SEZON 2018/2019

 

Teatr Syrena

NEXT TO NORMAL

Tom Kitt, Brian Yorkey

przekład i reż. Jacka Mikołajczyka

premiera 6 kwietnia 2019

Czytamy w Internetach, że to „musical o chorobie dwubiegunowej”. Choroba Diane (i walka z nią) jest co prawda mocno obecna w libretcie, ale to jedynie pretekst do opowieści o przeżywaniu żałoby, o nieumiejętności i niemożności pogodzenia się ze stratą, opowieścią przejmującą i szczęśliwie dla widza – bez łatwych hollywoodzkich rozwiązań.

To historia o tym, że każdy z nas ma prawo do przeżywania straty na swój sposób, niektórzy przejdą nad nią nieledwie do porządku dziennego wybierając życie, inni – tacy jak Diana – nie dadzą sobie z nią rady, uciekając w chorobę, z którą współczesna medycyna będzie bezradna, uciekając i od codzienności, nieświadomie krzywdząc przez to swoich najbliższych. I Diane zdaje sobie w którymś momencie z tego sprawę, czy wolno nam zatem oceniać jej wybór w finale? A może jesteśmy zupełnie bezbronni wobec oceanu jej rozpaczy?

Znakomite role wszystkich aktorów, zwracam jednak uwagę na olśniewającą Katarzynę Walczak w roli głównej i Marcina Franca (Gabe, jej syn), którego nazwisko warto zapamiętać, jest naprawdę fantastyczny na syrenich deskach. Tekst przetłumaczony przez Jacka Mikołajczyka jak zawsze z szacunkiem dla inteligencji widza.

Na Broadwayu publiczność na punkcie tego musicalu oszalała, waląc nań drzwiami i oknami. Na Litewskiej będzie tak samo.

 

Teatr Collegium Nobilium

PŁATONOW

Anton Czechow

reż. Monika Strzępka

premiera 5 kwietnia 2019

Przez trzy i pół godziny ani na chwilę nie oderwałem oczu ani uszu od aktorów, spektakl wciągnął mnie od samego początku, od wejścia na scenę Anny Wojnicew (wspaniała Zuzanna Saporznikow) z Mikołajem (znakomity Karol Biskup) - po scenę ostatnią, z kompletnym pieprznikiem w domu Generałowej, który to dom rozleciał się niemal w strzępki, gdy wiarołomna Sonia (Vanessa Aleksander) pozbawiła Płatonowa (świetny Jakub Kordas) kontaktu z doczesnością. Miał go co prawda ukatrupić Osip (Konrad Szymański), ale zbój, najczystszy w pewnym sensie w tym towarzystwie, miał jednak słabość do Saszy (poruszająca i zabawna rola Małgorzaty Kozłowskiej), która ubłagała, by drania nie bić. No to Osipa w finale chłopi zatłukli, kto wie, może to jednak bardziej poruszyło Annę niż śmierć Michała? No może. W tle – przyziemne zupełnie kwestie finansowe, Mikołajowi pożycza Wiengierowicz (magnetyczna i jako ojciec i jako syn - Kamila Brodacka), Kiryłł (bawiący się swoimi postaciami Mateusz Burdach, także jako Trylecki i Pietrin) chce pieniędzy od ojca (uroczy Jakub Gąsowski, również w kilku rolach) na rozrywki w Paryżu. Tu rubelek, tam pięćdziesiąt, sześć tysięcy, tu weksle, tam utrata domu za długi, ale… czy to ważne? I co - w ogóle - ważne?

Cała jedenastka aktorów jest znakomita (dodajmy, że Marię gra Aleksandra Boroń a Szymon Owczarek – Siergieja), a reżyserka wraz z zespołem stworzyli przedstawienie piękne, wciągające, mądre, poruszające i – last but not least - pełne Czechowa.

Proszę nie przegapić.

 
Teatr 6. Piętro
SAMOTNY ZACHÓD

Martin McDonaugh

reż. Eugeniusz Korin

premiera 30 marca 2019

Niech widza nie zwiedzie ani miejsce wystawienia ani obsada ani opis spektaklu na stronie Teatru, gdyż Samotny Zachód jest właściwie moralitetem. Owszem, momentami bardzo zabawnym, momentami nieprawdopodobnie wulgarnym, ale to wszystko tylko „mydlenie oczu” widza, bo McDonaugh tak naprawdę zastanawia się nad tym… ile jesteśmy w stanie wybaczyć? Gdzie jest granica, przekroczywszy którą, już nie odpowiadamy za swoje czyny? Czy poczucie wewnętrznej sprawiedliwości da się zmierzyć kategoriami dobra i zła? Ale też – dlaczego przedmioty bywają dla nas ważniejsze niż najbliżsi ludzie, nawet przedmioty tak wulgarne jak kuchenka gazowa.

Proszę się jednak nie lękać, to nie jest misterium, a dwie godziny niezłego, trochę zaskakującego teatru, ze świetną rolą Michała Czerneckiego (Val), który słodko dworuje sobie z bohatera, w którego się wciela. Na scenie także nieczęsto widywany w teatrze Eryk Lubos jako jego brat Cole, uzależniony od chrupek, Grzegorz Daukszewicz w roli księdza Welsha, fatalnego w roli trenera juniorek w futbolu, ale za to z dziwnym imieniem, i Magdalena Celmer (Girleen) zarabiająca na życie sprzedażą tacinego bimbru, nieco księdzem zauroczona.

Finał może zbyt dosłowny, ale to bardzo piękna scena, jakoś jednak porządkująca myśli zdezorientowanych widzów.
 
Teatr Narodowy
IRONBOUND. ZA TORAMI ZA MOSTEM
Martyna Majok
reż. Grzegorz Chrapkiewicz
premiera 30 marca 2019

Niestety nie byłem w stanie wykrzesać nawet odrobiny empatii dla Darii (Ewa Konstancja Bułhak), w całej bowiem rozciągłości ciężko zapracowała na swoją sytuację. Naprawdę, nauczenie się angielskiego w stopniu komunikatywnym, zwłaszcza jeśli jest się w Ameryce, nie jest aż takim problemem, jeśli się chce. Ale ona nie chce, wydaje się że to co robi, w zupełności jej odpowiada, zdziwiona jest tylko, że nie ma pieniędzy, które są w jej życiu wyjątkowo ważne. Nie bardzo wiem zatem, dlaczego miałbym jej współczuć? Nie ułożyło się jej w życiu, no zdarza się, ale żeby od razu pisać o tym tekst dla teatru?

Z samym tekstem też coś jest nie tak, źle się tego słucha, jest niewiarygodny, „teatralny”, tak ludzie nie mówią, nawet w emigranci w Ameryce. Czytam jednak, że właśnie język zachwycił krytykę, że „postaci mówią łamanym angielskim z twardym polskim akcentem, przestawioną składnią, tworząc z prostych, surowych, niemal zderzanych ze sobą słów, lingwistyczną strukturę nasyconą znaczeniami i wypełniona głębia emocji” (z programu). Niestety, tego wszystkiego nie dostaliśmy. Najwyraźniej w tłumaczeniu coś zniknęło - lost in translation… Jedyną postacią tego dramatu, która jest mówi ludzkim głosem, która nie jest papierowa, wymyślona, jest Tommy (bardzo dobry Karol Pocheć).

Dobrze jednak, że w końcu poznajemy rodaczkę z Pulitzerem. Trochę mniej dobrze, że w słabym tekście.
 

Teatr Powszechny  w Łodzi w koprodukcji z Teatrem Współczesnym w Szczecinie

WRACAJ

Przemysław Pilarski

reż. Anna Augustynowicz

premiera 30 marca 2019

Wraca oto do Radomia Bobby Kleks (fantastyczna Anna Januszewska), nazwisko nieprzypadkowe, proszę skojarzyć z Fredrą, chce zobaczyć swoje przedwojenne mieszkanie. A tam inni ludzie (sic!) – mamusia o kulach, która jednak utykała na jedną tylko nogę jak mąż żył, córka nawiedzona jakby przez dybuka, syn nerwowo wybijający rytm o ramę łóżka, leśni dziadkowie, trochę chór antyczny głoszący, że słowa nie przychodzą łatwo (F.R.David).

Wyszedłem ze spektaklu zdezorientowany, z kompletną pustką a jednocześnie z nadmiarem (tak, to możliwe) skojarzeń, myśli, przypuszczeń, tez i - emocji. Naprawdę zrozumiałem reakcję Marka Brauna na otrzymany od Anny Augustynowicz Przemkowy tekst - poje…o. (Warto czasem zostać na spotkaniu z twórcami

Wciąż boli mnie to przedstawienie, jestem pokąsany i niespokojny, w pewien trans mnie Wracaj wprawiło. Im więcej czasu mija odeń – tym mocniej.
 

Och-Teatr

STOWARZYSZENIE UMARŁYCH POETÓW

Tom Schulman

reż. Piotr Ratajczak

premiera 28 marca 2019

 W spektaklu jest kilka pięknych scen, najbardziej mnie „wzięło” nieprzeczytanie własnego wiersza przez Andersona (znakomity Adrian Brząkała), także chwyta za gardło pięknie zagrany finał Snu nocy letniej, Maciej Musiał świetny w roli Puka w roli Neila, to także jeden z najlepszych momentów tego przedstawienia.

Jednak docelowym odbiorcą Stowarzyszenia nie jestem, może 30 lat temu, kiedy wchodziłem w dorosłość, kiedy byłem chyba 5 razy na filmie, który akurat wchodził na ekrany, (gdzież te śniegi?) może – gdybym był bardziej romantyczny niż cyniczny, to bym się jakoś zaangażował mocniej. No może.  Tymczasem trochę się wierciłem na początku, scena czytania poezji przez chłopaków w jaskini jednak trąciła naiwnością, niespecjalnie też wiadomo, dlaczego uczniowie zaczynają się poezją interesować, odniosłem wrażenie, że ich przemiana następuje jednak zbyt szybko, trochę deus-ex-machina, jakby twórcy – siłą rzeczy, ograniczeniami sceny i czasu - odwoływali się do znajomości filmu przez widzów. Bo w filmie jednak Keating musiał wykonać kawał ciężkiej roboty, na scenie zaś Wojciechowi Malajkatowi poszło to wyjątkowo łatwo.

Spektakl – jak pamiętamy - kończy się podpisywaniem lojalki, wyroku właściwie na Keatinga. Na winku po premierze usłyszałem głos, że to „wyraźne odniesienie do naszej politycznej współczesności”.

Czy ktoś zatrzyma to szaleństwo?

 

Teatr Nowy w Łodzi

UTRACONA CZEŚĆ BARBARY RADZIWIŁŁÓWNY

Jarosław Murawski na podst. Alojzego Felińskiego

reż. Agata Puszcz

premiera 27 marca 2019

Mamy oto Augusta do szaleństwa zakochanego w Barbarze, kobiecie - jak wiemy - po przejściach, ale nie wiemy (a dowiadujemy się), że owe „przejścia” na Litwie tamtych czasów nie były niczym szczególnym. Na Litwie bowiem kobiety i mężczyźni uprawiali seks – i chyba bardzo to lubili, niezależnie od statusu małżeńskiego, oczywiście mówiąc w pewnym uproszczeniu. Ale w Polsce wówczas seksu nie było w ogóle – jak można przypuszczać, więc z krakowskiego punktu widzenia przeszłość Barbary i w ogóle jej kompleksja była dla ówczesnych elit (i mamusi królowej) nie do zniesienia. No więc Barbarę systematycznie niszczono, powiedzielibyśmy dziś, że hejtowano. Ile w tych rozpowszechnianych i na Litwie i w Koronie jadowitych plotkach było prawdy? No właśnie.

To jest spektakl: lekki, wdzięczny, inteligentny, oczywiście dobrze napisany i z katorżniczą dyscypliną formalną przepisany, żartobliwy ale też o wcale niebłahych sprawach, momentami bardzo zabawny, pełen kpinek zarówno z tamtych jak i z tych czasów, oglądający się czasem w krzywym zwierciadle i żartujący sam z siebie, słodko i niekiedy dość bezpośrednio nawiązujący do tu i teraz, zaś bezpośredniość tych odwołań (np. Bona przed odlotem na Bari) jest naprawdę uroczą zabawą. Mam więcej ulubionych i scen i bon motów z tego przedstawienia, to był niesłychanie udany wieczór.

PS. 61 lat temu Barbarę wystawił na tejże samej scenie Dejmek. Na scenie m.in. Mieczysław Voit, Eugenia Herman, Gustaw Lutkiewicz, Dejmkowi asystowała Krystyna Feldman, stosowny – przyżółkły plakat na półpiętrze.  Myślę sobie, że cienie wielkich Nowego mają z tej premiery naprawdę niezłą bekę.
 

Teatr Powszechny w Warszawie

MEIN KAMPF

Adolf Hitler; dram. G. Niziołek

reż. Jakub Skrzywanek

premiera 23 marca 2019

Wielkiego skandalu pewnie nie będzie, pojawił się obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem, a jednak wpływowa konserwatywna recenzentka nie tylko nie wyszła, ale i została na drugi akt. Zauważmy jednak, że są idioci, także cudzoziemcy – widziałem na mediach społecznościowych – którzy zarzucają Powszechnemu propagowanie faszyzmu, no cóż, to wystawienie jest jednak ryzykowne, ktoś nie zrozumie, nie doczyta, pomyli, rozgada, jak to u nas, a trzeba będzie się tłumaczyć, niesmak zostanie, jak w tym dowcipie. Tymczasem w pierwszej już scenie dość wyraźnie, dosadnie i w uzasadniony sposób twórcy stawiają się wobec tworzywa.

W wielkim skupieniu publiczność słuchała aktorów i słów, które kilkanaście lat po napisaniu miały zmienić - i dzieje świata, i - najbardziej podstawowe pojęcia ten świat budujące. Zdumiewające jednak, że ta ważna jednak książka, jest tak nudnym bełkotem i dziwne, że ludzie korzystając z darmowego i nieograniczonego właściwie doń dostępu (jest w domenie publicznej), tak chętnie do niej docierają, z pewnością nie ze względu na walory literackie, a i jako manifest programowy jest – z dzisiejszego punktu widzenia – napisana dojmująco nieatrakcyjnie. Zapewne zatem chodzi o osobę autora, cóż, zło zawsze przyciągało i nie wiadomo, czy jest na to jakakolwiek rada.

Spektakl nieco skróciłbym i jednak znalazł jakieś dyskretniejsze miejsce panom z ochrony. Ja wszystko rozumiem, nie czułem się jednak komfortowo z tak bezpośrednią ich obecnością, chyba, że zrobiono to celowo. Ale wtedy to przedstawienie jest jednak ździebko o czymś innym.

 

Teatr WARSawy

NOCNE METRO - Musical infrastrukturalny

Michał Walczak

reż. Michał Walczak

premiera 23 marca 2019

Całość jest oczywiście bliskim kuzynem historycznego już Pożaru w Burdelu, nie tylko za sprawą twórców, mamy także i to samo miejsce akcji, zawsze - miasto stołeczne Warszawę, mamy odniesienia do Zdzisia i jego pracodawcy, Metra Warszawskiego, nawet p. Patryk Wereszczyński jest w pewnym sensie do Tomasza Drabka - znaczy Zdzisia - podobny. Mamy tym razem Polaka, Włocha i Turka kopiących bez wytchnienia, na wysokości Bródna znajdują szkielet. Cóż z tego znaleziska wyniknie?

Było niestety niedobrze słychać, co w przypadku musicalu jest jednak istotne, chciałbym wiedzieć, o czym aktor do mnie śpiewa. Szczególnie, że Wiktor Stokowski napisał do tego spektaklu dość dynamiczna muzykę, która jednak zagłuszała wokal aktorów. Nic więc dziwnego, że zwróciłem uwagę jedynie na song Marty Parzychowskiej, liryczną balladę, w której aktorka miała szansę być słyszalna.

Nie moja filiżanka herbaty – jak mówią Anglicy, ale dobrze, że jest miejsce, „gdzie młodzi mogą próbować”.

A na marginesie - ciekaw jestem, czy imię i nazwisko jednego z młodych aktorów, których widzieliśmy na scenie, p. Michała Bajora, jest dla niego szansą czy przekleństwem?
 
Teatr Kochanowskiego w Opolu
CÓRKI POWIETRZA. SEN BALLADYNY

Pedro Calderon de la Barca, Juliusz Słowacki

reż. Ignacio Garzia

premiera 16 marca 2019

Piękne wizualnie przedstawienie, unosi się nad nim i polska mgła znad Gopła i taki spleen hiszpańskiego lata. Oniryczne (wszak życie to sen), o postaciach ze świata nierzeczywistego, więc jeśli ktoś nie ma z tymi obszarami kontaktu – tak jak piszący te słowa – może jednak zapaść w oniryzm.

Ale Tomasz mówił, że nie zrozumie Hiszpanii ktoś, kto nie uszczknie choć odrobiny Calderona, który jest tam i Mickiewiczem i Szekspirem, który jest tam chętnie i wszędzie grany, i bez Calderona nie da się w pełni zrozumieć ani współczesnej Hiszpanii ani jej wielkich jak np. Almodovara. No cóż, część festiwalowej publiczności przebąkiwała, że nudnawe, ale widziałem widzów dokumentnie pochłoniętych i szczerze wzruszonych tą opowieścią.

Znaczy – nie dla każdego.



 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

I ŻE CIĘ NIE OPUSZCZĘ

Gérard Watkins

reż. Aldona Figura

premiera 16 marca 2019 

Mamy oto dwie pary, Rachidę i Liama, middletwenties, oraz nieco dojrzalszych, już po przejściach – Annie i Pascala, którzy na dworcu prawie ratują świat przed zamachem terrorystycznym i tak zaczyna między nimi iskrzyć, a tamci – poznają się przypadkiem pod jej kamienicą. Rachida jest muzułmanką, z czym Liam niespecjalnie sobie radzi, Annie – opiekunką, co w którymś momencie dla artysty Pascala też będzie problemem. Ale mimo wszystkich przeciwności – zakochują się w sobie.

I mamy na początku kameralny spektakl o fascynacji, miłości, bez zbędnego patosu, bo w tle jest niewspółpracująca codzienność, z którą jednak sobie radzą. Ale w pewnym momencie, trudno zresztą wskazywalnym, ich związki zaczynają iść w niebezpiecznym kierunku. Pojawiają się najpierw wstrętne słowa, jakby wymówione od niechcenia, za nimi gesty, wreszcie - czyny, wreszcie - robi się nie do zniesienia. To nie jest spektakl o przemocy w związkach, raczej o tym, jak owa przemoc się zupełnie niezauważenie pojawia, o tym, że jest niezależna od statusu i wykształcenia, o tym wreszcie, że nie rozumiemy jej ofiar, czego dojmującym przykładem były sceny przesłuchania Annie i terapii Rachidy. To jest spektakl o tym, że to wszystko nie jest takie proste, jakkolwiek to brzmi.

Dobrze napisany, uciekający od efekciarstwa i łatwych diagnoz tekst (a rebour niż inny spektakl o przemocy w tymże teatrze), i bardzo dobre role – szczególnie Anny Szymańczyk i Marcina Sztabińskiego.

 

TR Warszawa

INNI LUDZIE

Dorota Masłowska

rez. Grzegorz Jarzyna

premiera 15 marca 2019

Oglądałem wciągnięty po uszy od pierwszej do ostatniej sceny, zaśmiewając się w zabawnych momentach, i wiedząc jednocześnie, że nie ma się z czego śmiać. Ani z mamusi podcinającej skrzydła, ani z rozmów z Rosmana w alejce między szamponami a podkładami, z kondonami (uhm) przy kasie za 7.99, ani z bzykanka bogatej acz zaniedbanej seksualnie Iwony z quasi-hydraulikiem. A już na pewno nie są zabawne kobiety upajające się swoim statusem samotnej matki, z tym, że Masłowska dość bezceremonialnie nazywa je pojebanymi pijawkami. No więc Inni ludzie to bardzo zabawny spektakl, a przez to – jednak dojmująco smutny.

Rzecz o tym, że między nami jednak dość chujowo jest, o toposie Wietnamczyka, Ukraińca i geja, bez których to wszystko by się już dawno w proch obróciło, bo brakłoby wroga, o naszym życiu codziennym, erotycznym i uczuciowym, w którym w ramach najczulszej nawet komunikacji z bliskimi posługujemy się kliszami językowymi stworzonymi przez kopirajterów, bo inaczej nie umiemy i bo tak jest łatwiej; o tym, że otaczamy się przedmiotami, bez których już się nie da, i tymi kupionymi na promocji w drogerii, i tymi na wypasie, jak volvem z asystentem parkowania. O Warszawie, o busach do Radzynia, o szukaniu lepszego życia, i o nieznalezieniu go. O polskości wreszcie, która jest niesamowicie ciekawa i której np. Holendrzy nie mają – zauważa słusznie w jednym z wywiadów Autorka.

Wszyscy jej bohaterowie są dojmująco samotni, ci z dołu i ci, którym się udało.  Czy to słowo, samotność, w ogóle w ich języku istnieje? Może je usunęli, a może usunęło się samo, żeby w ogóle dało się żyć? No może.

Wydaje mi się, że jest to przedstawienie wybitne. Rekomenduję. (sic!)



 
Teatr Ateneum
CESARZ

Ryszard Kapuściński

reż. Mikołaj Grabowski

premiera 30 marca 2019

 Mam właściwie jedną obserwację związaną z tym znakomitym przedstawieniem. Taką mianowicie, że ono nawet nie ukrywa, że jest o dziś i o teraz. Oczywiście, dobry teatr jest zawsze o tym, co tu i teraz, bez względu na to, czy mamy starożytne Ateny czy Etiopię za Hajle Selasje. Ale było mi z tym niewygodnie, bo pewnego rodzaju doraźność, taka zabawa znaczeniami i toposami, została mocno (choć przyznaję diabelsko inteligentnie) osadzona w przestrzeni politycznej wobec której próbuję być że tak powiem - na emigracji.



No ale marudzę, wszystko przecież jest dziś polityką. To, że jeden z aktorów kiedyś odrzucił rolę, a inną przyjął. To, że Cesarz jest wystawiany właśnie teraz, to, że o tym teraz piszę. I to, że na Cesarza nie sposób się dostać, bo wszyscy wiedzą, że.



 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

KILKA SCEN Z ŻYCIA. WEDŁUG PŁATONOWA

Antoni Czechow, adapt. A. Gryszkówna

reż. Anna Gryszkówna

premiera 1 marca 2019

 Płatonow w Dramatycznym jest o tym, że niedobrze zdradzać żonę. No… niby tak.

To trochę mało jak na – owszem, debiutancki, młodzieńczy – ale jednak wielki tekst Czechowa, w którym przecież wszyscy są jakoś tam brudni, wszyscy mają jakieś nie do końca czyste pragnienia, w którym bohaterowie udają, że żyją, udają, że tęsknią, że kochają, że czekają na coś, choć nie wiadomo na co, jak to u Czechowa. Prawdziwy jest tylko ból – Płatonow mnie boli – mówi w którymś momencie Płatonow.

Niestety, ani tego brudu ani bólu nie widać, w ogóle nie za wiele widać. Cały ten czechowowski świat jest w Dramatycznym jakiś taki płaski, nieinteresujący, papierowy, sztuczny tak jak bijatyka Michała z Mikołajem - poza tym, że efektowna na scenie, raziła nienaturalnością.

Jedyną postacią na scenie, która jest z krwi i kości, jest Anna Wojnicew (Agata Wątróbska), chce mieć Płatonowa jako kochanka i zrobi wszystko, żeby z nią był, nieważne – kocha czy nie. I ona jedyna jest „chora z pożądania”, jest w ogóle jakaś.

Letnie osy pokąsały mnie w marcu.


 
Teatr Collegium Nobilium
FEDRA FITNESS

István Tasnádi

reż. Daria Kopiec

premiera 1 marca 2019

Nie rozumiem, dlaczego ten nudny i wulgarny spektakl pojawił się w tym teatrze, w tym czasie i w wykonaniu tych aktorów. Czy naprawdę brakuje tekstów, które dotyczyłyby ich choćby z grubsza? Oczywiście mit Fedry i jej niespełnionej miłości jest toposem i może istotnie warto go przypominać, tylko – dlaczego na Boga – w wersji Tasnadiego? Czy z powodu dylematu – posiekać Saurosa czy wykastrować?

Odniosłem wrażenie, że aktorzy są włożeni w nie swoje buty, że ich ta Fedra uwiera, że wulgaryzmy padające z ich ust brzmią karykaturalne, że nie bardzo ich to obchodzi, choć – przyznajmy, robią co mogą, żeby ten niedobry tekst uratować.

Źle także została uszyta rola Minouatura, Mikołaj Kłosiewicz nie miał szansy pokazania swoich możliwości i talentu, szkoda, bo to dyplom, świecić zatem powinni wszyscy.
 
Teatr Zagłębia
DEAD GIRLS WANTED
Jolanta Janiczak, Grzegorz Stępniak

reż. Wiktor Rubin
premiera 22 lutego 2019

 O ile ze zdumieniem patrzyłem w warszawskim Neronie na aktora markującego wyjmowanie sobie jaj kurzych z tyłka, o tyle tutaj - naprawdę szkoda mi było aktorki, która wkłada sobie ust zużyty tampon, było to upokarzające. Dla wszystkich. Tak, oczywiście - to „na niby”, tyle  tylko, że cały ten spektakl jest na niby, dojmującym dowodem figurant, którego rozbiera Amy Winehouse. Może nie trzeba było tego chłopaka zapraszać na scenę do oklasków, może jednak część publiczności pomyślałaby, że to part of the play? Owszem, mogłoby być grubo, ale przynajmniej szczerze. Cóż, może jednak ryzyko pobicia aktora przez upokorzonego widza jest w Sosnowcu większe niż w Warszawie? No może. Spektakl jest mówiąc najkrócej obrzydliwy. Już pomijam, że nieprawdopodobnie mizoginiczny, jak sądzę – zupełnie przeciwnie do zamierzeń.  

Poza tym - co najmniej dwukrotnie podczas tego przedstawienia przeżyłem dziwne deja-vu, jakbym niektóre sceny już gdzieś widział, u tego samego reżysera zresztą.

Najwyraźniej za dużo chodzę do teatru.

 

Teatr Ochoty

RANDOM

M. Fortowska, M. Obarska, E. Opawska

reż. I. Gorzkowski, I. Vedral, J. Mark

premiera 16 lutego 2019

Teatr Ochoty jest jednym z niewielu miejsc, gdzie rodzi się młody polski teatr, gdzie można dowiedzieć się, co jest ważne dla początkujących twórców, jak widzą świat, jak go opisują itd., mnie to ciekawi, dlatego śledzę konkurs TO Polowanie na Motyle, w którym wyłaniane są najlepsze teksty, a następnie – co istotne – inscenizowane. No i mamy oto trzy jednoaktówki laureatek najnowszej edycji konkursu,  wystawiane pod wspólnym tytułem Random.

Nie będę może pisał, o czym są poszczególne spektakle, chętni zobaczą, mam tylko kilka takich „ogólnych” obserwacji. Łączy bowiem bohaterów owych jednoaktówek niemożność komunikacji. Wypowiadane są słowa, których ich partnerzy jakby nie słyszą, jakby wystarczyło samo powiedzenie czegoś, bo wiadomo, na odpowiedź nie można liczyć, albo – że nie będzie ona interesująca. Że komunikaty, które wypowiadamy (ale i które do nas wracają) są tak postrzępione, że można je interpretować na dziesiątki sposobów, najczęściej jednak w sposób zupełnie sprzeczny z intencją naszego rozmówcy. Ale to i nie jego wina, inaczej nie umie.

Ten brak kontekstu słów przez nas produkowanych i odbieranych przekłada się przecież i na emocje, które wzbudzają się w zupełnie nieodpowiednich momentach, będąc z kolei niesforne i nieposłuszne czy wręcz martwe wówczas, gdy ich najbardziej potrzebujemy.

Niewesoła diagnoza.
 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

FATALISTA

Tadeusz Słobodzianek

reż. Wojciech Urbański

premiera 15 lutego 2019

 Mamy oto szabat, w rodzinie Beniamina i Lei tradycja jest ważna, więc chłopcy nie tylko nie mogą grać o zmierzchu w piłkę, ale i na stole pojawia się złoty rosół. Pan domu wraca z pracy, pani domu zauważa ślad szminki na policzku męża. Do tego – o zgrozo – odmawia spożycia owego rosołu. Czym się ten wieczór skończy?

Niby komedia małżeńska i w sumie nikt nie broni, żeby tak ten drobiazg (54 min!) czytać. Pod wzajemnymi jednak pretensjami, niekiedy wygłaszanymi przez oboje z cudownie zabawną egzaltacją, kryje się jednak coś więcej. A co takiego – to już każdy sobie sam odpowie, znajdując (albo i nie) cichutki szept zbliżającego się końca świata, zastanawiając się nad naturą i sensem kłamstwa (albo i nie), zadając wreszcie pytanie – czemu niezjedzenie żoninej zupy jest gorsze od zdrady? Bądź też tej kwestii zupełnie nie podnosząc. Jak kto chce.

Rewelacyjna Magdalena Czerwińska i celowo nieco wycofany Robert T. Majewski oraz świetne dzieciaki.
I – jeśli można – dyrektorowi Tadeuszowi Słobodziankowi przypominam, że ma w teatrze dramatopisarza, z którego talentu korzystać należałoby może częściej, a jest nim autor tego znakomitego spektaklu, proszę zobaczyć i dać się w te grę wciągnąć!
 
Nowy Teatr w Warszawie
OSTATNI

Agnieszka Jakimiak

reż. Romuald Krężel

premiera 15 lutego 2019

Od razu zastrzegę – nie moja filiżanka kawy, uczulony jestem bowiem na wizje końca świata z powodu nieszanowania przez nas środowiska. Nawet jeśli ta wizja oparta jest na faktach, nawet jeśli syfimy na potęgę. Ale nie dam się poddać terrorowi sortowania śmieci do pięciu worków w trzymetrowej kuchni. Zdarza mi się również jeździć samochodem i nie zrezygnuję z tego, i – właśnie o tym jest ten spektakl. O takich jak ja. Trudno, przynajmniej nie wygrywam ze światem walk o smog paląc jak lokomotywa, gdyż w ogóle nie palę.

Spektakl miał moje dobre samopoczucie nieco zepsuć i istotnie zepsuł, bo nie lubię „gdy mi ktoś zagląda do kosza” – mówiąc w pewnym uproszczeniu. Nie jest oczywiście tak, że w tekście wyraźnie się wskazuje, żebym nie używał plastikowych słomek, to uratuję planetę, autorzy mówią raczej, że katastrofa klimatyczna odbywa się właśnie teraz, przytaczając rozmaite dane, niekiedy dość przerażające, ale właśnie odniosłem wrażenie, że w Ostatnim tej edukacji jest ździebko więcej niż teatru.

PS. O co chodziło z Bartkiem Bielenią śpiewającym Edytę Bartosiewicz? Że Ostatni? Nie…
 

Teatr Studio

METAFIZYKA DWUGŁOWEGO CIELĘCIA

Stanisław Ignacy Witkiewicz

reż. Natalia Korczakowska

premiera warszawska 15 lutego 2019

Zdarza się, że podróże które odbywamy, szczególnie w tropiki, wyzwalają w nas pewnego rodzaju introspekcję, porządkują i pryncypia i marzenia i dzień powszechni wraz z imponderabiliami, jak na przykład – naszym współżyciem z rodziną. I tu trzeba powiedzieć, a propos rodziny, że owszem, wychowanie potomstwa jest sprawą ogromnie trudną, ale jeszcze trudniejszą – jest bycie wychowywanym, czego dojmującym dowodem jest Karmazynello.  

Nie będę ukrywał, za co twórców przepraszam – w którymś momencie z pochłaniania słów padających ze sceny się wyłączyłem, zupełnie tego dnia wyczerpany całodniowym wysłuchiwaniem witkiewiczowsko-gombrowiczowskich komentarzy o sprzedaży mojej spółki, i skupiłem się na podziwianiu gry, scenografii i w ogóle teatralności Metafizyki. A było to skupienie dające zadowolenie, gdyż aktorzy Studia bawią się swoimi rolami, tekstem i konwencją. Np. fantastyczny zupełnie Robert Wasiewicz, zdezorientowany nieco w poszukiwaniach prawdziwego tatusia, jakby narysowana przez Witkacego Ewa Błaszczyk w roli Leokadii czy - kpiący nieco z Wuja Stasia w swoim pedagogizmie (?) Marcin Pempuś.

Biorąc pod uwagę stopień złożoności tekstu oryginalnego oraz nieliczne chwile trzeźwości Autora, spektakl Natalii Korczakowskiej wydaje się być dziełem niesłychanie przystępnym - oraz – nieodparcie zabawnym. Nad kim Patron czuwa – może i tak.
 

Teatr Polonia

BOŻE MÓJ!

Anat Gov

  reż. Andrzej Seweryn

premiera 8 lutego 2019

Obejrzałem bez niechęci, ale zdania nie zmieniłem, uważam ten tekst za efekciarski.

Za taki, który udaje coś, czym nie jest - a jest jedynie dobrze skrojoną rozrywką, z efektownymi bon-motami i przyzwoicie skrojonymi dialogami. Naprawdę prosiłbym, żeby nie traktować Boże Mój! za dzieło traktujące o sprawach pierwszych i ostatnich, „stawiającego fundamentalne pytania”, bo żadnych pytań nie stawia, i został napisany dla rozrywki, i tę rozrywkę, na zupełnie przyzwoitym poziomie niesie, nie obraża inteligencji widza, a to już coś.

Niespecjalnie wiadomo, dlaczego Bóg sobie ze sobą nie radzi, dlaczego przychodzi do psychoterapeutki i nie wiadomo, dlaczego akurat do tej, a dojmująco przewidywalne zakończenie, no cóż – mówiąc delikatnie – razi. Fajne natomiast, że w takiej zwiewnej formie mamy podane repetytorium biblijne, można sobie przypomnieć przypowieści o postaciach znanych z Księgi, w których faktycznie Pan Bóg (co słusznie Ella Mu wyrzuca) bywał bezkompromisowy.

Były owacje na stojąco, łzy itd., Maria Seweryn bardzo dobra, trochę więcej odwagi dodałbym Krzysztofowi Pluskocie, było też minimalnie przydługo, skróciłbym o 15 minut i pokazałbym bez antraktu.
 
Teatr IMKA
CZWORO DO POPRAWKI

Cezary Harasimowicz

reż. Agnieszka Baranowska

premiera 8 lutego 2019

Spektakl co prawda dla mnie, szukam w teatrze czegoś jednak ździebko innego, ale - obejrzałem przedstawienie z zawodowego obowiązku bez jakieś odrazy. Kilka rzeczy mi się podobało, a kilka – nie. Z plusów - Katarzyna Herman słodko bawi się swoją rolą, z tarczą wychodzi również Piotr Machalica, z minusów – niepotrzebnie reżyserka przerysowała Ewę, gotów byłem pomyśleć, że mężczyźni naprawdę związują się z takimi idiotkami. Finał – za mocno jednak nawiązuje do Kiedy Harry poznał Sally, gdy tymczasem w spektaklu nie ma do tego filmu innych nawiązań. A szkoda – można byłoby z widzem rozegrać małą inteligentną gierkę. Tekst momentami jest niepotrzebnie wulgarny, można było i bez tych wtrętów, choć intencje rozumiem – każdemu się zdarzają kurwamacie. Mamy oto dwie pary, które spotykają się w hotelu; młodsza przyjechała starać się o dziecko, które ma być lepiszczem ich związku, starsza – spoić coś, co ich zdaniem zupełnie się rozpada. Gdzie w ich toksycznych związkach wprowadzić poprawki? I jakie?

Marcina Korcza, bardzo utalentowanego aktora, którego znam ze świetnych ról z Łodzi, wolę jednak w repertuarze z Jaracza. No ale cóż, teatr komercyjny rządzi się swoimi prawami, zrozumiałem to dojmująco w kolejce do szatni, gdzie widzki wzdychając komentowały (komplementowały mówiąc ściśle) marcinowe wdzięki…

 

TR Warszawa

RECHNITZ. OPERA – ANIOŁ ZAGŁADY

E.Jelinek/W.Blechacz/K.Kalwat/M.Muskała/A.Bauer

reż. Katarzyna Kalwat

premiera 7 lutego 2019

Mamy opisane przez Jelinek wydarzenie – zabójstwo prawie dwustu osób w tytułowym Rechnitz, popełnione przez hrabinę i jej gości pod koniec wojny. I o tej rzezi noblistka próbuje nam opowiedzieć, na scenie TR-u ustami sześciorga aktorów. Padają słowa piękne, padają i ohydne. Powstaje na ten temat opowieść, można odnieść nawet wrażenie, że jesteśmy świadkami improwizacji. Ale - czy o tragicznej śmierci ludzi można w ogóle wysnuć OPOWIEŚĆ? A może o takim okropieństwie, niewyobrażalnej zbrodni w ogóle nie da się mówić? A może nie słowa, a muzyka jest tym czymś, co dotknie istoty tej sprawy, tego czegoś „najważniejszego”?

Może.

Niestety mnie to nie obeszło w najmniejszym stopniu, wyszedłem z TR-u z dojmującym poczuciem straconego czasu.

Czytam jednak, że to przedstawienie „wywołało silne emocje”. Najwyraźniej są we mnie jakieś znaczące deficyty, bo jedyną silną emocją była chęć wycia z bezsilności, gdy nagi Paweł Smagała wszedł między wiolonczele i tam już pozostał.
 

Teatr Powszechny w Radomiu

BEA

Mick Gordon

reż. Andrzej Bubień

premiera 3 lutego 2019

Bea (Aleksandra Bogulewska) jest nieuleczalnie chorą dziewczyną, jej choroba postępuje, wymaga stałej opieki. I oto zjawia się Ray. Pani James (Joanna Jędrejek), matka Bei, wolałaby do opieki nad córką jednak kobietę, no ale jest chłopak, do tego autystyczny. Co ze spotkania tych trojga wyniknie?

Ta opowieść wciągnęła mnie od razu. Kilka razy byłem na granicy poruszenia, może nawet miałem cichutkie pretensje do reżysera, że „podkręcił” TE miejsca muzyką, niepotrzebnie, znakomicie napisany tekst – bronił się i bez tego. I choć tytułową postacią jest Bea, to przedstawienie przede wszystkim o Rayu (fantastyczny Łukasz Stawowczyk). Jest to bowiem rzecz nie tylko o radości i ciekawości życia , ale może przede wszystkim - o ludziach istniejących w naszych kosmosach, których istnienie w ogóle nadaje naszemu życiu sens. Nawet jeśli nigdy nie powiedzieliśmy sobie tego głośno, nawet jeśli oni o tym nie wiedzą.

Już nie pamiętam, kiedy widziałem tak dobre przedstawienie. Fantastyczny, momentami bardzo zabawny spektakl (cudna scena próbowania Tennessee Williamsa), a momentami - tak po ludzku -wzruszający, o życiu i całej reszcie.

Koniecznie.

 

Teatr Narodowy

JAK BYĆ KOCHANĄ

Kazimierz Brandys, adapt. M.A. Maciejewska

reż. Lena Frankiewicz

premiera 2 lutego 2019

 Spektakl dla dorosłych.

Dla tych, którzy mają pewien chaos we wspomnieniach, którzy mają kłopot z uporządkowaniem swojej pamięci, a zatem – dla tych, którzy i mają co wspominać i - mają co pamiętać... W przypadku Felicji ten chaos wywołała historia, która jak wiemy lubi sobie z nas zakpić, np. wywołując wojnę właśnie wtedy, kiedy wkraczamy w dorosłość, z nadziejami na dobre życie, z talentem, z wielką miłością. Czy nasze decyzje podjęte w czasie, kiedy najważniejsze słowa - takie jak „życie”, „śmierć”, „odpowiedzialność” czy „strach” mierzone są inną walutą – również powinny być inną miarą oceniane? Czy w tzw. normalnych czasach podjęlibyśmy te same decyzje? Ten spektakl może nawet przede wszystkim jest także o tym, „czy można się odpamiętać”, czy jesteśmy zdefiniowani jako byt wyposażony w pamięć i zobowiązany zeń korzystać, chcemy czy nie, czy zatem – „można o wszystkim zapomnieć i zacząć od nowa”? I wreszcie o tym, jak mogłaby wyglądać próba Hamleta 31 sierpnia 1939 roku? Jak zabrzmiałyby wyznania Ofelii dzień później na scenie?

Tak jak w filmie nie można oderwać wzroku od Barbary Krafftówny, na scenie w Narodowym nie mogłem oderwać oczu od Gabrieli Muskały, ten spektakl jest symfonią jej talentu, warsztatu i charyzmy. To jest to miejsce, ten czas, ten tekst i ta aktorka.

Dlatego prośbę mam do Gabrysi, żeby nie zapominała o teatrze, chociaż raz na jakiś czas i żeby Wassa w Jaraczu wróciła na afisz. Udany debiut Adama Szczyszczaja (ex Polski Wrocław) w TN i bardzo dobre role Michaliny Łabacz, Jerzego Łapińskiego i Jacka Mikołajczaka.
 

Teatr Współczesny w Szczecinie

BYĆ JAK BEATA

Piotr Domalewski, Żelisław Żelisławski

reż. Magda Miklasz

premiera 2 lutego 2019

Motto: Miałeś rację, zachowuję się jak trochę stuknięta… (Małpa i ja)

No, jestem chyba nieco stuknięty, żeby jechać, tłuc się – zabrzmi efektowniej - do Szczecina tylko po to, żeby obejrzeć przedstawienie o Beacie Kozidrak. Na szczęście autostradą (dodajmy – absurdalnie drogą), wygodnym przecież autem niegdyś czeskiej marki, a i spektakl okazał się olśniewający. Choć jest o bardzo wielu rzeczach, to chyba najmniej o samej Beacie. Ona, obecna na scenie jako obwiązana mikrofonami madonna, za sprawą znanych i mniej znanych piosenek jest tylko takim lustrem, w którym twórcy nam, fanom Beaty i z ciekawością i dociekliwością się przyglądają. Naszym tęsknotom, pragnieniom, talentom i ich brakowi, bezczelności, chęciom wyróżnienia się w tłumie…

Poznajemy m.in. zakonnicę, emerytowanego policjanta, sfrustrowanego 30-latka, neurotyczną gwiazdkę, psychofankę, którzy biorą udział w castingu, i po swojemu śpiewają piosenki Beaty i Bajmu. Po co tak naprawdę na ten casting przyszli? Skąd w nich fascynacja Beatą Kozidrak? Co słyszą w jej tekstach? Czego szukają a - co znajdują? Są jej fanami na serio czy „ironicznie”?  

I – last but not least – dlaczego „być jak Beata” – może tylko Beata? Będąc Polakiem, trudno nie znać piosenek Bajmu – powiedział o swoim tekście Piotr Domalewski.

Świetnie napisany, brawurowo zagrany i z wdziękiem zaśpiewany spektakl.

 

Teatr Polski w Warszawie

WYZWOLENIE

Stanisław Wyspiański

reż. Anna Augustynowicz

premiera 29 stycznia 2019

Polska! Polska! Polska! – krzyczymy. A następnie – padamy na kolana (bądź z nich wstajemy, zależy od koniunktury i mody). Mamy i polskość i polactwo, mamy wyssane z mlekiem matki uprzedzenia i strachy, mamy i tradycje z których jesteśmy dumni i które są jednocześnie naszym przekleństwem, a mimo upływu wieków żyjemy – chcąc tego bądź nie – w epoce romantyzmu, co nam uświadomiła profesor Janion. Czy słusznie zatem Mickiewicz Mirosława Zbrojewicza wrócił na cokół, bo tam jego miejsce (Mickiewicza, nie Zbrojewicza)? I tak można się rozwodzić bez końca - z odniesieniami do współczesności bądź też je ominąwszy.

Świetni aktorzy na scenie, moc nawiązań dla teatrologów, udany debiut Marcina Bóbułki w Polskim (w trudnej przecież roli), Grzegorz Falkowski, Jerzy Trela, spektakl starannie wyreżyserowany przez Annę Augustynowicz. Mówiło się w kuluarach, że „dojmująco aktualne”.

Tymczasem wyszedłem z Polskiego wykończony. Może dość już pytań o „polskość”, zadawanych sto lat temu przez Wyspiańskiego, i tych zadawanych przez współczesny teatr, zresztą - jeszcze bardziej wyczerpujących?

Czas może WRESZCIE zacząć na te pytania odpowiadać? Albo lepiej - w ogóle dać sobie z nimi spokój, bo niestety niespecjalnie cokolwiek z nich wynika.

 Nie pytaj o Polskę – śpiewał w 1988 roku Grzegorz Ciechowski, „Póki my żyjemy, ona żyje też”. I tyle.

 

Teatr Współczesny w Warszawie

TRZECIA PIERŚ

Ireneusz Iredyński

reż. Jarosław Tumidajski

premiera 26 stycznia 2019

Jak ktoś nie może zrozumieć, dlaczego Gomułka nienawidził wręcz Iredyńskiego, to niech sobie zobaczy ten spektakl, co prawda to już były lata 70-te, ale mechanizmy rządzące światem niespecjalnie się zmieniły, Iredyński – na swoje nieszczęście - wyjątkowo starannie się im przyglądał… Mamy oto pewną wspólnotę, do której – dobrowolnie oczywiście – wstąpili ci, którzy już mieli dość „tego wszystkiego”. Pojawia się w niej także Jerzy, młody, przystojny, zakochuje się w nim Ewa, liderka owej wspólnoty. Ona skrywa przed światem pewną tajemnicę, no cóż, tytułową. Jak Tomasz, pewnego rodzaju sumienie tej grupy, to zauroczenie i ten sekret wykorzysta?

Fantastycznie napisany, dojmująco o tym, co tu i dziś, i świetnie przez całą trójkę zagrany spektakl, ogląda się najpierw jak kino moralnego niepokoju, a potem - wciąga jak thriller. Jarkowi i aktorom gratuluję znakomitego przedstawienia.

Żądam więcej Iredyńskiego na polskich scenach!

 

Teatr Jaracza w Łodzi

NOC HELVERA

Ingmar Villquist

reż. Małgorzata Bogajewska

premiera 24 stycznia 2019

Jeden z najpopularniejszych współczesnych tekstów dramatycznych na polskich scenach, trafił także na kameralną scenę Jaracza. I właściwie tylko do doboru tekstu mam zastrzeżenia, jednak wolałbym dać się zaskoczyć czymś może mniej znanym, może nie szedłbym tak ostentacyjnie w nurt „teatru, który ostrzega i straszy”, może chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej i głębiej o powodach fascynacji siłą, władzą, podporządkowaniem. Małgorzata Bogajewska zmieniła nieco oryginalny tekst, w miejsce chłopaka jest mężczyzna, w miejsce opiekunki – jego żona. On – niedojrzały, spragniony docenienia za wszelką cenę, zafascynowany nowymi czasami, w których i on będzie ważny; ona – zrezygnowana, właściwie w sytuacji bez wyjścia, bezradnie patrząca na tego mężczyznę, którego wciąż kocha.

Na scenie Milena Lisiecka i Mariusz Słupiński. I dla nich – mimo moich utyskiwań – zdecydowanie warto ten spektakl zobaczyć.
 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

HAMLET

William Szekspir

reż. Tadeusz Bradecki

premiera 18 stycznia 2019

Sensem Hamleta jest Hamlet – powiedział Tomek słysząc rozmaite utyskiwania podczas antraktu. I faktycznie, Krzysztof Szczepaniak „potwierdza swoją obecność w ekstraklasie stołecznych aktorów”. (również zasłyszane w foyer). I choć czas spędzony w teatrze mijał mi szybko, dobrze się słuchało nowego tłumaczenia Piotra Kamińskiego, mam jednak kilka spostrzeżeń uwag.

Otóż - Martyna Byczkowska zagrała Ofelię… dziwnie. Była w tym spektaklu dziewczyną ze współczesności wziętą, choć nic tego nie tłumaczyło, jakąś jakby znerwicowaną, dlaczego Hamlet miał się ku niej – zrozumieć trudno, bardziej niż księciu to jej przydałaby się jakaś psychoterapia, cóż,  także dlatego, że między nią a bratem było coś ZNACZNIE więcej niż braterstwo. Można i tak, ale co z tego wynikło? Ano nic. Klaudiusz Macieja Wyczańskiego z kolei jakoś tak umiarkowanie się zmartwił, gdy Gertruda wypiła nie dla niej przeznaczone wino, mógł przynajmniej udać, że choć trochę się przejmuje, tak ździebko. Fałszywi przyjaciele Hamleta zagrali też fałszywie, na szczęście był i prawdziwy, Mateusz Weber bardzo dobry w roli Horacego. Henryk Niebudek i Adam Ferency znów jako aktorzy teatru w teatrze (w Śnie Nocy Letniej też), to cytat? Obaj znakomici, ale byłem gotowy dać się zaskoczyć. Z tarczą wychodzą - bardzo sprawny Kamil Szklany (Laertes) i w małej, ale zapadającej w pamięć roli Modest Ruciński (Fortynbras), choć gdybym był królem, a Laertes – przecież poddany, syn mojego doradcy – zrobiłby mi karczemną awanturę i rzucił się z pięściami, to by go co najmniej ściął. No ale nie jestem Klaudiuszem.

Coś nie zagrało też w scenografii i kostiumach, mizeria scenografii prawdopodobnie była cytatem z jednego z legendarnych wystawień Hamleta w Dramatycznym (pouczająca wystawa na dole), ale tanio wyglądających, jakby ze skaju zrobionych kostiumów teatrze nie broni nic.

Mimo wszystko warto, dla Krzysztofa Szczepaniaka.

 

Teatr Narodowy

ZEMSTA NIETOPERZA

Johann Strauss

reż. Michał Zadara

premiera 18 stycznia 2019

 Żart, oczywiście.

Ale dopiero zrozumiałem to w 3. akcie, jak Paweł Paprocki na podłodze kierowanego przezeń więzienia tak ładnie bawił się piłeczkami i spektakularnie upadał (ku uciesze widowni) nie zrobiwszy sobie krzywdy. Nie tylko żart ale i ostra satyra – jak sądzę - na pożądliwość takiego repertuaru przez mainstream widzów. Znaczy miałkiego, pustego, wybitnie rozrywkowego, a broń już Boże niosącego ze sobą jakąś myśl, refleksję, takiego wreszcie, przed którym lektor życzy widzom „przyjemnego wieczoru”. Czy jednak intencje reżysera zostaną zrozumiane? Już oczami wyobraźni widzę te niekończące się kolejki po bilety do Narodowego na ten wesoły spektakl, cóż, czasy okropne, to chociaż w teatrze dają coś przyjemnego – usłyszałem podczas antraktu. No właśnie.

Aktorzy Narodowego śpiewają do muzyki na żywo, czy dobrze czy źle – nie wiem, bo się na tym nie znam i mam słuch nieabsolutny. Acz kilka razy jednak byłem wręcz pewien, że zaśpiewano ździebko obok.

Naturalnie, tak miało być, przecież to żart, no oczywiście. Szkoda też, że scena balu odbywała się za zamkniętymi drzwiami, byłem przekonany, że właśnie bal jest sensem tej operetki. Ale i to nie szkodzi, bo przecież ten spektakl to żart sceniczny, a sensem żartu jest przecież niekiedy niedopowiedzenie, prawda?

Premierowa publiczność dała długie owacje na stojąco, były bisy, ochy i achy. Ja tylko czegoś smutny wyszedłem z teatru, może opuściło mnie poczucie humoru? No może.

 

Teatr Collegium Nobilium

WIECZÓR TRZECH KRÓLI

William Szekspir

reż. Artur Tyszkiewicz

premiera 12 stycznia 2019

Brak możliwości zaparkowania gdziekolwiek w okolicach Starówki i niezrozumiały a gigantyczny korek na Podwalu były zaledwie preludium dramatu, jaki dane mi było przeżyć jakoś dotarłszy do TCN. Ten jeden z najpogodniejszych tekstów dramatycznych świata w wykonaniu studentów IV roku AT wzbudził we mnie niemierzalnie głęboki smutek. Nie mam tu bynajmniej zastrzeżeń do faktu, że reżyser przeniósł akcję do sanatorium czy też na wczasy all-inclusive, uważam, że można z Szekspirem zrobić naprawdę co chcecie (sic), fajnie natomiast, gdy cokolwiek z tego wynika, jeśli z teatru się z czymkolwiek wychodzi.

Ja wyszedłem – jako się rzekło – przygnębiony. Powodów kilka – aktorzy (poza dwoma wyjątkami – Aleksandry Boroń i Jakuba Kordasa) niespecjalnie mieli kontakt z tekstem, który mieli okazję widzom ze sceny podawać.

Ten - jakby z automatu przez nich mówiony Szekspir - bywał do tego mało słyszalny, gdy aktorzy odwracali głowę od widowni, zastanawia mnie również, na ile niedoskonałości dykcji u kilkorga aktorów były celowo zagrane (jeśli tak – nie zrozumiałem intencji), a na ile wynikały z tremy związanej z premierą.

Coś nie wyszło.

 

Teatr Collegium Nobilium

GWOŹDZIE

Eric Bogosian, adapt. C. Kosiński

reż. Cezary Kosiński

premiera 5 stycznia 2019

Monodram Bogosiana jeszcze z XX wieku, ciekawe, że mniej więcej z czasów, kiedy aktorzy przyszli na świat, nie miało to zabrzmieć protekcjonalnie, przeciwnie, fakt ów obrazuje, jak świat się szybko zmienia, i - jak my łatwo zmieniamy uzależnienia, wtedy – od telewizji, dziś – od sieci. I wtedy i dziś i w przyszłości nie będziemy dawać sobie rady z natłokiem obrazów, informacji, wrażeń, emocji nam dostarczanych – i właściwie o tym jest ten tekst. Tekst dodajmy niełatwy, ale dające aktorowi niesłychane pole do popisu, warto tu przypomnieć legendarne już wykonanie Gwoździ przez Bronisława Wrocławskiego w łódzkim Jaraczu w reżyserii Jacka Orłowskiego.

Cezary – co konieczne przy spektaklach dyplomowych – rozpisał ten tekst na siedmioro aktorów, część z nich ma do zagrania stand-upy, i tu moje spostrzeżenie, że Zuzka (szukająca rymu) i Wewnętrzne Dziecko brawurowo zagrały (czy też zaimprowizowały, nie poznałem) sceny mówiące nie o TAMTYCH, a o naszych czasach, o tym, co tu i teraz, i to wydało mi się to ździebko nieadekwatne i – cóż - nieco raziło. Ale młodsi widzowie byli do łez rozbawieni, najwyraźniej po prostu nie wyłapuję (już) wszystkich asocjacji – albo mnie one nie śmieszą. Albo – co jeszcze gorsze – wcale nie uznałem ich a cyniczne, a właśnie takie miały być.

Może skróciłbym spektakl o małe pół godzinki, może dałbym więcej do zagrania Aleksandrowi Kaźmierczakowi, szczególnie na początku, może uniknąłbym prób nawiązania dialogu z widownią (skurczyłem się możliwie najbardziej, by być niewidoczny), jednak – mimo tych drobiazgów - Gwoździe są spektaklem udanym, widać włożone weń serce, ogromną pracę i talent. A Marcina Franca w roli Artysty zobaczyć po prostu trzeba.

 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

SMUTEK I MELANCHOLIA

Bonn Park

reż. Piotr Waligórski

premiera 14 grudnia 2018

Pewnie dla każdego ten tekst będzie trochę o czym innym, jedni może zwrócą uwagę na tytułowe smutek i melancholię, które zeń bije, inni – że jednak ów smutek i owa melancholią są podszyte u Parka ironią, że jednak to tragikomedia a nie tragedia, że jest żar i pogoda w oczach Zdzisława Wardejna, a jeszcze inni – że to przypowieść o nieuchronności upływu czasu. Ciekawe, bo autor ma lat 32 zaledwie, spodziewałbym się czegoś bardziej rozbrykanego, a tymczasem…

Niektórzy mówią, że nudno. Ale to nuda jak z Becketta, George ma już wszystko za sobą, wszystko przeżył, wszystkiego doświadczył, jego życie teraz to tylko niezbędne rytuały, a tu – niestety – śmierć, która zapewne wyzwoliłaby z tego wszystkiego – nie chce przyjść. Doktor się George’em opiekuje, komentuje, jakby doradza, ale w sumie jest ździebko wobec jego wielkiego smutku bezradny.

Na scenie znakomici aktorzy, jakby dojmująca rola (cyt. za p. Wolańską oczywiście) fantastycznego Zdzisława Wardejna, któremu naprawdę fiordy jedzą z ręki, i równie świetna – Waldemara Barwińskiego.
 

Teatr Powszechny w Warszawie

BACHANTKI

Eurypides, dram. Ł. Chotkowski

reż. Maja Kleczewska

premiera 7 grudnia 2018

Trochę jestem już zmęczony modnym obecnie nurtem feministycznym w teatrze, tymi spektaklami ziejącymi nienawiścią do mężczyzn, obsesjami na punkcie męskości i jej atrybutów, a już najbardziej - odniesieniami do współczesnej polskiej polityki, z sensem i bez sensu, tym teatrem, który celowo dzieli. Tutaj dosłownie. Widzki siadają po jednej stronie sceny, widzowie – po drugiej. Na końcu spektaklu inspicjent wyprasza panów, z którymi jeden z aktorów próbuje nieporadnie prowadzić warsztaty dot. aborcji. (Właśnie nie pamiętam, czy Rysia Czubakowa na widowni została, czy też wyszła, a to akurat istotne).

Do tego żywe węże, ochroniarze i – o dziwo – przez cały spektakl ubrany Michał Czachor i Karolina Adamczyk w spodniach z dziurą w miejscach intymnych, ale za to z karabinem. Upokarzające to było i dla aktorki i dla widowni.

 

Teatr WARSawy

BEGINNING

David Eldridge

reż. Adam Sajnuk

premiera 17 grudnia 2018

Spotkanie mężczyzny po przejściach z kobietą z przeszłością, 40+. On – rozwiedziony, bez kontaktu z córką, którą bardzo kocha, mieszka z matką. Ona – ma piękne mieszkanie, wspaniałe CV, konto godne pozazdroszczenia. Oboje i sami i samotni. Co mogą sobie wzajemnie zaoferować? Niby coś jakby iskrzy, no może jakieś bzykanko, hm? C’mon, oboje są dorośli, to już się odbywa bez tych wszystkich wstępów (no, może poza kieliszkiem drogiego wina przed). A jak nie, to chociaż przytulenie, jakiś taki ersatz czegoś, co mogłoby między nimi być, ale nie będzie. Kurczę, ale i to średnio wychodzi, prowadzi do upokorzenia, którego żadne z nich już nawet tak nie nazywa, mając ich na koncie dziesiątki i jakby wkalkulowując je w codzienne funkcjonowanie. I… czy tak naprawdę on jej pożąda? I czy ona chce go tylko dla bliskości? A może jest w tym jakaś kalkulacja? Jaka?

Maria Seweryn i Tomasz Borkowski wspaniali, to jest popis ich i talentu i warsztatu, nie wyobrażam sobie innej niż Maria aktorki, która mogłaby zagrać tę bardzo trudną rolę, i mam też nadzieję, że pan Tomasz (który miał równie trudne, jeśli nie trudniejsze zadanie) częściej będzie się pojawiał w teatrze.

Do tego ręka Adama – no cóż – rozpoznawalna, prowadząca aktorów przez ten gąszcz konsekwentnie, ale i z czułością, gratulacje.

Dla dobra Waszego stadła – lepiej nie zabierajcie ukochanej/ukochanego na ten spektakl w Walentynki, naprawdę. To jedno z najsmutniejszych przedstawień jakie widziałem, do tego jeśli jesteście w wieku bohaterów, to wszystkie przywali was dwukrotnie mocniej.

Po prostu idźcie sami. Nomen omen.
 

Teatr Polonia

WANIA, SONIA, MASZA I SPIKE

Christopher Durang

reż. Maciej Kowalewski

premiera 15 grudnia 2018

Chwała Bogu ten pogodny spektakl nie udaje czegoś, czym nie jest, został zrealizowany ku uciesze widowni i tę uciechę niesie. Takoż i ja spędziłem w Polonii niesłychanie miły czas., a kilka razy to nawet serdecznie się uśmiałem.

Rzecz jest żartem i jednocześnie pewnego rodzaju hołdem złożonym Czechowowi, bohaterowie przecież noszą imiona z Czechowa (poza Spike’m, a i to się okaże grząską teorią, zważywszy na jego prawdziwe imię), jest i wiśniowy sad, choć może mizernych rozmiarów, są odniesienia i do Mewy, no przecież Masza to Arkadina wypisz wymaluj.  A pokrótce – poznajemy Wanię i Sonię, przyrodnie rodzeństwo w wieku balzakowskim, którzy do Moskwy się nie wybierają, przeciwnie, w ogóle nigdzie ze swojego domu na uboczu się nie ruszają. Tak sobie siedzą, rozmawiają i tak troszkę po czechowowsku się kiszą. Niespodziewanie odwiedza ich bogata siostra, aktorka, wspomniana Masza, z kochankiem. Cóż z tej wizyty wyniknie?

Na scenie m.in. świetna Dorota Landowska, zgorzkniała ale i pogodzona ze swoim zgorzknieniem Sonia, Maciej Kowalewski w roli Wani, bawiąca się postacią Maszy – olśniewająca Ewa Błaszczyk, obsadzony tutaj, hm, po warunkach, Wojciech Zieliński, który ma nieczęstą okazję pokazania swojego talentu w teatrze, wreszcie – jak zawsze do zjedzenia – Małgorzata Rożniatowska, sprzątaczka Kasandra (wrobiona także w gotowanie), tę rolę dubluje – jak mi mówiono równie świetna – Jowita Budnik.

PS. Płomienny monolog Wani do esemesującego Spike’a – po prostu słodki.



 

TR Warszawa

CZĄSTKI KOBIETY

Kata Weber

reż. Kornel Mudrunczo

premiera 13 grudnia 2018

Cząstki kobiety to dojmująca, ale momentami także bardzo zabawna opowieść o tym, że wszystko, co robimy i wszystko, co mówimy, ma swoje konsekwencje. Dlatego to WCALE nie jest spektakl o kobietach i „ich walce o prawo do decydowania o własnym życiu” – jak czytamy w Internetach, na szczęście Mudrunczo jest zbyt wielkim reżyserem, żeby robić spektakle feministyczne. Relacje bohaterek bowiem są WŁAŚNIE konsekwencją - słów jakie wypowiadamy, braku tychże słów, są rezultatem dziesiątek decyzji, jakie podejmujemy codziennie w sprawach banalnych ale i - w sprawach najważniejszych. Właśnie taką decyzję podejmuje Maja (wspaniała Justyna Wasilewska), moim zdaniem głupią, lekkomyślną, ale jej konsekwencje poniesie ona i tylko ona, nie zostanie zrozumiana ani przez matkę ani siostrę, o mężczyznach nie wspomnę. I będzie Maja swojej decyzji bronić. Ile będzie ją ta obrona kosztować?

Jest grubo, naprawdę. Ten spektakl to jakby połączenie codziennej polskiej awantury domowej z grecką tragedią, jest tu czułość i nienawiść, jest polactwo i jest uzależniony Norweg (rewelacyjny Dobromir Dymecki), jest matka Polka (Magdalena Kuta, wymiata - excuse le mot) i jest jakaś pani, która pomoże przy sprawach prawniczych.

Jest dopowiedziane i jednocześnie jest tajemnica, jest sacrum śmierci, jest próba pogodzenia się z odejściem, i jest wreszcie próba życia, jakiegoś względnie normalnego. Mimo wszystko - normalnego.

Podczas pierwszego aktu, pierwszej części właściwie, chciałem wyjść, nie byłem w stanie TEGO znieść. Ale zostałem. I dobrze, bo Cząstki kobiety to najlepszy spektakl, jaki można teraz zobaczyć na stołecznych scenach.

 

Teatr Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie

MÓJ NIEPOKÓJ MA PRZY SOBIE BROŃ

Mateusz Pakuła, dram. W. Loga-Skarczewski

reż. Wiktor Loga-Skarczewski

premiera 10 grudnia 2018

Świat się często dobrze składa, naprawdę. Akurat byłem w Krakowie, akurat zabrakło biletów na jeden z „boskich” spektakli, i - akurat Wiktor miał premierę spektaklu ze swoimi studentami. Świat się często dobrze składa…

Utopia? Przestroga? Czy tylko wizualizacja sumy wszystkich naszych lęków? A może ten świat już trochę taki jest, tylko nie dopuszczamy tej myśli do siebie, broniąc się nogami, rękami, wrażliwością, strachem i niepokojem, który nosi przy sobie broń, hm? Przecież już zmieniane są znaczenia najważniejszych słów, tych definiujących nasze życie. Przecież już nie umiemy ze sobą rozmawiać i patrzyć prosto w oczy, za to - mamy słowotok na messendżerze, i bez przerwy wrzucamy jakieś selfies do Internetu, przecież wodzirej telewizyjnego show jest właściwie tylko minimalnie przerysowany, przecież jeśli jesteś w jakikolwiek sposób inny, no to przecież – pedał, a przecież… itp. itd.

W spektaklu dopracowana jest każda sekunda, widać fantastyczną robotę choreografa i scenografa, widać krew, pot, łzy i talent aktorów, którzy opowiedzieli tę historię o dziwnej peregrynacji Guliwera bez cienia fałszu, zadając i mądre i trudne pytania o ten śmietnik, w którym przyszło nam żyć.

Bardzo dobre przedstawienie.


 

Wrocławski Teatr Współczesny

GROTOWSKI NON-FICTION

Krzysztof Szekalski oraz zespół

reż. Katarzyna Kalwat

premiera 8 grudnia 2018

Wyszedłem z przedstawienia bardzo niezadowolony gdyż program mnie okłamał. Miała być 1h45, a było o pół godziny dłużej. Ciekawe, bo w Opolu jest informacja o godzinie dwadzieścia. No niby nic, drobiazg, ale przecież ten spektakl (czy też projekt) też trochę o tym był, o szacunku dla widzów. Mamy oto siedmioro aktorów, którzy podejmują dyskusję o Jerzym Grotowskim, w moim spektaklu wdzięcznie i kompetentnie moderował całość Roman Pawłowski ale kiedy głos zabrali prelegenci, zacząłem się irytować, bo nie lubię teatru zajmującego się samym sobą, odniesienia do tu i teraz tudzież osobiste wycieczki były czytelne tylko dla wtajemniczonych. Takie - wiecie - powiedzonka, żarciki.

Jednak im więcej czasu mija od tego spektaklu, tym częściej doń wracam, bo olśniło mnie w którymś momencie, że to wcale nie jest rzecz o Grotowskim! Jego legenda, praca, życie, tak dokładnie analizowane przez teatrologów z całego świata - jest tylko pretekstem do zadania pytania, o to, czy nam w ogóle wolno grzebać (nomen omen) w życiu zmarłych, szczególne tych wielkich, jakie się z wnioskami z tych kwerend wiążą konsekwencje, i co te absurdalnie niekiedy szczegółowe wnioski dają nam wszystkim, w wypadku Grotowskiego – jego wyznawcom. No właśnie, co?

Pierwsza swoje ”wystąpienie” miała Monika Stanek, myślałem, że nie zdzierżę jej egzaltacji i wejdę z krzykiem na scenę (byłoby to zresztą pożądane part of the play). A jednak dziś – z upływem kilku dni - będę się upierał, że obok Eweliny Paszke-Lowitzsch, zagrała najlepszą rolę w tym dziwnym i niepokojącym przedstawieniu.
 

Hotel Malabar Hotel

POŻEGNANIE JESIENI

Stanisław Ignacy Witkiewicz

dram. M. Bartnikowski

reż. Maria Żynel

premiera 7 grudnia 2018

Teatr Malabar Hotel zaprosił do współpracy Marię Robaszkiewicz, na co dzień aktorkę Teatru Powszechnego w Warszawie, i wspólnie stworzyli uroczy, bardzo „malabarowy” spektakl o życiu nad wulkanem, chwilę przed jego erupcją, naturalnie mówiąc w pewnym uproszczeniu. Mamy oto uchwycony moment diametralnej zmiany świata, autor – przypomnę – napisał także Narkotyki, więc z pewnością wizja owa jest czymś tam wspomagana, na szczęście jednak Marcin Bartnikowski zaprowadził w tekście wuja Stasia pewien ład, wybrał co smaczliwsze kąski, a cała trójka w tym witkiewiczowskim świecie wspaniale się odnalazła, nawet jeśli materia stawiała pewien opór, mam na myśli tę taką substancję, która na koniec obkleiła Marcina Bikowskiego oraz - kontrowersyjną akustykę w Sali im. Kreczmara w AT. Z drugiej strony, to coś czerwone, fenomenalnie współpracowało z odlewem twarzy, pokazując niesfornie jęzor. (Oczywiście, że są elementy teatru lalkowego na scenie, przecież to Malabar, w ogóle scenografia świetna – również Marcina Bikowskiego).

Czy przed końcem świata można uciec w seks? Stworzyć sobie z niego jakiś schron? Azyl? Chwytać się tego seksu, żeby więcej, bo jutro niepewne? I w ogóle – skoro jutro ma być koniec świata, to co dziś jest ważne, a co nie? I czy w ogóle będziemy umieli o tym mówić?

Nie spodziewajcie się jednak moralitetu - chociaż, jak ktoś chce, niech się tym drobiazgiem moralizuje, czemu nie - aktorzy bowiem mają troszkę bekę z Witkacego, ale żarty to i czułe i zupełnie przyzwoite (w znaczeniu – przeciwieństwa do nieprzyzwoitych oczywiście).

Słodki, fajnie wymyślony i zrobiony spektakl - oczywiście - o naszej jesieni, która właśnie się za tydzień kończy.



 

Teatr Narodowy

BURZA WILLIAMA SZEKSPIRA

William Szekspir i in.

reż. Paweł Miśkiewicz

premiera 1 grudnia 2018

Paweł Miśkiewicz w wywiadzie na stronie TN:

Z jakimi Pan mierzy się ograniczeniami, pracując nad Burzą?
Ograniczenie zawsze jest jedno – moja wyobraźnia, która konstruuje obrazy. Dla mnie są one czytelne i jasne. Chciałbym, aby zafunkcjonowały równie trójwymiarowo w głowie widza. Tak, próbuję myśleć o widzu idealnym, który byłby jakoś podobny do mnie. I to jest pewne niebezpieczeństwo i ograniczenie, bo w pewnym sensie robię też spektakl o sobie (…)”

We mnie niestety owe obrazy skonstruowane przez reżysera nie zafunkcjonowały prawie wcale. Przyglądałem się co prawda z zachwytem scenografii Barbary Hanickiej i świetnym aktorom na scenie, ale o czym do mnie mówili, niestety nie wiem.

Naprawdę się starałem, przyszedłem przygotowany bo nawet przejrzałem sobie przed przyjściem do teatru tekst (w tłumaczeniu Słomczyńskiego zresztą), ale to nie pomogło.

No trudno.

 

Klub Komediowy

TANIA REWIA PT. PRZELEW WYJDZIE W PIĄTEK

Różni autorzy

prowadzenie: Michał Sufin

premiera: grudzień 2018

Sam tytuł tego spektaklu może być wystarczająco zabawny szczególnie dla tych, których być albo nie być zależy od tego przelewu. Topos nieledwie… Klub zaprasza więc sfrustrowanych czekaniem na ów piątek i ów przelew - na wspólną podróż po codzienności, nie zawaham się powiedzieć – kapitalistycznej, będzie i wesoło i lirycznie.  

Pomysł fajny – na scenie pojawiają się, ogłaszani zresztą bez przesadnego wyprzedzenia, aktorzy współpracujący z Klubem, w moim spektaklu oglądaliśmy m.in. Bartka Młynarskiego, Weronikę Nockowską, Agatę Sasinowską, Grzegorza Kwietnia czy Katarzynę Kołeczek, którzy prezentowali się przed publicznością z monologami, stand-upami, piosenkami czy też songami autorów zaprzyjaźnionych z Klubem.

Niektóre te cudeńka były nieodparcie zabawne, inne zaś może mniej, bardziej skłaniały do rozmyślań nad życiem i całą resztą, nie tylko w aspektach związanych z tytułowym przelewem i konsekwencjach jego braku.  

Gdyby na owe czwartki, kiedy rewia jest grywana, były wprowadzane abonamenty, to ja pierwszy!

 

Stary Teatr w Krakowie

ROK Z ŻYCIA CODZIENNEGO W EUROPIE ŚRODKOWO-WSCHODNIEJ

Paweł Demirski

reż. Monika Strzępka

premiera 30 listopada 2018

Ludzie się dzielą – zaczyna Anna Dymna – oczywiście – na mądrych i na głupich, ale też na przykład na tych, co solą od razu, i na tych, co dopiero spróbowawszy, na chowających masło do lodówki i – na trzymających je na blacie. Właśnie o tym jest ten niewesoły w sumie spektakl. Choć zauważmy – momentów cudownie zabawnych nie brakuje, publiczność łzy ze śmiechu wypłakuje (polska, bo jury zza granicy np. nie zrozumiało niektórych asocjacji, nie dziwne, i w którymś bardzo zabawnym momencie siedziało z kamienną twarzą, co – znów było zabawne, w każdym razie dla obserwujących), niektóre kwestie są rozpisane niczym stand-upy, z którymi aktorzy Starego radzą sobie tak, że ócz i uszu (ósz?) nie można od nich oderwać, ja nie mogłem oderwać wzroku od Doroty Pomykały, ale fantastyczni również wspomniana Anna Dymna, Anna Radwan, Dorota Segda, świetny Szymon Czacki, wszyscy.

Dostaje się: polskiej klasie średniej, roszczącej sobie, dostaje się polskiej edukacji, kulturze, tej w znaczeniu mówienia dzień dobry i w znaczeniu pomników wieszczów, dostaje się i to dość bezkompromisowo i z nazwiska urzędnikom z ministerstwa na Miodowej, z pewnością jednak owa bohaterka ma wiele dystansu do siebie, a i sama, jak się zjawi w Starym, w co wątpię, uśmieje się serdecznie.

Dostaje się również polskiej szkole, polskim księżom i nauczycielom, mężczyznom polskim i ich polskim matkom, także – jakże by inaczej - polskiemu teatrowi współczesnemu. Obejrzawszy RZŻCWEŚ-W w którymś z kolejnych spektakli zobaczyłem nagiego aktora, pomyślałem – no, powiedz teraz „kurwa mać”. I istotnie zaklął. Sic!

No więc mimo beczki śmiechu, mimo jednak czułości, z jaką Paweł Demirski nam się przygląda – nieco to gorzkie przedstawienie i może ździebko przydługawe, ale - wyczekiwane, niosące nadzieję, i - przede wszystkim – koncertowo zagrane.




 

Och-Teatr

OSY

Iwan Wyrypajew

reż. Iwan Wyrypajew

premiera 29 listopada 2018

Czy Sara spędziła poniedziałek z Marcusem, czy też Marcus spędził ten dzień z Donaldem? Sara twierdzi, że z nią, Donald zapewnia, że z nim, co potwierdza jego żona i sąsiadka. Zresztą, sąsiadki nie ma. Kto kłamie? I dlaczego? I co na to Robert?

Właśnie o tym NIE jest to przedstawienie. Jest natomiast o wszystkim innym, najbardziej o tym, że jesteśmy mało znaczącymi pyłkami na wietrze, trzciną myślącą wśród traw, podczas gdy świat i wszechświat i tak pójdą swoją drogą, bez względu na nasze słowa, pragnienia, myśli i przekonania. Bóg zrobi, co będzie chciał, nawet, a może – zwłaszcza – jeśli weń nie wierzymy. Początek jest groteskowy, aktorzy (świetni, cała trójka) przesadzają granie, zwracają się do siebie z emfazą, jakby biorąc udział w podrzędnej farsie. Potem tylko łapiemy się, że owa farsowa i tak mocno niepoważna dyskusja o diecie i wierze, o aborcji i zdradzie jest celowo miałka, bo nie daj Boże, gdyby zacząć o tym wszystkim myśleć i mówić na poważnie, to…

Widzowie po premierze wychodzi w czterech stanach emocjonalnych: walnięci jak obuchem, rozentuzjazmowani, zdezorientowani oraz obojętni. Piszący te słowa w grupie nr 3.

 

Teatr Narodowy

KILKA DZIEWCZYN

Neil Labute

reż. Bożena Suchocka

premiera 24 listopada 2018

Mamy oto spotkanie Mężczyzny z czterema kobietami, z którymi kiedyś był związany. Po co się z nimi po latach spotyka? Co chce sprawdzić? Do czego wrócić? I wreszcie – dlaczego one się zdecydowały z nim ponownie zobaczyć? Facet grany przez Grzegorza Małeckiego to drań, i do tego – z punktu widzenia dziewczyn – drań zimny. Gdy tymczasem on funkcjonuje w związkach jak każdy normalny mężczyzna – trochę ściemni, niechcący złamie serce, a jak się przestraszy - to ucieknie i zostawi. A co najważniejsze – nigdy nie wie, czy to TA jedyna, więc próbuje, i ma w związku z tym – powiedzmy, że problemy z dochowaniem wierności.

Nie, nie jest to jeden z tych modnych w ostatnim czasie spektakli androfobicznych, choć słyszałem widzki, jednoznacznie negatywnie i w niewybrednych słowach oceniające postępki naszego bohatera. Ale nie. Labute bowiem napisał tekst o tym, że każdy z nas ma święte i niepodważalne prawo popełnienia w swoim życiu błędów czy też - zrobienia z siebie idioty.I że niestety, niekiedy tych błędów czasem po prostu nie da się naprawić, próba popełnionych przez nas niegodziwości - zapomnianych, zasklepionych, przepracowanych - może być po prostu okrucieństwem. I najgłośniej o tym mówi naszemu bohaterowi Sam (świetna i zdecydowanie za rzadko grająca Anna Grycewicz). Tak, to wybitnie męski punkt widzenia na Kilka dziewczyn, ale dlaczego miałbym ten spektakl oglądać z jakiejkolwiek innej perspektywy?

Przedstawienie jest koncertowo zagrane – i nawet jeśli dla „doświadczonych życiem” i zblazowanych może się wydać nieco naiwne – warto je zobaczyć dla całej piątki na scenie, oraz - dla fajnego, nieoczywistego i bardzo dobrze napisanego tekstu.
 

Teatr Młyn

NIEDZIELNE POPOŁUDNIE

Natalia Fijewska-Zdanowska

reż. Natalia Fijewska-Zdanowska

premiera 24 listopada 2018

Ten spektakl może być wyjątkowo skutecznym środkiem antykoncepcyjnym. Jest także przestrogą przed małżeństwem, czy nawet szerzej – przed wchodzeniem w związki, nie tylko dlatego, że żyjąc ze swoim partnerem/partnerką, żyć musimy RÓWNIEŻ z ich matkami. Mamy oto parę – ona tuż przed rozwiązaniem, on – przed laptopem. Jest jeszcze wspomniana choć nieobecna ciałem mamusia, a nawet dwie, trafia do jednej z nich wynik ostatniego USG, z którym coś jest nie w porządku. A potem – nieledwie jak u Hitchcocka.

Gdybym był na miejscu chłopaka (bardzo dobry Michał Sitarski) – przedstawienie trwałoby może 10 min, do TEGO momentu. I niestety, nie będę ukrywał, nie zrozumiałem jego późniejszych motywacji. Ona (równie bardzo dobra Paulina Holtz) jest trochę karykaturalnie narysowaną psycholożką i psychoterapeutką, chyba nie do końca umiejącą zastosować teorię ze swojej dziedziny do codziennej, własnej zresztą – praktyki. Spektakl wciąga, tekst jest dobrze napisany, między aktorami jest chemia, ale co Autorka chciała przez to powiedzieć, i jaki jest morał płynący z tej historii - nad tym się zastanawiam wciąż i jeszcze.

PS. Pytanie do pp. Prawników. Jak mogę obrazić osoby, którym dzwoni telefon podczas spektaklu, tak, żeby uniknąć ew. kary za zniesławienie? Bo cisną mi się na usta wyjątkowo odrażające słowa, chyba raczej karalne.

Ręce opadają.
 

Teatr Studio

OPERA DLA GŁUCHYCH

Adam Stojanov, dram. Michał Mendyk, muz. Robert Piotrowicz

reż. Wojciech Zrałek-Kossakowski

premiera 23 listopada 2018

 Wyszedłem ze spektaklu mądrzejszy, a zatem – rzecz była jakkolwiek to zabrzmi – pouczająca. Nie tylko dlatego, że nauczyłem się kilku przydatnych zwrotów i słów w języku migowym, również tych potocznych, ale również dlatego, że zrozumiałem, że osoby niesłyszące nie są niepełnosprawne, jak nam słyszącym się niekiedy może wydawać, oni tylko posługują się innym językiem i ten nasz, polski mówiony, nigdy nie będzie dla nich językiem ojczystym. I fakt ten niesie za sobą wiele konsekwencji.

Mamy w spektaklu sytuację oto taką, że to my, słyszący, jesteśmy mniejszością, co jest ciekawym ćwiczeniem intelektualnym i interesującą sytuacją artystyczną. I jak sobie z tym poradzimy? I czy w ogóle? Ergo – czy niesłyszący w świecie słyszących będą zawsze „cudzoziemcami”?

Odniosłem wrażenie, że według autorów (wśród nich są niesłyszący) rokowania na to że nasze światy się do siebie zbliżą, nie są zbyt optymistyczne.
 

Potem-o-tem

POWIERZCHNIE GŁADKIE

Marcin Zbyszyński

reż. Marcin Zbyszyński

premiera 23 listopada 2018

 Co prawda rzecz niespecjalnie dla widza o mojej kompleksji, a szczególnie wieku (choć rola Jerzego Radziwiłowicza przeczy nieco tej tezie), ale przedstawienie obejrzałem z przyjemnością, bo miało sens, niegłupie przesłanie, zostało starannie wyreżyserowane i – co istotne - profesjonalnie i z pasją zagrane.

Najkrócej mówiąc – o meandrach układania sobie życia za pomocą najnowszych technologii. O tym, kim jesteśmy naprawdę i kogo naprawdę szukamy. O tym, czy Internet doceni fakt, że próbujemy także w sieci pozostać sobą? A może lepiej i skuteczniej byłoby udawać przed partnerem z drugiej strony ekranu, jeśli tak – w którym momencie trzeba tę grę skończyć? Także o tym, że mimo wszystko – w Internecie jest łatwiej niż w realu, mimo to – trzeba próbować. Urok tego przedstawienia także w idealnym połączeniu świata realnego ze światem wirtualnym, gdyby Filip Kosior na chwilę się zamyślił albo zawiesił… No, sami zobaczycie.

Na scenie także Eliza Rycembel, Agata Różycka i Małgorzata Mikołajczak, zobaczycie również Piotra Piksę i wspomnianego Jerzego Radziwiłowicza.

Moja jedyna uwaga związana jest z językiem jakim bohaterowie się porozumiewają. Styl ów wydał mi się na dłuższą metę irytującą mieszanką Masłowskiej z Biblią Wujka, ale – jak się ze zdumieniem dowiedziałem od mamy pewnego 25-latka, właśnie tak się dziś ludzie komunikują. Nie tylko w sieci.

Azali to prawda?

 

Teatr Pieśń Kozła

ANTY-GONE TRYPTYK

Alicja Bral na podst. Sofoklesa

reż. Grzegorz Bral

premiera 22 listopada 2018

Reakcje publiczności po tym zamykającym WST spektaklu były dwojakie: część ze łzami w oczach biła brawa na stojąco, a pozostali siedzieli zdezorientowani w fotelach, raczej kurtuazyjnie dziękując aktorom za ich ciężką pracę. Niestety, znalazłem się w tej drugiej grupie, najprawdopodobniej miałem zbyt wielkie oczekiwania, pamiętając stan swojego jestestwa po obejrzeniu Wyspy na WST przed dwoma laty. Nic dwa razy… Zatem zmysły me pozostały nieczułe tego wieczoru, ale przypomniałem sobie geniusz Sofoklesa, piękno greki, posłuchałem muzyki, która wydała mi się trochę jakby do Gry o tron napisana, będąca połączeniem heavy-metalu i opery, i mimo wszystko doceniłem ogrom pracy, jaką w ten spektakl włożyli twórcy.

 

Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu

INSTYTUT GOETHEGO

Daria Kubisiak

reż. Cezary Tomaszewski

premiera 19 listopada 2018

Po czterech próbach to już pewne - spektakli Cezarego Tomaszewskiego nie rozumiem, fenomen Cezarego idącego na wojnę, Piny czy Kramu z piosenkami mocno mnie zdumiewa, nie mam odrobiny nawet kontaktu z poczuciem humoru i z dezynwolturą reżysera. W trakcie tego przedstawienia dokonałem gruntownego przeglądu swojego życia (dwukrotnie) oraz udało mi się nie wpaść w głęboki sen, co byłoby niebezpieczne, gdyż zdarza mi się pochrapywać.

Jedynym jego sensem tego nudnego i egzaltowanego spektaklu jest bawiąca się przerysowaniem swojej roli Weronika Krówka.
 

Teatr Współczesny w Warszawie

NIM ODLECI

Florian Zeller

reż. Maciej Englert

premiera 17 listopada 2018

Mamy oto dom i małżeństwo (fantastyczni Marta Lipińska i Krzysztof Kowalewski) mające dwie dorosłe córki (Monika Krzywkowska i Barbara Wypych). Zjawiają się one w tymże domu rodzinnym, żeby… No właśnie, po co? I do kogo tak naprawdę przyjeżdżają? I czy w ogóle potrzebnie? A jaką rolę w tej opowieści odegra „stara znajoma”? I kim ona jest? Tak, po spektaklu ma się mętlik w głowie, zostaje się z rozmaitymi pytaniami o to np. co było w tej historii powiedziane a co jedynie pomyślane, co się wydarzyło naprawdę, a co – jest wymyślone, co jest ważne, a co ważne się tylko ważnym wydaje.

To najlepsza inscenizacja tekstu Zellera, jaką dotychczas widziałem, dlatego, że miałem na scenie dwoje aktorów w towarzystwie których (w radiu) się wychowywałem i dlatego, że Maciej Englert uszanował inteligencję widza i szczęśliwie w tekst nie zaingerował, a w każdym razie – nie w widoczny sposób i tej zellerowej zabawy z widzem nie zepsuł, a można było przecież – jak to się wydarzyło w jednym z teatrów – np. na projekcji pokazać dopisane postscriptum ‘kto z kim i dlaczego”, żeby widz broń Boże nie wyszedł z teatru targany wątpliwościami.


Mój Social Media Manager poczynił uwagę, że to spektakl dla starszego widza, bo o starości, trochę jak Ojciec. Przeciwnie, jest o wszystkim, ale właśnie nie o starości. Ale… może faktycznie trzeba mieć siwo na głowie, żeby to i zauważyć i zrozumieć. A może się mylę. No może.

 

Teatr Zagłębia

MESJASZE

Jan Czapliński, Marcin Kącki na podst. G. Spiró

reż. Aneta Groszyńska

premiera 16 listopada 2018

Nie będę ukrywał – teatr polityczny to zupełnie nie moja filiżanka herbaty, nie szukam również w teatrze publicystyki, bez względu na to, czy będzie nią porywająca dyskusja czy też - ośmieszenie „Klątwy”, więc Mesjasze – poza kilkoma momentami, kiedy się uśmiechnąłem – niespecjalnie mnienie obeszli. Całkiem zabawny był monolog o podręczniku do religii i związany z nim wywód o dobrych i złych domach, fajnie i z sensem również aktorom wyszła improwizacja, choć tu mam spostrzeżenie, że podkreślanie, że grają w kiepskim (mówiąc delikatnie) spektaklu jest zagrywką mało skuteczną, bo widz gotów pomyśleć, że przedstawienie jest istotnie – mówiąc oględnie – kiepskie. Morał natomiast, że od romantyzmu nie uciekniemy, był mi już znany w czasach liceum, gdyż moja polonistka kochała się w myśli prof. Janion, która zresztą w Mesjaszach, nieco bezradna, się pojawia (prof. Janion, nie zaś moja polonistka naturalnie).

Znów nie zrozumiałem, po co aktorzy bawią się na scenie kamerą, nie cierpię bowiem w teatrze właśnie projekcji oraz nienumerowanych miejsc.

W pustawej IMCE miejsca były numerowane.

 

Teatr Modrzejewskiej w Legnicy

POPIÓŁ I DIAMENT – ZAGADKA NIEŚMIERTELNOŚCI

Małgorzata Sikorska-Miszczuk

reż. Marcin Liber

premiera 11 listopada 2018

Było efektownie – strzelaniny, konfetti, kostiumy, scenografia, bez wątpienia ten spektakl jest atrakcyjnym wizualnie i - świetnie przez legnickich aktorów zagranym - widowiskiem. Bardzo jednak chciałem zrozumieć choć część odniesień i do powieści Andrzejewskiego i do filmu Wajdy, niestety, książkę czytałem w 1988, film widziałem równie dawno, kojarzyłem tylko, że Maciek, że Szczuka, że Cybulski i że płonące kieliszki. Trudno zatem dysponując tak szczątkową pamięcią dopasować sceniczne asocjacje, dygresje i aluzje do scen, postaci i sytuacji zapamiętanych z książki i z filmu. Więc wrócę do lektury, obejrzę film, zobaczę raz jeszcze ten spektakl i wtedy może coś więcej napiszę.

Z wrażeń „ogólnych” - padają tu oczywiście pytania o polskość – w kontrze „tamtej” polskości i pytań o nią u Wajdy i Andrzejewskiego. Skoro o polskość – to pojawił się i Wyspiański. Nie ułatwiło to zrozumienia intencji autorki, również obecność Stańczyka jako narratora tej historii nieco ją skomplikowało (historię, nie intencję naturalnie). Przenikanie się światów duchów i żywych trochę mało mistycznie wyszło, może celowo,

ale decydowanie zabrakło mi pewnej dominacji Maćka Chełmickiego (Albert Pyśk) – w końcu głównego bohatera i u Wajdy i Andrzejewskiego, pierwsze skrzypce zagrał w tym spektaklu bowiem Wiesław Cichy (Szczuka). Nie mam pewności, czy otrzymaliśmy wystarczające wyjaśnienie takiego przesunięcia.

Gdyby był to koncert, powiedziałbym – „za dużo tam było nutek”.

 

Teatr Powszechny w Łodzi

TANIEC ALBATROSA

Gerald Sibleyras

reż. Marcin Sławiński

premiera 10 listopada 2018

Łódzki Powszechny sięgnął po bardzo popularny tekst francuskiego dramaturga, znany także polskim widzom m.in. z Teatru Współczesnego w Warszawie. Może nie do końca to komedia, raczej „spektakl obyczajowy”, rzecz mówiąc najkrócej o pewnym dojrzałym mężczyźnie Filipie, z zawodu ornitologu, i perypetiach jego kryzysu wieku średniego. Owe perypetie mają na imię Judyta (Karolina Krawczyńska), i są 23-letnią autorką książek dla niemowląt. Czy ich związek ma jakiekolwiek szanse?

A w ogóle - co zdarza nam się robić, żeby udowodnić sobie i światu, że „zawsze można zacząć od nowa”? I czy aby na pewno nasze działania nie ocierają się o desperację?

Naszemu bohaterowi Filipowi (Mirosław Jękot) towarzyszą na scenie – oprócz wspomnianej młodej damy, także siostra, również będąca na rozdrożu życiowym (Barbara Lauks), oraz przyjaciel – Ludwik, będący w „platonicznym związku”.

I choćby dla niego warto spektakl zobaczyć, nawet jeśli w takim repertuarze nie gustujecie, bo Adama Marjańskiego żyjącego w świecie mądrości z kolorowych czasopism można słuchać bez końca, zanosząc się od serdecznego śmiechu.

Zwiewne i jednak pogodne, na zimową szarówkę – jak znalazł.

 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

MIŁOŚĆ OD OSTATNIEGO WEJRZENIA

Verdana Rudan

reż. Iwona Kempa

premiera 9 listopada 2018

Ździebko mniej jestem rozentuzjazmowany niż premierowa publiczność, na bankiecie wyłącznie ochy i achy było słychać, nie dlatego, że spektakl niedobry – przeciwnie, będzie z pewnością hit, ale dlatego - że zupełnie nie jestem odbiorcą docelowym tego przedstawienia.

Rzecz dotyka tej cienkiej linii, przekroczywszy którą już nie odpowiadamy za siebie, be względu na to, czy jesteśmy mężczyzną czy kobietą. Choć w tekście Rudan mamy rozpisaną na cztery głosy opowieść właśnie o kobiecie, której życie (i pożycie) jest stanie wojny w sensie dosłownym. Opowieść to okrutna, nieprawdopodobnie wulgarna, zaryzykuję - jednak również mizoandryczna, wręcz momentami ziejąca nienawiścią do mężczyzn, sprowadzająca ich do rozmiaru członka, i może te momenty, wraz z np. poszukiwaniem punktu G, mimo, że całkiem zabawne, sprowadzają tę opowieść do poziomu psychodramy, momentami – owszem – poruszającej, ale i gdzieniegdzie mało wyrafinowanej.

A nie jestem odbiorcą tego spektaklu, bo nie umiem postawić się na miejscu bohaterki, w dziesiątej minucie spektaklu odszedłbym od męża oprawcy,

zignorował zahukaną mamusię (fantastyczna Małgorzata Niemirska), ojca dotkliwie obraził i dał w ryj durszlakiem, znalazł sobie innego faceta, albo żył sam. No, ale nie jestem kobietą, a poza tym – jak mi mówiono - „to wszystko nie jest takie proste”.

Obserwując wieloletnie zmagania rozwodowe jednego z przyjaciół, jestem w stanie w to uwierzyć.

 

Teatr Jaracza w Łodzi

OPERETKA

Witold Gombrowicz

reż. Waldemar Zawodziński

premiera 9 listopada 2018

Było z rozmachem. Prawie czterdzieścioro aktorów i muzyków na scenie, dziesiątki kostiumów, fantastyczne przygotowanie wokalne, znakomita, wręcz przebojowa, wpadająca w ucho muzyka, i świetna praca choreografa, bez wahania mogę napisać – że choćby dlatego Operetka będzie hitem u Jaracza.

Czy łódzkie wystawienie jest wielkie, dobre czy zaledwie przeciętne, gdzie reżyser stanął w poprzek Gombrowicza, gdzie zaś nad nim okrakiem, pozostawiam do oceny teatrologom. Widziałem kilka inscenizacji tego dramatu, z tej wyszedłem z poczuciem dobrze spędzonego czasu, choć – znów obejrzawszy, i znając tekst – pewności wciąż nie mam, czy w końcu zrozumiałem, co Gombrowicz TAK NAPRAWDĘ chciał powiedzieć. Czy to o zmieniającym się świecie, w którym jednocześnie wszystko pozostaje takie samo? Czy o tym, że zamordyzmy rządzą światem, wymieniając się tylko ze sobą? Że na końcu zostaje nagość? No, to na pewno.

Spektakl jest fantastycznie zagrany, Dorota Kiełkowicz i Andrzej Wichrowski w roli Himalajów świetni, Iwona Dróżdż-Rybińska cudownie spragniona nagości jako Albertynka, jakby żywcem wyjęta z Gombrowicza ze swoją kompleksją, także gratulacje za znakomitego hr. Szarma dla Karola Puciatego. Uwagę zwraca dopieszczony drugi plan, w ogóle - widać ogromny wysiłek całego zespołu.

Coś bym z tym Gombrowiczem „porobił” w związku z coraz większą liczbą turystów w Łodzi, bo i Lonely Planet rekomenduje i ostatnio CNN, może jakieś napisy, może coś? Jest się czym pochwalić, a turysta widząc, że zrozumie - co aktorzy do niego mówią (może mniej – co Gombrowicz) przyjdzie. A i jakiś program po angielsku by się przydał, tak się trochę rozmarzam, ale może, a nuż, a dlaczego nie?

Pomysł podsuwam bezkosztowo, z przyjaźni.

 
Teatr Bogusławskiego w Kaliszu
7 MINUT

David Desola

Reż. Adam Biernacki

Premiera 4 listopada 2018

Ostatni tydzień Bezana (Maciej Grzybowski) w pracy, po 30 latach w magazynie odchodzi na emeryturę. Na przeszkolenie przychodzi jego następca, młody chłopak Fok - cóż to za imię? (Jakub Łopatka) i jesteśmy świadkami – powiedzmy – przekazywania obowiązków. Jak się okaże magazyn ów ma pewne tajemnice…

Wydaje mi się, że czytanie tego tekstu tylko jako zderzenia „młodego ze starym” mocno go zubaża i jednak czyni trochę efekciarskim. Dlatego te różne światy naszych bohaterów są jedynie pretekstem, do opowieści o… atawizmach, o przyzwyczajeniach, niekiedy mało sensowych, ale jednak nieusuwalnych; o ceremoniach, których istnienie trudno wytłumaczyć, a bez których byłoby pusto, także - o tych, co zmieniają świat i tych, co się doń dostosowują.

To jest spektakl także o naszej codzienności, o naszych pracach, często nawet w galopującym kapitalizmie bezsensowych i niepłodnych, które jednak wykonujemy, bo „jakoś trzeba żyć”, bo „jest jak jest”. I mimo tego jakoś próbujemy być szczęśliwi, co niekiedy wychodzi, a niekiedy nie. Może po prostu trzeba zamknąć oczy i robić swoje? Tak jak mrówki, ten trzeci bohater przedstawienia?

No może.



 

Teatr Collegium Nobilium

KAŻDY KIEDYS MUSI UMRZEĆ PORCELANKO, CZYLI RZECZ O WOJNIE TROJAŃSKIEJ

na podst. Williama Szekspira

reż. Agata Duda-Gracz

premiera 27 października 2018

Każdy kiedyś musi umrzeć Porcelanko – mówi Achilles do swojego kochanka Patroklesa, zapytany o śmierć Hektora, wydawałoby się, że jednak niepotrzebną. Ale… właśnie tak chciał Szekspir.

Oczywiście, że o wojnie i o spustoszeniach, jakie wojna sieje w duszach, ciałach, przedmiotach i sytuacjach. Ale też, a może i przede wszystkim – o wielkich miłościach, do żon, i do ich namiastek, kłótliwych, dąsających się, oraz – o zgrozo – mających żylaki odbytu. Sic! O Troilusie zawiedzionym (czy zrozpaczonym?) widzącym swoją (swoją?) Kresydę w ramionach wroga, o Parysie znudzonym głupiutką, acz piękną, odbitą przeciwnikowi Heleną i o konsekwencjach tego znudzenia. O Grekach, Trojanach, o nas (turystach? sędziach? czy widzach tylko?) narzekających na twarde siedzenia w teatrze… Agata Duda-Gracz znów zrealizowała spektakl olśniewający, totalny, właśnie po TO chodzę do teatru i TYM CZYMŚ tęskniłem od kiedy zobaczyłem (dwukrotnie) Będzie pani zadowolona. Aktorzy grają świetnie, wszyscy. Widać entuzjazm, talent, wylane na próbach krew, pot i łzy. Łzy dosłownie, krew też.

Uprzedzam, że może gdzieś na płaszczyk czy marynarkę trysnąć, wszak Hektora Grecy rozszarpują dość dosłownie. Na szczęście są panie z obsługi widowni, czule się Twą zbrukaną garderobą zajmą, widzu.

 

Teatr Polonia

KRZESŁA

reż. Piotr Cieplak

premiera 25 października 2018

Krzesła nie gościły na warszawskich scenach od ćwierć wieku. Dlaczego reżyserzy przez tyle czasu nie sięgali po świetny i wdzięczny przecież dramat? Czy Ionesco może się „zestarzeć”? Jak ta dojmująca opowieść o samotności wybrzmi dziś? Czy poruszy mnie jak w 87 chyba, kiedy widziałem je jeszcze hen, u Węgierki? Z pytaniami właśnie tego kalibru wyglądałem premiery niczym dżdżu kania.

Od Ewy Szykulskiej nie mogłem oderwać wzroku, Leon Charewicz także zagrał dobrze. Jednak odniosłem niepokojące wrażenie, że aktorzy jakby do siebie na tej scenie nie pasowali, jakby było między nimi coś sztucznego, jakaś bariera, coś nieprzekraczalnego, jakby całość została wzięta w prawie niezauważalny, ale jednak – cudzysłów. Wyszedłem więc z teatru z mieszanymi uczuciami. Także dlatego, że opowieść ta niezbyt mnie obeszła, ba, zirytowała nawet ździebko, zamiast zbudzić współczucie. Może jestem wciąż za młody, żeby zrozumieć, żeby się wczuć? Albo nieczuły? No może.

Były jednak na widowni i poruszenie i łzy, więc na widzów mających w sobie choć ździebko empatii, Ionesco wciąż działa.

 

Teatr Polski w Warszawie

ŻOŁNIERZ KRÓLOWEJ MADAGASKARU

Julian Tuwim

reż. Krzysztof Jasiński

premiera 25 października 2018 

Niniejszym bardzo przepraszam panie sprzątające widownię po premierze, te włosy na posadzce pośrodku XIII rzędu to moje były. 

Oglądałem Żołnierza z rosnącym niedowierzaniem i zdumieniem. Czy to żart, czy może jednak prowokacja? – myślałem? I nagle – mam, eureka! Tak, to musi być przestroga! Taki właśnie repertuar dawałyby miejskie teatry w razie wygranej innej opcji.  I ta absurdalna skądinąd myśl do dziś nie opuszcza mnie od owej fetowanej premiery. 

Zbigniew Zamachowski, naturalnie, zagrał świetnie, bo jest wspaniałym aktorem, ale posiadłem tę wiedzę już dużo wcześniej, panie z nogami do nieba ładnie tańczyły kankana, (prawie) wszyscy się dobrze bawili, recenzenci są w większości zachwyceni, a ja – z włosami wyrwanymi z rozpaczy – pytam się  – po co w ogóle ten pusty, anachroniczny i obłudny spektakl powstał?  Nie tu, nie to i nie teraz.

I na marginesie… Premiera rozpoczęła się z 17-minutowym opóźnieniem. Andrzej Łapicki pisał, i nie ma powodu, by mu nie wierzyć, że przed wojną, jak spektakl się opóźniał 5 minut, dzwoniono po policję. Mimo, że czasy się zmieniły, uważam, że był to afront wobec widzów, którzy się zjawili punktualnie. To, że popołudniami są korki w Warszawie i że nie ma gdzie koło Polskiego zaparkować, nie jest wiedzą niedostępną nawet bywalcom premierowych fet. 

 

Teatr Powszechny w Radomiu

JA, FEUERBACH

Tankred Dorst

reż. Zbigniew Rybka

premiera 25 października 2018

Do legendy i historii polskiego teatru wszedł Feuerbach Łomnickiego z Dramatycznego z 1988 roku, i jego rola stała się takim wzorcem metra z Sevres, każde kolejne wystawienie jest właśnie z ową prapremierową porównywane, zwykle na niekorzyść, więc – już sam fakt sięgnięcia po tekst Dorsta, odwaga podniesienia tej ciężkiej rękawicy, godna jest docenienia. Radomskiego Feuerbacha obejrzałem bez „narzutu” Łomnickiego, znam tę faktycznie wielką kreację tylko z rejestracji TV, a to trochę co innego.

Pierwszy raz widziałem Jarosława Rabendę na scenie, zagrał piekielnie trudną rolę bez piereżywania, bez przerysowania, znakomicie technicznie, ze świadomością każdego ruchu, gestu, słowa, tonu, kroku, wciągnął publiczność w swój świat jakby niepostrzeżenie, trochę może nawet od niechcenia, a przecież nie można się było już po chwili od jego historii oderwać.

Chyba dziś ten tekst paradoksalnie nie jest najbardziej o Feuerbachu, ale - o asystencie reżysera.




O tych wszystkich niedouczonych, przypadkowych ludziach, o ignorantach i arogantach, którzy – różnymi zbiegami okoliczności – znajdują się i w teatrze, i wszędzie indziej, ze swoją marnością, niekompetencją i brakiem talentu umoszczają w naszych światach, poświęcając cały swój czas i energię na mylenie odwagi z hucpą, i sztuki z kiczem, a jedyne na co się zdobywają to tanie naśladownictwo.

Ale przecież „dawniej” też byli barbarzyńcy, bo - byli zawsze. Co więc się zmieniło?

 

Nowy Teatr

THRILLER

Anna Smolar, Sonia Roszczuk, Paweł Sakowicz

reż. Anna Smolar

premiera 24 października 2018

Istotnie – “radykalne”, choć zauważmy, że autorzy mają trochę bekę z tego ulubionego przez krytyków sformułowania. Rzecz o jednym dniu pracy Soni i Pawła, którzy przygotowują spektakl. Ich ciała, aktorki i choreografia, są w tym przedsięwzięciu narzędziem, no i oczywiście najlepiej, żeby były zawsze sprawne. No, a jeśli nasze ciało nie działa tak, jak chcemy, to kto jest temu winien? Ergo - czy to my mamy ciało, czy też raczej ciało ma nas? Czy umiemy rozpoznawać i nazywać sygnały, które do nas wypuszcza? Czy dbanie o nasze ciało to tylko codzienna porcja owsianki? I wreszcie - dlaczego z ciałem jest związanych tyle tabu? 

Były momenty, że robiłem się czerwony i ździebko skonsternowany (choć jestem wielokrotnie 13+), ale i młodzież na widowni przestawała chichotać. Bo - choć przecie było zabawnie, bo m.in. o puszczaniu bąków, to jednak widz uświadomiwszy sobie, że robi to każdy, postawił się w miejscu Soni i zadał sobie pytanie, co by zrobił na jej miejscu, hm? No właśnie, co? 

O monologu Pawła przyłapanego przez mamę już nie wspomnę… Tak, nasze ciała miewają swoje osobne życia, często niezależne od naszej woli. Jak się zatem znaleźć w tym kowadle między naturą a kulturą?

I czy to w ogóle możliwe?

 

Teatr Studio

ŁAKNĄĆ

Sarah Kane

reż. Radosław B. Maciąg

premiera 18 października 2018

Szedłem do Studia z przeświadczeniem, że czas brutalistów minął, że to co ćwierć wieku temu wzbudzało nieledwie rewolucję na deskach teatralnych, także przecież w Polsce, dziś już się nie sprawdzi, nie znajdzie widza, że ta wrażliwość i ten język i ta narracja są do innych czasów przypisane. Myliłem się, ten akurat tekst Sarah Kane jest zdecydowanie ponadczasowy. 

Nawet jeśli widzowie nie rozpoznali licznych odniesień w tekście, choćby do Eliota, jako i ja ich nie poznałem, jeśli się przyjdzie nieprzygotowanym na ten niełatwy spektakl, to i tak jest w nim coś atawistycznego, jest pewien rytm, który uzależnia, nakładające się na siebie, czy też zazębiające się ze sobą dialogi z fantastyczna precyzją przez aktorów zagrane, są pozornie ze sobą nie związane, a jednak tworzą spójną całość. 

I jednak dłużej chwili potrzebowałem, żeby owa całość się we mnie umościła. Udało się, ale nie będę ukrywał, że trochę nam obu, mnie i spektaklowi we mnie, niewygodnie.

Chyba mniej więcej o to chodziło.

 

Teatr Kamienica

CZARNA KOMEDIA

Peter Schaffer

reż. Tomasz Sapryk

premiera 17 września 2018

Mamy oto młodego rzeźbiarza (dobra rola Mateusza Damięckiego) i jego narzeczoną, którzy oczekując wizyty zamożnego mecenasa, by - zrobić na nim dobre wrażenie – pożyczają bez pytania cenne meble od swojego sąsiada. Do tego wszystkiego ma się zjawić papa narzeczonej, i istotnie się zjawia, oraz – co gorsza – wysiada światło. Prowadzi to wszystko oczywiście do katastrofy. Od prawie 60 lat spektakl gości na scenach całego świata, nic dziwnego - Schaffer wiedział, jak pisać dla teatru, wszak Amadeusz też najpierw powstał na scenę. A rolę Brindsleya na brytyjskiej premierze zagrał sam Derek Jacobi!

No pysznie. Jan Wieczorkowski gra w tym spektaklu sąsiada głównego bohatera, Harolda, który jest nie do zniesienia zmanierowanym gejem. I im bardziej w tę kliszę Jan Wieczorkowski wchodzi, tym większa uciecha widowni, no przecież, prawda, ha ha ha. Czytam ze zdumieniem, że jego postać jest „leciutko przejaskrawiona, ale bez przesady”. No, ze zdumieniem. W którymś momencie upija się - deklaratywnie niepijąca - sąsiadka, panna Furnival (Elżbieta Jarosik), no to wtedy to już zupełnie beczka śmiechu, aktorzy muszą robić pauzy żeby publiczność się wyśmiała, no nie można wytrzymać, przypomnę tylko, że nie ma nic zabawniejszego na scenie niż bełkocąca pijana kobieta.  

Ruch na scenie został wyreżyserowany z zegarmistrzowską precyzją i tu przed twórcami czapka z głowy, scenografia i kostiumy także robią wrażenie, ale co z tego, skoro prawie wszyscy aktorzy nie do zniesienia przerysowują swoje role?

Wyszedłem z Kamienicy przygnębiony i smutny, istotnie, czarna ta komedia.
 
Teatr Nowy w Poznaniu
PAN TADEUSZ

Adam Mickiewicz; adapt. M. Grabowski, T. Nyczek

Reż. Mikołaj Grabowski

Premiera 13 października 2018

Kilka scen było bardzo zabawnych, np. polowanie z Łukaszem Chruszczem w roli niedźwiedzia, atak mrówek, czy stosunek Tadeusza do cudzoziemskości Hrabiego z sosenką w ręku, może nawet ocierały się one o nadmierną efektowność, ale w sumie to dobrze, żeby młodzież zrozumiała, że nasza narodowa epopeja jest nie tylko kobyłą do przerobienia na polskim, ale i tekstem pogodnym, choć z przesłaniem może nie do końca optymistycznym, niektóre wszak diagnozy są dość mocno aktualne. (Szabel nam nie zbraknie – mówi Sędzia, kończąc jednak ten cudowny czterowiersz konstatacją „jakoś to będzie”). Spektakl jest polityczny bo i tekst taki jest, wystarczy podkreślić pewne wątki i mamy rzecz pasującą do wszystkich czasów. Więc i to przedstawienie jest o tym, co tu i teraz, z inteligentnymi odniesieniami do naszej współczesności, ale specjalnie bogatszy z tego spektaklu nie wyszedłem, bo ja już to wszystko – motyla noga – wiem…

Warto było jednak zobaczyć (wytężając słuch), bo spektakl jest popisem talentu aktorów Teatru Nowego. Z mało przecież ciekawego Tadeusza Jan Romanowski zrobił jednak młodzieńca z krwi i kości, choć istotnie mistrzem intelektu Tadeuszek nie jest. Mariusz Zaniewski – mimo że jest w drugim planie przez cały spektakl – z wyjątkiem spowiedzi, ale owa spowiedź Robaka jest najbardziej dojmującym momentem tego przedstawienia (szczególnie jeśli ktoś siedział bliżej sceny i wszystko słyszał),

w roli Hrabiego – świetny i obsadzony po warunkach – jak mówiono w kolejce do szatni - Mateusz Ławrynowicz, a najlepszą rolę tego przedstawienia zagrał Ildefons Stachowiak, Gerwazy, syn takiej Polski, której trzeba się bać.



 

Teatr Ateneum

ANTYGONA

Sofokles

reż. Agnieszka Korytkowska

premiera 13 października 2018

Czy można napisać po prostu, że „spektakl mi się podobał”? Czy Sofokles w ogóle może się „podobać”?  

Cóż takiego mówi nam dziś dwuipółtysiącletni tekst? I czy to w ogóle istotne? A skoro mamy XXI wiek, to może taki klasyczny dramat należy pokazać nowocześnie? Co to znaczy – nowocześnie? Tak, żeby gimnazjum zrozumiało? Czyli - np. ubrać bohaterów w podarte jeansy, wbić im kolczyki w nos, dać do ręki komórki i założyć Facebooka? Czy wystarczy do golasa rozebrać ciało Polinika i wpleść w tekst kilka kurwamaci? A może… tak zmienić słowa Sofoklesa/Kajzara, żeby najbardziej awangardowy krytyk nawet zaciągnąwszy się raz czy drugi nie mógł odgadnąć intencji reżyserki? Czy lepiej – mocniej osadzić ten tekst tu i teraz, żeby nikt nie miał wątpliwości, kim tak NAPRAWDĘ jest Kreon? 

Albo – przeciwnie - odrzeć Antygonę z jakichkolwiek odniesień do polityki i zrobić spektakl o… powiedzmy - feminizmie, to teraz modne. O, albo o uchodźcach. 

Tyle pytań, aż głowa boli.
 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

SEN NOCY LETNIEJ

William Szekspir

reż. Gabor Mate

premiera 12 października 2018

Tekst istotnie cudowny, trudno się dziwić, że teatry na całym świecie wciąż po Sen sięgają, a widzowie – chcą przychodzić. Bo i o miłości i o pożądaniu i o jawie i śnie, o posłuszeństwie i krnąbrności, ale – także przecież o magii teatru… Tłumaczenie Gałczyńskiego pełne pięknej poezji, dobrze się tego przekładu słucha, ponosi.

Co prawda całość nie aż tak leciutka jak by się chciało, ale przecież Szekspir pisał także o okrucieństwie, o zdradzie, i - o niespełnieniu (w każdym sensie), pewnie dlatego Dramatyczny zaprasza na Sen Nocy Letniej widzów od 16. roku życia. Dwie widzki zdecydowanie starsze wyszły ostentacyjnie - widząc Roberta Majewskiego z dołączonym, hm, organem. Niepotrzebnie, po chwili była przerwa. Scena przedstawienia - które nowożeńcy oglądają czekając na nadejście Nocy Świętojańskiej - nieprawdopodobnie zabawna, Henryka Niebudka w roli Ściany naprawdę trzeba zobaczyć. 

Także bardzo dobre role młodych aktorów TD, szczególnie Anny Szymańczyk w roli Heleny. Wybaczcie zwiewność tych refleksji, nie mam szekspirologicznych ambicji, bez wnikania w szczegóły chciałbym donieść, że po prostu miło spędziłem w teatrze czas.

A jeśli Was zmorzy sen, pomyślcie, że to się przyśniło! – sensownie radzi Puk.  

 

Teatr Narodowy

gościnnie Akademia Teatralna im. A. Zelwerowicza w Warszawie

LUNAPARK

Grzegorz Ciechowski

ar. Mateusz Dębski

reż. Anna Sroka-Hryń

premiera 10 października 2018

Był w tym koncercie talent, była muzykalność, był teatr, były wrażliwość i wyobraźnia.

Nie było jednak jednego, czegoś, co muzykę Grzegorza definiuje najbardziej i najpełniej – mianowicie – pasji, gniewu, krzyku bezsilności. Obroniła się tylko Sexy Doll, było w tym wykonaniu najwięcej przekory czy bezczelności, reszcie utworów przysłuchiwałem się z niedowierzaniem. Słyszałem też opinię widzów, którzy określili koncert mianem „ładnego”. O muzyce Grzegorza Ciechowskiego powiedzieć, że „ładna” to tak, jak ją zabić.

Dopiero w takich momentach dokładnie rozumiem, że jestem „z innego pokolenia”. Raczej dojmujące odczucie.

 

Teatr Powszechny w Warszawie

NIETOTA

Tadeusz Miciński

reż. Krzysztof Garbaczewski

premiera 6 października 2018

W tym szaleństwie jest metoda, nie wiem jeszcze jaka, tydzień upłynął od premiery, a ja nie umiem jej nazwać (metody, nie premiery naturalnie), bywa i tak, żaden wstyd. Ale przedsięwzięcie ciekawe, brak mi odwagi nazwania tego wydarzenia „spektaklem”, człowiek zachwycił się wirtualną rzeczywistością, a i dała Nietota do myślenia o ważnych zaimkach, jak np. „ja” bądź „my”. 

Miałem lęki, że VR będzie użyta tutaj jako wyłącznie gadżet, jako ‘coś nowego’. Ale nie. Weszliśmy na scenę w okularach, skakaliśmy, żeby dostać się na szczyty gór, patrzyliśmy w przepaści, zaglądaliśmy w okna zamków na skałach, sami zupełnie, a jednak przecież w towarzystwie innych widzów. Nie widzianych co prawda, ale istniejących, namacalnych, wpadaliśmy na nich niekiedy, delikatnie przez aktorów kierowani, by sobie nie zrobić krzywdy. Było to fajne, a jedną ofiarą przebywania w tym świecie zajęto się troskliwie i dano pić. A potem – część widzów wychodziła na scenę, żeby z aktorami zatańczyć szalony taniec Św. Wita, wziąć udział w namacalnej, takiej jakby analogowej wspólnocie. Podobno w kolejnych spektaklach nie było zmiłuj, każdy musiał, ja na szczęście obserwowałem to spod ściany z perspektywy wygodnej poduszki…


 

Jeśli napiszę, że tekst Micińskiego jest niezrozumiały, to tak jakbym nic nie napisał. Julek Świeżewski, który w premierowym przedstawieniu slamował Nietotę (wydaje się, że dość wiernie), jest moim prywatnym bohaterem. Nigdy bym takiego tekstu w takiej ilości nie opanował. Zresztą, Miciński dostaje się każdemu z aktorów, cóż, zawsze mogą między sobą coś po micińsku powiedzieć, nikt obcy nie zrozumie.

Teatr Jaracza w Łodzi

TRZY SIOSTRY

Antoni Czechow

reż. Jacek Orłowski

premiera 29 września 2018

Do Moskwy, ach, do Moskwy… i tam będziemy żyć wreszcie inaczej, lepiej, pełniej, mocniej!  Żeby tylko doczekać do lata, a wtedy – do Moskwy! Zostawimy tę okropną prowincję, a tam, w Moskwie i do teatru będziemy chodzić i wszystko. Ach, Moskwa! Tam będziemy szczęśliwe, tylko tam. Tu codzienność nas zabija, codziennie mała zbrodnia, coraz głębiej sztylet w serce, ta okropna praca, w której trzeba ze wstrętnymi ludźmi rozmawiać, ta przełożona, ten niekochany mąż, jedyne, co nas tu trzyma - to my, my trzy. Dobre, szlachetne, tak bardzo nie pasujące, bo zło, okrucieństwo i obłuda nadają temu światu bieg, przecież – popatrzcie - ta okropna Natasza, niedouczona, głupia, egzaltowana, a nasz Andriej powtarza wszystkim, jaka to wspaniała kobieta, jaka szacunku godna, ten biedny Andriej, ach biedny… Tak, ta prowincja to dobra dla takich typów jak Solony, bez krzty czaru, delikatności, obycia. No a potem, wiecie, Solony zabije Barona… I runą marzenia, nie tylko Irinki,, i - no cóż, trzeba będzie zostać z tą żałobą po mężu nie-mężu, po kochanku, który wyjechał i nie wróci, trzeba będzie jakoś żyć, patrzeć, jak rosną te niezwykłe dzieci Andriuszy, tak mądrze wielkimi oczętami wpatrzone w mamusię… Czy cośkolwiek więcej można zrobić? Nic przecież, nic…

Od Pauliny Walendziak nie mogłem oderwać wzroku, w ogóle przedstawienie jest zagrane wspaniale, nie mam tylko pewności, czy Marek Nędza nie jest aby zbyt przystojnym mężczyzną w roli Barona, wszak Olga gdy go poznała, aż się rozpłakała, tak był brzydki. No przecież.

Bez dyskusji, proszę jechać do Łodzi. Do Łodzi! Do Łodzi…
 

Teatr Polski w Warszawie

DEPRAWATOR

Maciej Wojtyszko

reż. Maciej Wojtyszko

premiera 28 września 2018

Mamy rok 1967 i Gombrowicza w Vence, z narzeczoną, potem żoną - Ritą, panią Izę ex aktorkę, obecnie hrabinę, Miłoszów, którzy nieopodal spędzają wakacje i młodego Herberta, który odwiedza we Francji przyszłego noblistę. Między Herbertem a Gombrowiczem specjalnej chemii jednak nie ma… Maciej Wojtyszko próbuje uchwycić moment spotkania trzech wielkich twórców, trochę opierając się na faktach, a trochę dopisując czy zmyślając, podobnie jak w znakomitym Dowodzie na istnienie drugiego w Narodowym. Niestety, w Polskim nie wszystko wyszło.

O ile świetnie czuli się w rolach literatów Andrzej Seweryn, Wojciech Malajkat i Paweł Krucz, o tyle role pań były jakby niedopracowane, niedokończone, zostawiły niedosyt, można było pozwolić sobie na więcej, pójść dalej, szczególnie w przypadku Izy. No, chyba, że mieli na scenie błyszczeć tylko Gombrowicz z Miłoszem (kolejność nazwisk nieprzypadkowa). Mam też kilka uwag do samego tekstu. Dlaczego np. Rita w finale zaczyna nagle mówić po polsku, opętanie? Dlaczego Iza wspomina o profesorze Korzeniewskim? Do kogo puściliśmy oko? Choć w tejże samej scenie, w ustach grającej hrabinę Magdaleny Zawadzkiej historyjka o Gustawie Holoubku była całkiem zabawna. Trudno natomiast nazwać „dyskusją o Polsce” wymianę dość przykrych (choć może i prawdziwych) opinii o nas i naszych kompleksjach. Publiczność się co prawda radowała, balansowały jednak te pogawędki na granicy efekciarstwa, taniości. 

Druga połowa przedstawienia trochę mnie znużyła, owszem, Andrzej Seweryn raczej spektakularnie schodzi ze świata, ale poprzedzającą zgon Gombrowicza scenę zmiany pieluch można było sobie darować. (Dość golizny na polskich scenach!)

Może to i drobiazgi, bo w sumie spędziłem czas w teatrze bez zbytniej idiosynkrazji, było momentami miło i zabawnie – np. cyrk urządzony przez Gombrowicza z telegramem - ale z tymi aktorami i w tym teatrze była szansa na coś więcej. Znacznie więcej.

 

Teatr Dramatyczny w Warszawie

WIDOK Z MOSTU

Arthur Miller

reż. Agnieszka Glińska

premiera 28 września 2018

Widok z mostu – jak to widok z mostu – bywa trochę niewyraźny, niedokładny, coś tam widzimy, coś słyszymy, urywki słów, może te które chcemy usłyszeć, no – ale przecież widzimy i słyszymy, więc -wiemy. Strzeżcie się tej pewności – zdaje się mówić Agnieszka Glińska. Dlatego też to w ogóle o żadnych emigrantach, tylko o frustracjach, także erotycznych, krypto homoseksualisty Eddiego. Równie dobrze dramat ten mogłoby się rozgrywać w środowisku kolekcjonerów znaczków czy motorniczych tramwajowych. Akurat Miller wybrał włoskich emigrantów, podkreślam jednak – to ani nie o tym ani o współczesnej Polsce – jak czytam ze zdumieniem w recenzjach.

Tak, spektakl jest dziwnie zagrany, aktorzy grają granie, jakby celowo źle. Jakby żadne z nich nie miało kontaktu z postaciami, w które się wcielają, jakby markowali w jakiejś zwiewnej wariacji na temat tego tekstu, jakby nie dorysowali. Oczywiście, że zostało to zrobione celowo, kluczowa (absolutnie kluczowa) dla tego spektaklu jest scena go rozpoczynająca, przedstawienia postaci, tak, żebyśmy nie mieli wątpliwości, że WSZYSTKO jest tu zagrane. Jak wyrzucimy ten początek z pamięci, możemy mieć wrażenie, że ten spektakl jest trochę bez sensu. A nie jest, choć… Nie jestem jego fanem, zmęczył mnie w sposób, jakiego nie lubię. Są jednak i tacy, którzy Widokiem się zachwycają, ale i tacy – którzy nieledwie wieszają psy. 

Dodam, że młodszy jestem od Witolda Sadowego o pół wieku i że mam przyzwoity audiogram sprzed miesiąca, ale ja również nie słyszałem, co aktorzy do mnie mówią, szczególnie ci odwróceni w inną stronę widowni. Ale – przecież jako się rzekło - z mostu nie wszystko słychać…

 

Teatr Powszechny w Warszawie

GNIEW

Szymon Adamczak

reż. Małgorzata Wdowik

premiera 21 września 2018

Chyba performance.

Czterech nastolatków i czterech aktorów. Biegają po małej scenie, przeklinają („kurczę blade” czy „choroba jasna”), urządzają zawody w pluciu na odległość i w bekaniu, rozbijają także gipsowe ścianki.

Cóż, nie przychodzi się do teatru bezkarnie.

 

Nowy Teatr w Warszawie

POLACY WYJAŚNIAJĄ PRZYSZŁOŚĆ

reż. Wojciech Ziemilski

premiera 20 września 2018

Jestem zachwycony, że Nowy nie boi się robić spektakli 50-minutowych. Bo tenże drobiazg tyle właśnie trwa i nie ma żadnego powodu, dla którego miałby trwać dłużej. Jest „dziełem skończonym”, niedosytu nie zostawia, a i publiczność nie ma nic przeciwko.

W spektaklu różne osoby, bardziej i mniej znane, wypowiadają swoje zdanie na temat przyszłości, a obok Jaśminy i Piotra, trzecią, bardzo ważną postacią jest ich mama, do której – przyznam – dość pesymistycznych przewidywań oboje się odnoszą i z nadzieją, i z fantazją, i nawet z pewną dezynwolturą. Jest bardzo zabawne i miłe w oglądaniu, bo widać, że aktorzy na scenie czują się ze sobą świetnie. Piotrek absurdalnie wygląda w przebraniu Supermena, Jaśmina - żaby, ale… nie będę Wam psuł niespodzianki.

Spektakl powstał w ramach projektu Teatr 2118. Czy faktycznie życie i teatr będą właśnie takie, jak w opowieści Polaków? No może. A może jutro już nas nie będzie, a może dożyjemy do czasów, kiedy będziemy (widzowie) tylko „powszechnie znanym błędem statystycznym”. No, nie wiadomo. Dlatego można zupełnie bezkarnie gdybać.

 

Teatr Nowy w Poznaniu

HOLOUBEK SYN PICASSA

Andreas Pilgrim/Sebastian Majewski

reż. Julia Szmyt

premiera 28 września 2018

Gdzie oni są? Ci wszyscy bohaterowie bajek z tamtych lat? Żwirek i Muchomorek, Krokodyl Gienia z Kiwaczkiem, Piaskowy Dziadek, Barba Papa, której (którego właściwie) prawie nikt nie poznał… Otóż są! I właśnie jesteśmy świadkami ich spokojnej, może nawet nudnawej starości, wspominania starych dobrych czasów itd., ten sielski odpoczynek zostaje jednak zakłócony…

Pomysł był fajny, wykonanie fantastyczne, ale na scenie dojmująco coś nie grało. Tak jakby tekst był dla postaci trochę tworem obcym, niedobrze się tego słuchało, dało się wyczuć jakąś fałszywą nutę, jakby nie udało się połączyć narracji kreskówkowej z tamtych lat z odniesieniami do dziś i nie z powodu nieczytelności owych dygresji, przeciwnie. W którymś momencie zrobiło się „tego wszystkiego” za dużo, i jajko i pałac w Bawarii i krnąbrny gołąb, coś kompletnie odleciało.

Zauważyłem, że ze spektaklu wyszli zachwyceni widzowie 65+. Może tylko oni zrozumieli, co czują niepotrzebne już światu postacie z Krainy Mchu i Paproci? No może.
 

Teatr Maska w Rzeszowie

ZEMSTA

Aleksander Fredro

reż. Paweł Aigner

premiera 26 września 2018

Akustyka w teatrze to moje hobby. Niestety było źle słychać, musiałem się mocno skupiać, żeby przypomnieć sobie, cóż tam takiego wesołego ustami aktorów hrabia Fredro nam opowiadał. A taki stan rzeczy jednak odbiera przyjemność obcowania ze spektaklem. (Audiogram mam przyzwoity).

W ten spektakl trzeba „wejść” – przepraszam za banał, ale część publiczności opolskiej jednak nie „weszła”. Początek wydał mi się kompletną katastrofą, bo oprócz jw., próbowałem znaleźć klucz do okropnie przerysowanego aktorstwa. Pomyślałem - przyjdą szkoły, może tak trzeba. Ale nie, w tym szaleństwie jest metoda, zrozumiałem to jednak dopiero pod koniec spektaklu, nie zauważywszy nawet, że Wacław i Klara są ubrani w Zarze (czy gdzieś), a nie w pracowni kostiumów, co również jest istotne, i - jakby inaczej grają, co także ważne.

Na niewielkiej przestrzeni „dziejstwa” jest dużo, słyszałem głosy, że za dużo, mnie się akurat mordobicia podobały, szacunek dla choreografa i dla aktorów, że na tak niewielkiej scenie nie robią sobie krzywdy podczas bijatyk.

Zakończenie spina to przedstawienie w logiczną całość, choć może nie do końca zgodnie z intencją hrabiego, ale ta klasyka ma być żywa, a więc o tym co tu i teraz, a nie o tym jak świat widział – naiwnie może nieco - Autor.
 

Teatr Bagatela

KOTKA NA GORĄCYM BLASZANYM DACHU

Tennessee Williams

reż. Dariusz Starczewski

premiera 14 września 2018

Mam chyba pecha, bo prawie zawsze w moim rzędzie coś się dzieje. Tym razem widzka w sąsiednim fotelu przez cały pierwszy akt co 5 minut sprawdzała portal społecznościowy, na początku zaś aktu drugiego zasnęła i zaczęła nieledwie chrapać. Jej koleżanka w którymś momencie uznała za stosowne śpiącą widzkę szturchnąć, ta się wybudziła i - od razu sięgnęła po komórkę. Uprzejmie i szarmancko poprosiłem panią o zaniechanie tego typu zachowania, owszem – już do końca spektaklu fejsa nie sprawdzała, ale swoje niezadowolenie wyrażała głośnym sapaniem i prychaniem.

Sensem tego spektaklu są Katarzyna Litwin i Paweł Sanakiewicz, Duża Mama i Duży Tata. Jej ślepa i głucha miłość, a - jego doń pogarda, żal życia, które minęło nie tak, ale też tak wielkie przywiązanie do młodszego syna i bolesna obojętność wobec starszego, w mięsiście przełożonym przez Jacka Poniedziałka tekście, są naprawdę dojmujące (i świetnie przez oboje zagrane). Właśnie o tym najbardziej jest ten spektakl, o tęsknocie. Ojca – za innym życiem, matki – za miłością męża, Margaret (Magdalena Walach) – za bliskością męża, Bricka – za jego zmarłym przyjacielem i kochankiem.

Kosma Szyman (Brick) niestety ma cokolwiek do zagrania dopiero pod koniec drugiego aktu, głównie bowiem patrzy z rozmarzeniem w dal, bez przerwy pije i cały spektakl występuje w półnegliżu. Niepotrzebnie, przecież każdy chyba widz już po pierwszych pięciu minutach zorientuje się, że Brick jest gejem i alkoholikiem. No, chyba, że ktoś się jednak nie zorientuje.

Jak owa dama obok mnie.  



 

Teatr Dramatyczny w Warszawie (spektakl gościnny)

IRAŃSKA KONFERENCJA

Iwan Wyrypajew

reż. Iwan Wyrypajew

premiera 14 września 2018

Mamy oto Kopenhagę i międzynarodową konferencję, na której dyskutuje się o „kwestii irańskiej”.  Czym owa kwestia jest? I czy możemy na jej temat powiedzieć coś niepodważalnego, coś pewnego? Kto widział choć jedno przedstawienie Wyrypajewa, będzie widział, że tytułowy Iran to zaledwie pretekst, żeby zadać kilka konfundujących pytań, jak to u Iwana - o życie i całą resztę.

Reżyser szczęśliwie kocha swoich bohaterów, dlatego nawet jeśli widzą świat przez pryzmat pewnej naiwności czy też konwenansu albo stereotypu, pozwala im o tym swoim widzeniu rzeczy opowiedzieć bez przerywania. Tak, żeby każdy z nas te padające słowa spróbował najpierw zrozumieć, a dopiero później – wykpić je czy wypowiadającemu współczuć. Tak jak „Ufo. Kontakt”, tak jak „Nieznośnie długie objęcia” i trochę jak „Słoneczna linia”, rzecz jest właśnie o słowach, które nas skonstruowały, dzięki którym w ogóle jesteśmy, i do znaczeń których jesteśmy ogromnie przywiązani.

W związku z powyższym to jest spektakl bardziej do słuchania niż do oglądania, zresztą – ponieważ rzecz grana jest po angielsku, jak kto na konferencjach bywa – więc mamy pięknie podane, zauważmy, tłumaczenia w słuchawkach. 

Warto się skupić i wsłuchać, i przez te dwie godziny naszego zajętego przecież życia, w towarzystwie wspaniałych aktorów Iwana Wyrypajewa, przypomnieć sobie, że TO WSZYSTKO nie jest takie proste, i że ze z tą świadomością jakoś musimy żyć, próbować być szczęśliwi i – cokolwiek to znaczy – kochać.

 

Teatr Jaracza w Łodzi

SEKSUALNE NEUROZY NASZYCH RODZICÓW

Lukas Bärfuss

reż. Waldemar Zawodziński

premiera 14 września 2018

Wyszedłszy od Jaracza rozglądałem się po rozkopanej okolicy, gdzie tu najbliższy bar. Spektakl Waldemara Zawodzińskiego bowiem – z przeproszeniem – rozpieprzył mnie na tyle mocno, że dopiero po trzecim głębszym doszedłem jakoś do siebie. Z wierzchu istotnie o seksualności tych niepełnosprawnych i tych pełnosprawnych (i o tabu z tym związanym), a tak naprawdę z pytaniami o „normalność’, o siłę i sens rodzicielstwa (i tabu z tym związanym). O tym, co jesteśmy gotowi zrobić dla najbliższych, a czego na pewno nie (i o tabu…), o granicach naszego pożądania (i…), i – wreszcie o tym, że świat jest do zniesienia tylko wtedy, gdy jesteśmy na prochach. I o tym, czym grozi ich odstawienie.

Wspaniała Natalia Klepacka, mogę sobie tylko wyobrazić, ile ta rola kosztuje, jej Dora poprowadzona została z matematyczną dokładnością, zobaczcie sami, milimetr w tę albo wewte, sekunda wyjścia z postaci i… byłaby katastrofa. Fantastyczna również Urszula Gryczewska jako matka Dory,  także Bogusław Suszka w diablo trudnej roli Eleganckiego Pana. 

Uprzedzam zatem raz jeszcze – nie wejdziecie do teatru bezkarnie. Ale nie pamiętam już, kiedy oglądałem spektakl z tak skupionymi i poruszonymi współwidzami, nie pamiętam również łez w tylu oczach (co ukradkiem podglądnąłem), i – wreszcie – tak zasłużonych owacji.

 

Klub Komediowy

SATURN I MEL, CZYLI CZŁOWIEK, KTÓRY CHCIAŁ BYĆ RZECZĄ

Michał Sufin

reż. Michał Sufin

premiera 13 września 2018

Mamy oto dwa miasta i dwa światy – Gestalt i Betonię. Gestaltczyk, Albert Solong przyjeżdża do Betonii, gdzie ma znaleźć zatrudnienie u Wolfganga i Mel Saturnów jako guwerner ich sprzętu AGD. Tak, AGD. Ma się zając m.in. dość nieznośnym rozrywaczem, urządzeniem m.in. generującym suchary, w znaczeniu niepiekarskim. Jest jeszcze Spirulin Szewczyk, pamiętający czasy, kiedy pralki głosu nie miały. Do czego to spotkanie doprowadzi? I jaka ich wszystkich łączy tajemnica?

Proszę przyjąć do wiadomości, że to jeden z najlepszych spektakli, jakie można obecnie zobaczyć na warszawskich scenach. Tekst Michała Sufina jest cudownie inteligentny i tak zabawny, że aktorzy muszą robić przerwy, żeby publiczność się wyśmiała. Zwracam uwagę na popisowe role Karoliny Baci i Michała Meyera (pp. Saturnowie), Matylda Damięcka gra Spirulina, Mateusz Lewandowski - sprzęt AGD, a nieco neurotycznego Alberta – nowy nienowy w Klubie – Mateusz Kwiecień.  Tak, wyszedłem z Klubu znów rozentuzjazmowany i chciałbym, żeby wszystkie teatry (a szczególnie te dające komedie) traktowały mnie, widza, tak jak traktują mnie tu - jak osobę posiadającą mózg i umiejącą zeń korzystać. 

Żeby zaryzykowały, że zaśmieję się też z żartu absurdalnego, że zrozumiem grę słów i półsłówek, że zamiast skeczu na pięć minut wystarczy mi aluzja i puszczenie oka. Bardzo chciałbym, żeby właśnie tak było, a niestety - dojmująco nie jest.

Dlatego całemu Klubowi za Saturna daję piątkę z kropką, a każdemu z twórców osobna – serdecznie i z czapką u ziemi - przybijam grabę!

 

Teatr Łaźnia Nowa

WAŁĘSA W KOLONOS

Jakub Roszkowski

reż. Bartosz Szydłowski

premiera 8 września 2018

Postać Lecha Wałęsy (fantastyczny Jerzy Stuhr) jest w tym spektaklu jedynie pretekstem, żeby zastanowić się nad znaczeniem mitów w naszym życiu. Czym i kim byliby Grecy bez swojej mitologii? Jak to możliwe, że czcili bogów, którzy mieli – mówiąc delikatnie – poważne skazy w swoim życiorysie? Przecież Dejanira mogła wyprać w czymś innym koszulę dla Heraklesa… Wszak Parys mógł być gejem. No ale mity przetrwał w formie, jaką znamy dziś, i nikt sobie nie wyobraża, żeby było inaczej. A jednak – gdyby było? A kim bylibyśmy my, Polacy, bez mitów naszych?

Nie ma chyba nikogo obojętnego wobec postaci (no i mitu) Lecha Wałęsy, ta nasza zasklepiona i przecież niezmienna o nim opinia, jest też częścią innych polskich postaw – pogardy, nienawiści, źle pojętej wspólnoty opartej na zawiści i destrukcji, obojętności – w najlepszym wypadku. Tę sytuację wpisał Bartosz Szydłowski w antyczną opowieść o starzejącym się Edypie, który przybywa dożyć swoich dni w Kolonos. A na scenie, obok Edypa/Wałęsy, także jeżdżący na hulajnodze Polinejkes, przebiegły Kreon, kupujący – dosłownie – poparcie chóru, czy nijaki Tezeusz. Każdy z nich chce przy Edypie uszczknąć coś dla siebie. Skądś to znamy?

A Wałęsa, jak to Wałęsa, z krzywo przypięta Matką Boską, siada sobie na taboreciku i niespiesznie naprawia radyjko, patrząc na to wszystko z takim jakby uśmieszkiem, trochę jakby wiedział, jak i czym to wszystko się skończy.

 

Teatr Narodowy

TCHNIENIE

Duncan Mcmillan

reż. Grzegorz Małecki

premiera 8 września 2018

Gdybym ja był bohaterem tego przedstawienia, partnerem dziewczyny tak toksycznej i pilnie potrzebującej psychoterapii, spektakl trwałby 2 minuty, nie zaś na półtorej godziny. Ale – z drugiej strony – tak właśnie wygląda codzienne życie (i pożycie) wielu ludzi będących w wieku bohaterów tego kameralnego spektaklu, i w Anglii i wszędzie indziej, życie pełne padających słów pozbawionych znaczenia, niechęci i niemożności komunikacji, pochopnych decyzji i żalu po nich, pełne niedojrzałości wreszcie. Bo cóż ich trzyma ich razem do później starości, do śmierci? Tylko ten dzieciak, którego - excuse le mot – zrobili w jakimś trudno wytłumaczalnym uniesieniu, współczuciu, niewytłumaczalnym porywie namiętności. Dlatego wręcz chciałem wyć, widząc jak jedno bądź drugie robi w tym związku wszystko dokładnie odwrotnie niż rozum by nakazywał. No cóż, ale to spektakl o emocjach, a wtedy rozum zwykle śpi.

Na scenie utalentowani Justyna Kowalska i Mateusz Rusin. I Tchnienie jest spektaklem dla widzów mniej więcej w wieku aktorów, jestem pewny, że „middle-twenties” i „thirties” najbardziej „złapią fazę”. Starsi mogą się zirytować, przeżywszy pewnie setki takich psychodram w życiu, a młodsi - raczej nie zrozumieją. 

 

TR Warszawa

DAWID JEDZIE DO IZRAELA

Jędrzej Piaskowski, Hubert Sulima

reż. Jędrzej Piaskowski

premiera 8 września 2018

Mamy oto małżeństwo, które adoptowało żydowskiego chłopca i mamy rok 1968, rodzice zdradzają dorosłemu już Wojtkowi-Dawidowi jego prawdziwe pochodzenie, a następnie wspólnie pakują walizkę, zgodnie z tytułem… W tle rozmaite postaci, od Władysława Gomułki począwszy, na Aldonie Giedymin skończywszy, nb. kwestia o ogóreczkach i królu – cudowna. I w tych okolicznościach padają różne pytania związane z ‘kwestią żydowską” – np. o to, kim jest Żyd, jak go poznać, co nam z jego strony grozi, i dlaczego lepiej jak go nie ma w pobliżu.

Sebastian Pawlak w roli Haliny po prostu wymiata. Warto jednak Dawida zobaczyć nie tylko dlatego, że cała czwórka na scenie jest świetna. Ten spektakl zbliża się bowiem w niebezpieczny sposób do granicy pewnego tabu, z jakim wydarzenia marcowe są związane, mianowicie - jest zabawny. Ale widziałem też widzów wręcz wzburzonych i ostentacyjnie wychodzących z Polinu, i – pewnie też dlatego nie zdecydował się na to przedstawienie Teatr Żydowski.

No więc Dawid nie tylko śmieszy, ale jest również bardzo inteligentny, piątka z kropką każdemu, kto rozpoznał wszystkie cytaty, nie tylko ten oczywisty, z Mickiewicza, zresztą będącym motywem teatru w teatrze w teatrze.

Bezczelne, zabawne, poruszające, ale też - urocze i słodkie, jakkolwiek to brzmi.

 

Teatr Syrena

RODZINA ADDAMSÓW

Marshall Brickman/Rick Elice

muz. Andrew Lippa

reż. Jacek Mikołajczyk

premiera 8 września 2018

Przez te trzy godziny mojego życia poczułem się jak mały chłopiec, którego przeniesiono do baśniowego, cudownie dowcipnego świata, z całym jego dziejstwem-czarodziejstwem, z fantastyczną muzyką i tańcem, pięknymi kostiumami oraz - pomysłową i starannie wykonaną scenografią. Baśń – jak to baśń – była momentami dość okrutna, ale całe szczęście wszystko skończyło się dobrze. Żyli (miejmy nadzieję!) długo i szczęśliwie.

Widać katorżniczy wysiłek całego zespołu – od akustyków po aktorów i muzyków, efekt ich pracy jest olśniewający, wspomnę tylko, że wymagająca i nieco zepsuta premierowa publiczność dała długie owacje na stojąco. Pozwolę sobie na wyróżnienie dwojga aktorów – Jolanty Litwin-Sarzyńskiej (Alice) i Karola Kwiatkowskiego (Pugsley), którzy – no cóż - kradną kolegom scenę. Karol gra bez piereżywania, bez egzaltacji, ze zwiewnym dystansem do swojej postaci, jego obecność na scenie ma w sobie i pasję i lekkość należne jego nastu latom. Pani Jolanta ma z kolei najwdzięczniejszą chyba rolę w spektaklu, w której - za sprawą eliksiru podanego resztą przez Pugsleya - nieledwie przemienia się z dra Jekylla w mra Hyde’a, ale – chcę podkreślić - że świetnie grają wszyscy. Chętnie zobaczę przedstawienie raz jeszcze, w drugiej obsadzie, gdyż role w większości są dublowane bądź nawet triplowane (?!).

Czy w zbiorze musicali syrenia Rodzina Addamsów wyróżnia się czymś szczególnym, czy jest lepsza czy gorsza od oryginału, co można było robić lepiej, a co inaczej - te kwestie pozostawiam znawcom i krytykom gatunku. Dla mnie najistotniejszy był fakt, że spędziłem niesłychanie udany wieczór, wyszedłem z teatru pogodny, a wręcz rozchichotany, a niektóre bon-moty (np. o bułeczce babuni) zapisałem sobie w zeszyciku i będę nimi bawił starannie dobrane towarzystwo podczas długich jesiennych wieczorów.

Dziękuję Ci Syreno!

 

Teatr Polonia

MÓJ PIERWSZY RAZ

Ken Davenport

reż. Krystyna Janda

premiera 6 września 2018

Miała rację Krystyna Janda mówiąc przed premierą, że tekst tego spektaklu będzie „dla części widowni nie do przyjęcia lub obraźliwy”. Pierwszy raz bowiem widziałem w Polonii – a jestem wiernym widzem tej sceny – widzów wychodzących podczas spektaklu. Nie były to może wyjścia spektakularne, takie z hukiem i słowami „skandal i hańba” na ustach, ale jednak dające do myślenia.

Zapewniam, że zupełnie nie jestem pruderyjny i że nie płonąłem ze wstydu przy co bardziej odważnych czy wulgarnych kwestiach. Nie mam tylko pewności, czy one na pewno do tego spektaklu pasowały. To znaczy – mam pewność, otóż - nie pasowały. Bo do któregoś momentu zapowiadało się to na zupełnie pogodną rzecz o radości życia, a więc - i radości, jaką daje seks. Ale np. scena z opisem gwałtów czy kwestia zagrana przez Antka Pawlickiego o epizodzie męsko-męskim – oprócz tego, że usłyszałem na widowni kilka dość cierpkich słów recenzujących owo świetnie wykonane zresztą zadanie aktorskie - po prostu miała się to do tej narracji jak nieledwie kwiatek do kożucha. I NAWET mnie trochę zażenowała. 

Poza tym spektakl jest ździebko za długi, godzina wystarczyłaby, bo owe zwierzenia z tytułowego pierwszego razu w którymś momencie się już powtarzały i trochę pod koniec męczyły. Aktorzy i tancerze robią co mogą, ale nie ratują tego po prostu niedobrego tekstu.