Współczesne

SZCZEPAN TWARDOCH

Król

Wyd. Literackie 2016

Świetna, bardzo filmowa (kto się odważy?), nieprawdopodobnie wciągająca powieść Szczepana Twardocha, tym razem nie śląska, a stołeczna. Z pozoru tylko o Polsce polskiej i Polsce żydowskiej, Król bowiem jest opowieścią o rzeczach najważniejszych – o przyjaźni, lojalności, honorze, odwadze i o tym, jaką cenę ponosimy, żeby móc żyć naprawdę, choćby przez chwilę.

Od razu uprzedzam, to nie jest finezyjna literatura dla egzaltowanych panien z liceów katolickich. Kurestwo, wulgarna fizjologia, ćwiartowanie ciał i tortury są w tym świecie na porządku dziennym. Trup ściele się naprawdę gęsto, twardochowa Warszawa lat 30-tych jest zbrukana, śmierdząca i nieprawdopodobnie skorumpowana. A Bereza Kartuska, co wreszcie ktoś dość obrazowo opisał, wcale nie była Ciechocinkiem, w ogóle te gloryfikowane dziś czasy były dość okropne, co Twardoch opisuje jako fikcję, ale już np. Krzywicka z Boyem już z własnych obserwacji. 

Złapałem się na tym, że skończywszy już książkę (wchłonąwszy czy pożarłszy ją błyskawicznie), wciąż wracam myślami do Jakuba, do Mojżesza, do Ryfki. I tak sobie myślę – a co by było gdyby…

Bez dyskusji proszę przeczytać.

 

KRISTINA SABALIAUSKAITE

Silva rerum

Znak 2015

Wszystko zaczyna się od śmierci kota Maurycego. Ten smutny fakt będzie miał doniosłe znaczenie dla całej rodziny Narwojszów, ale szczególnie dla bliźniąt – Urszuli i Kazimierza, którym przychodzi do głowy nie najmądrzejszy pomysł ekshumacji zwierzęcia. 

Mamy Litwę wieku XVII, bogaty szlachecki dworek na Żmudzi oraz kipiące życiem i seksem Wilno starające się zapomnieć o niedawnych kozackich okropieństwach, mamy także Uniwersytet i tamtejszych żaków, którym daleko do grzecznych aniołków. W tych okolicznościach Kazimierz próbuje studiować prawo, a Urszula - wieść zakonne życie. Pojawia się jednak Jan Kirdej Biront…

Na obwolucie ktoś napisał, że powieść jest „marquezowska”. Bez przesady. Raczej „tokarczuczna” (?!), nie umiałem się bowiem odpędzić od porównań z Księgami Jakubowymi, zaś scena orgii z udziałem pięknego Dominika Radziwiłła jest u Sabaliauskaite jakby żywcem wyjęta ze świetnej inscenizacji tychże Ksiąg w reż. Eweliny Marciniak w warszawskim Powszechnym. 

Silva Rerum jest książką o słowach i ich znaczeniu oraz braku tegoż znaczenia (w zależności, kto je wypowiada i w jakim celu), o tym, że historia ma z nas trochę bekę, o miłości silniejszej od śmierci (sic!), o tym wreszcie – że jesteśmy różni – i że to jest fantastyczne. Mimo istnienia na świecie takich półmózgów jak Marian Dowgiałło.

Koniecznie.

 

HEINZ HEGER

Mężczyźni z różowym trójkątem

Świadectwo homoseksualnego więźnia obozu koncentracyjnego z lat 1939-1945

Karta 2016

Dla mnie – może paradoksalnie - największą wartością tej książki są wspomnienia związane z tym, że nawet w piekle, jakim był obóz koncentracyjny, nawet na dnie hierarchii, zdarzały się ludzkie odruchy. Owszem, nie zawsze były spontaniczne – jak można sobie wyobrazić – ale autor bardzo ciepło się wyraża o swoim „opiekunie”, o cygańskim kapo, dzięki któremu mówiąc wprost żył. Cóż, gdyby nie był młody i przystojny, pewnie jego los potoczyłby się inaczej - jakkolwiek okrutnie to zabrzmi.

Ta książka jest także – w którymś momencie zresztą dość zabawną (jeśli można użyć tego słowa) – analizą zależności i układów panujących w obozie. Nie tylko między samymi więźniami, tymi zwykłymi i tymi funkcyjnymi, ale również między oficerami, szczególnie opowieść o lagerfuhrerze Pyłku jest znamienna. 

Autor przeżył, musiał jednak milczeć. Nazistowska kara za inność była uznana przez tzw. społeczeństwo także po wojnie za coś właściwego, nieledwie legalnego. Więc ci nieliczni homoseksualiści, którzy obozy przeżyli, swoje straszne wspomnienia zabrali do grobu. I dlatego ta książka, powstała po serii rozmów z autorem (ukrytym zresztą pod pseudonimem) jest unikatowa.

Od razu uprzedzam, że jeden z rozdziałów, opisujących „spektakl”, jaki urządzili sobie pijani strażnicy z młodym Tyrolczykiem jest przerażająco okrutny.

 

MILJENKO JERGOVIC

Wilimowski

Tłum. Magdalena Petryńska

Książkowe Klimaty 2016

Po Wilimowskiego sięgnąłem, bo w superlatywach mówili o tej książce w TVP Kultura.

Ale najwyraźniej jestem mało inteligentny bądź może nienormalny, gdyż po wymęczonym przeczytaniu muszę tę krótką na szczęście powieść uznać za jakiś żart czy też ćwiczenie stylistyczne, może wprawkę?

Mamy upalne lato, koniec lat 30-tych, do Jugosławii przyjeżdża z chorym synem i jego opiekunami profesor Mieroszewski. Ma cień nadziei, że pobyt w hotelu na końcu świata, dokąd chłopca trzeba nieść w specjalnej lektyce, przywróci mu zdrowie. W czasie pobytu profesor flirtuje z właścicielką i słucha radia, a dokładniej – relacji z mundialu, na którym Ernest Wilimowski strzela Brazylijczykom cztery gole, mimo to mecz ten przegrywamy.

I to mniej więcej tyle.

O co w tej książce chodzi? Czy to kpina z Manna czy też jego nieudolne naśladownictwo? Hymn na cześć futbolu czy też magii radia? I dlaczego to jest tak dramatycznie nudne? I co krytyka w tym widzi?

Szkoda czasu. 

 

LARS SAABYE CHRISTENSEN

Beatlesi. Powieść.

Wydawnictwo Literackie 2016

To, że Christiansen napisał złą książkę – trudno. Fatalnie jednak, że pojawiły się recenzje pisane niemal na kolanach. To smutne. 

Christiansena poznałem dzięki świetnemu Półbratu. Tak, to niemal arcydzieło. Potem w Polsce ukazał się nieprawdopodobnie i pretensjonalny nudny Odpływ, a potem podgrzewano atmosferę przed Beatlesami, jedną z wcześniejszych, bo wydanej w 1984 roku powieści autora. 

Mamy oto czterech (niespodzianka, prawda?) kumpli ze szkoły. Obserwujemy ich dorastanie, konflikty z rodzicami o długość włosów, zawiązywane przyjaźnie, miłości, potem – fascynację narkotykami i alkoholem, to wszystko na tle jeszcze wtedy biednego Oslo lat 60-tych. Brzmi dobrze, prawda? 

Owszem, czyta się to w sumie nieźle, Beatlesi bowiem to zbiór bardzo wielu słów, z których cudownie nic nie wynika, na wakacje zatem jak znalazł. Wobec bohaterów jesteśmy doskonale obojętni, obraz dojrzewania w Beatlesach brzydko pachnie wymiotami, których okoliczności zajmują chyba piątą część objętości powieści. Poruszający (ale tylko troszkę) jest jeden moment w opowieści, a zakończenie robi wrażenie, jakby było napisane w pośpiechu. Jest mówiąc najkrócej idiotyczne.

Darujcie sobie. 

PS. Jest jedno zdanie w Beatlesach, które nie daje mi spać. Strona 660. „Ludzie szli pochyleni, walcząc z wiatrem i drożyzną”. Czyli - z drożyzną się walczy pochylaniem? Brr.

 

HANYA YANAGIHARA

Małe życie

Wyd. WAB 2016

Hanka R. zainteresowała się, czy już czytałem. Nie, wtedy jeszcze nie. A to koniecznie – to najlepsza książka o przyjaźni jaką znam – powiedziała. Ale nie miała racji.

Małe życie nie jest książką o przyjaźni. Jest książką o złu. O złu w czystej postaci, o tym, że wszystko, co nas w życiu spotyka, w nas zostaje. Ale jest także cudowną książką o wielkiej (niemożliwej?) miłości, o miłości silniejszej od śmierci, jakkolwiek to brzmi. Także - o nieubłagalności naszego przeznaczenia, o tęsknocie rozdzierającej duszę i ciało, o poświęceniu oraz – o przekleństwie pamięci. Tak, to jest książka o rzeczach pierwszych i ostatnich.

Nie pamiętam, kiedy czytałem coś tak poruszającego. Były momenty, że na głos wygrażałem autorce i mówiłem o niej różne brzydkie rzeczy. Naprawdę. 

Mądra, pięknie napisana i przetłumaczona, niesłychanie wciągająca powieść, o życiu. Wcale nie takim małym.

 

DANIEL GALERA

Broda  zalana krwią

Wyd. Rebis 2016


Na początku byłem zirytowany, bo Galera pisze o bohaterze w trzeciej osobie i dlatego, że na okładce Rebis napisał, że powieść jest „wspaniała”. A ja wolę sam do takich wniosków dochodzić.  

A potem… im bardziej się w tej historii zanurzałem, tym bardziej za nią tęskniłem, zostawiając sobie po jednym rozdziale na dzień, nie więcej. Mamy oto trzydziestoletniego chłopaka, cierpiącego na prozopagnozję (sic!), który – mówiąc najkrócej - przyjeżdża do jednego z nadmorskich kurortów szukać śladów swojego dziadka. 

Co znajduje? 

Nieprawdopodobnie pięknie napisana rzecz o… prawdzie, kłamstwie, sile mitu i legendy. O tym – kim są dla nas najbliżsi – ci dwu- i ci czworonożni, i o naszym pozornym bądź faktycznym do nich podobieństwie. O przekleństwie tego podobieństwa i o niemożności odeń ucieczki. Wreszcie – o przebaczaniu. A najbardziej o tym, że są gdzieś są tego wybaczania granice.

Jedna z najlepszych książek, jakie czytałem. Fantastyczna, mądra proza stawiająca pytania o rzeczy pierwsze i o ostatnie.

 

Małe eksperymenty ze szczęściem

Sekretny dziennik Hendrika Groena, lat 83 i ¼

Tłum. Ryszard Turczyn

Wyd. Albatros Ryszard Kuryłowicz 2016

Kompletnie nie rozumiem szumu wokół tej książki. Owszem, przeczytałem (nieco się męcząc), ale jedyny wniosek, jaki z tej lektury wyciągnąłem, specjalnie odkrywczy nie jest – starość jest straszna. Także w bogatej Holandii.

Mamy oto Hendrika, który opisuje kilka miesięcy ze swojego życia w domu starców. Jedna z jego koleżanek zaczyna cierpieć na zaawansowaną demencję, innemu koledze co chwilę amputują kończynę bądź jej część, jeszcze inna starowinka dostaje udaru. I tak na każdej stronie. Wiekowy pies puszcza bąki, nasz bohater nie trzyma moczu, a głównym (i jedynym) tematem umalowanych acz niedomytych pań przy herbacie są ich prawdziwe i domniemane dolegliwości. I owo piekło małej społeczności, w której każda inność jest na cenzurowanym (inność – nie zjem dziś kolacji, a nie – jestem gejem), autor też opisuje w dojmujący sposób, w każdym razie trzeba mieć doprawdy dużo pogody ducha (jak nasz bohater), żeby chcieć przepędzać tu resztę swojego życia. Bo Hendrik faktycznie wszystkie ciosy przyjmuje z franciszkańskim niemal nastawieniem, poza jednym wyjątkiem, którego nie zdradzę.

No owszem, momentami Dziennik jest zabawny, ale tak naprawdę… śmiać się nie ma z czego. Poza tym – co się stało z istotnym wątkiem próby zdobycia regulaminu? Czyżby to była historia na tom drugi?

O, nie…

 

ŁUKASZ DŁUGOWSKI

Mikrowyprawy w wielkim mieście

Wyd. Muza 2016

Co to jest wyprawa? Pierwsze skojarzenie: walizki, lotnisko, koniec świata, egzotyka, prawda? Nic bardziej mylnego. Wyprawa – owszem – jest podróżą, ale przede wszystkim (jakkolwiek to zabrzmi) w głąb siebie, więc dość blisko. A to gdzie się ruszymy w sensie linearnym, ma znaczenie doprawdy drugorzędne. Co Łukasz Długowski w swojej arcyciekawej książce udowadnia na licznych przykładach z życia wziętych.

Przyjąć trzeba tylko jedno założenie związane z celem podróży, nie celem geograficznym lecz filozoficznym że się tak wyrażę. Otóż – po co podróżujemy? Ano – po nic. I dlatego podróże są tak fascynujące, i dlatego największą przygodą naszego życia, czymś, co nas nieprawdopodobnie wzbogaci, ulepszy i upiękni, może być wyprawa na pobliską wiślaną wyspę. Gdzie dojedziemy za 3,60 autobusem linii 164, gdzie przejdziemy suchą nieledwie nogą przez niską rzekę, gdzie rozbijemy namiot, zaparzymy na kocherze wrzątku na herbatę, zaśniemy kołysani przez ptasi śpiew i rano wstaniemy i jak co dzień udamy się pomnażać dochód narodowy brutto w naszej korporacji.

No… Ale po co to? No właśnie – po nic. I to jest cudowne. Właśnie o tym jest ta książka.

Autorowi gratuluję i zazdroszczę.

 

MARIA STEPAN

Człowiek to człowiek, a śmierć to śmierć

Reportaże z Ukrainy

Wyd. Zwierciadło 2016

Maria Stepan widziała wojnę na Ukrainie na własne oczy, była tam wielokrotnie z ekipą Telewizji Polskiej i poprzez dwu-trzyminutowe reportaże opowiadała nam o tym, co tam się wówczas działo.

Książka, którą Maria napisała jest natomiast nadaniem tym faktom kontekstu, pokazaniem ludzi stojących za tymi faktami, próbą opisania zapachu śmierci, tortur i wojny, tchórzostwa i manipulacji, barbarzyństwa Rosjan (czy raczej tzw. zielonych ludzików) i obojętności Zachodu.

Zresztą obojętności do któregoś momentu tylko, mianowicie do strącenia malezyjskiego samolotu. Na śmierć tych ofiar Zachód zareagował natychmiast, nie widząc (nie chcąc widzieć) tych ukraińskich śmierci codziennych, tych kaźni, tych wygnań. Napisałam tę książkę, bo obiecałam to poznanym w Kijowie i wszędzie indziej ludziom, chcących nie dla siebie – ale dla swoich dzieci – normalnego życia, w normalnym świecie. To oni wyszli na Majdan, to oni tam ginęli, a prosili nas tylko o jedno – żeby o nich pamiętać – mówiła mi autorka. Pamiętajmy, tak trzeba.

Ta książka zepsuje Wasze dobre samopoczucie. I właśnie tak ma być.

 

MAJA LUNDE

Historia pszczół

Tłum. Anna Marciniakówna

Wydawnictwo Literackie 2016

Ta książka to hucpa. To taka powieść, która udaje wielką literaturę, a jest kompletnie o niczym, nic nie wnosi, niczego nie zmienia i nawet jako pociągowy time-killer jest nudnawa. Mamy oto narrację prowadzoną w trzech wątkach, teoretycznie o siebie zahaczających. Jest historia Williama z połowy XIX wieku, któremu się wydaje, że rewolucjonizuje pszczelarstwo, współczesna historia Toma mającego biznes (pszczelarski oczywiście) ojca głęboko gdzieś, oraz Chiny wieku prawie XXII, gdzie w tajemniczych okolicznościach umiera chłopczyk, choć i tak od razu wiadomo, że jest uczulony na jad owadzi. (Szkoda, autorka powinna założyć, że czytelnicy miewają mózgi i niekiedy z nich korzystają).

Że niby to nie jest historia o pszczołach, ale o relacji rodziców z dziećmi. Od razu mówię – niczego nowego się o tych relacjach nie dowiemy, może poza tym, że ojciec dorastającego syna jest zdumiony, że ten ma owłosione łydki.

Brrr.

 

DONNA TARTT

Mały przyjaciel

Tłum. Paweł Lipszyc

Zysk i s-ka 2003

Mały Przyjaciel - powstały dziesięć lat po Tajemnej historii i dziesięć lat przed Szczygłem – jest niestety najsłabszą książką świetnej skądinąd Donny Tartt. Mówiąc najkrócej - mamy tajemniczą śmierć chłopca i obraz dorastania jego siostry, której dzieciństwo mija w cieniu tej tragedii.

Do któregoś momentu Mały Przyjaciel jest pięknie napisaną opowieścią o utracie, o żałobie, o obrazie naszych nieobecnych bliskich. Potem pojawia się wątek kryminalny i wszystko zaczyna meandrować. Harriett próbuje śmierć brata wyjaśnić, poznaje więc nas autorka z rodziną miejscowych złoczyńców, najbardziej podejrzanych w całej tej sprawie. I o ile ta część „rodzinna”, portrety matki, babek, ale też małego amerykańskiego miasteczka, które musi zająć w całek sprawie stanowisko, jest napisana żywiołowo i takoż się to czyta, to część poświęcona znalezieniu mordercy po prostu nuży. I w ogóle nie wiadomo, o co chodzi.

Gdyby nie to, że jestem do swoich książek przywiązany, zrobiłbym z Małym Przyjacielem to, co robił bohater Higieny Mordercy N.Nothomb - wyrwałbym mianowicie ostatnich 200 stron. 

 

ANNA DZIEWIT-MELLER

Góra Tajget

Wydawnictwo Wielka Litera 2016

Autorkę znam, lubię i cenię.

I fakt naszej znajomości wcale nie zaważył na tym, że Góra Tajget otrzymuje ode mnie ocenę pozytywną (z niewielkimi zastrzeżeniami poniżej) . Gdyby mi się nie podobało, to też bym napisał, a Anka by się nie obraziła, bo to mondra baba je. (Ślonzok ze mnie kiepski, bo z Zagłębia, a i to przypadkiem i tylko z urodzenia.)

Zacznę więc od jedynej właściwie uwagi, jaką mam do tej książki. Otóż jest ona za krótka. Tam, gdzie Anka kończy rozdział, historia związanego z nim bohatera właściwie się powinna zacząć. A ponieważ autorka ma lekkie pióro – choć nie wiem, czy to sformułowanie pasuje do Góry Tajget – mogłaby z tego powstać rzecz o objętości Łaskawych, i równie pochłaniająca, wstrząsająca i wybitna. Zresztą czytając Górę takie porównania (niekiedy również formalne) z Littelem zaprzątały moją głowę, niemniej sądzę, że każde z nim porównanie jest dla porównywanego zaszczytne. 

Jest też coś takiego w tym śląskim Anki pisaniu, co przywodzi na myśl Twardocha, którego – przepraszam, że dość wprost – uwielbiam. Nie znaczy to jednak, że Dziewit Twardocha kopiuje bądź można autorkę nazwać Twardochem w spódnicy (czy jakoś tak), ale jednak te śląskie popieprzone dokumentnie i rozpaczliwie dzieje mają wpływ na oboje Autorów, co potwierdza historia Zefki, zdecydowanie najlepsza – czy też mówiąc ściśle - najmocniejsza w całej książce. 

Bo i Anna nie cacka się z czytelnikiem. Po prostu pisze jak było i nie są to słowa wygodne - uprzedzam, bo gdybyście chcieli poczytać sobie Górę „przed snem”. To nie taka książka. 

Jeszcze jedno – ta uwaga bardziej tak do świata niż do Autorki. Otóż na okładce znajdujemy nad tytułem zdanie – reklamę „Historia tak prawdziwa, że trudno ją zapomnieć”. Pomijając dyskusyjną logiczność tego sloganu, wolałbym jednak wnioski ze swoich lektur wyciągać samodzielnie. Okładkowe podpowiedzi wydawcy ułatwiające zrozumienie dzieła traktuję jako niepoważne traktowanie czytelnika. Rozumiem, że książkę sprzedać trzeba, ale mimo wszystko – to jeszcze nie śmietana czy majonez. Tak, tak, wiem, że Wielka Litera nie pierwsza i nie ostatnia, więc powołam sobie na puszczę i może mi minie.

 

DAVID MITCHEL 

Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta

Wydawnictwo MAG 2013

W Dziennikach Twardocha przeczytałem, że przeczytał Tysiąc jesieni. A ponieważ bardzo Twardocha cenię, po Tysiąc jesieni sięgnąłem i ja. Co jest kolejnym dowodem na gdzieś przeze mnie znalezioną tezę (ale gdzie?...), że wszystkie książki są o książkach. Ta również – sami sprawdzicie, o Biblii i o Bogactwie Narodów Smitha.

Powieść Davida Mitchela jest momentami niesmaczna, nieprzyzwoita, knajacka, niefinezyjna, kunsztowna, poruszająca, wzruszająca i nieprawdopodobnie wciągająca. To książka przede wszystkim o władzy i uzależnieniu jakie powoduje. Władzy w każdym sensie – nad czyimś ciałem, czyimś portfelem, ale także, a może przed wszystkim – umysłem. Mamy oto XIX-wieczną Japonię i Holendrów, którzy próbują robić interesy z tym zamkniętym dla świata państwem. Tytułowy Jakub jest ostatnim nieskorumpowanym na Dejimie, za co zapłaci wysoką cenę, zarówno „swoim” jak i Japończykom, mającym zresztą na tejże wysepce świetnie działającą siatkę szpiegów. Jakub jednak nie jest jedyną główną postacią książki, dzięki obecności Orito i Ogawy, doświadczonej akuszerki i tłumacza, jesteśmy w stanie choć trochę zrozumieć ówczesny stan umysłu Japonii, z pewnego punktu widzenia nieprawdopodobnie barbarzyńskiego. Ale czy Europejczycy na pewno byli lepsi?

Czytałem Tysiąc jesieni powoli. Nie dlatego, że opisy przyrody czy transakcji handlowych są jakoś nużące. Wręcz przeciwnie. Po prostu chciałem, żeby tej lektury starczyło na dłużej. Świetna i chyba trochę niedoceniona książka. Koniecznie przeczytajcie.