D.H. LAWRENCE

Synowie i kochankowie

tłum. Zofia Sroczyńska

Czytelnik 1960

Angielską klasykę świetnie się czyta na wakacjach. Ponieważ cały (tak, cały) Dickens zaliczony, teraz zabrałem się za Lawrence’a. Dość późno, bo tytuł tej stojącej przez lata na regale powieści nasuwał mi okropne skojarzenia z dziełami p. Collins. Ale się przemogłem, tom zapakowałem do plecaka i przeczytawszy polecam, bo rzecz jest naprawdę ciekawym obrazem życia ludzi tam i wtedy, niezupełnie romantycznym zresztą, i – co istotne – wymaga od czytelnika nie tylko użycia mózgu, ale i niewielkiej choć umiejętności czytania między wierszami, o czym poniżej.

Cóż my tu mamy… I przemoc domową, i małżeństwo bez miłości, ciągnące się do śmierci z przywiązania jedynie czy nawet z litości, ale – zgodnie z tytułem – powieść Lawrence’a jest najbardziej o synowskiej miłości, nawet gdzieś zahaczającej o kompleks Edypa z jednej strony, z drugiej – miłości matczynej tak silnej, że dziś powiedzielibyśmy, że toksycznej. Zważywszy, że powieść jest w zasadzie autobiograficzna, pomyślałem, że Lawrence zostawiłby u Freuda naprawdę duże pieniądze na sesjach psychoterapeutycznych.

Nie będę może streszczał tej książki, sięgnąć warto, choć uprzedzam, że niektóre życiowe wybory Pawełka i jego niezdecydowanie (dziś powiedzielibyśmy nieogarnięcie) naprawdę są w stanie wyprowadzić równowagi najbardziej cierpliwego czytelnika, z drugiej jednak strony bardzo mnie bawiło, jak autor, nie mogąc napisać tego wprost (mamy koniec XIX wieku), opakowuje w niedomówienia seks z sufrażystką, petting (z przeproszeniem) z Miriam, oraz - w piękną przyjaźń związek - bez wątpienia erotyczny - z kowalem, mężem kochanki naszego bohatera. 

 

FRANCIS KILVERT

Dziennik 1870-1897

Wyd. Zysk i s-ka 2016

Wielebny Francis Kilvert zostawił po sobie – oprócz kilku złamanych serc i kochających go wiernych – także dzienniki, które sumiennie pisał przez dziewięć lat i tyleż tomów miałoby wydanie nieskrócone, i ja się zgłaszam pierwszy – jeśli tylko ktoś odważy się to w całości wydać.

Pisał Kilvert o swojej codzienności -  o wiernych, o bliskich, o wycieczkach krajoznawczych i o wypadach do Londynu, gdzie odwiedzał znajomych i bywał w muzeach. Z miłością i bez egzaltacji opisywał ptaszki, które śpiewały mu podczas wycieczki, zachwycał się na grzybami, które dostał w prezencie od wiernych, z pogodą pisał nawet o okropnych deszczach czy mrozie, które kroiły liczbę wiernych w kościele… Wszystko to okraszał cudownym brytyjskim humorem. Był ciekawym świata człowiekiem, wydaje się też, że niesłychanie poczciwym, pozbawionym fałszu, i… dość wyzwolonym jak na wiktoriańskie czasy, lubował się bowiem w morskich kąpielach zupełnie na golasa, obecnością nawet niewiast niespecjalnie się przejmując. 

Kochał pewną młodą damę, niestety jej ojciec nie pozwolił nawet na oświadczyny, Francis – choć przystojny i wykształcony – był po prostu nie dość zamożny. W Dzienniku jednak wyraźnie daje do zrozumienia, że nie tylko płeć piękna go interesowała, ale jak na dżentelmena wątek ten pozostaje (w każdym razie w wydanym w Polsce wyborze) zaledwie draśnięty, a i to niesłychanie eleganckimi niedopowiedzeniami. Szczęście małżeńskie znalazł Francis miesiąc przed śmiercią, zmarł na sepsę w wieku 39 lat.

 

CHARLOTTE BRONTE

Dziwne losy Jane Eyre

PIW 1974

Mój kochany dzienniczku!

Znów stanąłem przed problemem wyboru lekkiej lektury na wczasy, a cóż lepiej się czyta niż klasyczny angielski romans, prawda? Wziąłem więc dwutomową książeczkę pani Bronte o młodej nieładnej nauczycielce, którą spotykają rozmaite przygody i która musi podejmować heroiczne decyzje i ma złą ciocię, która jednak zanim umrze, stanie się ciocią dobrą. No i tam są takie rozdziały naprawdę straszne, jak biedna Jane bez grosza przy duszy ucieka sprzed ołtarza, a później nie chce pojechać do Indii z jednym panem, bo on jej nie kocha i bo słyszy głosy w nocy, a to wołał jej ukochany, ten, który ją zaciągnął przed ołtarz, ale byłby popełnił bigamię. Wszystko kończy się dobrze, bo wtedy pisano takie książki, które musiały kończyć się dobrze. 

Romansik ów – dzienniczku mój drogi – naiwniutki jest okropnie, autorka nie ma zupełnie dystansu do swojej bohaterki, ale nadrobić zaległość było trzeba, a i  chętnie teraz obejrzę ostatnią ekranizację, w której Rochestera zagrał Michael Fassenberder. Ależ – mój Boże – on przecież i za młody i za chudy i za przystojny na Rochestera! 

Pani Bronte musiała się poczuć takim składem obsady szczerze oburzona. 

 

KLAUS MANN

Mefisto

PIW 1957

Zapomniane ździebko arcydzieło - i pokazujące obraz tamtych dni, i dojmująco współczesne. Kiedyś powieść z kluczem, z powodu protestów rodziny bohatera wydana w Niemczech dopiero w latach 80-tych, dziś – przypowieść, może nawet moralitet – o władzy i jej sługach. Hendrik („d” w środku jest istotne) owszem, jest zdolnym aktorem, oklaskiwanym przez publiczność. Ale jego ambicje sięgają znacznie dalej niż do hamburskiego teatru miejskiego. No i to jego marzenie się spełnia, nomen omen rolą tytułowego Mefista. Jaką zapłaci za to cenę?

Oskarowy film z Brandauerem i Krystyną Jandą – jak pamiętamy – świetny. Ale i książka, szczególnie dziś, szczególnie dla teatromanów – jest lekturą obowiązkową. Z bliżej mi nie znanych powodów czytałem to jak mądrze napisaną analizę zdumiewających karier różnego rodzaju miernot, słabych w tym, co robią, ale głośno krzyczących, i – co najważniejsze – wiernych. Natomiast obrazy nastrojów, ambicji, intryg i podchodów w prowincjonalnym teatrze, wypisz wymaluj jak współczesne. Widać - w garderobach niewiele się zmienia.

 

ELIZA ORZESZKOWA

Meir Ezofowicz

Meir jest kolejnym dowodem na to, że p. Elizie zrobiono wielką krzywdę wskazując do szkolnego kanonu niemiłosiernie nudne Nad Niemnem. Owszem, w Meirze Ezofowiczu też są momenty ździebko nużące, ale – summa summarum – czyta się to naprawdę dobrze. Rzecz o „kwestii żydowskiej”, dziejąca się w małej mieścinie gdzieś na prowincji, zamieszkałej wyłącznie przez wyznawców religii mojżeszowej.

Arcyciekawy obraz tej epoki, miejsca i ludzi, którym przyszło wówczas żyć. Poznajemy ich stan i ducha i umysłu, i biedoty, i kupców, z których tytułowy Meir się wywodzi. Ba, mamy nawet Karaimów, wówczas niemal wyklętych, skazanych na łaskę prawowierców. Oczywiście nie dziwimy się, że Orzeszkowa czyni z Gołdy i jej dziadka bohaterów jednoznacznie pozytywnych.

Całkiem wciągająca, momentami nawet zabawna (i pouczająca!) powieść o trudnych narodzinach szeroko pojętej nowoczesności, z niezbyt wesołym morałem. 

 

IWAN GONCZAROW

Obłomow

tłum. Nadzieja Drucka

Obłomowa pochłonąłem błyskawicznie, bo to książka o takiej cesze, która wyjątkowo mocno daje mi się we znaki. Mianowicie - o nieogarnięciu i o strachu przed życiem. Dojmująco współczesna, wielka literatura, bez wątpienia – jedna największych powieści wszech czasów.

To zupełnie niezwykłe, jak wielu ludzi kompletnie nie ma pomysłu na swoje życie, jak je bezmyślnie marnuje na marazm, na nieefektywność, na bezmyślność, jak wielu nie jest w stanie podjąć najprostszej decyzji, pozostawiając sprawy własnemu biegowi. Oczywiście, każdy ma prawo żyć, jak chce i nic nam do tego. Nic, poza może i nieusprawiedliwioną irytacją na to nieogarnięcie. Mam niestety w otoczeniu takich Obłomowów, ciekawe, że to w większości kobiety. Mizoginia czy przypadek? „Normalnym przeznaczeniem człowieka jest przeżyć cztery pory roku, czyli cztery okresy wieku, bez wstrząsów i donieść czarę życia do ostatniego dnia, nie rozlewając na próżno ani jednej kropli, i że równy i spokojny płomień lepszy jest od gwałtownych pożarów, choćby nie wiedzieć, jaka poezja w nich płynęła” – oto obłomowszczyzna, pisze Gonczarow. 

I jeszcze jedno ładne zdanie, nieco bez kontekstu, ale nieprawdopodobnie estetyczne: „Będzie deszcz – powiedział baron i odjechał do domu”.

Trochę Gonaczarow na początku dręczy swojego bohatera, jest trochę miejsca na kpinki, na okrucieństwo nawet, ale uśmierca go całkiem szczęśliwym. A i szczęście znalazł na miejscu, bez ruszania się gdziekolwiek, najwyraźniej łokcie Agafii Matwiejewnej były silniejszym fetyszem niż przyjemna acz mglista i niepewna wizja dobrego życia w Obłomówce roztoczona przez Andrieja. 

Kwestia wyboru. 

 

WILLIAM SOMERSET MAUGHAM

W niewoli uczuć

Główny bohater powieści, Philip Carey, jest właściwie alter ego autora. Philip, podobnie jak William, jest sierotą i kaleką, w przeciwieństwie jednak do swojego twórcy, jest chłopcem heteroseksualnym. Nie dziwię się, był rok 1915. (Niemniej – albo mi się wydaje, że między wierszami coś gdzieś… - albo mam obsesję:)

Od razu mówię – należy zignorować idiotyczny tytuł tej książki, sugerujący doznania raczej rodem z wyobraźni Jane Austin czy Joan Collins. No ale autor sam chciał („Of Human Bondage” – w oryginale). Tymczasem trzeba dużo złej woli, żeby tę powieść nazwać romansem. Owszem, rozmaite uczucia na kartach szaleją, miłość także, ale rzecz jest tak naprawdę świetnie napisaną książką o… dojrzewaniu. Mamy oto przełom XIX i XX wieku i – jak to się mówiło – szeroki przekrój społeczny Anglii. Poznajemy Philipa tuż po urodzeniu, obserwujemy jego dzieciństwo i młodość. Jesteśmy świadkami wielu dziecinnych psot i młodzieńczych gaf, nieprawdopodobnie najgorszych wyborów oraz autodestrukcji, do jakiej młody bohater całkiem świadomie się doprowadza. 

Na szczęście Maughan ani przez chwilę Philipa nie ocenia, byłoby to nieznośne. Mówi nam tylko, szepcze właściwie między wierszami, że przecież byliśmy tacy jak on, robiliśmy głupstwa i za łatwo traciliśmy pieniądze i przyjaciół, broniliśmy do upadłego naszych złych decyzji tylko dlatego, że były… nasze.

44. miejsce na liście najlepszych angielskich powieści wszech czasów wg. Guardiana. Bardzo dobrze się czyta, pod pled na jesienne wieczory – jak znalazł. 

 

CH. DICKENS, C. FRUTERO, F. LUCENTINI 

SPRAWA D. czyli zbrodnia rzekomego włóczęgi

Czytelnik 1996

Możecie wierzyć lub nie, ale Sprawa D była ostatnią nieprzeczytaną przeze mnie powieścią Dickensa.. Zostały mi jeszcze listy z Ameryki - ale to nie powieść. I nieustająco uważam, że Dickens krzepi, choć – chwała Bogu – popełnił tylko jeden kryminał, właśnie ten, zresztą nie ukończywszy go, bo w trakcie pisania dołączył do większości.

Nie jest to kryminał udany niestety. Nieco zieje nudą, postaci naszkicowane ździebko grubą kreską, pisany był zresztą jako odpowiedź na niesłychanie popularną powieść Wilkie Collinsa, niegdyś ucznia i przyjaciela Dickensa, który stworzył poczytny kryminał. Urażony Dickens pomyślał – nie jestem gorszy… Ale od razu mówię – do Agaty Christie czy Conan Doyla tej prozie daleko. 

Niemniej dickensolodzy z całego świata od zawsze zastanawiali się, jakie byłoby zakończenie historii. Bo – jak wspominałem – autor zanim ujawnił „kto zabił” – był uprzejmy zejść. I tak naprawdę o tym jest ta książka. O tym – jak czytać Dickensa, a nawet – jak czytać w ogóle. 

I kiedy Sprawę D (zabawnie uzupełnioną przed dwóch włoskich pisarzy, odwołujących się do autorytetów kryminalnych) czytamy jako powieść o powieści – zupełnie przestaje mieć znaczenie, kto zabił. Ale i tak zakończenie zdumiewa.

Dla miłośników Dickensa. Są jeszcze jacyś poza mną?

 

FRANCOISE SAGAN 

Witaj smutku

Tłum: Anna Gostyńska i Jadwiga Olędzka

Wszystkie lektury moich wakacji były o dojrzewaniu. Przypadek? 

Temat trudny, bo łatwo wpaść w tony moralizatorskie, łatwo się ośmieszyć dorosłym postrzeganiem młodości, łatwo bowiem oceniać młodego bohatera, a tego czytelnik nie potrzebuje, bo sam lubi sobie pooceniać. 

Ale mała książeczka F.Sagan jest perełką.

Mamy upalne francuskie lato, Cecile spędza je z ojcem i jego kochanką w willi gdzieś na południu. Nagle przyjeżdża dawna znajoma, piękna choć nieco chłodna Anna, jej pojawienie się w życiu przystojnego wdowca i córki będzie miało konsekwencje.

To dojmująca rzecz o tym, że kiedy byliśmy młodzi, współdzieliliśmy umysł z diabełkiem, który podsuwał naszym młodym mózgom świetnie - jak nam się wydawało - pomysły. Także o tym, że choć „młodość ma swoje prawa”, to wiek dojrzały może mieć je również i że niekiedy te prawa się wykluczają – pisząc w pewnym uproszczeniu, nie chciałbym bowiem zabierać Wam przyjemności przeczytania tej niewielkiej książeczki w jeden z coraz dłuższych wieczorów.

 

ELIZA ORZESZKOWA

Pamiętnik Wacławy

Może ta książka i z tezą (np. nic nie daje tyle szczęścia, co praca rąk własnych), może i naiwna, ale czyta się to świetnie. Owszem, babka Hortensja to kawał okropnego babska, której miliony uderzyły do głowy, owszem Henryk to mizogin i drań, owszem – Rudolfowa zepsuta i fałszywa, choć mająca zadbany garnitur zębowy. Ale za to Wacia mądra, pan Michał – może brzydki ale z wielkim sercem, a Zenia, choć naczytała się francuskich romansów, to jednak ostatecznie wybierze drogę właściwą. A Franio! Och, ten to dopiero wszystkich zaskoczy!

Zupełnie nie wiem, dlaczego za lekturę obowiązkową wybrano nieprawdopodobnie nudne Nad Niemnem. Gdyby w zestawie obowiązkowym znalazł się Pamiętnik Wacławy, to po pierwsze młodzież pokochałaby Orzeszkową (równa z niej była kobieta – czytałem Listy), a po wtóre – mielibyśmy mniej nieudanych małżeństw, bo to tak naprawdę rzecz o tym, że żenić się trzeba z miłości. Sic!

Cokolwiek Państwo sobie pomyślą, przeczytałem Pamiętnik Wacławy w tydzień i bardzo mi się ta książka podobała. 

 

OCTAVE MIRBEAU

Dziennik Panny Służącej

Tłum. M. Zenowicz

Wydawnictwo Marginesy 2015

Książka ukazała się na rynku z okazji wejścia na ekrany trzeciego już filmu nakręconego na jej podstawie, poprzednie wyreżyserowały legendy - Jean Renoir i Louis Bunuel. Każda okazja do sięgnięcia po książkę jest dobra, choćby była to nawet nienajlepsza ekranizacja, nie wiem, nie widziałem, jak dołączą do jakiegoś czasopisma, to podczas prasowania obejrzę.

Dziennik Panny Służącej powstał 116 lat temu, a rzecz jest wciąż cudownie aktualna. I wcale nie mówię tu o świństewkach, jakie chodzą po głowie Celestynie, nie chodzi również o kosmate myśli i czyny jej rozmaitych chlebodawców.

Czytałem tę książkę zupełnie tak, jakbym oglądał Kuchenne Rewolucje Magdy Gessler, który to program wcale nie jest o gotowaniu czy prowadzeniu knajpy, a o tym, jak pracownik pracodawcy wilkiem i vice versa, o tym jak sprytnie oszukać pracodawcę i konsumenta i jakie nienormalne oczekiwania i roszczenia i jak wiele nieufności ludzie mają wobec siebie. Tutaj widzimy światy służby i państwa, ale właściwie to rzecz o każdej tego rodzaju zależności. I o tym, że nic się w tych sprawach nie zmienia.

Troszkę pachnący naftaliną ale wcale niegłupi time-killer.