydał, tak się trochę rozmarzam, ale może, a nuż, a dlaczego nie?

Pomysł podsuwam bezkosztowo, z przyjaźni.

 

Teatr Collegium Nobilium

KAŻDY KIEDYS MUSI UMRZEĆ PORCELANKO, CZYLI RZECZ O WOJNIE TROJAŃSKIEJ

na podst. Williama Szekspira

reż. Agata Duda-Gracz

premiera 27 października 2018

Każdy kiedyś musi umrzeć Porcelanko – mówi Achilles do swojego kochanka Patroklesa, zapytany o śmierć Hektora, wydawałoby się, że jednak niepotrzebną. Ale… właśnie tak chciał Szekspir.

Oczywiście, że o wojnie i o spustoszeniach, jakie wojna sieje w duszach, ciałach, przedmiotach i sytuacjach. Ale też, a może i przede wszystkim – o wielkich miłościach, do żon, i do ich namiastek, kłótliwych, dąsających się, oraz – o zgrozo – mających żylaki odbytu. Sic! O Troilusie zawiedzionym (czy zrozpaczonym?) widzącym swoją (swoją?) Kresydę w ramionach wroga, o Parysie znudzonym głupiutką, acz piękną, odbitą przeciwnikowi Heleną i o konsekwencjach tego znudzenia. O Grekach, Trojanach, o nas (turystach? sędziach? czy widzach tylko?) narzekających na twarde siedzenia w teatrze… Agata Duda-Gracz znów zrealizowała spektakl olśniewający, totalny, właśnie po TO chodzę do teatru i TYM CZYMŚ tęskniłem od kiedy zobaczyłem (dwukrotnie) Będzie pani zadowolona. Aktorzy grają świetnie, wszyscy. Widać entuzjazm, talent, wylane na próbach krew, pot i łzy. Łzy dosłownie, krew też.

Uprzedzam, że może gdzieś na płaszczyk czy marynarkę trysnąć, wszak Hektora Grecy rozszarpują dość dosłownie. Na szczęście są panie z obsługi widowni, czule się Twą zbrukaną garderobą zajmą, widzu.

 

Teatr Polonia

KRZESŁA

reż. Piotr Cieplak

premiera 25 października 2018

Krzesła nie gościły na warszawskich scenach od ćwierć wieku. Dlaczego reżyserzy przez tyle czasu nie sięgali po świetny i wdzięczny przecież dramat? Czy Ionesco może się „zestarzeć”? Jak ta dojmująca opowieść o samotności wybrzmi dziś? Czy poruszy mnie jak w 87 chyba, kiedy widziałem je jeszcze hen, u Węgierki? Z pytaniami właśnie tego kalibru wyglądałem premiery niczym dżdżu kania.

Od Ewy Szykulskiej nie mogłem oderwać wzroku, Leon Charewicz także zagrał dobrze. Jednak odniosłem niepokojące wrażenie, że aktorzy jakby do siebie na tej scenie nie pasowali, jakby było między nimi coś sztucznego, jakaś bariera, coś nieprzekraczalnego, jakby całość została wzięta w prawie niezauważalny, ale jednak – cudzysłów. Wyszedłem więc z teatru z mieszanymi uczuciami. Także dlatego, że opowieść ta niezbyt mnie obeszła, ba, zirytowała nawet ździebko, zamiast zbudzić współczucie. Może jestem wciąż za młody, żeby zrozumieć, żeby się wczuć? Albo nieczuły? No może.

Były jednak na widowni i poruszenie i łzy, więc na widzów mających w sobie choć ździebko empatii, Ionesco wciąż działa.

 

Teatr Polski w Warszawie

ŻOŁNIERZ KRÓLOWEJ MADAGASKARU

Julian Tuwim

reż. Krzysztof Jasiński

premiera 25 października 2018 

Niniejszym bardzo przepraszam panie sprzątające widownię po premierze, te włosy na posadzce pośrodku XIII rzędu to moje były. 

Oglądałem Żołnierza z rosnącym niedowierzaniem i zdumieniem. Czy to żart, czy może jednak prowokacja? – myślałem? I nagle – mam, eureka! Tak, to musi być przestroga! Taki właśnie repertuar dawałyby miejskie teatry w razie wygranej innej opcji.  I ta absurdalna skądinąd myśl do dziś nie opuszcza mnie od owej fetowanej premiery. 

Zbigniew Zamachowski, naturalnie, zagrał świetnie, bo jest wspaniałym aktorem, ale posiadłem tę wiedzę już dużo wcześniej, panie z nogami do nieba ładnie tańczyły kankana, (prawie) wszyscy się dobrze bawili, recenzenci są w większości zachwyceni, a ja – z włosami wyrwanymi z rozpaczy – pytam się  – po co w ogóle ten pusty, anachroniczny i obłudny spektakl powstał?  Nie tu, nie to i nie teraz.

I na marginesie… Premiera rozpoczęła się z 17-minutowym opóźnieniem. Andrzej Łapicki pisał, i nie ma powodu, by mu nie wierzyć, że przed wojną, jak spektakl się opóźniał 5 minut, dzwoniono po policję. Mimo, że czasy się zmieniły, uważam, że był to afront wobec widzów, którzy się zjawili punktualnie. To, że popołudniami są korki w Warszawie i że nie ma gdzie koło Polskiego zaparkować, nie jest wiedzą niedostępną nawet bywalcom premierowych fet. 

 

Teatr Powszechny w Radomiu

JA, FEUERBACH

Tankred Dorst

reż. Zbigniew Rybka

premiera 25 października 2018

Do legendy i historii polskiego teatru wszedł Feuerbach Łomnickiego z Dramatycznego z 1988 roku, i jego rola stała się takim wzorcem metra z Sevres, każde kolejne wystawienie jest właśnie z ową prapremierową porównywane, zwykle na niekorzyść, więc – już sam fakt sięgnięcia po tekst Dorsta, odwaga podniesienia tej ciężkiej rękawicy, godna jest docenienia. Radomskiego Feuerbacha obejrzałem bez „narzutu” Łomnickiego, znam tę faktycznie wielką kreację tylko z rejestracji TV, a to trochę co innego.

Pierwszy raz widziałem Jarosława Rabendę na scenie, zagrał piekielnie trudną rolę bez piereżywania, bez przerysowania, znakomicie technicznie, ze świadomością każdego ruchu, gestu, słowa, tonu, kroku, wciągnął publiczność w swój świat jakby niepostrzeżenie, trochę może nawet od niechcenia, a przecież nie można się było już po chwili od jego historii oderwać.

Chyba dziś ten tekst paradoksalnie nie jest najbardziej o Feuerbachu, ale - o asystencie reżysera.




O tych wszystkich niedouczonych, przypadkowych ludziach, o ignorantach i arogantach, którzy – różnymi zbiegami okoliczności – znajdują się i w teatrze, i wszędzie indziej, ze swoją marnością, niekompetencją i brakiem talentu umoszczają w naszych światach, poświęcając cały swój czas i energię na mylenie odwagi z hucpą, i sztuki z kiczem, a jedyne na co się zdobywają to tanie naśladownictwo.

Ale przecież „dawniej” też byli barbarzyńcy, bo - byli zawsze. Co więc się zmieniło?

 

Nowy Teatr

THRILLER

Anna Smolar, Sonia Roszczuk, Paweł Sakowicz

reż. Anna Smolar

premiera 24 października 2018

Istotnie – “radykalne”, choć zauważmy, że autorzy mają trochę bekę z tego ulubionego przez krytyków sformułowania. Rzecz o jednym dniu pracy Soni i Pawła, którzy przygotowują spektakl. Ich ciała, aktorki i choreografia, są w tym przedsięwzięciu narzędziem, no i oczywiście najlepiej, żeby były zawsze sprawne. No, a jeśli nasze ciało nie działa tak, jak chcemy, to kto jest temu winien? Ergo - czy to my mamy ciało, czy też raczej ciało ma nas? Czy umiemy rozpoznawać i nazywać sygnały, które do nas wypuszcza? Czy dbanie o nasze ciało to tylko codzienna porcja owsianki? I wreszcie - dlaczego z ciałem jest związanych tyle tabu? 

Były momenty, że robiłem się czerwony i ździebko skonsternowany (choć jestem wielokrotnie 13+), ale i młodzież na widowni przestawała chichotać. Bo - choć przecie było zabawnie, bo m.in. o puszczaniu bąków, to jednak widz uświadomiwszy sobie, że robi to każdy, postawił się w miejscu Soni i zadał sobie pytanie, co by zrobił na jej miejscu, hm? No właśnie, co? 

O monologu Pawła przyłapanego przez mamę już nie wspomnę… Tak, nasze ciała miewają swoje osobne życia, często niezależne od naszej woli. Jak się zatem znaleźć w tym kowadle między naturą a kulturą?

I czy to w ogóle możliwe?

 

Teatr Studio

ŁAKNĄĆ

Sarah Kane

reż. Radosław B. Maciąg

premiera 18 października 2018

Szedłem do Studia z przeświadczeniem, że czas brutalistów minął, że to co ćwierć wieku temu wzbudzało nieledwie rewolucję na deskach teatralnych, także przecież w Polsce, dziś już się nie sprawdzi, nie znajdzie widza, że ta wrażliwość i ten język i ta narracja są do innych czasów przypisane. Myliłem się, ten akurat tekst Sarah Kane jest zdecydowanie ponadczasowy. 

Nawet jeśli widzowie nie rozpoznali licznych odniesień w tekście, choćby do Eliota, jako i ja ich nie poznałem, jeśli się przyjdzie nieprzygotowanym na ten niełatwy spektakl, to i tak jest w nim coś atawistycznego, jest pewien rytm, który uzależnia, nakładające się na siebie, czy też zazębiające się ze sobą dialogi z fantastyczna precyzją przez aktorów zagrane, są pozornie ze sobą nie związane, a jednak tworzą spójną całość. 

I jednak dłużej chwili potrzebowałem, żeby owa całość się we mnie umościła. Udało się, ale nie będę ukrywał, że trochę nam obu, mnie i spektaklowi we mnie, niewygodnie.

Chyba mniej więcej o to chodziło.

 

Teatr Kamienica

CZARNA KOMEDIA

Peter Schaffer

reż. Tomasz Sapryk

premiera 17 września 2018

Mamy oto młodego rzeźbiarza (dobra rola Mateusza Damięckiego) i jego narzeczoną, którzy oczekując wizyty zamożnego mecenasa, by - zrobić na nim dobre wrażenie – pożyczają bez pytania cenne meble od swojego sąsiada. Do tego wszystkiego ma się zjawić papa narzeczonej, i istotnie się zjawia, oraz – co gorsza – wysiada światło. Prowadzi to wszystko oczywiście do katastrofy. Od prawie 60 lat spektakl gości na scenach całego świata, nic dziwnego - Schaffer wiedział, jak pisać dla teatru, wszak Amadeusz też najpierw powstał na scenę. A rolę Brindsleya na brytyjskiej premierze zagrał sam Derek Jacobi!

No pysznie. Jan Wieczorkowski gra w tym spektaklu sąsiada głównego bohatera, Harolda, który jest nie do zniesienia zmanierowanym gejem. I im bardziej w tę kliszę Jan Wieczorkowski wchodzi, tym większa uciecha widowni, no przecież, prawda, ha ha ha. Czytam ze zdumieniem, że jego postać jest „leciutko przejaskrawiona, ale bez przesady”. No, ze zdumieniem. W którymś momencie upija się - deklaratywnie niepijąca - sąsiadka, panna Furnival (Elżbieta Jarosik), no to wtedy to już zupełnie beczka śmiechu, aktorzy muszą robić pauzy żeby publiczność się wyśmiała, no nie można wytrzymać, przypomnę tylko, że nie ma nic zabawniejszego na scenie niż bełkocąca pijana kobieta.  

Ruch na scenie został wyreżyserowany z zegarmistrzowską precyzją i tu przed twórcami czapka z głowy, scenografia i kostiumy także robią wrażenie, ale co z tego, skoro prawie wszyscy aktorzy nie do zniesienia przerysowują swoje role?

Wyszedłem z Kamienicy przygnębiony i smutny, istotnie, czarna ta komedia.
 

Teatr Ateneum

ANTYGONA

Sofokles

reż. Agnieszka Korytkowska

premiera 13 października 2018

Czy można napisać po prostu, że „spektakl mi się podobał”? Czy Sofokles w ogóle może się „podobać”?  

Cóż takiego mówi nam dziś dwuipółtysiącletni tekst? I czy to w ogóle istotne? A skoro mamy XXI wiek, to może taki klasyczny dramat należy pokazać nowocześnie? Co to znaczy – nowocześnie? Tak, żeby gimnazjum zrozumiało? Czyli - np. ubrać bohaterów w podarte jeansy, wbić im kolczyki w nos, dać do ręki komórki i założyć Facebooka? Czy wystarczy do golasa rozebrać ciało Polinika i wpleść w tekst kilka kurwamaci? A może… tak zmienić słowa Sofoklesa/Kajzara, żeby najbardziej awangardowy krytyk nawet zaciągnąwszy się raz czy drugi nie mógł odgadnąć intencji reżyserki? Czy lepiej – mocniej osadzić ten tekst tu i teraz, żeby nikt nie miał wątpliwości, kim tak NAPRAWDĘ jest Kreon? 

Albo – przeciwnie - odrzeć Antygonę z jakichkolwiek odniesień do polityki i zrobić spektakl o… powiedzmy - feminizmie, to teraz modne. O, albo o uchodźcach. 

Tyle pytań, aż głowa boli.
 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

SEN NOCY LETNIEJ

William Szekspir

reż. Gabor Mate

premiera 12 października 2018

Tekst istotnie cudowny, trudno się dziwić, że teatry na całym świecie wciąż po Sen sięgają, a widzowie – chcą przychodzić. Bo i o miłości i o pożądaniu i o jawie i śnie, o posłuszeństwie i krnąbrności, ale – także przecież o magii teatru… Tłumaczenie Gałczyńskiego pełne pięknej poezji, dobrze się tego przekładu słucha, ponosi.

Co prawda całość nie aż tak leciutka jak by się chciało, ale przecież Szekspir pisał także o okrucieństwie, o zdradzie, i - o niespełnieniu (w każdym sensie), pewnie dlatego Dramatyczny zaprasza na Sen Nocy Letniej widzów od 16. roku życia. Dwie widzki zdecydowanie starsze wyszły ostentacyjnie - widząc Roberta Majewskiego z dołączonym, hm, organem. Niepotrzebnie, po chwili była przerwa. Scena przedstawienia - które nowożeńcy oglądają czekając na nadejście Nocy Świętojańskiej - nieprawdopodobnie zabawna, Henryka Niebudka w roli Ściany naprawdę trzeba zobaczyć. 

Także bardzo dobre role młodych aktorów TD, szczególnie Anny Szymańczyk w roli Heleny. Wybaczcie zwiewność tych refleksji, nie mam szekspirologicznych ambicji, bez wnikania w szczegóły chciałbym donieść, że po prostu miło spędziłem w teatrze czas.

A jeśli Was zmorzy sen, pomyślcie, że to się przyśniło! – sensownie radzi Puk.  

 

Teatr Narodowy

gościnnie Akademia Teatralna im. A. Zelwerowicza w Warszawie

LUNAPARK

Grzegorz Ciechowski

ar. Mateusz Dębski

reż. Anna Sroka-Hryń

premiera 10 października 2018

Był w tym koncercie talent, była muzykalność, był teatr, były wrażliwość i wyobraźnia.

Nie było jednak jednego, czegoś, co muzykę Grzegorza definiuje najbardziej i najpełniej – mianowicie – pasji, gniewu, krzyku bezsilności. Obroniła się tylko Sexy Doll, było w tym wykonaniu najwięcej przekory czy bezczelności, reszcie utworów przysłuchiwałem się z niedowierzaniem. Słyszałem też opinię widzów, którzy określili koncert mianem „ładnego”. O muzyce Grzegorza Ciechowskiego powiedzieć, że „ładna” to tak, jak ją zabić.

Dopiero w takich momentach dokładnie rozumiem, że jestem „z innego pokolenia”. Raczej dojmujące odczucie.

 

Teatr Powszechny w Warszawie

NIETOTA

Tadeusz Miciński

reż. Krzysztof Garbaczewski

premiera 6 października 2018

W tym szaleństwie jest metoda, nie wiem jeszcze jaka, tydzień upłynął od premiery, a ja nie umiem jej nazwać (metody, nie premiery naturalnie), bywa i tak, żaden wstyd. Ale przedsięwzięcie ciekawe, brak mi odwagi nazwania tego wydarzenia „spektaklem”, człowiek zachwycił się wirtualną rzeczywistością, a i dała Nietota do myślenia o ważnych zaimkach, jak np. „ja” bądź „my”. 

Miałem lęki, że VR będzie użyta tutaj jako wyłącznie gadżet, jako ‘coś nowego’. Ale nie. Weszliśmy na scenę w okularach, skakaliśmy, żeby dostać się na szczyty gór, patrzyliśmy w przepaści, zaglądaliśmy w okna zamków na skałach, sami zupełnie, a jednak przecież w towarzystwie innych widzów. Nie widzianych co prawda, ale istniejących, namacalnych, wpadaliśmy na nich niekiedy, delikatnie przez aktorów kierowani, by sobie nie zrobić krzywdy. Było to fajne, a jedną ofiarą przebywania w tym świecie zajęto się troskliwie i dano pić. A potem – część widzów wychodziła na scenę, żeby z aktorami zatańczyć szalony taniec Św. Wita, wziąć udział w namacalnej, takiej jakby analogowej wspólnocie. Podobno w kolejnych spektaklach nie było zmiłuj, każdy musiał, ja na szczęście obserwowałem to spod ściany z perspektywy wygodnej poduszki…


 

Jeśli napiszę, że tekst Micińskiego jest niezrozumiały, to tak jakbym nic nie napisał. Julek Świeżewski, który w premierowym przedstawieniu slamował Nietotę (wydaje się, że dość wiernie), jest moim prywatnym bohaterem. Nigdy bym takiego tekstu w takiej ilości nie opanował. Zresztą, Miciński dostaje się każdemu z aktorów, cóż, zawsze mogą między sobą coś po micińsku powiedzieć, nikt obcy nie zrozumie.

Teatr Jaracza w Łodzi

TRZY SIOSTRY

Antoni Czechow

reż. Jacek Orłowski

premiera 29 września 2018

Do Moskwy, ach, do Moskwy… i tam będziemy żyć wreszcie inaczej, lepiej, pełniej, mocniej!  Żeby tylko doczekać do lata, a wtedy – do Moskwy! Zostawimy tę okropną prowincję, a tam, w Moskwie i do teatru będziemy chodzić i wszystko. Ach, Moskwa! Tam będziemy szczęśliwe, tylko tam. Tu codzienność nas zabija, codziennie mała zbrodnia, coraz głębiej sztylet w serce, ta okropna praca, w której trzeba ze wstrętnymi ludźmi rozmawiać, ta przełożona, ten niekochany mąż, jedyne, co nas tu trzyma - to my, my trzy. Dobre, szlachetne, tak bardzo nie pasujące, bo zło, okrucieństwo i obłuda nadają temu światu bieg, przecież – popatrzcie - ta okropna Natasza, niedouczona, głupia, egzaltowana, a nasz Andriej powtarza wszystkim, jaka to wspaniała kobieta, jaka szacunku godna, ten biedny Andriej, ach biedny… Tak, ta prowincja to dobra dla takich typów jak Solony, bez krzty czaru, delikatności, obycia. No a potem, wiecie, Solony zabije Barona… I runą marzenia, nie tylko Irinki,, i - no cóż, trzeba będzie zostać z tą żałobą po mężu nie-mężu, po kochanku, który wyjechał i nie wróci, trzeba będzie jakoś żyć, patrzeć, jak rosną te niezwykłe dzieci Andriuszy, tak mądrze wielkimi oczętami wpatrzone w mamusię… Czy cośkolwiek więcej można zrobić? Nic przecież, nic…

Od Pauliny Walendziak nie mogłem oderwać wzroku, w ogóle przedstawienie jest zagrane wspaniale, nie mam tylko pewności, czy Marek Nędza nie jest aby zbyt przystojnym mężczyzną w roli Barona, wszak Olga gdy go poznała, aż się rozpłakała, tak był brzydki. No przecież.

Bez dyskusji, proszę jechać do Łodzi. Do Łodzi! Do Łodzi…
 

Teatr Polski w Warszawie

DEPRAWATOR

Maciej Wojtyszko

reż. Maciej Wojtyszko

premiera 28 września 2018

Mamy rok 1967 i Gombrowicza w Vence, z narzeczoną, potem żoną - Ritą, panią Izę ex aktorkę, obecnie hrabinę, Miłoszów, którzy nieopodal spędzają wakacje i młodego Herberta, który odwiedza we Francji przyszłego noblistę. Między Herbertem a Gombrowiczem specjalnej chemii jednak nie ma… Maciej Wojtyszko próbuje uchwycić moment spotkania trzech wielkich twórców, trochę opierając się na faktach, a trochę dopisując czy zmyślając, podobnie jak w znakomitym Dowodzie na istnienie drugiego w Narodowym. Niestety, w Polskim nie wszystko wyszło.

O ile świetnie czuli się w rolach literatów Andrzej Seweryn, Wojciech Malajkat i Paweł Krucz, o tyle role pań były jakby niedopracowane, niedokończone, zostawiły niedosyt, można było pozwolić sobie na więcej, pójść dalej, szczególnie w przypadku Izy. No, chyba, że mieli na scenie błyszczeć tylko Gombrowicz z Miłoszem (kolejność nazwisk nieprzypadkowa). Mam też kilka uwag do samego tekstu. Dlaczego np. Rita w finale zaczyna nagle mówić po polsku, opętanie? Dlaczego Iza wspomina o profesorze Korzeniewskim? Do kogo puściliśmy oko? Choć w tejże samej scenie, w ustach grającej hrabinę Magdaleny Zawadzkiej historyjka o Gustawie Holoubku była całkiem zabawna. Trudno natomiast nazwać „dyskusją o Polsce” wymianę dość przykrych (choć może i prawdziwych) opinii o nas i naszych kompleksjach. Publiczność się co prawda radowała, balansowały jednak te pogawędki na granicy efekciarstwa, taniości. 

Druga połowa przedstawienia trochę mnie znużyła, owszem, Andrzej Seweryn raczej spektakularnie schodzi ze świata, ale poprzedzającą zgon Gombrowicza scenę zmiany pieluch można było sobie darować. (Dość golizny na polskich scenach!)

Może to i drobiazgi, bo w sumie spędziłem czas w teatrze bez zbytniej idiosynkrazji, było momentami miło i zabawnie – np. cyrk urządzony przez Gombrowicza z telegramem - ale z tymi aktorami i w tym teatrze była szansa na coś więcej. Znacznie więcej.

 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

WIDOK Z MOSTU

Arthur Miller

reż. Agnieszka Glińska

premiera 28 września 2018

Widok z mostu – jak to widok z mostu – bywa trochę niewyraźny, niedokładny, coś tam widzimy, coś słyszymy, urywki słów, może te które chcemy usłyszeć, no – ale przecież widzimy i słyszymy, więc -wiemy. Strzeżcie się tej pewności – zdaje się mówić Agnieszka Glińska. Dlatego też to w ogóle o żadnych emigrantach, tylko o frustracjach, także erotycznych, krypto homoseksualisty Eddiego. Równie dobrze dramat ten mogłoby się rozgrywać w środowisku kolekcjonerów znaczków czy motorniczych tramwajowych. Akurat Miller wybrał włoskich emigrantów, podkreślam jednak – to ani nie o tym ani o współczesnej Polsce – jak czytam ze zdumieniem w recenzjach.

Tak, spektakl jest dziwnie zagrany, aktorzy grają granie, jakby celowo źle. Jakby żadne z nich nie miało kontaktu z postaciami, w które się wcielają, jakby markowali w jakiejś zwiewnej wariacji na temat tego tekstu, jakby nie dorysowali. Oczywiście, że zostało to zrobione celowo, kluczowa (absolutnie kluczowa) dla tego spektaklu jest scena go rozpoczynająca, przedstawienia postaci, tak, żebyśmy nie mieli wątpliwości, że WSZYSTKO jest tu zagrane. Jak wyrzucimy ten początek z pamięci, możemy mieć wrażenie, że ten spektakl jest trochę bez sensu. A nie jest, choć… Nie jestem jego fanem, zmęczył mnie w sposób, jakiego nie lubię. Są jednak i tacy, którzy Widokiem się zachwycają, ale i tacy – którzy nieledwie wieszają psy. 

Dodam, że młodszy jestem od Witolda Sadowego o pół wieku i że mam przyzwoity audiogram sprzed miesiąca, ale ja również nie słyszałem, co aktorzy do mnie mówią, szczególnie ci odwróceni w inną stronę widowni. Ale – przecież jako się rzekło - z mostu nie wszystko słychać…

 

Teatr Powszechny w Warszawie

GNIEW

Szymon Adamczak

reż. Małgorzata Wdowik

premiera 21 września 2018

Chyba performance.

Czterech nastolatków i czterech aktorów. Biegają po małej scenie, przeklinają („kurczę blade” czy „choroba jasna”), urządzają zawody w pluciu na odległość i w bekaniu, rozbijają także gipsowe ścianki.

Cóż, nie przychodzi się do teatru bezkarnie.

 

Nowy Teatr w Warszawie

POLACY WYJAŚNIAJĄ PRZYSZŁOŚĆ

reż. Wojciech Ziemilski

premiera 20 września 2018

Jestem zachwycony, że Nowy nie boi się robić spektakli 50-minutowych. Bo tenże drobiazg tyle właśnie trwa i nie ma żadnego powodu, dla którego miałby trwać dłużej. Jest „dziełem skończonym”, niedosytu nie zostawia, a i publiczność nie ma nic przeciwko.

W spektaklu różne osoby, bardziej i mniej znane, wypowiadają swoje zdanie na temat przyszłości, a obok Jaśminy i Piotra, trzecią, bardzo ważną postacią jest ich mama, do której – przyznam – dość pesymistycznych przewidywań oboje się odnoszą i z nadzieją, i z fantazją, i nawet z pewną dezynwolturą. Jest bardzo zabawne i miłe w oglądaniu, bo widać, że aktorzy na scenie czują się ze sobą świetnie. Piotrek absurdalnie wygląda w przebraniu Supermena, Jaśmina - żaby, ale… nie będę Wam psuł niespodzianki.

Spektakl powstał w ramach projektu Teatr 2118. Czy faktycznie życie i teatr będą właśnie takie, jak w opowieści Polaków? No może. A może jutro już nas nie będzie, a może dożyjemy do czasów, kiedy będziemy (widzowie) tylko „powszechnie znanym błędem statystycznym”. No, nie wiadomo. Dlatego można zupełnie bezkarnie gdybać.

 

Teatr Bagatela

KOTKA NA GORĄCYM BLASZANYM DACHU

Tennessee Williams

reż. Dariusz Starczewski

premiera 14 września 2018

Mam chyba pecha, bo prawie zawsze w moim rzędzie coś się dzieje. Tym razem widzka w sąsiednim fotelu przez cały pierwszy akt co 5 minut sprawdzała portal społecznościowy, na początku zaś aktu drugiego zasnęła i zaczęła nieledwie chrapać. Jej koleżanka w którymś momencie uznała za stosowne śpiącą widzkę szturchnąć, ta się wybudziła i - od razu sięgnęła po komórkę. Uprzejmie i szarmancko poprosiłem panią o zaniechanie tego typu zachowania, owszem – już do końca spektaklu fejsa nie sprawdzała, ale swoje niezadowolenie wyrażała głośnym sapaniem i prychaniem.

Sensem tego spektaklu są Katarzyna Litwin i Paweł Sanakiewicz, Duża Mama i Duży Tata. Jej ślepa i głucha miłość, a - jego doń pogarda, żal życia, które minęło nie tak, ale też tak wielkie przywiązanie do młodszego syna i bolesna obojętność wobec starszego, w mięsiście przełożonym przez Jacka Poniedziałka tekście, są naprawdę dojmujące (i świetnie przez oboje zagrane). Właśnie o tym najbardziej jest ten spektakl, o tęsknocie. Ojca – za innym życiem, matki – za miłością męża, Margaret (Magdalena Walach) – za bliskością męża, Bricka – za jego zmarłym przyjacielem i kochankiem.

Kosma Szyman (Brick) niestety ma cokolwiek do zagrania dopiero pod koniec drugiego aktu, głównie bowiem patrzy z rozmarzeniem w dal, bez przerwy pije i cały spektakl występuje w półnegliżu. Niepotrzebnie, przecież każdy chyba widz już po pierwszych pięciu minutach zorientuje się, że Brick jest gejem i alkoholikiem. No, chyba, że ktoś się jednak nie zorientuje.

Jak owa dama obok mnie.  



 

Teatr Dramatyczny w Warszawie (spektakl gościnny)

IRAŃSKA KONFERENCJA

Iwan Wyrypajew

reż. Iwan Wyrypajew

premiera 14 września 2018

Mamy oto Kopenhagę i międzynarodową konferencję, na której dyskutuje się o „kwestii irańskiej”.  Czym owa kwestia jest? I czy możemy na jej temat powiedzieć coś niepodważalnego, coś pewnego? Kto widział choć jedno przedstawienie Wyrypajewa, będzie widział, że tytułowy Iran to zaledwie pretekst, żeby zadać kilka konfundujących pytań, jak to u Iwana - o życie i całą resztę.

Reżyser szczęśliwie kocha swoich bohaterów, dlatego nawet jeśli widzą świat przez pryzmat pewnej naiwności czy też konwenansu albo stereotypu, pozwala im o tym swoim widzeniu rzeczy opowiedzieć bez przerywania. Tak, żeby każdy z nas te padające słowa spróbował najpierw zrozumieć, a dopiero później – wykpić je czy wypowiadającemu współczuć. Tak jak „Ufo. Kontakt”, tak jak „Nieznośnie długie objęcia” i trochę jak „Słoneczna linia”, rzecz jest właśnie o słowach, które nas skonstruowały, dzięki którym w ogóle jesteśmy, i do znaczeń których jesteśmy ogromnie przywiązani.

W związku z powyższym to jest spektakl bardziej do słuchania niż do oglądania, zresztą – ponieważ rzecz grana jest po angielsku, jak kto na konferencjach bywa – więc mamy pięknie podane, zauważmy, tłumaczenia w słuchawkach. 

Warto się skupić i wsłuchać, i przez te dwie godziny naszego zajętego przecież życia, w towarzystwie wspaniałych aktorów Iwana Wyrypajewa, przypomnieć sobie, że TO WSZYSTKO nie jest takie proste, i że ze z tą świadomością jakoś musimy żyć, próbować być szczęśliwi i – cokolwiek to znaczy – kochać.

 

Teatr Jaracza w Łodzi

SEKSUALNE NEUROZY NASZYCH RODZICÓW

Lukas Bärfuss

reż. Waldemar Zawodziński

premiera 14 września 2018

Wyszedłszy od Jaracza rozglądałem się po rozkopanej okolicy, gdzie tu najbliższy bar. Spektakl Waldemara Zawodzińskiego bowiem – z przeproszeniem – rozpieprzył mnie na tyle mocno, że dopiero po trzecim głębszym doszedłem jakoś do siebie. Z wierzchu istotnie o seksualności tych niepełnosprawnych i tych pełnosprawnych (i o tabu z tym związanym), a tak naprawdę z pytaniami o „normalność’, o siłę i sens rodzicielstwa (i tabu z tym związanym). O tym, co jesteśmy gotowi zrobić dla najbliższych, a czego na pewno nie (i o tabu…), o granicach naszego pożądania (i…), i – wreszcie o tym, że świat jest do zniesienia tylko wtedy, gdy jesteśmy na prochach. I o tym, czym grozi ich odstawienie.

Wspaniała Natalia Klepacka, mogę sobie tylko wyobrazić, ile ta rola kosztuje, jej Dora poprowadzona została z matematyczną dokładnością, zobaczcie sami, milimetr w tę albo wewte, sekunda wyjścia z postaci i… byłaby katastrofa. Fantastyczna również Urszula Gryczewska jako matka Dory,  także Bogusław Suszka w diablo trudnej roli Eleganckiego Pana. 

Uprzedzam zatem raz jeszcze – nie wejdziecie do teatru bezkarnie. Ale nie pamiętam już, kiedy oglądałem spektakl z tak skupionymi i poruszonymi współwidzami, nie pamiętam również łez w tylu oczach (co ukradkiem podglądnąłem), i – wreszcie – tak zasłużonych owacji.

 

Klub Komediowy

SATURN I MEL, CZYLI CZŁOWIEK, KTÓRY CHCIAŁ BYĆ RZECZĄ

Michał Sufin

reż. Michał Sufin

premiera 13 września 2018

Mamy oto dwa miasta i dwa światy – Gestalt i Betonię. Gestaltczyk, Albert Solong przyjeżdża do Betonii, gdzie ma znaleźć zatrudnienie u Wolfganga i Mel Saturnów jako guwerner ich sprzętu AGD. Tak, AGD. Ma się zając m.in. dość nieznośnym rozrywaczem, urządzeniem m.in. generującym suchary, w znaczeniu niepiekarskim. Jest jeszcze Spirulin Szewczyk, pamiętający czasy, kiedy pralki głosu nie miały. Do czego to spotkanie doprowadzi? I jaka ich wszystkich łączy tajemnica?

Proszę przyjąć do wiadomości, że to jeden z najlepszych spektakli, jakie można obecnie zobaczyć na warszawskich scenach. Tekst Michała Sufina jest cudownie inteligentny i tak zabawny, że aktorzy muszą robić przerwy, żeby publiczność się wyśmiała. Zwracam uwagę na popisowe role Karoliny Baci i Michała Meyera (pp. Saturnowie), Matylda Damięcka gra Spirulina, Mateusz Lewandowski - sprzęt AGD, a nieco neurotycznego Alberta – nowy nienowy w Klubie – Mateusz Kwiecień.  Tak, wyszedłem z Klubu znów rozentuzjazmowany i chciałbym, żeby wszystkie teatry (a szczególnie te dające komedie) traktowały mnie, widza, tak jak traktują mnie tu - jak osobę posiadającą mózg i umiejącą zeń korzystać. 

Żeby zaryzykowały, że zaśmieję się też z żartu absurdalnego, że zrozumiem grę słów i półsłówek, że zamiast skeczu na pięć minut wystarczy mi aluzja i puszczenie oka. Bardzo chciałbym, żeby właśnie tak było, a niestety - dojmująco nie jest.

Dlatego całemu Klubowi za Saturna daję piątkę z kropką, a każdemu z twórców osobna – serdecznie i z czapką u ziemi - przybijam grabę!

 

Teatr Łaźnia Nowa

WAŁĘSA W KOLONOS

Jakub Roszkowski

reż. Bartosz Szydłowski

premiera 8 września 2018

Postać Lecha Wałęsy (fantastyczny Jerzy Stuhr) jest w tym spektaklu jedynie pretekstem, żeby zastanowić się nad znaczeniem mitów w naszym życiu. Czym i kim byliby Grecy bez swojej mitologii? Jak to możliwe, że czcili bogów, którzy mieli – mówiąc delikatnie – poważne skazy w swoim życiorysie? Przecież Dejanira mogła wyprać w czymś innym koszulę dla Heraklesa… Wszak Parys mógł być gejem. No ale mity przetrwał w formie, jaką znamy dziś, i nikt sobie nie wyobraża, żeby było inaczej. A jednak – gdyby było? A kim bylibyśmy my, Polacy, bez mitów naszych?

Nie ma chyba nikogo obojętnego wobec postaci (no i mitu) Lecha Wałęsy, ta nasza zasklepiona i przecież niezmienna o nim opinia, jest też częścią innych polskich postaw – pogardy, nienawiści, źle pojętej wspólnoty opartej na zawiści i destrukcji, obojętności – w najlepszym wypadku. Tę sytuację wpisał Bartosz Szydłowski w antyczną opowieść o starzejącym się Edypie, który przybywa dożyć swoich dni w Kolonos. A na scenie, obok Edypa/Wałęsy, także jeżdżący na hulajnodze Polinejkes, przebiegły Kreon, kupujący – dosłownie – poparcie chóru, czy nijaki Tezeusz. Każdy z nich chce przy Edypie uszczknąć coś dla siebie. Skądś to znamy?

A Wałęsa, jak to Wałęsa, z krzywo przypięta Matką Boską, siada sobie na taboreciku i niespiesznie naprawia radyjko, patrząc na to wszystko z takim jakby uśmieszkiem, trochę jakby wiedział, jak i czym to wszystko się skończy.

 

Teatr Narodowy

TCHNIENIE

Duncan Mcmillan

reż. Grzegorz Małecki

premiera 8 września 2018

Gdybym ja był bohaterem tego przedstawienia, partnerem dziewczyny tak toksycznej i pilnie potrzebującej psychoterapii, spektakl trwałby 2 minuty, nie zaś na półtorej godziny. Ale – z drugiej strony – tak właśnie wygląda codzienne życie (i pożycie) wielu ludzi będących w wieku bohaterów tego kameralnego spektaklu, i w Anglii i wszędzie indziej, życie pełne padających słów pozbawionych znaczenia, niechęci i niemożności komunikacji, pochopnych decyzji i żalu po nich, pełne niedojrzałości wreszcie. Bo cóż ich trzyma ich razem do później starości, do śmierci? Tylko ten dzieciak, którego - excuse le mot – zrobili w jakimś trudno wytłumaczalnym uniesieniu, współczuciu, niewytłumaczalnym porywie namiętności. Dlatego wręcz chciałem wyć, widząc jak jedno bądź drugie robi w tym związku wszystko dokładnie odwrotnie niż rozum by nakazywał. No cóż, ale to spektakl o emocjach, a wtedy rozum zwykle śpi.

Na scenie utalentowani Justyna Kowalska i Mateusz Rusin. I Tchnienie jest spektaklem dla widzów mniej więcej w wieku aktorów, jestem pewny, że „middle-twenties” i „thirties” najbardziej „złapią fazę”. Starsi mogą się zirytować, przeżywszy pewnie setki takich psychodram w życiu, a młodsi - raczej nie zrozumieją. 

 

TR Warszawa

DAWID JEDZIE DO IZRAELA

Jędrzej Piaskowski, Hubert Sulima

reż. Jędrzej Piaskowski

premiera 8 września 2018

Mamy oto małżeństwo, które adoptowało żydowskiego chłopca i mamy rok 1968, rodzice zdradzają dorosłemu już Wojtkowi-Dawidowi jego prawdziwe pochodzenie, a następnie wspólnie pakują walizkę, zgodnie z tytułem… W tle rozmaite postaci, od Władysława Gomułki począwszy, na Aldonie Giedymin skończywszy, nb. kwestia o ogóreczkach i królu – cudowna. I w tych okolicznościach padają różne pytania związane z ‘kwestią żydowską” – np. o to, kim jest Żyd, jak go poznać, co nam z jego strony grozi, i dlaczego lepiej jak go nie ma w pobliżu.

Sebastian Pawlak w roli Haliny po prostu wymiata. Warto jednak Dawida zobaczyć nie tylko dlatego, że cała czwórka na scenie jest świetna. Ten spektakl zbliża się bowiem w niebezpieczny sposób do granicy pewnego tabu, z jakim wydarzenia marcowe są związane, mianowicie - jest zabawny. Ale widziałem też widzów wręcz wzburzonych i ostentacyjnie wychodzących z Polinu, i – pewnie też dlatego nie zdecydował się na to przedstawienie Teatr Żydowski.

No więc Dawid nie tylko śmieszy, ale jest również bardzo inteligentny, piątka z kropką każdemu, kto rozpoznał wszystkie cytaty, nie tylko ten oczywisty, z Mickiewicza, zresztą będącym motywem teatru w teatrze w teatrze.

Bezczelne, zabawne, poruszające, ale też - urocze i słodkie, jakkolwiek to brzmi.

 

Teatr Syrena

RODZINA ADDAMSÓW

Marshall Brickman/Rick Elice

muz. Andrew Lippa

reż. Jacek Mikołajczyk

premiera 8 września 2018

Przez te trzy godziny mojego życia poczułem się jak mały chłopiec, którego przeniesiono do baśniowego, cudownie dowcipnego świata, z całym jego dziejstwem-czarodziejstwem, z fantastyczną muzyką i tańcem, pięknymi kostiumami oraz - pomysłową i starannie wykonaną scenografią. Baśń – jak to baśń – była momentami dość okrutna, ale całe szczęście wszystko skończyło się dobrze. Żyli (miejmy nadzieję!) długo i szczęśliwie.

Widać katorżniczy wysiłek całego zespołu – od akustyków po aktorów i muzyków, efekt ich pracy jest olśniewający, wspomnę tylko, że wymagająca i nieco zepsuta premierowa publiczność dała długie owacje na stojąco. Pozwolę sobie na wyróżnienie dwojga aktorów – Jolanty Litwin-Sarzyńskiej (Alice) i Karola Kwiatkowskiego (Pugsley), którzy – no cóż - kradną kolegom scenę. Karol gra bez piereżywania, bez egzaltacji, ze zwiewnym dystansem do swojej postaci, jego obecność na scenie ma w sobie i pasję i lekkość należne jego nastu latom. Pani Jolanta ma z kolei najwdzięczniejszą chyba rolę w spektaklu, w której - za sprawą eliksiru podanego resztą przez Pugsleya - nieledwie przemienia się z dra Jekylla w mra Hyde’a, ale – chcę podkreślić - że świetnie grają wszyscy. Chętnie zobaczę przedstawienie raz jeszcze, w drugiej obsadzie, gdyż role w większości są dublowane bądź nawet triplowane (?!).

Czy w zbiorze musicali syrenia Rodzina Addamsów wyróżnia się czymś szczególnym, czy jest lepsza czy gorsza od oryginału, co można było robić lepiej, a co inaczej - te kwestie pozostawiam znawcom i krytykom gatunku. Dla mnie najistotniejszy był fakt, że spędziłem niesłychanie udany wieczór, wyszedłem z teatru pogodny, a wręcz rozchichotany, a niektóre bon-moty (np. o bułeczce babuni) zapisałem sobie w zeszyciku i będę nimi bawił starannie dobrane towarzystwo podczas długich jesiennych wieczorów.

Dziękuję Ci Syreno!

 

Teatr Polonia

MÓJ PIERWSZY RAZ

Ken Davenport

reż. Krystyna Janda

premiera 6 września 2018

Miała rację Krystyna Janda mówiąc przed premierą, że tekst tego spektaklu będzie „dla części widowni nie do przyjęcia lub obraźliwy”. Pierwszy raz bowiem widziałem w Polonii – a jestem wiernym widzem tej sceny – widzów wychodzących podczas spektaklu. Nie były to może wyjścia spektakularne, takie z hukiem i słowami „skandal i hańba” na ustach, ale jednak dające do myślenia.

Zapewniam, że zupełnie nie jestem pruderyjny i że nie płonąłem ze wstydu przy co bardziej odważnych czy wulgarnych kwestiach. Nie mam tylko pewności, czy one na pewno do tego spektaklu pasowały. To znaczy – mam pewność, otóż - nie pasowały. Bo do któregoś momentu zapowiadało się to na zupełnie pogodną rzecz o radości życia, a więc - i radości, jaką daje seks. Ale np. scena z opisem gwałtów czy kwestia zagrana przez Antka Pawlickiego o epizodzie męsko-męskim – oprócz tego, że usłyszałem na widowni kilka dość cierpkich słów recenzujących owo świetnie wykonane zresztą zadanie aktorskie - po prostu miała się to do tej narracji jak nieledwie kwiatek do kożucha. I NAWET mnie trochę zażenowała. 

Poza tym spektakl jest ździebko za długi, godzina wystarczyłaby, bo owe zwierzenia z tytułowego pierwszego razu w którymś momencie się już powtarzały i trochę pod koniec męczyły. Aktorzy i tancerze robią co mogą, ale nie ratują tego po prostu niedobrego tekstu.