Kichnięcie słonia

„Czytanie wyłącznie literatury tzw. pięknej ma w sobie coś przerażającego. Traci się właściwą perspektywę. Po lekturze monologu wewnętrznego dobrze jest dowiedzieć się, jak np. kichają słonie” – pisała Wisława Szymborska w Lekturach Nadobowiązkowych.

 

ROSAMUND YOUNG

Sekretne życie krów

tłum. Piotr Kaliński

Czarna Owca 2017

Spodziewałbym się po wydawnictwie czegoś o owcach raczej, a tymczasem mamy niewielką książeczkę (ze zdecydowanie przydługim wstępem) o krowach, uznawanych dość powszechnie za zwierzęta jednak dość głupie. No i autorka próbuje z tym stereotypem walczyć. A publikacja wpisuje się w najnowszą modę publikowania książek o sekretnym życiu rozmaitych bytów, od drzew po pszczoły, o jelitach nie wspomnę.

Z jednej strony – rzecz dość ciekawa, autorka prowadząca farmę ze zrównoważoną hodowlą (gdzie zwierzęta robią co chcą), faktycznie je kocha i uważnie obserwuje. Jednak sądzę, że zbyt przesadnie antropomorfizuje osobniki ze swojego stada, przypisując im takie cechy jak wstyd, dumę czy inteligencję.

Z drugiej strony – można pomyśleć, że autorka jest doprawdy stuknięta i nieledwie obchodzi wraz ze swoimi krowami ich imieniny, zawsze pamiętając o ulubionych prezentach, tak, by nie narazić się na gniew bądź zmieszanie solenizanta. Oczywiście przesadzam, ale coś w tym jest.

Bo kiedy czytam te peany na cześć pożytecznych przecież zwierząt (i naszych braci mniejszych, również – żeby nie było, że uprzedmiotawiam żywe istoty), to zastanawiam się, jak autorka daje sobie radę z żałobą po każdej krowie, która odeszła, czy to pod nóż czy też ze starości bądź choroby.

Ja bym zwariował.

 

MICHAŁ RUSINEK

Pypie na języku

Wyd. Agora 2017

Choć leciuchne, dowcipne i trafne, wydały mi się jednak te felietony Michała Rusinka pewnego rodzaju elegią o polszczyźnie, która właśnie przemija. Pisze bowiem autor m.in. o wołaczu, z którego korzystają już nieliczni, o bierniku, którego funkcje przejmuje dopełniacz, o zaniku form osobowych, które – jak słusznie zauważa – oznaczają (czy też oznaczały) rodzaj relacji między mówiącymi, o zaniku nosówek, o używaniu i rozumieniu frazeologizmów, oraz – o ich specyficznej przekładalności, puścić pawia np. A także – o nadużywaniu klawisza Shift w naszych komputerach i o wielu innych ciekawych zagadnieniach.

No więc - choć z przymrużeniem oka napisany, ten zbiór tekstów nie jest wcale bardzo zabawny. Dowodzi bowiem, że choć polszczyzną posługujemy na co dzień, że choć jest najważniejszym przedmiotem w szkole, to coraz częściej bywa naszym wrogiem, i jako język niekiedy nie spełnia podstawowej funkcji - mianowicie – skutecznej komunikacji. Mimo naprawdę dobrych chęci komunikującego się.

Wystarczy bowiem chwila nieuwagi i oto ktoś wydaje z siebie komunikat, który stał się punktem wyjścia do tej książki, mianowicie „Awaria toalety. Prosimy załatwiać się na własną rękę”. Ale moja ulubiona reklama, zauważona przez autora i z czułością przeanalizowana brzmi – „Organizujemy sylwestry. Dowolne terminy”.

Boskie. 

 

DYLAN JONES

Jak nosić krawat

tłum. Katarzyna Malita

Wydawnictwo Niebieska Studnia 2008

Rzecz nienowa, w tanich książkach kupiona jako kolejna „lekka” rzecz do czytania przed snem. Niestety, zamiast usypiać – wciąga, dlatego, że fajnie napisana i dlatego, że wzbudza niekiedy gwałtowne protesty. Bo książkę tę pisał Jones dla młodych mężczyzn urodzonych w zupełnie innej niż nasza strefie kulturowej, dla młodych dżentelmenów oraz roszczących sobie bycie nimi, ale są też rady cudownie uniwersalne – choćby taka, żeby tshirt nosić zawsze na wierzchu, znaczy się – nie włożony w spodnie.

Właściwie nie lubię takich książek, poradniki „jak żyć” zwykle napisane są przez osoby zbyt mało kompetentne i charyzmatyczne, żeby miały prawo wpływać na czyjekolwiek życie. Poza tym tzw. mądrość życiowa przychodzi z wiekiem i każdy/każda z nas ma święte i niepodważalne prawo do popełnienia w swoim życiu pewnej ilości gaf, zrobienia z siebie kretyna, czy nawet do gorszych katastrof. Dylan Jones tego nie kwestionuje, jednak z wdziękiem i całkiem dowcipnie pisze, jakie wnioski wyciągnął ze swoich życiowych perturbacji, podsuwając młodym dżentelmenom pewne praktyczne rozwiązania. Na przykład… możesz mieć w swojej sypialni kompletny bajzel, ale jeśli kobieta, która doń wejdzie, zobaczy pięknie wyczyszczone buty, punkt dla Ciebie. Albo – jest rozdział o tym, jak nosić krawat. Nie czytał go z pewnością Donald Trump i ta część garderoby zakrywa mu nieledwie genitalia – i część obserwatorów twierdzi, że to był jeden z głównych powodów jego wygranej. No ale nam chodzi o noszenie się z klasą, prawda? Dlatego długość krawata jest ściśle określona i każda jej wariacja źle mówi o noszącym. 

I jeszcze jedno. Fantastyczny rozdział „Jak być szefem”. Jeśli przychodzi do ciebie pracownik mówiąc, że „dostał inną propozycję”, natychmiast dzwoń do kadr, niech szykują obiegówkę. Szefa nie wolno szantażować bezkarnie.

 

ANYA VON BREMZEN

Szarlotka Lenina i inne sekrety kuchni radzieckiej

tłum. Aleksandra Czwojdrak

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2016

Książka kupiona do czytania przed snem, żeby była „lekka”. Niestety – okropnie wciąga i wcale nie nastraja dobrze do spania, bo trudno ją odłożyć nawet po skończonym rozdziale. 

Owszem, trochę o kuchni Anya pisze. Ale jedzenie jest tylko pretekstem do zdumiewających opowieści o codziennym życiu mieszkańców Związku Radzieckiego. O strasznych czasach czystek stalinowskich, o głodzie w Leningradzie, o czasach powojennych, o stabilizacji za Chruszczowa i o nieumiejącym sklecić zdania Breżniewie. O zdobywaniu jedzenia, o braku opakowań i konsekwencjach tegoż niedoboru, o ikonicznej książce kucharskiej, przedszkolankach-sadystkach i oczywiście o morzu alkoholu, które się tam pochłania. I o tym dlaczego Gorbaczow popełnił największy błąd wprowadzając w tym zakresie ograniczenia.

Anya wraz ze swoją mamą wyemigrowała ze Związku Radzieckiego w latach 70-tych, i jest to także opowieść o tęsknocie za rodziną, i o tym, że dzięki kulebiakom i sałatce „Olivier” można na chwilę choć wrócić do pięknych chwil przeżytych z ukochanymi w strasznych czasach.

 

GREG JENNER

Milion lat w jeden dzień

Fascynująca historia życia codziennego od jaskini do globalnej wioski

tłum. Julita Mastalerz

PWN 2016

Popatrzyłem na tytuł i pomyślałem – bingo! - będzie idealne przed snem, bo i „lekkie” i pouczające. Istotnie – ułatwia zaśnięcie niczym eter, bo nudą zieje tak, że oczy się same zamykają, zaś jednorazowa lektura całego rozdziału zakrawa niemal na heroizm.

Książka jest bowiem napisana językiem chyba młodzieżowym, z licznymi dygresjami autora zupełnie nie związanymi z omawianym tematem i z żenującymi odniesieniami do współczesności, co dla czytelnika w wieku ponadgimnazjalnym jest irytujące i trudne do zniesienia, bo najzwyczajniej nuży. Ponadto, w kilku miejscach autor się powtarza, trudno jednak zgadnąć, czy to zamierzony zabieg czy błąd redaktora czy jeszcze coś innego. 

Owszem, Jenner analizuje mniej znane fakty z dziejów życia codziennego ludzkości i one same w sobie są dość interesujące (i mimo przewagi formy nad treścią - tylko dlatego dobrnąłem do końca). Jednak zachwycą się nad tą „na luzie” napisaną książką chyba tylko gimnazjaliści, miłośnicy marihuany. 

Przykro mi, że coś tak niedobrego ukazało się w PWN.

 

JUSTYNA SOBOLEWSKA

Książka o czytaniu

Iskry 2016

Zawsze biorę pod uwagę opinie pani Justyny przy cokwartalnym hurtowym kupowaniu książek, choć później, po ich przeczytaniu, z niektórymi jej recenzjami nie zgadzam się zasadniczo (nie rozumiem np. pozytywnej oceny twórczości p. Charazińskiej). No ale to dobrze - tak to z recenzjami bywa. Niedobrze natomiast, że p. Justyna już nie przychodzi do Tygodnika Kulturalnego w telewizji, bo o książkach mówiła ze znawstwem, pasją i jest do tego piękną kobietą. 

Jej Książka o czytaniu jest… no cóż, książką o czytaniu. Ściślej mówiąc - o „anatomii” czytania i o życiu wśród książek, a przede wszystkim – o niemożności życia bez nich. O sposobach układania tomów na półkach (alfabetycznie? rozmiarem? tematyką? datą zakupu?), o meandrach tworzenia pierwszych zdań najsłynniejszych książek świata, o spotkaniach autorskich, o okładkach i trendach w ich tworzeniu, o fiksacji czytelniczej, nieznośnym gromadzeniu czy też o miejscach, w których czyta się najlepiej. Tak, tak, chodzi o ustępy. (Swoją drogą - ładne słowo, bo łączy literaturę z…). Słowem – o przyjemności czytania. 

„Lekkie” co prawda,  ale mądre i z wielkim szacunkiem dla inteligencji czytelnika.

 

CZESŁAW BIELECKI

Głowa. Instrukcja użytkowania

Zwierciadło 2016

Ludziom myślącym wcale się nie żyje łatwiej. Ale żyje się przyjemniej, efektywniej i efektowniej, sensowniej, po prostu - lepiej. Kłopot jednak z tym, że nasza głowa, choć daje nieprawdopodobne możliwości (a każdy musi poznać możliwości swojego organu), jest także narzędziem dość złożonym i trzeba umieć zeń korzystać. Jak powszechna jest ta umiejętność? Rozpaczliwie rzadka, prawda?

Tak, wiem, brzmi to jak zachęta do sięgnięcia po jakiś njuejdżowy poradnik lepszego życia, ale ta książka taka nie jest. To zbiór felietonów z refleksjami autora, niby dla wielu oczywistymi, ale jednak - zebrane w całość, może poprzez swoją bezkompromisowość i trafność - dają do myślenia.

Szczególnie wziąłem sobie do serca rozdział o mitomanach i leniach. Bo przecież zdarzają nam się sytuacje, które wyprowadzają z równowagi, ludzie - którzy męczą, rzeczy – które przeszkadzają, a niekiedy nawet obrażają samym swoim istnieniem. Często nie umiemy ich nazwać, szukając w sobie niedoskonałości i nieumiejętności przystosowania. Tymczasem tak nie jest. Po prostu – jasno nazwijmy mitomana mitomanem i go unikajmy. Bo jest przekleństwem, bo hamuje nasze działanie, zmienia na swoją korzyść znaczenie podstawowych i najważniejszych słów. Strzeżmy się też umysłowych leni, bezradnych z wyuczenia i grafomanów. Przerzedzi się wokół nas, owszem, ale też będzie można zacząć oddychać.

Pisze Czesław Bielecki o niby-oczywistościach: żeby nauczyć się odróżniać odwagę i bezczelność, pasję i pozę. Żeby czytać. (Bo - może faktycznie Piłat nie skazałby Jezusa, gdyby tego dnia tak bardzo nie bolała go głowa? Ale żeby w tę intelektualną dyskusję z sobą samym wejść, trzeba znać Bułhakowa). I żeby szanować siebie i nie tracić czasu na rzeczy pozbawione sensu, absurdalne i idiotyczne. (Jak to odnieść do pracy w korporacjach?...) Wreszcie – żeby chcieć.

I to jest książka dla tych, którzy chcą.

Każdy rozdział jest zakończony zadaniem. Takie zadania kojarzą mi się z poradnikami lepszego życia dla egzaltowanych panien, te jednak – uwierzcie – są prawdziwym wyzwaniem. Jedno z nich nie daje mi spokoju. Otóż – dowiedziałeś się, że twój znajomy – kulturalny i sympatyczny człowiek – jest oszustem na wielką skalę. Jego interes jest piramidą finansową, a ty pomagałeś mu nawiązywać kontakty w swoim kręgu. Co robisz?

No właśnie, co?

 

WISŁAWA SZYMBORSKA

Poczta literacka, czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem

Wydawnictwo Literackie 2016

Pyta Pan wierszem, czy życie ma sęs. Słownik ortograficzny daje odpowiedź negatywną.

Chciałbym być tak finezyjnie przekorny jak Wisława Szymborska. A bywam po prostu złośliwy, właśnie dlatego nie mógłbym prowadzić Poczty Literackiej w żadnym periodyku. A Szymborska (na zmianę z Władysławem Maciągiem) prowadziła i dzięki jej ocenom rozmaitej twórczości nadsyłanej do Życia Literackiego, ojczyzna nasza korzystała z fachowości wielu lekarzy, inżynierów i nauczycieli, a uniknęła mordęgi obcowania z grafomanami, którymi wyżej wymienieni mogli przecież zostać, gdyby nie Szymborskiej perswazja.

Wiesław Cz. Wiersz pod tytułem Ze strzytu Babiej Góry nie będzie miał w żadnej redakcji strzęścia.

Niektóre z ocen Szymborskiej były dość ostre, szczególnie gdy piszącemu ortografia stawała okoniem, ale zawsze odpowiedzi były serdeczne i sympatyczne. Rzadkie niestety ślady talentu literackiego w otrzymanej korespondencji, przyjmowała natomiast z nieukrywanym entuzjazmem, zachęcając delikwenta do dalszych pisarskich prób. A tych pozbawionych talentu literackiego, cichutko nakłaniała do odnalezienia w sobie innych predyspozycji, wielokroć podkreślając, że poezja – i w ogóle literatura – jest ciężkim kawałkiem chleba.

Baśka: „Mój chłopiec twierdzi, że jestem za ładna, żeby pisać dobre wiersze. Co myślicie o tych, które załączam?” – Sądzimy, że jest Pani rzeczywiście piękną dziewczyną.

Mam do tej książki jedną tylko pretensję. Mało jej. Na ilekolwiek Wisława Szymborska listów odpisała, pożądam wszystkich jej odpowiedzi, a nie tylko wyboru pani profesor Walas. Niech się wydawnictwo nie lęka, proszę wydać, kupimy, przeczytamy i będziemy wracać. 

 

FILIP SPRINGER

Miasto archipelag

Polska mniejszych miast

Wydawnictwo Karakter 2016

U Springera Polska mniejszych miast jest Polską brudną, zakacowaną, chaotyczną, chorą na pastelozę, niedokończoną, prowincjonalną, pełną absurdów i niedorzecznie zapatrzoną w przeszłość. Tutaj i obłomowszczyzna ma się dobrze i schizofrenia historyczna też. I pogarda, której nikt tak nie nazywa, bo jest czymś zwyczajnym, codziennym, bo jeździ busem jako busiarz, z komórką w ręku i złotym łańcuchem na szyi i wyprzedza na trzeciego, i pasażerów ma centralnie w dupie, bo ci po prostu - nie mają innego wyboru. 

Wydawca pisze na okładce, że „z książki wyłania się niejednoznaczny, migotliwy obraz Polski, gdzie wszystko może się zdarzyć i nic nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać”. To niestety nieprawda. Obraz tej Polski jest jednoznaczny i wszystko tam jest dokładnie takie, jak się wydaje. Mówiąc wprost – Polska jest miejscem dość okropnym. Z powodu dzielnic latających noży, które każde miasto w tej czy innej formie ma, ułomków pofabrycznych z którymi nie wiadomo, co zrobić, ale i dlatego, że w niedzielne popołudnia te niekiedy wychuchane staróweczki wyludniają się zupełnie, by wypełnić klientelą McDonaldsy, wieczorami będące centrum życia i marzeń o wyjeździe. 

W Ciechanowie Maca brak. Petycje mieszkańców jednak przyniosły efekt – restauracja powstanie w 2017, o czym pisze na swojej stronie ciechanowski urząd miasta. 

Na szczęście znalazł Springer także bohaterów, którzy zdecydowali się rzucić warszawskie korporacje i wrócić do Płocka czy pod Suwałki, bo tam ich dom, bo tam taniej, bo czas inaczej płynie, bo jest przestrzeń na przyjaźń, bo są wspomnienia z dzieciństwa. Opisał też Bielsko-Białą, jedyne ex-wojewódzkie miasto, w którym dzieje się chyba dobrze. Aż przy najbliższej okazji sprawdzę, bo wierzyć się nie chce…

Smutna ta książka. Ale – choć przygnębia – to czyta się ją świetnie. Czekam teraz od p .Filipa na coś o miastach większych. I coś mi mówi, że wcale weselsza ta książka nie będzie. 

 

ANDRZEJ GRYŻEWSKI, PRZEMYSŁAW PILARSKI

Jak facet z facetem

Rozmowy o seksualności i związkach gejowskich

Zwierciadło 2016

Przychodzi gej do psychoterapeuty-seksuologa i pyta o różne rzeczy związane z byciem homoseksualnym. To najkrócej o tej bardzo ciekawej rozmowie obu panów, w małym stopniu o seksie, a bardziej o emocjach, o łączliwości w związki, o narracji tychże związków, szczęściu w ich przebywaniu i – o ich toksyczności. 

Jest także ów wywiad takim wprowadzeniem do psychoterapii, Andrzej Gryżewski mówi czym psychoterapia jest, a czym nie jest, czego można się spodziewać i jak się podczas sesji pracuje. To ważne dla tych wszystkich, którzy chcieliby polepszyć swoje życie, ale się boją albo wstydzą. Czytamy też, że dobrze się przyglądać swoim emocjom i umieć je nazywać i o tym, że wszystko, co robimy w łóżku i co nie czyni krzywdy drugiemu – jest dozwolone. I nikomu nic do tego. 

Poza tym - mówimy homoseksualność, a nie homoseksualizm, że to jedna z pięciu (!) orientacji seksualnych i – od razu uprzedzam zainteresowanych – w książce o wielkości ptaszka i ludzkich dramatach z tym związanych - jest tylko pół strony.

Generalnie nie lubię czytać wywiadów, ale tę – naprawdę na luzie rozmowę – przeczytałem w pociągu do Pragi i nawet porobiłem notatki na marginesie i zaznaczyłem na zielono co trafniejsze myśli. Ale tak koło Katowic przeszło mi przez myśl, że to zupełnie nieprawdopodobne, jak ludzie będący ze sobą w związku, potrafią ze swojego życia zrobić piekło. I jeszcze uznawać to za zupełnie normalne. 

 

ANNA SULIŃSKA

Wniebowzięte

O stewardessach w PRL-u

Wydawnictwo Czarne 2016

Przeczytałem Wniebowzięte z ciekawością, bo interesuję się tymi sprawami. 

Anna Sulińska wykonała ogromną robotę dokumentacyjną, problem tylko polega na tym, że nie za wiele z tego wynika. Te stewardessy, które z autorką się spotkać zechciały, niestety nie miały nic szczególnie ciekawego do powiedzenia, w każdym razie nic, czego bym nie wiedział, bądź się nie domyślał. A i tajemnice tego zawodu zdradzane przez anonimowe rozmówczynie nie są specjalnie interesujące. Cóż, pewnie więcej miałyby do powiedzenia te panie, które były jednocześnie na etacie w SB, ale ich dyskrecja niespecjalnie mnie dziwi. 

Autorka niepotrzebnie tak obszernie opowiada o rozwoju LOT-u i lotniska na Okęciu. Nie o tym miała być ta książka. Ludzkie historie są ciekawe, nie opowieść o projekcie portu. A tych niestety jest jak na lekarstwo. Do tego autorce zdarza się kończyć opowieść dokładnie w miejscu, w którym powinna się ona zacząć, ogromny niedosyt pozostawia historia stewardessy ocalałej z katastrofy w Moskwie, podobnie jak sprawa pończoch z Zurichu. Poruszające są także notatki esbeków z rekrutacji stewardess, wydobyte przez autorkę z IPN i szkoda, że nie dowiadujemy się, jak się potoczyły losy bohaterek tychże notatek. 

Poza tym – skąd autorka wie, że do katastrofy pod Zawoją doszło w wyniku porwania samolotu? Bo z dostępnych materiałów wynika, że hipotez było co najmniej kilka, pewności natomiast – żadnej.

 

ILONA WIŚNIEWSKA

HEN. Na północy Norwegii

Wydawnictwo Czarne 2016

Perwersyjnie wręcz uwielbiam peryferia. I ta moja miłość nie była przez świat rozumiana. Ale okazało się, że na tę samą przypadłość cierpi Pani Ilona, dlatego jej reportażami - o Spitsbergenie i o Finnmarku - się zachwyciłem i będę do nich wracać. Autorka bowiem tak pisze o tej niegościnnej ziemi, że od razu chce się tam pojechać i sprawdzić.  Hen jest wciągającą opowieścią o północy Norwegii, o tym, że tam naprawdę nic nie ma i że właśnie dlatego to miejsce jest wyjątkowe.

Jak każdy jednak reportaż jest Hen opowieścią przed wszystkim o ludziach. O Samach (czyli Lapończykach), o ich kulturze, o joikowaniu, o życiu z reniferami i bez nich, o wierze w przyrodę ich otaczającą, o walce o istnienie wreszcie. 

Spójrzmy na (dokładną) mapę Norwegii. Mamy oto na końcu świata – no może prawie na końcu, bo dalej jest jeszcze Hamningberg – miasteczko Vardo. Kilkadziesiąt domków, kościół, port, urząd miasta. Z niektórych okien widać światła w rosyjskich domach. Arktyczna zima wiatrem o nieprawdopodobnej sile omiata Vardo śniegiem, zza zasp którego straszą opuszczone budynki, sklepy, ale na niektórych ścianach ni w 5 ni w 9 pojawiają się grafiki, wcale nie gorsze od łódzkich. Skąd to się na tym końcu wzięło? I dlaczego autobus wbił się w zaspę i teraz jest pomnikiem?

Nie ma to tamto. Vardo wpisuję na moją podróżniczą listę życzeń. Trzeba będzie wziąć paprykarz ze sobą, bo drogo. Ale trudno, jechać trzeba.

 

ANDRAS CSERNA-SZABO, BENEDEK DARIDA 

Wielka książka kaca czyli pieczmy, gotujmy na kacu

Czarna Owca 2016

Wydaje się, że takim mottem tej bardzo erudycyjnie napisanej książki jest zdanie „Czym się strułeś, tym się lecz”. Bo z historyjek zabawnie przez autorów snutych, wynika jednoznacznie, że nic tak dobrze nie leczy kaca jak alkohol. A żeby nie było nudno – każda z historii kończy się przepisem kulinarnym, z których większość jest żartem (jak mi się wydaje), a reszta przeznaczona jest dla naprawdę hardych zawodników. Chociaż… przepis na kapustę ze śledziem chyba wypróbuję. Charles Bukowski jednak twierdził, że nie ma nic lepszego na kaca od seksu oralnego oraz pasty do zębów. Hm…

Może jeszcze jedno spostrzeżenie z tej książki wzięte: „(…) istnieją tylko dwa rodzaje prawdziwej broni przeciw kacowi: pierwszym jest ciągłe bycie na gazie, drugim natomiast – śmierć”. I – piszą autorzy – Rosjanie za Gorbaczowa wzięli sobie to do serca, twierdząc, że „wszystko, co pali gardło, można pić”, powodując, że trojnoj odekołon (w oryginale eau de Cologne) stał się drugim po wódce najbardziej rozpowszechnionym napojem, kosztującym zresztą jedynie 94 kopiejki, a dostępnym w trzech wersjach zapachowych. Co najważniejsze jednak – zawierał 64 procent alkoholu. Słynny rosyjski pisarz Jerofiejew jednak był przekonany, że nie spirytus czy perfuma, lecz żubrówka jest najlepszym napojem do śniadania, a jej spożycie gwarantuje dobre samopoczucie, bez względu na ilość i jakość z dnia poprzedniego.

Po co cała ta kacologiczno-knajacka wiedza? Ano po nic. Ale bardzo miło się to czyta przed snem, po jednym piwku albo nawet bez. 

 

SHEILA FITZPATRICK 

Życie codzienne pod rządami Stalina

Rosja radziecka w latach trzydziestych XX wieku

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2012

To, że życie za czasów Stalina w Rosji było straszne, wie chyba każdy. Tylko – co to tak naprawdę znaczyło? Ta na chłodno napisana, wszak naukowa książka jest próbą odpowiedzi na to pytanie. Mówi się – terror, mówi – bieda, głód. Tak, to wszystko prawda. Ale takim słowem, które najlepiej opisuje tamte czasy, jest strach. Bo – jak pisze Fitzpatrick – nikt nie znał dnia ani godziny. Dzieci popów czy kułaków przynajmniej mogły się spodziewać wizyt nocną porą, ale z nastaniem przerażającego 1937 roku nikt nie mógł spać spokojnie, aresztowano także wysoko postawionych członków partii, ich rodziny, znajomych. Zresztą – dla żon wysoko postawionych zdrajców ojczyzny (mówiąc ściślej – wrogów władzy radzieckiej) tworzono specjalne obozy. To był czas okrutnych upokorzeń - zdobywania żywności czy innych podstawowych produktów, mieszkań, czas donosów – bycia ofiarą tych donosów i donoszenia. A donosiło się - by wyrzucić ze wspólnego pokoju znienawidzonego współlokatora, by dokuczyć albo – by zamknąć wroga w Gułagu albo - doprowadzić go pod ścianę. 

Rosjan dziś zrozumieć trudno.  Ta książka trochę w tym pomaga. I dziękujmy Bogu, że niedane nam było tam wtedy żyć.

Niestety – tak już na marginesie – Wydawnictwu UJ zdarzył się dość kompromitujący błąd ortograficzny. Strona 170. Stosując karę – czyli… karząc, prawda? A nie każąc. Cóż, u mnie word też nie podkreśla.

 

ELŻBIETA KOWECKA

W salonie i w kuchni

Opowieść o kulturze materialnej pałaców i dworów polskich w XIX wieku

PIW 1989

„Czytanie wyłącznie literatury tzw. pięknej ma w sobie coś przerażającego. Traci się właściwą perspektywę. Po lekturze monologu wewnętrznego dobrze jest dowiedzieć się, jak np. kichają słonie” – pisała Wisława Szymborska w Lekturach Nadobowiązkowych.

No i ta książka jest właśnie o kichaniu słoni!

Nawet nie zdajemy sobie sprawy, ile zawdzięczamy elektryczności. Robimy pstryk! I się świeci… Nasi dziadowie musieli się oczywiście bez tego luksusu obejść, dwory i pałacyki szlacheckie jeszcze nieco ponad sto lat temu ciemne choć oko wykol.  Ile to trzeba było świec, żeby te salony oświetlić, a pamiętajmy, że parafina jest wynalazkiem dopiero drugiej połowy wieku XIX. Świecono zatem łojówkami bądź lampami olejowymi, bo woskowe kosztowały majątek. Śmierdziało i dymiło, więc czytało się przy kominku i… chadzało spać z kurami.

Goście… Naprawdę to było jak Bóg w dom! Ale gość nie mógł być gnuśny czy mrukliwy, podejmowano chętnie, ale musiał gospodarzy rozrywać – bądź najnowszymi ploteczkami, bądź niesłychaną towarzyskością bądź specjalnymi umiejętnościami. Konstanty Plater był w gościach bez przerwy przez lat 26, a pożądano go z jednego powodu – umiał pięknie czytać. I czytywał w tych litewskich dworach Mickiewicza, a jak chciał odjeżdżać to mu państwo koła z powodu zdejmowało bądź upijało do nieprzytomności stangreta.

A poza tym – wiecie, że kiedyś w gości się przychodziło z własną robótką? (Tzn. panie przychodziły). I sobie rozmawiały, plotkowały i szydełkowały np. Bo widok damy bez zajęcia rąk w wieku XIX był czymś nieprawdopodobnie gorszącym.