Kichnięcie słonia

„Czytanie wyłącznie literatury tzw. pięknej ma w sobie coś przerażającego. Traci się właściwą perspektywę. Po lekturze monologu wewnętrznego dobrze jest dowiedzieć się, jak np. kichają słonie” – pisała Wisława Szymborska w Lekturach Nadobowiązkowych.

 

Maria Hawranek, Szymon Opryszek

WYHODUJ SOBIE WOLNOŚĆ

Reportaże z Urugwaju

Wyd. Czarne 2018

Na mapie wygląda niepozornie, jakby wciśnięty między swoich ogromnych sąsiadów, tymczasem ma wielkość połowy naszego niemałego przecież kraju. 3,5 miliona mieszkańców, z czego 1,5 – w stolicy. Oto Urugwaj… Kraj niesłychanie nowoczesny, rozdział kościoła od państwa został tu wprowadzony ponad 100 lat temu i jest przestrzegany do przesady skrupulatnie. Można w Urugwaju bezkarnie palić trawkę i hodować marihuanę. Homoseksualiści mogą adoptować dzieci (nieprawdopodobna zupełnie historia Camilla i jego ojców), każde dziecko dostaje od państwa laptop, Wi-Fi jest darmowe i obejmuje terytorium całego kraju. Oto Urugwaj… Zupełnie jak thriller czyta się reportaż o walce Urugwaju z jednym z koncernów tytoniowych o ustawodawstwo antynikotynowe, dodajmy – że walce wygranej. I wyobraźcie sobie, że pieniądze uzyskane od koncernu rząd przeznaczył na… podwyższenie emerytur.

Oczywiście, choć jest to jeden z najstabilniejszych miejsc na świecie, do raju Urugwajowi daleko. Problemami są np. duża biurokracja czy drożyzna. Nie wyszedł również - z nie do końca definiowalnych powodów - eksperyment ze sprowadzeniem uchodźców z Syrii (większość - wyobraźcie sobie - żądała wyjazdu do Europy). Ten właśnie reportaż dał mi chyba najwięcej do myślenia o skomplikowanym i delikatnym mechanizmie funkcjonowania naszego świata.

Ergo, rzecz o tym – jak… wyhodować sobie wolność, jaka jest właściwie cena bycia sobą, czym jest państwo, co to znaczy patriotyzm, i o tym – że na pustkowiu stoją automaty do wrzątku do yerba mate i o tym, że pozwolenie na palenie marihuany nie oznacza, że cały kraj chodzi zjarany.

Choć przecież - właśnie tak wszyscy sądzą.

 

Ilona Wiśniewska

LUD. Z GRENLANDZKIEJ WYSPY

Wyd. Czarne 2018

Autorka spędziła trzy miesiące jako wolontariuszka w domu dziecka w Uummannaq. Cóż stamtąd przywiozła?

Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałem tak przeraźliwie smutną książkę. Może też dlatego, że zawsze bardzo chciałem na Grenlandię pojechać, zobaczyć „jak tam ludzie żyją”, „czy są tacy sami jak my”, ale z pewnością nie znalazłbym w sobie odwagi, żeby tak się na nich otworzyć, żeby tak uważnie ich słuchać, żeby umieć wspólnie o okropnych sprawach milczeć, i żeby bez powodu wspólnie się śmiać. A potem – tak za nimi tęsknić i nie móc się od tęsknoty uwolnić. Nie spodziewajcie się reportażu podróżniczego. Wysepka jest co prawda na pierwszym miejscu w Lonely Planet po Grenlandii jako „top sight” i ładnie tam istotnie. I życiu w tym „ładnym’ miasteczku autorka się przygląda, trochę jakby pytając i siebie i nas, jacy bylibyśmy, gdyby nam przyszło urodzić się i żyć w takim miejscu na mapie.

Nie wiem, czy do Uummannaq pojadę. Bilet absurdalnie drogi, hotele też, jak zawieje to miejsce odcięte od świata na niekiedy wiele dni. Więc dziękuję autorce, że była, widziała i miała odwagę napisać tę książkę, której gratuluję i tak zwyczajnie – nomen omen po ludzku – zazdroszczę. A propos tytułu – świetny – i ciekawe, jak będzie brzmiał w tłumaczeniach.

PS. „Kurczak” po grenlandzku to kukkukuuaraq. Serio.

 

PETER ACKROYD

Londyn miasto queer

tłum. Jerzy Łoziński

Zysk i S-ka 2017

Rzecz – zgodnie z tytułem o Londynie i kolorowych ludziach, dzięki którym to miasto od zawsze się wyróżniało. W największym skrócie mówiąc - męsko-męski (oraz damsko-damski) seks był tam już od czasów najdawniejszych czymś niesłychanie powszechnym i oczywistym. I do któregoś momentu w historii Anglii homoseksualizm nie był karany, choć – naturalnie - wzbudzał rozmaite emocje szczególnie wśród cudzoziemców nienawykłych do tego typu zachowań oraz – kleru. Potem jednak, w czasach wiktoriańskich – jeśli nie miało się szczęścia (i pieniędzy), a zostało się przyłapanym na tete-a-tete z osobnikiem tej samej płci, zbyt wesoło już nie było, zdarzały się wyroki śmierci i były one wymierzane w bardzo okrutny sposób, wielu musiało także w pośpiechu wyspę opuszczać by uniknąć rozmaitych nieprzyjemności. Jednak trzeba podkreślić, że przez wieki Londyn i cała Anglia były pod tym względem niesłychanie liberalne, szczególnie w porównaniu z kontynentem.

Pomysł ciekawy, praca autora nad tematem – z pewnością katorżnicza, efekt – niestety rozczarowujący. Tę książkę po prostu się źle czyta. Jest coś nieznośnego w takiej dezynwolturze stylu, albo autor ma ten gatunek brytyjskiego poczucia humoru, z którym nie mam kontaktu, albo – coś nie tak jest z tłumaczeniem. Dobrnąłem jakoś do końca, zmęczony.

 

VICKY LEON

Barwny półświatek starożytnego Rzymu

tłum. S. Patlewicz

Bellona 2008

Na tanich książkach kupione, jednak z pewnym wysiłkiem przeczytane, ale w sumie dość ciekawe, jeśli ktoś się interesuje historią życia codziennego. Wbrew tytułowi wcale nie o półświatku, ale o rzymskiej codzienności, o zawodach, których istnienie wówczas – dziś wywołuje często zdumienie, najkrócej mówiąc - o rozpustnym życiu patrycjuszy, o dobrym – wolnych obywateli i – o smutnym losie niewolników. Naprawdę smutnym. I to nie tylko w Rzymie, ale i w Grecji, autorka pisze m.in. o miejscach kaźni jakimi były kopalnie, gdzie pracowały dzieci, trup ścielił się gęsto, a zmarłych zastępowano kolejnymi niewolnikami, urodzonymi z matek niewolnic. I taką twarz miał antyk.

Gladiatorzy rzadko ginęli w walce, ci najlepsi warci byli majątek, Rzymianie potrafili liczyć, te łzawe sceny filmowe z dobijaniem są po prostu nieprawdziwe – pisze Leon. Prostytucja w Rzymie nie była hańbą, odrazę natomiast budziła profesja kata (który najczęściej miał za zadanie biczowanie krnąbrnych niewolników) oraz – szefa domowej służby, także niewolnika, znienawidzonego przez służących i lekceważonego przez właścicieli, najczęściej sadysty.

Jak wspomniałem – choć ciekawe, czyta się to z pewnym wysiłkiem. Napisane bowiem jednak zbyt popularnym (luzackim - rzekłbym) językiem i ze zbyt wieloma, niekoniecznie zabawnymi odniesieniami do współczesności. Ździebko to raziło.

 

ALAIN DE BOTTON

Sztuka podróżowania

tłum. Hanna Pustuła

Czuły Barbarzyńca 2010

Dopiero teraz, ale lepiej późno niż wcale.

Rzecz o tym, że nie podróżuje się „po coś”. Jedzie się bowiem do danego miejsca, bo już nie można wytrzymać nie będąc tam, bo domaga się tego nasz mózg, bo potrzebujemy alternatywy od naszego, zwykle dobrego życia, takiej – żeby próbować zrozumieć, że np. życie w zasmrodzonym Wagadugu też może być dla kogoś szczęśliwe, a w tamtejszych stacjach benzynowych jest wiele poezji, choć – może akurat piękna są dojmująco pozbawione.

Ergo – rzecz o tym, że z niezrozumiałych powodów wydaje nam się, że szczęście może się łączyć tylko z piękną scenerią, z plażą, palmami, drinkami ze słomką. Biura podróży skrzętnie tę naszą wizję wykorzystują. Nic więc dziwnego, że w tych okolicznościach jedna zaledwie chmurka zwiastująca kapuśniak urasta do rangi psuja naszych wakacji. Sic! Jedna znajoma rzewnie płakała przy Internecie, jak zobaczyła, że na Filipinach może padać. A właśnie tam jechała.

Rzecz także o miłośnikach dworców i lotnisk, skąd można (ale nie ma przymusu) pojechać hen daleko i przeżyć coś innego niż u nas na gumnie za stodołą, i o tym, Flaubertowi, gdy bawił w Egipcie mijany młody przechodzień życzył - „wszelkiego powodzenia, a zwłaszcza wielkiego fiuta”. Oraz - o terrorze przewodników turystycznych, w których nie jest to co prawda napisane, ale jasno wynika, że jeśli Notre Dame ci się nie podobało, musisz mieć nie po kolei w głowie. Wreszcie o tym – że owszem, Gwadelupa, Timbuktu i Las Vegas są cudowne, ale że podróż życia możesz odbyć także w swoim mieście, trzeba się tylko trochę postarać. Oraz o „Na wspak” Huysmansa, którego bohater w jednym z rozdziałów prawie odbywa podróż do Londynu.

Niesie pociechę i wzbudza żądzę lokomocji.

 

OLA SYNOWIEC

Dzieci szóstego słońca. W co wierzy Meksyk

Wyd. Czarne 2018

Kiedy powiemy o Meksyku, że jest krajem katolickim – popełnimy dojmującego uproszczenia, skorzystamy z łatwej kliszy. To jest wniosek, który nasunął mi się jako pierwszy po lekturze tej książki. Kolejny – że Meksykanów jest prawie 130 milionów i że każdy jakoś tam mędrkuje czy filozofuje. Autorka pokazuje kilkoro takich filozofów, i jednostek i rozmaitych grup. Obrazy te są niekiedy wręcz niewiarygodne, jak choćby reportaż z San Juan Chamula, miasta opętanego przez coca-colę, czy okrutna wręcz opowieść o ewangeliczce Manueli i jej rodzinie, ale - składają się na nieprawdopodobną różnorodność tego miejsca, która dopiero niedawno przestała być czymś niepożądanym, taką skazą, w obrazie tego – jako się rzekło – katolickiego kraju. Wydaje się, że Meksykanie (przynajmniej w części) podchodzą do wiary z pewną dezynwolturą, zarówno do dogmatów jak i liturgii, reportaż o „nowej tradycji”, obchodzenia karnawału z okazji Święta Zmarłych (tak, Bond), jest doskonałym przykładem jak ludzie dostosowują się do rynkowych warunków, które stworzyła im świetnie skądinąd sklecona scena z filmu. Bo - widzowie sądząc, że to wielowiekowy nieledwie obrządek, masowo zjawiają się w Meksyku, by móc w nim uczestniczyć, zatem – nasz klient – nasz pan, proszę bardzo, jest parada śmierci, choć jeszcze 5 lat temu nikt o czymś takim nie słyszał. I właśnie ten reportaż o nas, głupiutkich nieco turystach, wywołał we mnie najwięcej radości. O nas, którzy „szukamy autentyczności”, niekiedy na końcu meksykańskich dróg, gdzie dalej nie ma już nic. Docieramy – i cóż tam znajdujemy?

Banalnie nieco konkludując – świat jest również taki jak w książce Oli, nieprawdopodobnie wielobarwny. I te reportaże są bardzo udaną, ciekawą i wciągającą próbą pokazania choć fragmentu tego spektrum. Nomen omen.

 

DR JAMES HAMBLIN

Gdyby nasze ciało potrafiło mówić. Podręcznik użytkowania

tłum. J. Konieczny

wyd. Marginesy 2018

Chyba nie powinienem czytać książek medycznych, bo jestem już w takim wieku, że prawie każdą z opisywanych chorób diagnozuję u siebie. Na przykład okazało się, że cierpię na mizofonię. Tak, mizofonię. 

Hamblin jest lekarzem zajmującym się obecnie popularyzacją zdrowia. Pytany przez pacjentów i znajomych o różne rzeczy związane z funkcjonowaniem naszych organizmów, postanowił odpowiedzi na owe – niekiedy naiwniutkie pytania zawrzeć w tej książce. No i rozprawia się z absurdalną modą na żywność bezglutenową, z mitami o cholesterolu, odpowiada na pytanie czy soczewka kontaktowa może się przedostać do mózgu i nas zabić, czy – wreszcie – dlaczego lepiej, jeśli trumna z naszymi szczątkami jest nie do końca szczelna. Nie ma też litości dla firm farmaceutycznych, ignorujące te sposoby leczenia chorób, które są dla nich niedochodowe, na przykład – cholery, jeśli zachorujecie -  pijcie wodę cukrem i solą. Sic! Inne przykłady przezeń przytaczane są równie smutne. No ale taki jest świat. 

Jest też rozdział o seksie, kobiety – pisze Hamblin -  które mają poczucie, że mogą porozmawiać ze swoim partnerem, co im sprawia przyjemność podczas uprawiania seksu, są ośmiokrotnie częściej zadowolone ze swoich związków. OŚMIOKROTNIE. 

To jest solidna dawka bardzo ciekawej wiedzy o naszych ciałach, do wzięcia pod parasol na leżak jak znalazł, może tylko nieco nużyć analiza zalet i wad amerykańskiego systemu służby zdrowia, choć może dobrze, że nie analizuje naszego. I jeszcze cichutka uwaga do redaktora czy tłumacza - gdzieś znalazłem „nadwyrężać”. Mimo, że podobno można (to skandal), jednak bardzo prosiłbym o „e”. I sensowniej i szlachetniej. Dziękuję.

 

OTA PAVEL

Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe

tłum. Justyna Wodzisławska

wyd. Dowody na Istnienie 2016

Jeśli miałbym pisać o sporcie – to tak jak Pavel. Opowiadałbym bajki. Czy ktoś by tego słuchał? Mam wrażenie, że światu wystarczą same wyniki, rezultaty sparingów i beniaminków i spalonych. Nie śledzę tego i niespecjalnie mnie to interesuje. Ale - gdyby świat opowiadał o sporcie tak jak Pavel - to bym się zainteresował? A może nawet zaprenumerował Przegląd Sportowy? No nie wiadomo. Stałem się jednak fanem tego komentatora z Islandii, który stracił kontakt z rzeczywistością, gdy jego zespół dokopał Anglikom. Tak właśnie trzeba, a mało kto ma odwagę.

Ota Pavel „uciekł” z komunistycznej Czechosłowacji właśnie w dziennikarstwo sportowe. Tam stworzył sobie wolność, jakiej nie było, tam istniało inne, jakby nieregulowane przez Husaka & co życie. Nie wiadomo, czy lepsze, ale na pewno szlachetniejsze, niezepsute, pełne radości nawet nie tyle ze zwycięstwa, co z pokonania granic własnej niemożności. „Inne reportaże sportowe” nie są tak dobre jak Bajka. Ale dla Bajki – warto!

Może także dlatego, że ten piękny tekst w ogóle nie jest o sporcie, mimo wszystko.

 

DARIUSZ KORTKO, JUDYTA WATOŁA

Słodziutki. Biografia cukru.

Wydawnictwo Agora 2018

Bardzo ciekawa książka.

Warto przeczytać, choćby dlatego, że bez cukru nie ma życia (czy tego chcemy – czy nie), ale także dlatego, że cukier właśnie był paliwem napędowym do zmian na świecie, do podbojów, do kolonizacji, szukania nowych dróg morskich, a zatem – i odkrywania kontynentów. I o tej – momentami doprawdy mało słodkiej historii, krwawej i raczej okrutnej – autorzy piszą i z pasją i dość obrazowo. Bezsenność mą wywołały sceny z niewesołego życia niewolników, choć znając np. Korzenie, można było sobie wyobrazić, że plantatorzy bywali wobec nich niemili.

Ciekawe również, jak cukier zmieniał geografię polityczną. W sumie nigdy się nie zastanawiałem, dlaczego niektóre wyspy karaibskie są francuskie, inne holenderskie, inne brytyjskie, a Kuba – hiszpańska, tzn. hiszpańskojęzyczna. A odpowiedź jest prosta – przez cukier! I dlaczego Madera jest portugalska, a Kanary nie. No więc pouczająca lektura, momentami dość naturalistyczna, np. w opisach konsekwencji, które spożywanie cukru w nadmiarze powoduje – i kiedyś, i dziś. Biedna królowa Elżbieta.

Może ostatnie rozdziały czyta się już trochę gorzej, może ta część o insulinie nie aż tak wciągająca, ale jestem pewien, że każdy żyjący z cukrzycą będzie miał na ten temat zdanie odrębne. 

 

JOSHUA FOER, DYLAN THURAS, ELLA MORTON

Atlas osobliwości

Tłum. M.Potulny

Sonia Draga 2018

Jestem głęboko przekonany, że świat najpełniej definiuje to, co osobliwe, niezwykłe, nietypowe – nie zaś mainstream - dlatego też bardzo mi przykro, że ta książka ukazała się dopiero teraz, bo podczas moich dotychczasowych włóczęg korzystałem ze znacznie bardziej standardowych przewodników. I – no cóż – Big Bena, Wieżę Eiffela i Sfinksa widziałem, czy jeśli napiszę, że były to miejsca ździebko rozczarowujące, to zostanę zrozumiany?

Atlas Osobliwości przedstawia – z opisem, a nawet współrzędnymi GPS – miejsca wyśmiewane, pomijane, „dziwne”. Świat powie o nas, zwiedzających owe kurioza, że jesteśmy ekscentryczni. No i niech mówi. Ale my i tak wiemy, jak bardzo prawdziwe jest motto tego przewodnika – „Początek naszego szczęścia spoczywa w zrozumieniu, że życie bez zdumienia nie jest warte życia”, co powiedział urodzony w Warszawie żydowski filozof Abraham Heschel. Więc – wybierzcie się w tę podróż, jest NAPRAWDĘ zdumiewająca.

Co my tu mamy? Oczywiście, o wszystkich siedmiuset obiektach nie napiszę, w Polsce np. polecana jest kopalnia soli w Wieliczce, ale zwraca się uwagę też na Krzywy Las w Nowym Czarnowie czy na Pomnik UFO w Emilcinie.(pierwsze słyszę). Najwięcej „odjechanych” miejsc mieści się chyba w Stanach, gdzie mamy m.in. ogród mięsożernych roślin w Wilmington, organy stalaktytowe w Luray, bazę łowców duchów w Tribece w NY czy krzesło Tafta w New Heaven.

„Damianku, co widziałeś w Ameryce? Krzesło Tafta, ciociu”.

Sic!

Mam tylko jedną uwagę i prośbę do Wydawnictwa, następnym razem poproszę o ździebko większe czcionki w rubrykach „zobacz więcej”. Korzystanie z lupy podczas lektury przy lampce nocnej jest okropnie niewygodne. Dziękuję.

 

ROSAMUND YOUNG

Sekretne życie krów

tłum. Piotr Kaliński

Czarna Owca 2017

Spodziewałbym się po wydawnictwie czegoś o owcach raczej, a tymczasem mamy niewielką książeczkę (ze zdecydowanie przydługim wstępem) o krowach, uznawanych dość powszechnie za zwierzęta jednak dość głupie. No i autorka próbuje z tym stereotypem walczyć. A publikacja wpisuje się w najnowszą modę publikowania książek o sekretnym życiu rozmaitych bytów, od drzew po pszczoły, o jelitach nie wspomnę.

Z jednej strony – rzecz dość ciekawa, autorka prowadząca farmę ze zrównoważoną hodowlą (gdzie zwierzęta robią co chcą), faktycznie je kocha i uważnie obserwuje. Jednak sądzę, że zbyt przesadnie antropomorfizuje osobniki ze swojego stada, przypisując im takie cechy jak wstyd, dumę czy inteligencję.

Z drugiej strony – można pomyśleć, że autorka jest doprawdy stuknięta i nieledwie obchodzi wraz ze swoimi krowami ich imieniny, zawsze pamiętając o ulubionych prezentach, tak, by nie narazić się na gniew bądź zmieszanie solenizanta. Oczywiście przesadzam, ale coś w tym jest.

Bo kiedy czytam te peany na cześć pożytecznych przecież zwierząt (i naszych braci mniejszych, również – żeby nie było, że uprzedmiotawiam żywe istoty), to zastanawiam się, jak autorka daje sobie radę z żałobą po każdej krowie, która odeszła, czy to pod nóż czy też ze starości bądź choroby.

Ja bym zwariował.

 

MICHAŁ RUSINEK

Pypie na języku

Wyd. Agora 2017

Choć leciuchne, dowcipne i trafne, wydały mi się jednak te felietony Michała Rusinka pewnego rodzaju elegią o polszczyźnie, która właśnie przemija. Pisze bowiem autor m.in. o wołaczu, z którego korzystają już nieliczni, o bierniku, którego funkcje przejmuje dopełniacz, o zaniku form osobowych, które – jak słusznie zauważa – oznaczają (czy też oznaczały) rodzaj relacji między mówiącymi, o zaniku nosówek, o używaniu i rozumieniu frazeologizmów, oraz – o ich specyficznej przekładalności, puścić pawia np. A także – o nadużywaniu klawisza Shift w naszych komputerach i o wielu innych ciekawych zagadnieniach.

No więc - choć z przymrużeniem oka napisany, ten zbiór tekstów nie jest wcale bardzo zabawny. Dowodzi bowiem, że choć polszczyzną posługujemy na co dzień, że choć jest najważniejszym przedmiotem w szkole, to coraz częściej bywa naszym wrogiem, i jako język niekiedy nie spełnia podstawowej funkcji - mianowicie – skutecznej komunikacji. Mimo naprawdę dobrych chęci komunikującego się.

Wystarczy bowiem chwila nieuwagi i oto ktoś wydaje z siebie komunikat, który stał się punktem wyjścia do tej książki, mianowicie „Awaria toalety. Prosimy załatwiać się na własną rękę”. Ale moja ulubiona reklama, zauważona przez autora i z czułością przeanalizowana brzmi – „Organizujemy sylwestry. Dowolne terminy”.

Boskie. 

 

DYLAN JONES

Jak nosić krawat

tłum. Katarzyna Malita

Wydawnictwo Niebieska Studnia 2008

Rzecz nienowa, w tanich książkach kupiona jako kolejna „lekka” rzecz do czytania przed snem. Niestety, zamiast usypiać – wciąga, dlatego, że fajnie napisana i dlatego, że wzbudza niekiedy gwałtowne protesty. Bo książkę tę pisał Jones dla młodych mężczyzn urodzonych w zupełnie innej niż nasza strefie kulturowej, dla młodych dżentelmenów oraz roszczących sobie bycie nimi, ale są też rady cudownie uniwersalne – choćby taka, żeby tshirt nosić zawsze na wierzchu, znaczy się – nie włożony w spodnie.

Właściwie nie lubię takich książek, poradniki „jak żyć” zwykle napisane są przez osoby zbyt mało kompetentne i charyzmatyczne, żeby miały prawo wpływać na czyjekolwiek życie. Poza tym tzw. mądrość życiowa przychodzi z wiekiem i każdy/każda z nas ma święte i niepodważalne prawo do popełnienia w swoim życiu pewnej ilości gaf, zrobienia z siebie kretyna, czy nawet do gorszych katastrof. Dylan Jones tego nie kwestionuje, jednak z wdziękiem i całkiem dowcipnie pisze, jakie wnioski wyciągnął ze swoich życiowych perturbacji, podsuwając młodym dżentelmenom pewne praktyczne rozwiązania. Na przykład… możesz mieć w swojej sypialni kompletny bajzel, ale jeśli kobieta, która doń wejdzie, zobaczy pięknie wyczyszczone buty, punkt dla Ciebie. Albo – jest rozdział o tym, jak nosić krawat. Nie czytał go z pewnością Donald Trump i ta część garderoby zakrywa mu nieledwie genitalia – i część obserwatorów twierdzi, że to był jeden z głównych powodów jego wygranej. No ale nam chodzi o noszenie się z klasą, prawda? Dlatego długość krawata jest ściśle określona i każda jej wariacja źle mówi o noszącym. 

I jeszcze jedno. Fantastyczny rozdział „Jak być szefem”. Jeśli przychodzi do ciebie pracownik mówiąc, że „dostał inną propozycję”, natychmiast dzwoń do kadr, niech szykują obiegówkę. Szefa nie wolno szantażować bezkarnie.

 

ANYA VON BREMZEN

Szarlotka Lenina i inne sekrety kuchni radzieckiej

tłum. Aleksandra Czwojdrak

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2016

Książka kupiona do czytania przed snem, żeby była „lekka”. Niestety – okropnie wciąga i wcale nie nastraja dobrze do spania, bo trudno ją odłożyć nawet po skończonym rozdziale. 

Owszem, trochę o kuchni Anya pisze. Ale jedzenie jest tylko pretekstem do zdumiewających opowieści o codziennym życiu mieszkańców Związku Radzieckiego. O strasznych czasach czystek stalinowskich, o głodzie w Leningradzie, o czasach powojennych, o stabilizacji za Chruszczowa i o nieumiejącym sklecić zdania Breżniewie. O zdobywaniu jedzenia, o braku opakowań i konsekwencjach tegoż niedoboru, o ikonicznej książce kucharskiej, przedszkolankach-sadystkach i oczywiście o morzu alkoholu, które się tam pochłania. I o tym dlaczego Gorbaczow popełnił największy błąd wprowadzając w tym zakresie ograniczenia.

Anya wraz ze swoją mamą wyemigrowała ze Związku Radzieckiego w latach 70-tych, i jest to także opowieść o tęsknocie za rodziną, i o tym, że dzięki kulebiakom i sałatce „Olivier” można na chwilę choć wrócić do pięknych chwil przeżytych z ukochanymi w strasznych czasach.

 

GREG JENNER

Milion lat w jeden dzień

Fascynująca historia życia codziennego od jaskini do globalnej wioski

tłum. Julita Mastalerz

PWN 2016

Popatrzyłem na tytuł i pomyślałem – bingo! - będzie idealne przed snem, bo i „lekkie” i pouczające. Istotnie – ułatwia zaśnięcie niczym eter, bo nudą zieje tak, że oczy się same zamykają, zaś jednorazowa lektura całego rozdziału zakrawa niemal na heroizm.

Książka jest bowiem napisana językiem chyba młodzieżowym, z licznymi dygresjami autora zupełnie nie związanymi z omawianym tematem i z żenującymi odniesieniami do współczesności, co dla czytelnika w wieku ponadgimnazjalnym jest irytujące i trudne do zniesienia, bo najzwyczajniej nuży. Ponadto, w kilku miejscach autor się powtarza, trudno jednak zgadnąć, czy to zamierzony zabieg czy błąd redaktora czy jeszcze coś innego. 

Owszem, Jenner analizuje mniej znane fakty z dziejów życia codziennego ludzkości i one same w sobie są dość interesujące (i mimo przewagi formy nad treścią - tylko dlatego dobrnąłem do końca). Jednak zachwycą się nad tą „na luzie” napisaną książką chyba tylko gimnazjaliści, miłośnicy marihuany. 

Przykro mi, że coś tak niedobrego ukazało się w PWN.

 

JUSTYNA SOBOLEWSKA

Książka o czytaniu

Iskry 2016

Zawsze biorę pod uwagę opinie pani Justyny przy cokwartalnym hurtowym kupowaniu książek, choć później, po ich przeczytaniu, z niektórymi jej recenzjami nie zgadzam się zasadniczo (nie rozumiem np. pozytywnej oceny twórczości p. Charazińskiej). No ale to dobrze - tak to z recenzjami bywa. Niedobrze natomiast, że p. Justyna już nie przychodzi do Tygodnika Kulturalnego w telewizji, bo o książkach mówiła ze znawstwem, pasją i jest do tego piękną kobietą. 

Jej Książka o czytaniu jest… no cóż, książką o czytaniu. Ściślej mówiąc - o „anatomii” czytania i o życiu wśród książek, a przede wszystkim – o niemożności życia bez nich. O sposobach układania tomów na półkach (alfabetycznie? rozmiarem? tematyką? datą zakupu?), o meandrach tworzenia pierwszych zdań najsłynniejszych książek świata, o spotkaniach autorskich, o okładkach i trendach w ich tworzeniu, o fiksacji czytelniczej, nieznośnym gromadzeniu czy też o miejscach, w których czyta się najlepiej. Tak, tak, chodzi o ustępy. (Swoją drogą - ładne słowo, bo łączy literaturę z…). Słowem – o przyjemności czytania. 

„Lekkie” co prawda,  ale mądre i z wielkim szacunkiem dla inteligencji czytelnika.

 

CZESŁAW BIELECKI

Głowa. Instrukcja użytkowania

Zwierciadło 2016

Ludziom myślącym wcale się nie żyje łatwiej. Ale żyje się przyjemniej, efektywniej i efektowniej, sensowniej, po prostu - lepiej. Kłopot jednak z tym, że nasza głowa, choć daje nieprawdopodobne możliwości (a każdy musi poznać możliwości swojego organu), jest także narzędziem dość złożonym i trzeba umieć zeń korzystać. Jak powszechna jest ta umiejętność? Rozpaczliwie rzadka, prawda?

Tak, wiem, brzmi to jak zachęta do sięgnięcia po jakiś njuejdżowy poradnik lepszego życia, ale ta książka taka nie jest. To zbiór felietonów z refleksjami autora, niby dla wielu oczywistymi, ale jednak - zebrane w całość, może poprzez swoją bezkompromisowość i trafność - dają do myślenia.

Szczególnie wziąłem sobie do serca rozdział o mitomanach i leniach. Bo przecież zdarzają nam się sytuacje, które wyprowadzają z równowagi, ludzie - którzy męczą, rzeczy – które przeszkadzają, a niekiedy nawet obrażają samym swoim istnieniem. Często nie umiemy ich nazwać, szukając w sobie niedoskonałości i nieumiejętności przystosowania. Tymczasem tak nie jest. Po prostu – jasno nazwijmy mitomana mitomanem i go unikajmy. Bo jest przekleństwem, bo hamuje nasze działanie, zmienia na swoją korzyść znaczenie podstawowych i najważniejszych słów. Strzeżmy się też umysłowych leni, bezradnych z wyuczenia i grafomanów. Przerzedzi się wokół nas, owszem, ale też będzie można zacząć oddychać.

Pisze Czesław Bielecki o niby-oczywistościach: żeby nauczyć się odróżniać odwagę i bezczelność, pasję i pozę. Żeby czytać. (Bo - może faktycznie Piłat nie skazałby Jezusa, gdyby tego dnia tak bardzo nie bolała go głowa? Ale żeby w tę intelektualną dyskusję z sobą samym wejść, trzeba znać Bułhakowa). I żeby szanować siebie i nie tracić czasu na rzeczy pozbawione sensu, absurdalne i idiotyczne. (Jak to odnieść do pracy w korporacjach?...) Wreszcie – żeby chcieć.

I to jest książka dla tych, którzy chcą.

Każdy rozdział jest zakończony zadaniem. Takie zadania kojarzą mi się z poradnikami lepszego życia dla egzaltowanych panien, te jednak – uwierzcie – są prawdziwym wyzwaniem. Jedno z nich nie daje mi spokoju. Otóż – dowiedziałeś się, że twój znajomy – kulturalny i sympatyczny człowiek – jest oszustem na wielką skalę. Jego interes jest piramidą finansową, a ty pomagałeś mu nawiązywać kontakty w swoim kręgu. Co robisz?

No właśnie, co?

 

WISŁAWA SZYMBORSKA

Poczta literacka, czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem

Wydawnictwo Literackie 2016

Pyta Pan wierszem, czy życie ma sęs. Słownik ortograficzny daje odpowiedź negatywną.

Chciałbym być tak finezyjnie przekorny jak Wisława Szymborska. A bywam po prostu złośliwy, właśnie dlatego nie mógłbym prowadzić Poczty Literackiej w żadnym periodyku. A Szymborska (na zmianę z Władysławem Maciągiem) prowadziła i dzięki jej ocenom rozmaitej twórczości nadsyłanej do Życia Literackiego, ojczyzna nasza korzystała z fachowości wielu lekarzy, inżynierów i nauczycieli, a uniknęła mordęgi obcowania z grafomanami, którymi wyżej wymienieni mogli przecież zostać, gdyby nie Szymborskiej perswazja.

Wiesław Cz. Wiersz pod tytułem Ze strzytu Babiej Góry nie będzie miał w żadnej redakcji strzęścia.

Niektóre z ocen Szymborskiej były dość ostre, szczególnie gdy piszącemu ortografia stawała okoniem, ale zawsze odpowiedzi były serdeczne i sympatyczne. Rzadkie niestety ślady talentu literackiego w otrzymanej korespondencji, przyjmowała natomiast z nieukrywanym entuzjazmem, zachęcając delikwenta do dalszych pisarskich prób. A tych pozbawionych talentu literackiego, cichutko nakłaniała do odnalezienia w sobie innych predyspozycji, wielokroć podkreślając, że poezja – i w ogóle literatura – jest ciężkim kawałkiem chleba.

Baśka: „Mój chłopiec twierdzi, że jestem za ładna, żeby pisać dobre wiersze. Co myślicie o tych, które załączam?” – Sądzimy, że jest Pani rzeczywiście piękną dziewczyną.

Mam do tej książki jedną tylko pretensję. Mało jej. Na ilekolwiek Wisława Szymborska listów odpisała, pożądam wszystkich jej odpowiedzi, a nie tylko wyboru pani profesor Walas. Niech się wydawnictwo nie lęka, proszę wydać, kupimy, przeczytamy i będziemy wracać. 

 

FILIP SPRINGER

Miasto archipelag

Polska mniejszych miast

Wydawnictwo Karakter 2016

U Springera Polska mniejszych miast jest Polską brudną, zakacowaną, chaotyczną, chorą na pastelozę, niedokończoną, prowincjonalną, pełną absurdów i niedorzecznie zapatrzoną w przeszłość. Tutaj i obłomowszczyzna ma się dobrze i schizofrenia historyczna też. I pogarda, której nikt tak nie nazywa, bo jest czymś zwyczajnym, codziennym, bo jeździ busem jako busiarz, z komórką w ręku i złotym łańcuchem na szyi i wyprzedza na trzeciego, i pasażerów ma centralnie w dupie, bo ci po prostu - nie mają innego wyboru. 

Wydawca pisze na okładce, że „z książki wyłania się niejednoznaczny, migotliwy obraz Polski, gdzie wszystko może się zdarzyć i nic nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać”. To niestety nieprawda. Obraz tej Polski jest jednoznaczny i wszystko tam jest dokładnie takie, jak się wydaje. Mówiąc wprost – Polska jest miejscem dość okropnym. Z powodu dzielnic latających noży, które każde miasto w tej czy innej formie ma, ułomków pofabrycznych z którymi nie wiadomo, co zrobić, ale i dlatego, że w niedzielne popołudnia te niekiedy wychuchane staróweczki wyludniają się zupełnie, by wypełnić klientelą McDonaldsy, wieczorami będące centrum życia i marzeń o wyjeździe. 

W Ciechanowie Maca brak. Petycje mieszkańców jednak przyniosły efekt – restauracja powstanie w 2017, o czym pisze na swojej stronie ciechanowski urząd miasta. 

Na szczęście znalazł Springer także bohaterów, którzy zdecydowali się rzucić warszawskie korporacje i wrócić do Płocka czy pod Suwałki, bo tam ich dom, bo tam taniej, bo czas inaczej płynie, bo jest przestrzeń na przyjaźń, bo są wspomnienia z dzieciństwa. Opisał też Bielsko-Białą, jedyne ex-wojewódzkie miasto, w którym dzieje się chyba dobrze. Aż przy najbliższej okazji sprawdzę, bo wierzyć się nie chce…

Smutna ta książka. Ale – choć przygnębia – to czyta się ją świetnie. Czekam teraz od p .Filipa na coś o miastach większych. I coś mi mówi, że wcale weselsza ta książka nie będzie. 

 

ANDRZEJ GRYŻEWSKI, PRZEMYSŁAW PILARSKI

Jak facet z facetem

Rozmowy o seksualności i związkach gejowskich

Zwierciadło 2016

Przychodzi gej do psychoterapeuty-seksuologa i pyta o różne rzeczy związane z byciem homoseksualnym. To najkrócej o tej bardzo ciekawej rozmowie obu panów, w małym stopniu o seksie, a bardziej o emocjach, o łączliwości w związki, o narracji tychże związków, szczęściu w ich przebywaniu i – o ich toksyczności. 

Jest także ów wywiad takim wprowadzeniem do psychoterapii, Andrzej Gryżewski mówi czym psychoterapia jest, a czym nie jest, czego można się spodziewać i jak się podczas sesji pracuje. To ważne dla tych wszystkich, którzy chcieliby polepszyć swoje życie, ale się boją albo wstydzą. Czytamy też, że dobrze się przyglądać swoim emocjom i umieć je nazywać i o tym, że wszystko, co robimy w łóżku i co nie czyni krzywdy drugiemu – jest dozwolone. I nikomu nic do tego. 

Poza tym - mówimy homoseksualność, a nie homoseksualizm, że to jedna z pięciu (!) orientacji seksualnych i – od razu uprzedzam zainteresowanych – w książce o wielkości ptaszka i ludzkich dramatach z tym związanych - jest tylko pół strony.

Generalnie nie lubię czytać wywiadów, ale tę – naprawdę na luzie rozmowę – przeczytałem w pociągu do Pragi i nawet porobiłem notatki na marginesie i zaznaczyłem na zielono co trafniejsze myśli. Ale tak koło Katowic przeszło mi przez myśl, że to zupełnie nieprawdopodobne, jak ludzie będący ze sobą w związku, potrafią ze swojego życia zrobić piekło. I jeszcze uznawać to za zupełnie normalne. 

 

ANNA SULIŃSKA

Wniebowzięte

O stewardessach w PRL-u

Wydawnictwo Czarne 2016

Przeczytałem Wniebowzięte z ciekawością, bo interesuję się tymi sprawami. 

Anna Sulińska wykonała ogromną robotę dokumentacyjną, problem tylko polega na tym, że nie za wiele z tego wynika. Te stewardessy, które z autorką się spotkać zechciały, niestety nie miały nic szczególnie ciekawego do powiedzenia, w każdym razie nic, czego bym nie wiedział, bądź się nie domyślał. A i tajemnice tego zawodu zdradzane przez anonimowe rozmówczynie nie są specjalnie interesujące. Cóż, pewnie więcej miałyby do powiedzenia te panie, które były jednocześnie na etacie w SB, ale ich dyskrecja niespecjalnie mnie dziwi. 

Autorka niepotrzebnie tak obszernie opowiada o rozwoju LOT-u i lotniska na Okęciu. Nie o tym miała być ta książka. Ludzkie historie są ciekawe, nie opowieść o projekcie portu. A tych niestety jest jak na lekarstwo. Do tego autorce zdarza się kończyć opowieść dokładnie w miejscu, w którym powinna się ona zacząć, ogromny niedosyt pozostawia historia stewardessy ocalałej z katastrofy w Moskwie, podobnie jak sprawa pończoch z Zurichu. Poruszające są także notatki esbeków z rekrutacji stewardess, wydobyte przez autorkę z IPN i szkoda, że nie dowiadujemy się, jak się potoczyły losy bohaterek tychże notatek. 

Poza tym – skąd autorka wie, że do katastrofy pod Zawoją doszło w wyniku porwania samolotu? Bo z dostępnych materiałów wynika, że hipotez było co najmniej kilka, pewności natomiast – żadnej.

 

ILONA WIŚNIEWSKA

HEN. Na północy Norwegii

Wydawnictwo Czarne 2016

Perwersyjnie wręcz uwielbiam peryferia. I ta moja miłość nie była przez świat rozumiana. Ale okazało się, że na tę samą przypadłość cierpi Pani Ilona, dlatego jej reportażami - o Spitsbergenie i o Finnmarku - się zachwyciłem i będę do nich wracać. Autorka bowiem tak pisze o tej niegościnnej ziemi, że od razu chce się tam pojechać i sprawdzić.  Hen jest wciągającą opowieścią o północy Norwegii, o tym, że tam naprawdę nic nie ma i że właśnie dlatego to miejsce jest wyjątkowe.

Jak każdy jednak reportaż jest Hen opowieścią przed wszystkim o ludziach. O Samach (czyli Lapończykach), o ich kulturze, o joikowaniu, o życiu z reniferami i bez nich, o wierze w przyrodę ich otaczającą, o walce o istnienie wreszcie. 

Spójrzmy na (dokładną) mapę Norwegii. Mamy oto na końcu świata – no może prawie na końcu, bo dalej jest jeszcze Hamningberg – miasteczko Vardo. Kilkadziesiąt domków, kościół, port, urząd miasta. Z niektórych okien widać światła w rosyjskich domach. Arktyczna zima wiatrem o nieprawdopodobnej sile omiata Vardo śniegiem, zza zasp którego straszą opuszczone budynki, sklepy, ale na niektórych ścianach ni w 5 ni w 9 pojawiają się grafiki, wcale nie gorsze od łódzkich. Skąd to się na tym końcu wzięło? I dlaczego autobus wbił się w zaspę i teraz jest pomnikiem?

Nie ma to tamto. Vardo wpisuję na moją podróżniczą listę życzeń. Trzeba będzie wziąć paprykarz ze sobą, bo drogo. Ale trudno, jechać trzeba.

 

ANDRAS CSERNA-SZABO, BENEDEK DARIDA 

Wielka książka kaca czyli pieczmy, gotujmy na kacu

Czarna Owca 2016

Wydaje się, że takim mottem tej bardzo erudycyjnie napisanej książki jest zdanie „Czym się strułeś, tym się lecz”. Bo z historyjek zabawnie przez autorów snutych, wynika jednoznacznie, że nic tak dobrze nie leczy kaca jak alkohol. A żeby nie było nudno – każda z historii kończy się przepisem kulinarnym, z których większość jest żartem (jak mi się wydaje), a reszta przeznaczona jest dla naprawdę hardych zawodników. Chociaż… przepis na kapustę ze śledziem chyba wypróbuję. Charles Bukowski jednak twierdził, że nie ma nic lepszego na kaca od seksu oralnego oraz pasty do zębów. Hm…

Może jeszcze jedno spostrzeżenie z tej książki wzięte: „(…) istnieją tylko dwa rodzaje prawdziwej broni przeciw kacowi: pierwszym jest ciągłe bycie na gazie, drugim natomiast – śmierć”. I – piszą autorzy – Rosjanie za Gorbaczowa wzięli sobie to do serca, twierdząc, że „wszystko, co pali gardło, można pić”, powodując, że trojnoj odekołon (w oryginale eau de Cologne) stał się drugim po wódce najbardziej rozpowszechnionym napojem, kosztującym zresztą jedynie 94 kopiejki, a dostępnym w trzech wersjach zapachowych. Co najważniejsze jednak – zawierał 64 procent alkoholu. Słynny rosyjski pisarz Jerofiejew jednak był przekonany, że nie spirytus czy perfuma, lecz żubrówka jest najlepszym napojem do śniadania, a jej spożycie gwarantuje dobre samopoczucie, bez względu na ilość i jakość z dnia poprzedniego.

Po co cała ta kacologiczno-knajacka wiedza? Ano po nic. Ale bardzo miło się to czyta przed snem, po jednym piwku albo nawet bez. 

 

SHEILA FITZPATRICK 

Życie codzienne pod rządami Stalina

Rosja radziecka w latach trzydziestych XX wieku

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2012

To, że życie za czasów Stalina w Rosji było straszne, wie chyba każdy. Tylko – co to tak naprawdę znaczyło? Ta na chłodno napisana, wszak naukowa książka jest próbą odpowiedzi na to pytanie. Mówi się – terror, mówi – bieda, głód. Tak, to wszystko prawda. Ale takim słowem, które najlepiej opisuje tamte czasy, jest strach. Bo – jak pisze Fitzpatrick – nikt nie znał dnia ani godziny. Dzieci popów czy kułaków przynajmniej mogły się spodziewać wizyt nocną porą, ale z nastaniem przerażającego 1937 roku nikt nie mógł spać spokojnie, aresztowano także wysoko postawionych członków partii, ich rodziny, znajomych. Zresztą – dla żon wysoko postawionych zdrajców ojczyzny (mówiąc ściślej – wrogów władzy radzieckiej) tworzono specjalne obozy. To był czas okrutnych upokorzeń - zdobywania żywności czy innych podstawowych produktów, mieszkań, czas donosów – bycia ofiarą tych donosów i donoszenia. A donosiło się - by wyrzucić ze wspólnego pokoju znienawidzonego współlokatora, by dokuczyć albo – by zamknąć wroga w Gułagu albo - doprowadzić go pod ścianę. 

Rosjan dziś zrozumieć trudno.  Ta książka trochę w tym pomaga. I dziękujmy Bogu, że niedane nam było tam wtedy żyć.

Niestety – tak już na marginesie – Wydawnictwu UJ zdarzył się dość kompromitujący błąd ortograficzny. Strona 170. Stosując karę – czyli… karząc, prawda? A nie każąc. Cóż, u mnie word też nie podkreśla.

 

ELŻBIETA KOWECKA

W salonie i w kuchni

Opowieść o kulturze materialnej pałaców i dworów polskich w XIX wieku

PIW 1989

„Czytanie wyłącznie literatury tzw. pięknej ma w sobie coś przerażającego. Traci się właściwą perspektywę. Po lekturze monologu wewnętrznego dobrze jest dowiedzieć się, jak np. kichają słonie” – pisała Wisława Szymborska w Lekturach Nadobowiązkowych.

No i ta książka jest właśnie o kichaniu słoni!

Nawet nie zdajemy sobie sprawy, ile zawdzięczamy elektryczności. Robimy pstryk! I się świeci… Nasi dziadowie musieli się oczywiście bez tego luksusu obejść, dwory i pałacyki szlacheckie jeszcze nieco ponad sto lat temu ciemne choć oko wykol.  Ile to trzeba było świec, żeby te salony oświetlić, a pamiętajmy, że parafina jest wynalazkiem dopiero drugiej połowy wieku XIX. Świecono zatem łojówkami bądź lampami olejowymi, bo woskowe kosztowały majątek. Śmierdziało i dymiło, więc czytało się przy kominku i… chadzało spać z kurami.

Goście… Naprawdę to było jak Bóg w dom! Ale gość nie mógł być gnuśny czy mrukliwy, podejmowano chętnie, ale musiał gospodarzy rozrywać – bądź najnowszymi ploteczkami, bądź niesłychaną towarzyskością bądź specjalnymi umiejętnościami. Konstanty Plater był w gościach bez przerwy przez lat 26, a pożądano go z jednego powodu – umiał pięknie czytać. I czytywał w tych litewskich dworach Mickiewicza, a jak chciał odjeżdżać to mu państwo koła z powodu zdejmowało bądź upijało do nieprzytomności stangreta.

A poza tym – wiecie, że kiedyś w gości się przychodziło z własną robótką? (Tzn. panie przychodziły). I sobie rozmawiały, plotkowały i szydełkowały np. Bo widok damy bez zajęcia rąk w wieku XIX był czymś nieprawdopodobnie gorszącym.